ZGŁOSZENIA DO HALIKÓW

Projekty/podróże/wyprawy zgłoszone do statuetki im.Tony’ego Halika. Czekamy na Wasze zgłoszenia do 04 kwietnia 2016. Wyniki ogłosimy 23 kwietnia podczas GALI przyznania statuetek. Niektórych zgłoszonych zaprosimy do Bydgoszczy, aby opowiedzieli nam swoje niesamowite historie. Zapraszamy do zakładki HALIKI.

1. NA GRZBIECIE ŚPIĄCEGO OLBRZYMA - Przemysław Szapar


Wyprawa na Bajkał została zorganizowana przez dwóch trójmiejskich śmiałków, Jana Faściszewskiego oraz Przemysława Szapar, którzy postawili sobie za cel przejście zamarzniętego jeziora Bajkał, z najdalej na północ wysuniętej osady Niżniangarsk, do najdalszego punktu jeziora, leżącego na południowym zachodzie, osady Kułtuk. Wyprawa działała na przełomie miesięcy lutego i marca 2015. Celem dodatkowym wyprawy było przejście całej trasy w możliwie najkrótszym czasie ( od 14 do 20 dni), w stylu polarniczym.

Po rocznym okresie przygotowań (treningu i kompletowaniu ekwipunku), Janek i Przemek wyruszyli 19 lutego z Gdańska by po kilku dniowej podróży miedzy innymi koleją Bajkalsko amurskiej Magistrali dojechać nad Bajkał. Wyprawa po zgłoszeniu się w oddziale ratowniczym M.C.S w Sewierobajkalsku, udała się do miejscowości Niżniangarsk, by 24 lutego rozpoczęła swój pochód. Wyposażenie jakim dysponował każdy z uczestników wyprawy, to sanie polarne, komplet nart i łyżew, odzież i śpiwór puchowy, odzież termo aktywną oraz wiatroszczelną, namiot arktyczny w raz ze śrubami lodowymi, kuchenki na paliwo ciekłe oraz komplet sprzętu biwakowego. Wyżywienie uczestników to głównie dania liofilizowane, specjalnie przygotowany pemmikan ( mieszanka mięsa suszonego i tłuszczu), suche owoce i nasiona, płatki jaglane i mleko w proszku.  Całość ekwipunku jednego zestawu to około 60 kg.

Podczas trwającej 20 dniowej wyprawy, uczestnicy przeszli po długości cały zamarznięty akwen, pokonując  660 km ze średnią 33 km na dzień.

_MG_0078 _MG_9999 IMG_9795

Warunki atmosferyczne i terenowe napotkane na Bajkale były bardzo różnorodne i obfitowały w dynamicznie zmiany. Temperatur oscylowały od – 45 st.C do + 5 st.C, grubość lodu od 1m. o 10cm, silnych wiatrów przechodzących w huraganowe. Nawierzchnia zamarzniętego Bajkału stanowiły bardzo zróżnicowane twory lodowe i śnieżne, z dużą ilością barier lodowych, pęknięć i ogólnie dużą aktywności kry lodowej. Podczas wyprawy uczestnicy mieli okazję skorzystać z gościny napotkanego starego trapera Igora, żyjącego samotnie pośród bajkalskiego pustkowia oraz spotkać się z rdzenną ludnością Bajkału,- Buriatami. Podczas marszu doszło także do nietypowego spotkania z konkurencyjną wyprawą ze Słowacji, która jak się później okazało, pokonała ten sam dystans w 21 dni. W trakcie wyprawy doszło także do niebezpiecznej sytuacji, kiedy to w trudnych warunkach lodowych doszło do załamania się tafli lodowej co spowodowało upadek do wody Przemka. Wszystko skończyło się szczęśliwie, choć konsekwencją był przymusowy, jednodniowy postój.

Zmagając się z zimnem, wiatrami i osamotnieniem uczestnicy ostatecznie dotarli do osady Kułtuk, tym samym dokonując najprawdopodobniej  najszybszego przejścia w historii Bajkału.

Zapraszamy do obejrzenia filmiku z wyprawy: https://www.youtube.com/watch?v=R7P0lU9lPC0


2. KAUKAZ 2015 - Maciej Szramka


Celem wyprawy było  poznanie ludzi, kultury, przyrody i zabytków tak ciekawego regionu jakim jest Kaukaz. Przejechać rowerem Gruzińską Drogą Wojenną do jednego z najwyższych szczytów na Kaukazie – Kazbeku. Wjechać na ponad 2600 m n.p.m. Dotrzeć tam gdzie mało kto dociera na rowerach.

Jestem osobą niepełnosprawną, od kilku lat staram się jak najwięcej podróżować rowerem, który daje mi mimo niepełnosprawności, swobodę poruszania. Zacząłem nabierać apetytu na kolejne „zdobycze” i tak zrodził się projekt Kaukaz 2015. Moją wyprawą chciałem zachęcić innych ludzi w tym niepełnosprawnych do większej aktywności i realizacji swoich marzeń. Udowodniliśmy sobie, że tak naprawdę ograniczenia są przede wszystkim w naszej głowie. Jak tylko się odblokujemy i naprawdę weźmiemy do roboty możemy mimo wieku, braku czasu czy ułomności, osiągnąć jeszcze wiele.

Wyprawa trwała ponad dwa tygodnie. Odwiedziliśmy Gruzję, Armenię i Azerbejdżan. Przejechaliśmy niespełna tysiąc kilometrów, po bezdrożach wspinając się na przełęcze położone ponad 2600 m n.p.m. Jechaliśmy w deszczu i piekącym słońcu, w zimnie i upale. Niejednokrotnie łatwiej było pchać rowery ważące po 50kg, niż brnąć nimi w błocie czy na górskiej drodze. Bilans wyprawy to 29 przebitych dętek, zerwany łańcuch, uszkodzone sakwy i pościerane hamulce. Na szczęście obyło się bez większych problemów zdrowotnych. Tak jak zakładaloiśmy napotkaliśmy na drodze wielu mieszkańców odwiedzanych terenów którzy chetnie z nami podejmowali rozmowy i zapraszali nas do swoich domów i na uroczystości rodzinne. Poznaliśmy święta Maribora. Nawiązaliśmy wiele kontaktów

0088 02390358


3. ATTENTION DANGEL- Gdańszczanie na największym charytatywnym rajdzie Afryki, czyli „wyzwania są dla tych, którzy ruszają w drogę” - Piotr Bejrowski


TRASA: Gdańsk-Budapeszt-Marrakesz-Al Ujun-Nawazibu-Nawakszut-Kayes-Bamako-Dakar-Tanger-Paryż-Gdańsk (ok.20tyś km)

Współtowarzysze:  Grzegorz König, Jędrzej Łukowicz, Maciej Sokołowski

15 stycznia 2016 roku czterech gdańszczan wystartowało w jedenastej edycji charytatywnego rajdu „Budapest-Bamako”. Pokonali dwadzieścia tysięcy kilometrów
i kilkanaście granic. Po siedemnastu dniach samochodowej rywalizacji dojechali do stolicy Mali, Bamako.

– „Odwiedziliśmy największe miasta Maghrebu i Sahelu, a także inne, mniej znane obszary zachodniej Afryki” – opowiada Piotr Bejrowski, jeden z pomysłodawców wyprawy. – „Odcinki pustynne rozgrywały się na terenie Maroka, Sahary Zachodniej i Mauretanii. Podczas kolejnych etapów spotykaliśmy się z rdzenną ludnością tego regionu, Berberami, Tuaregami
i ludem Bambara. Na Przyl
ądku Białym widzieliśmy najdłuższy pociąg świata, zatrzymaliśmy się także na targu wielbłądów pod Nawakszut”.

Ważnym punktem podróży była także wizyta w Dakarze. Przez trzy dekady w tym najdalej na zachód wysuniętym punkcie „Czarnego Kontynentu” kończył się rajd „Paryż-Dakar”. W 2005 roku do rywalizacji na podobnej trasie wszystkich miłośników samochodów terenowych zaprosili Węgrzy. Swoją imprezę promują jako „niskobudżetową alternatywę dla Dakaru”
i „największy amatorski rajd na świecie”. W tegorocznej edycji „Budapest-Bamako” wzięło udział ponad sto ekip z kilkunastu krajów.

–  „W rajdzie startowaliśmy w kategorii wyścigowej. Rywalizacja polegała na realizacji zadań nawigacyjnych i „zaliczaniu” punktów kontrolnych, czyli zabawie z mapami
i GPS. Ostatecznie zaj
ęliśmy piątą lokatę – relacjonuje Grzegorz König, najbardziej doświadczony kierowca w teamie. – „Ważniejsze od zajętego miejsca było jednak dostarczenie materiałów edukacyjnych do szkół w Mauretanii i Mali. Razem z innymi polskimi załogami przekazaliśmy blisko pół tony przyborów szkolnych, piłek, ubrań, plecaków
i zabawek zebranych przez fundacj
ę “Asante” w ramach akcji <Kredki dla Afryki>”.

Elementem wyróżniającym pomorskich rajdowców był nietypowy samochód. Blisko trzydziestoletni Peugeot 505 Dangel to jedyne tego typu auto w Polsce. Jędrzej Łukowicz, miłośnik klasycznej motoryzacji, sprowadził samochód z Belgii. Model ten był w latach 80. XX wieku wykorzystywany w byłych francuskich koloniach przez wojsko i kompanie energetyczne.

– „Prosta i solidna konstrukcja pojazdu dobrze sprawdzała się na bezdrożach Sahary. Największe emocje towarzyszyły nam podczas przejazdów klasycznymi trasami Dakaru” – dzieli się wrażeniami Jędrzej. –  „Podczas jednego z etapów jechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów plażą. Radziliśmy sobie także z wysuszonymi jeziorami oraz nasypami i mostami kolejowymiW Mali biwakowaliśmy pod wodospadami na rzece Senegal, by następnie nawigować przez sawannę pomiędzy baobabami i tradycyjnymi wioskami”.

Do Gdańska popularny „Niebieski” wrócił w drugiej połowie lutego, po 37 dniach podróży.

Więcej informacji: www.facebook.com/attention.dangel

1-IMG_5058 2-IMG_6525 3-IMG_65658


4. OKULARY DLA FILIPIN - Agnieszka Doberschuetz

Współtowarzysze: Maciej Ciebiera, Lidia i Antonia Doberschuetz, Marcin Łodyga

Agnieszka Doberschuetz z córkami oraz Maciejem Ciebierą, optometrystą (który z Romualdem Koperskim badał wzrok na Syberii, a z własnej inicjatywy także w Afryce) i Marcinem Łodygą, zorganizowała misję optyczną na Filipinach po przejściu tajfunu Yolanda. Okulary pozostały z poprzednich akcji Koperskiego. Córki – 7- i 11-letnia, pojechały, by pomagać i uczyć się doceniać swoje uprzywilejowane życie. Lidia, przeszkolona przez

Maćka, pomagała przy badaniach. Tonia z Marcinem dobierała ramki i odpowiednie szkła. Agnieszka zajęła się gł. organizacją i komunikacją z pacjentami (znając podstawy dialektu Cebuano). Udało się zbadać 256 osób w 4 dni, w tym grupę więźniarek.

 CEL WYPRAWY:

a) planowany : 5 dni badań wzroku w Cebu na Filipinach, na terenach po przejściu tajfunu Yolanda, wśród mieszkańców ubogich dzielnic (w logistycznej współpracy z lokalną fundacją Rise Above). Przebadanie ok. 200 osób i dobranie im okularów

b) osiągnięty: 4 intensywne dni badań otwartych w placówce fundacji, dzień badań w żeńskim więzieniu w Cebu. Przebadane ponad 250 osób, rozdane blisko 300 par okularów; jedna para okularów specjalistycznych wykonana indywidualnie w Polsce i wysłana do pacjentki za pośrednictwem blogerów-podróżników.

OKULARY DLA FILIPIN

Wraz z córkami prawie 3 lata spędziłam w Cebu na Filipinach. Ja pracowałam, starsza chodziła do zerówki, a potem do szkoły, młodsza stawiała pierwsze kroki, uczyła się mówić (po polsku, angielsku i w lokalnym dialekcie Cebuano) i jeść ryż zamiast pić mleko. Cebu to było dobre, spokojne miejsce do Życia w archipelagu Visayas. Było, bo w listopadzie 2013 roku północną część wyspy spustoszył rekordowy w dziejach meteorologii tajfun Yolanda, poprzedzony serią trzęsień ziemi na niespotykaną w tym rejonie skalę (ponad 2000 wstrząsów wtórnych!). Nas już tam nie było, bezpiecznie kontynuowałyśmy życie w Gorzowie Wielkopolskim. W Cebu wszystkie zostawiłyśmy kawałek serca, przyjaciół i ciepłe wspomnienia. Nic dziwnego, że po prostu musiałyśmy COŚ zrobić. W naszej sytuacji rodzinnej natychmiastowy wyjazd wolontariacki nie wchodził w grę – finansowo, logistycznie, terminowo (szkoły)… Rok po kataklizmach udało mi się wyjechać na rekonesans. Zniszczenia i potrzeby okazały się ogromne. Z biegu zostałam asystentką brytyjskich dentystów, którzy zorganizowali w Cebu misję stomatologiczną. Przeżycie jak z horroru – młodzież, która w wieku lat – nastu po raz pierwszy siedziała na fotelu dentystycznym. Stan uzębienia młodych pacjentów – krytyczny. Większość z nich musiała poddać się wielokrotnym ekstrakcjom i leczeniu kilku zębów na raz. I nikt nie narzekał, nie płakał, nawet nie pisnął! Pogodzenie się z losem, sytuacją, pogoda ducha i wdzięczność – mimo tak ciężkiego życia – to cechy, które w Filipińczykach najbardziej cenię. Postanowiłam zrobić coś więcej. Skontaktowałam się z Maćkiem Ciebierą, optometrystą, który wraz z Romualdem Koperskim niejednokrotnie badał wzrok na Syberii, a z własnej inicjatywy także w Afryce. Nie zastanawiał się nawet 5 sekund. Ruszyliśmy z organizacją wyprawy, szukaniem patronów, sponsorów, zbiórką pieniędzy, promocją. Tylko okularów nie musieliśmy już zbierać – z poprzednich akcji Koperskiego pozostało ich jeszcze mnóstwo.
Postanowiłam, że moje córki – wówczas 7- i 11-letnia, pojadą na misję wraz z nami. Żeby uczyć się pomagać, ale też doceniać swoje uprzywilejowane życie, na które zdarza im się obrazoburczo narzekać. Było to wyzwanie karkołomne. Loty – jak najtańsze – udało się opłacić z pieniędzy zebranych na Polak Potrafi. Najtańsze, więc nie najwygodniejsze – w tę i z powrotem leciałyśmy… 108 godzin! W drodze powrotnej z młodszym dzieckiem poparzonym przez meduzę. Ale warto było! Dziewczyny dały radę, starsza, Lidia, przeszkolona przez Maćka była wymiernym pomocnikiem. Fizycznie przebadanie takich tłumów pacjentów w warunkach mało komfortowych, przerastało każdego z nas z osobna. Ale razem udało nam się pomóc 256 osobom, w tym więźniarkom- rękodzielniczkom. Tonia, wraz z moim kuzynem Marcinem, który na tydzień wybrał się do Cebu, by nam pomóc (a wyjechał stamtąd… 13 miesięcy później!) dobierała odpowiednie ramki i szkła. Ja zajęłam się głównie logistyką, organizacją i komunikacją z pacjentami (znając podstawy dialektu Cebuano).
Wbrew pozorom kilka dni intensywnych badań kosztowało nas sporo nerwów i wysiłku. Maciek się rozchorował. Ponieważ mówiono o nas w radio i TV, dochodziły demotywujące, hejterskie komentarze podważające sensowność naszych działań: po co okulary, po co my tam, na Filipinach, czy nie lepiej taką pomoc zorganizować na miejscu. Naszym celem długofalowym jest stworzenie sieci pomocowej pośród zamożnych mieszkańców Filipin. Niestety, budowanie jej jest bardzo mozolne. W kraju, w którym przepaść między oburzającym wręcz bogactwem, a skrajnym ubóstwem jest ogromna, pomaganie i dzielenie się z potrzebującymi nie jest sprawą oczywistą. Przed nami długa droga, ale wierzymy w moc mechanizmu śnieżnej kuli: kilka osób w Cebu podchwyciło ideę i na co dzień pomaga ubogim i potrzebującym. Budujemy sieć i szukamy prominentnych osób, które pociągną za sobą kolejne. A my będziemy mogli zająć się kolejnymi misjami optycznymi. Na liście naszych marzeń są filipińskie wioski rybackie dotknięte przez żywioł, pełne potrzebujących, ale nigdy nie narzekających, dobrych, serdecznych ludzi. Poza tym zwracają się do nas kolejne środowiska, gdzie bardzo przydałaby się akcja badania wzroku i darmowe okulary. Marzą nam się miejsca niedostępne, a więc bardzo zaniedbane pod względem pomocy medycznej. Być może uda nam się trafić do obozu uchodźców z Sahary Zachodniej. W zamyśle mamy jeszcze co najmniej dwa miejsca, gdzie brak pomocy optometrycznej jest szczególnie dotkliwy. Ale o tym, póki co, tylko marzymy (i kombinujemy).

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA


5. BUSEM PRZEZ ŚWIAT - 52 państwa na 5 kontynentach starym busem w 5 lat - Aleksandra Ślusarczyk&Karol Lewandowski


Współtowarzyszka: Aleksandra Ślusarczyk
Odwiedzone 52 państwa na 5 kontynentach w ramach 12 etapów.
1. Etap nr 1 – Busem Przez Europę 2010 (12 państw, 7 tys. km, 1 miesiąc)
2. Etap nr 2 – Inteleko Przez Polskę 2011 (1 państwo, 3 tys. km, 1 miesiąc)
3. Etap nr 3 – Lenovo East Trip 2011 (16 państw,11 tys. km, 2 miesiące)
4. Etap nr 4 – Legalo America Trip 2012 (3 państwa, 25 tys. km, 3 miesiące)
5. Etap nr 5 – Italia Trip 2013 (5 państw, 6 tys. km, 2 tygodnie)
6. Etap nr 6 – East Trip 2013 (3 państwa, 6 tys. km, 2 tygodnie)
7. Etap nr 7 – Czarnobyl East Trip 2013 (3 państwa, 7 tys. km, 2 tygodnie)
8. Etap nr 8 – Balkan Trip 2013 (3 państwa, 6 tys. km, 2 tygodnie)
9. Etap nr 9 – Mennica Wrocławska Australia Trip 2013-2014 (3 państwa, 25 tys. km, 4 miesiące)
10. Etap nr 10 – North Trip 2014 (6 państw, 9 tys. km, 1 miesiąc)
11. Etap nr 11 – British Trip 2014 (7 państw, 7 tys. km, 1 miesiąc)
12. Etap nr 12 – Maroko Trip 2014 (8 państw, 10 tys. km, 1 miesiąc)
3-busem przez swiat w australii uluru2-busem przez swiat dolina smierci1-busem przez swiat dolina monumentow SKOK
Busem Przez Świat

Początki
Wszystko zaczęło się 5 lat temu. Postanowiliśmy spróbować podróży na własną rękę – własnym samochodem przerobionym na kampera, z noclegami na dziko i zapasami jedzenia z Polski, żeby było najtaniej. Kupiliśmy ponad 20-letniego VW ogórka. Był w opłakanym stanie, zarośnięty trawą, a akumulator wybuchł kilka dni wcześniej o mało nie urywając właścicielowi głowy. Ale zakochaliśmy się w nim od pierwszego wejrzenia i wiedzieliśmy, że to on przejedzie z nami kawał świata.
Przez kolejne kilka miesięcy pracowaliśmy dzień i noc, żeby przerobić busa na kampera. Przeterminowaną farbą z wyprzedaży i pożyczonym pistoletem pomalowaliśmy go w palmy i serferki, wsadziliśmy rozkładaną kanapę ze śmietnika, dywan, zasłonki i bagażnik na dach. Zabraliśmy zapas zupek chińskich i konserw i pomimo tego, że wszyscy dookoła pukali się w głowę ruszyliśmy przed siebie. Chcieliśmy dotrzeć aż do Afryki i odwiedzić po drodze kilkanaście państw.

Wyprawa na Gibraltar
Nie mieliśmy kompletnie doświadczenia ani w podróżowaniu ani w mechanice. Mieliśmy za to marzenie, w które bardzo wierzyliśmy. Niestety nasza wiara szybko została poddana próbie. Po przejechaniu Czech, Austrii i Lichtensteinu w szwajcarskich Alpach rozsypała nam się skrzynia biegów i utknęliśmy w malutkiej miejscowości Thusis. Jak mówi stara polska mądrość, „Jak trwoga to do Boga”, więc kiedy mechanik powiedział nam ponad 10 tysięcy złotych za naprawę zaczęliśmy szukać pomocy po kościołach. I tak trafiliśmy na pastora Davida, który przygarnął nas do siebie. W Barcelonie ktoś ukradł nam z busa wszystkie bagaże i zostaliśmy tylko w krótkich spodenkach i japonkach. Początkowo byliśmy załamani ale potem stwierdziliśmy, że właściwie to też rzeczy nie są nam do szczęścia potrzebne. Dwa dni później biegaliśmy z bykami na corridzie, a potem ruszyliśmy dalej na południe.

Gdy dotarliśmy do celu naszej wyprawy, Gibraltaru, zostaliśmy aresztowani. Jak się potem okazało, za wygląd. Przesiedzieliśmy cały dzień w osobnych celach a policja szukała w busie narkotyków. Niepocieszeni wypuścili nas mówiąc, że oni wiedzą że w takim busie narkotyki na pewno gdzieś są, tylko im już nie chce się szukać.
Okazało się, że wielu ludzi dzięki nam uwierzyło, że do podróżowania nie trzeba wielkich pieniędzy i doświadczenia i zaczęli ruszać naszym śladem, często dokładnie powtarzając trasę opisaną na naszym blogu i w książce.

My zakochaliśmy się w podróżowaniu i postanowiliśmy, że busa nie sprzedajemy i będziemy kontynuować wyprawy a za cel obraliśmy sobie objechanie naszym busem całego świata

www.busemprzezswiat.pl,

Rok później zorganizowaliśmy wyprawę dookoła Polski i na wschód Europy. Na Krymie o mało nie spłonął nam bus, w byłej Jugosławii wjechaliśmy niechcący na pole minowe i 2 razy miały miejsce strzelaniny przy naszym obozie.

Po powrocie postanowiliśmy spełnić nasze wielkie marzenie o przejechaniu Ameryki. Pomimo tego, że większość ludzi mówiła nam, że nam się nie uda, po rocznych przygotowaniach przerzuciliśmy naszego busa przez ocean i w 3 miesiące przejechaliśmy 25 tysięcy kilometrów dookoła Stanów, Kanady i Meksyku.

Galopowaliśmy konno po Dzikim Zachodzie, rozbiliśmy bank w Las Vegas, wdaliśmy się w porachunki z wietnamskim gangiem, a w Meksyku chciano nas porwać dla okupu. Zobaczyliśmy wspaniałe miejsca znane nam wcześniej tylko z filmów i poznaliśmy niesamowitych ludzi.

O naszych przygodach w Ameryce można przeczytać w naszej drugiej książce „Busem Przez Świat. Ameryka za osiem dolarów”.

Australia

Rok po Ameryce i po kilku mniejszych wyprawach po Europie rozpoczęła się nasza wyprawa w krainie kangurów. W 4 miesiące przejechaliśmy ponad 25 tysięcy kilometrów przez Australię i Nową Zelandię. Spotkaliśmy setki jadowitych węży i pająków, kangurów samobójców skaczących pod koła i olbrzymich krokodyli. 2 miesiące spędziliśmy na gorących pustyniach australijskiego outbacku. Mieszkaliśmy z Aborygenami u których spotkaliśmy Polaka, który wybudował sobie chatę w buszu i żyje tak już od kilku lat z dala od cywilizacji. Nie płaci podatków ani czynszu, jest samowystarczalny i szczęśliwy.

Na pustyniach było tak gorąco, że bus grzał się i mogliśmy jechać maksymalnie 60 km/h. Nie mamy klimatyzacji a powietrze wpadające przez okna parzyło w twarz więc jechaliśmy pozamykani jak w piekarniku. Między 12:00 a 15:00 musieliśmy zatrzymywać się w cieniu bo ani my ani bus nie dawał już rady. W nocy było nie dużo lepiej bo zamiast 50 stopni było 30, a ze strachu przed wężami trzeba było spać w szczelnie zamkniętych namiotach w których robiła się sauna. Ale outback ma w sobie coś niesamowitego. Olbrzymia pustka, dzikie zwierzęta nie występujące nigdzie indziej i najpiękniejsze na świecie wschody i zachody słońca. Nie mówiąc już o gwiazdach tak wyraźnych, że ciężko uwierzyć, że są prawdziwe.

Kolejne etapy

Po powrocie z Australii zorganizowaliśmy miesięczną wyprawę na Koło Podbiegunowe, wyprawę do Wielkiej Brytanii i miesięczną wyprawę naszym starym busem na Saharę.

Tym samym nasz bus odwiedził już 52 państwa na 5 kontynentach w 5 lat.

6. Autostopem/jachtostopem z Podlasia do Meksyku za garść złotówek - Tomasz Jakimiuk


Na koncie obronione dwie prace magisterskie. Finalnie w portfelu 250 zł i wielkie chęci odkrycia, czegoś nowego. Brak znajomości żeglowania nie pozwoliły pokrzyżować planów i załapać się na jacht płynący przez Ocean Atlantycki. Determinacja, kreatywność w połączeniu z autostopem dały niebywałą możliwość zobaczenia 4 wysp na Karaibach, 1 na Bahamach oraz eksploracji przy użyciu kciuka 7 000 km po meksykańskim lądzie. Spanie w namiocie, czy też u spotkanych ludzi pozwoliło mi odkryć Meksyk w zupełnie inny sposób, w stosunku do tego co o nim słyszałem i czytałem. 144 dniowa podróż, okazała się wyprawą w głąb siebie.

Blog: www.jaktodaleko.pl

Facebook: Jak To daleko

Po obronie na Wydziale Zarządzania Politechniki Białostockiej, Tomek sprawdził swój stan konta. Zaświeciło mu przed oczyma niecałe 250 zł. Ucieszył się, jak nigdy. Mówiąc: „Aż tyle! Człowieku za to można pół świata zobaczyć!”. Nie pytał ludzi, czy jego pomysł ma jakikolwiek sens. Nie powiedział w sumie o tym nikomu. W ciągu kilku dni spakował się i ruszył przed siebie. Bez planu, z milionem pomysłów. Dotarł na Gran Canarię. Chodził pośród łódek i rozmawiał z kapitanami: „Dzień dobry! Czy płynie Pan na Karaiby, może do Wenezueli, czy też Brazylii?”. Załapał się na jacht.

Zerowe doświadczenie w żeglowaniu oraz rzyganie przez 6 dni nie przeszkodziły mu w zobaczeniu czterech wysp na Karaibach, jednej na Bahamach i przemierzeniu ponad 7 000 km niczym worek pomarańczy na pace po meksykańskiej ziemi.

Tomek Jakimiuk, zwykły Podlasian, który uwierzył w ludzi i ruszył w pogoń, za tym co na pozór niemożliwe, przybędzie by podzielić się swoją 144 dniową wędrówką w nieznane.

Szersza relacja

Kiedyś podróżowanie wydawało mi się czymś niedostępnym, zarezerwowanym tylko i wyłącznie dla zamożnie postawionych. Pochodzenie z niewielkiej miejscowości na Podlasiu, jak i niemajętnej rodziny tłamsiło we mnie iskrę odkrywania. Jednak do czasu. Przyszły studia, a tym samym nowi ludzie. To dzięki nim przez przypadek doświadczyłem autostopa. Otworzyło mi to oczy na tyle, że zwiedziłem kawał świata, mając plecak, namiot i chęci. Rezygnując z wygody, każdego dnia rozwijając kreatywność i umiejętność rozmawiania z ludźmi. Moje podróże stawały się coraz bardziej bogate w pozytywne doświadczenia. Kilka złotówek w kieszeni dawało potężnego kopa na tyle by iść wciąż do przodu, w każdej dziedzinie mojego życia. Tak też po obronie dwóch prac magisterskich na Wydziale Zarządzania Politechniki Białostockiej, sprawdziłem swój stan konta. Kupiłem buty, namiot, najtańszy bilet z Europy na Gran Canarię za 249 zł, gdyż zbliżał się już koniec sezonu żeglarskiego na Atlantyku. Tani bilet wiązał się z podjęciem szybkiej decyzji, gdyż wylot był za 48h. Po całym procesie przygotowawczym, który trwał niecałe 2 dni zaświeciło mi przed oczyma niecałe 250 zł, co nie wpłynęło w żaden sposób na kontynuację postawionego sobie celu. Ucieszyłem się, jak nigdy. Mówiąc: „Aż tyle! Człowieku za to można pół świata zobaczyć!”; uśmiech nie schodził mi z ust. Nie pytałem ludzi, czy pomysł ma jakikolwiek sens. Wiedziałem, że wszyscy mówili by jedno: „Oszalałeś! Nie jedź!”.  W sumie nie powiedziałem nikomu, aby zminimalizować ilość argumentów przeciw.

Ruszyłem przed siebie, nie bacząc na nic. Bez planu, z milionem pomysłów. Dotarłem na Gran Canarię. W ciągu kolejnych kilku dni znalazłem jacht. Kto by pomyślał. Moja mina gdy chodziłem i rozmawiałem z Kapitanami: „Dzień dobry! Czy płynie Pan na Karaiby, może do Wenezueli, czy też Brazylii?”. Każde tego typu zdanie kończyło się niekontrolowanym śmiechem. Sam nie wierzyłem, że pytam o coś takiego; coś co do tej pory było w mojej głowie zaszufladkowane w kategorii: irracjonalne. Zerowe doświadczenie w żeglowaniu oraz wymiotowanie przez 6 dni nie przeszkodziły w zobaczeniu 4 wysp na Karaibach, 1 na Bahamach, finalnie docierając  do nieznanego mi wcześniej lądu, a mianowicie Meksyku. Objechałem ponad 7 000 km na meksykańskiej ziemi niczym worek pomarańczy przy użyciu autostopa. Kocham jeździć na pace, pomijam momenty w których przecinaliśmy wiatr z prędkością 100 km/h. Ta wolność i możliwość oglądania wszystkiego dookoła jest bezcenna.

Człowiek który nie ma praktycznie nic, zdany jest na interakcję z ludźmi, nawet jeśli nie zna języka; tak jak było w moim przypadku. Niesamowita chęć odkrywania i poznawania sprawiły, że po tygodniu czułem się jak lokals. Rozmowy z ludźmi, czy to w górach, miastach, były przepełnione serdecznością, pomimo ubogiego słownictwa, jakie z godziny na godziny zaczynałem przyswajać. Często ręce stanowiły element kluczowy w komunikacji. Pomijając gesty, bardzo dużo rysowałem by wyrazić co czuję, bodź czego chcę się dowiedzieć. Jako człowiek ciekawy świata, a zarazem dociekliwy, pytałem o wszystko.

Przed wyjazdem wrzuciłem do plecaka harmonijkę zakupioną na allegro za równowartość 30 zł. Intuicja kolejny raz okazała się niezastąpiona. Ten mały niepozorny instrument, na którym nie potrafię do tej pory grać, stał się swoistym magnesem podczas ulicznych koncertów, w celu zgromadzenia kapitału na jedzenie. Ludzie podchodzili sami. Ciekawość która płonęła w ich oczach z minuty na minutę wzrastała. Granie na ulicy przeradzało się w prelekcję na temat Polski, naszej kultury, ludzi, jedzenia, tradycji. Jak się okazało kraj o dumnej nazwie Polska, w 60% spotkanych ludzi nie istnieje, a jeśli już istnieje to nie wiadomo gdzie jest. W tłumie zawsze znajdowała się minimum jedna osoba mówiąca po angielsku, która tłumaczyła pozostałym co mówię. Stali z zaciekawieniem niekiedy po 2h.

Moim domem był namiot, który skrzętnie rozkładam i składałem każdego dnia. Powiedziano mi kiedyś, że mam ufną twarz i ciepłe oczy. Coś w tym jest, gdyż bardzo często zostawałem zapraszany na wspólne wycieczki rodzinne po mieście, obiady w gronie bliskich, czy noclegi, co dawało wielką wartość dodaną w moich doświadczeniach podróżniczych. Niekiedy kawałek podłogi w bezpiecznym kącie, na betonowej podłodze dawał możliwość głębszego snu, a tym samym regeneracji sił. Fenomenalne doświadczenie, ukazujące prawdziwe oblicze tego kraju. Najciekawsze jest to, iż w swojej podróży polegałem tylko i wyłącznie na spotkanych ludziach i ich wiedzy na temat swojego kraju. Nie miałem mapy, przewodnika. Założyłem, iż przez 5 miesięcy mojej tułaczki z Podlasia do Meksyku, drogowskazami będą mieszkańcy odwiedzanego regionu. Los pchał mnie w miejsca, o których bym mógł jedynie śnić i marzyć. Niekiedy masa kilometrów przebytych pieszo, żar lejący się z nieba, czy też podejmowane ryzyko, nie przeszkodziły mi doświadczyć oszałamiających widoków, poznać inspirujących ludzi, czuć strach którego nigdy nie zapomnę.

Podróż stała się lekcją z której wyciągnąłem masę wiedzy o samym sobie. Teraz wiem, że mieć marzenia, to nie tylko puste słowa i idea sama w sobie. To zaczątek walki z samym sobą, na poczet pięknych doświadczeń, które sprawią iż będzie się silniejszym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

7. Expédition Africaine Rogoziński - Vivat Polonia 2016-Maciej Klósak & Tomasz Grzywaczewski

Maciej Klósak & Tomasz Grzywaczewski- Expédition Africaine Rogoziński – Vivat Polonia 2016

Rys historyczny

W latach 1882–1885 Stefan Szolc-Rogoziński wraz z Klemensem Tomczekiem oraz Leopoldem Janikowskim odbyli podróż badawczą do terenów dzisiejszego Kamerunu, która miała na celu znalezienie miejsca dla odrodzenia nowej Polski. Wyprawa poprzedzona była ogólnonarodową dyskusją, w której udział brali m.in. Henryk Sienkiewicz czy Bolesław Prus. 20-letni Rogoziński oczarował pisarzy – Prus potrafił go porównać do Pawła Edmunda Strzeleckiego, Sienkiewicz z kolei widział zamierzenia Rogozińskiego jakby wyjęte z powieści Juliusza Verne’a.

Część badawcza wyprawy Polaków do Zachodniej Afryki zakończyła się pełnym sukcesem. Nadali polskie nazwy m.in. najwyższym szczytom Gór Kameruńskich, jako pierwsi biali dotarli do Jeziora Słoniowego (Barombi Mbu, Jezioro Benedykta). Ich stosunki z krajowcami miały charakter partnerski. Rogoziński był zapraszany do udziału w naradach plemiennych, w leczeniu chorych czy w procesach sądowych. Zakupiona przez niego wyspa Mondoleh, znajdująca się u wybrzeży dzisiejszego Limbe, stała się symbolem przyjacielskich stosunków, które połączyły różne kultury. Były to relacje skrajnie odmienne od typowych dla Europejczyków, których wyprawy miały najczęściej charakter grabieżczy.

Ważnym faktem historycznym były zabiegi Szolc-Rogozińskiego u konsula brytyjskiego Whyte’a, rezydującego w Kalabarze, w celu podporządkowanie kontrolowanych przez Szolc-Rogozińskiego ziem Brytyjczykom i zatrzymania w ten sposób kolonialnego marszu Niemców po ziemi kameruńśkiej. Niestety, wysiłek Rogozińskiego został zniweczony, a interior kameruński na mocy ustaleń Konferencji Berlińskiej 1884-85 przypadł Niemcom. Wraz z wytycznymi cesarza Bismarcka polskie nazwy zostały wymazane z atlasów geograficznych.

Wyprawa w 2016 roku

Warto zabrać się za odkurzenie postaci niesłusznie zapomnianego Stefana Szolc-Rogozińskiego. Niedawno grupa inicjatywna wyszła z propozycją, aby w Kaliszu ogłosić „Rok Stefana Szolc-Rogozińskiego”. Istotą proponowanych działań jest promocja postaci Szolc-Rogozińskiego oraz jego wyprawy 1882-1885. Dla każdego, kto pozna historię Rogozińskiego, postać ta staje się idolem – uosobieniem patrioty, marzyciela, młodego błyskotliwego organizatora, fenomenem wśród odkrywców i podróżników XIX wieku, który umiał wyznaczać najwyższe cele i skutecznie je realizować. To jest jego zwycięstwo, że nawet dziś potrafi zarażać pasją do życia. Warto go promować, bo jest do „obróbki” idealny, nie tylko jako postać historyczna, ale przede wszystkim wzór dla młodych ludzi – idealista, ale pragmatyk, wizjoner i patriota. Nie szukajmy dobrych wzorców daleko, skoro najlepszy polski „Indiana Jones XIX wieku” jest tak blisko.

Wyprawa Expédition Africaine Rogoziński „Vivat Polonia 2016” wpisuje się w działania promocyjne, choć sama w sobie jest wyprawą historyczną. Powtórzyła brakującą część trasy Stefana Szolc-Rogozińskiego. W planie wyprawy znalazły się wizyta i badania w Kamerunie (region Limbe i Kumby, wizyta w Yaounde i Foumban), ale także w Nigerii (Kalabar). To w Kalabarze Rogoziński prowadził swoją błyskotliwą grę dyplomatyczną z brytyjakim konsulem Whyte’m, powstrzymując, choć na któtko, skuteczny marsz Niemców po ziemiach zarządzanych przez Polaka. Wizyta w byłym brytyjskim konsulacie przyniosła nową wiedzęhistoryczną. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej, obszar między Assini-Mafia i Krinjabo XIX-wieczni podróżnicy przebyli łodzią, aby ostatecznie dotrzeć z odwiedzinami do Króla Amon Ndoufou II, oświeconego starca, który z najwyższymi honorami przyjął europejskich gości. Żadna ekspedycja historyczna nie powtórzyła dotychczas trasy Rogozińskiego w tej części Afryki, dopiero wyprawa „Vivat Polonia 2016 popłynęłą trasą wyrysowaną na zachowanej a wykonanej przez Klemensa Tomczeka mapie z 1883 roku. Audiencja o kolejnego króla Amon Ndoufou V była kopią spotkania Rogozińskiego – upominki z Polski,rozmowy o sytuacji politycznej oraz toasty ginem i whisky. Król podarował dwutomowy opis historii ludu Sanwi i ryciny z czasów wizyty Rogozińskiego. Z kolei pobyt w Monrovii, stolicy Liberii, był podkreśleniem wagi, jaką Stefan Szolc-Rogoziński przykładał do wizyty w tym kraju, wówczas pierwszym wolnym skrawkiem afrykańskiej ziemi. Warto przypomnieć, iż Polacy byli wówczas podejmowani przez Prezydenta Liberii Alfreda Russella. Wizyta w Ministerswie Informacji i Kultury miała na celu odnalezie śladów tego spotkania z lutego 1883 roku.

Wyprawa „Vivat Polonia 2016” była kontynuacją pierwszej autorskiej wyprawy śladami Szolc-Rogozińskiego (M. Klósak, A. Kosmalska, D. Skonieczko, J. Kernbach), której celem było dotarcie do wybranych miejsc w Kamerunie, Gabonie i Gwinei Równikowej.

Uczestnicy wyprawy oddali cześć Rogozińskiemu i jego współtowarzyszom podróży, doprowadzając do wmurowania tablicy pamiątkowej w Limbe. Zawisła na ścianie pałacu króla Ekoka Molindo, który jest praprawnukiem króla Akemy, od którego Rogoziński zakupił część słynnej wyspy Mondoleh, na której zbudowana została baza Polaków w 1883 roku. Kamienna tablica w polskich barwach narodowych zaprojektowana została przez artystę Bogdana Wajberga i jest już drugą taką pamiątką, po tablicy przywiezionej do Kamerunu w 1973 roku przez Pierwszą Akademicką Wyprawę Afrykańską, kierowaną przez Eugeniusza Rzewuskiego. Niestety pierwsza tablica zaginęła.

The Explores Club nadał wyprawie Flagę Klubu. To zaledwie szósta na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat wyprawa zorganizowana przez Polaków, sygnowana prestiżową Flagą The Explorers Club.

IMG_0254 IMG_0197 IMG_0094 IMG_0067 DSC_3281

8. Wszystko się może przytrafić, czyli rowerem przez Panamę i Kolumbię-Piotr Strzeżysz

Piotr Strzeżysz- Wszystko się może przytrafić, czyli rowerem przez Panamę i Kolumbię

Celem kolejnej wyprawy Piotra Strzeżysza było poszwendać się po Panamie i Kolumbii. Pić dużo kawy, rozmawiać z ludźmi, brać codzienny prysznic ze słońca, jeść dużo owoców i cieszyć się z życia.

Nie do końca się udało z tym cieszeniem, ale reszta zdobyta (picie kawy, spotkania z ludźmi, jedzenie owoców).

Cztery nieśpieszne miesiące szwendania się po bezdrożach, kubańscy uchodźcy, gościna u kotów, z którymi spędziłem prawie miesiąc na działce w 2013 roku, karnawał w maleńkiej Margaricie, poszukiwania morskiego żółwia i niezliczone rozmowy z niezmiernie gościnnymi mieszkańcami. A nad tym wszystkim droga – gdzieś, dokądś – rozgrzana słońcem i ciepłem. A poza kolumbijskimi specjałami – szczypta melancholii i refleksji, od których czasem trudno uciec w podróży.

Piotr Strzeżysz – autor książek Powidoki, Campa w sakwach oraz Makaron w sakwach. Skończył kilka szkół, studiował na kilku kierunkach, pracował w różnych miejscach, m.in. na budowie, w bibliotece i w kilku szkołach. Od lat realizuje marzenie zwiedzenia świata na rowerze, łącząc pasję podróżowania z fotografią i pisaniem. Przejechał kilkadziesiąt krajów na pięciu kontynentach. Jak pisze o sobie:
„Przewłóczyłem się przez kawałek świata, ale ciągle coś gdzieś mnie pcha. Są chwile, kiedy myślę, że pewnego dnia się zatrzymam. Ale potem zasypiam, śnię o lataniu i wiem, że sam nigdy tego nie zrobię. Taka karma”.

Więcej: www.onthebike.pl

 

strzeżysz (5) strzeżysz (11) strzeżysz (12) strzeżysz

9. AVENTURA (z hiszp.PRZYGODA)-Sebastian Henning

Sebastian Henning- AVENTURA (z hiszp.PRZYGODA)

Współtowarzysz wyprawy- Wojciech Malicha

Podróż do Ameryki Środkowej i Południowej to 150 dni wspaniałych przygód, ponad 17 tysięcy przejechanych kilometrów różnymi środkami transportu, 12 zdobytych państw, a przede wszystkim niezliczona liczba wyjątkowych wspomnień i poznanych wspaniałych ludzi. Aventura to także opowieść o prawdziwej przyjaźni.

Choć początek w rzeczywistości wydawał się piękniejszy niż mogliśmy sobie wyobrazić w naszych marzeniach, to nie zawsze była niedziela.

Po wyjściu z lotniska w Meksyku nie wyciągnęliśmy dobrze kciuków, a już zatrzymał się obok nas pierwszy samochód z propozycją transportu na plażę. Nie zdążyliśmy się na miejscu jeszcze rozłożyć, a u naszego boku pojawił się Polak oferujący nocleg u siebie w domu. Nie zawsze jednak było tak pięknie. Czasami nockę trzeba było spędzić na plaży lub stacji benzynowej, a kiedy indziej przeżyć kilka dni na samych bananach.

W Ameryce Środkowej odwiedziliśmy wszystkie państwa tej części kontynentu. W Belize spaliśmy
u wiceburmistrza miasta, a na wyspach San Pedro u polskiego misjonarza. W Gwatemali zobaczyliśmy największe zachowane pasmo piramid Majów, a w Salwadorze przechodziliśmy przez jedną z najniebezpieczniejszych granic na świecie z Hondurasem przeżywając prawdziwy horror.
W Nikaragui, aby dostać się z powrotem z Wysp Ometepe na ląd musieliśmy pracować na statku przerzucając 2,5 tony worków ryżu na ciężarówkę. Po przebyciu pięknej i bezpiecznej Kostaryki dostaliśmy się do Panamy, gdzie spaliśmy w najbardziej ekskluzywnym hotelu w stolicy tego kraju. Jedną noc spędziliśmy nawet na maleńkiej wyspie archipelagu San Blas.

Z Panamy do Kolumbii płynęliśmy statkiem w trójkę z Chilijką, która zdecydowała się podróżować przez miesiąc w naszym towarzystwie. Święta Bożego Narodzenia przeżyliśmy ze wspaniałą kolumbijską rodziną, zajmując puste miejsca przeznaczone zgodnie z tradycją dla niespodziewanych gości, a Sylwestra świętowaliśmy na głównym placu stolicy Ekwadoru. Właśnie w tym mieście poznaliśmy przypadkiem Koreankę, która zostawiła grupę swoich znajomych, aby kolejny miesiąc podróżować razem z nami. W Peru spełniliśmy kolejne marzenie, wielki wypad na Machu Picchu. Czasowy rekord autostopowej podróży pobiliśmy w Brazylii, gdzie w jedenaście dni przejechaliśmy prawie 7 tysięcy kilometrów, by dotrzeć do jednego z najpiękniejszych miejsc, Jericoacoary.

Wielka podróż umożliwiła odwiedzenie dziesięciu miejsc wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Za sprawą Jana Pawła II, traktowanego w Ameryce Środkowej i Południowej z jeszcze większym szacunkiem i miłością niż w ojczyźnie, wszędzie jako Polacy byliśmy traktowani
z niesamowitą serdecznością. Wspaniała podróż to zatem nie tylko jedna wielka przygoda, ale przede wszystkim konkretna lekcja życia.

-Trasa z Meksyku do Brazylli ( Jericoquara )

-Przejechaliśmy prawie 18.000 kilometrów głównie autostopem jednocześnie zwiedzając 13 Państw.Odwiedziliśmy Anglię (Londyn) , Meksyk (Cancun,Playa Del Carmen,Akumal,Tulum,Mahahual,Bacalar) Belize (Corosal,Belize City,wyspy San Pedro i Caye Caulker) , Guatemala (Tikal,Guatemala City) , Salvador (San Salvador,Union) , Honduras , Nicaragua (Leon,Grenada,Wyspa Ometepe,San Juan Del Sur),Costa Rica (San Jose,Jaco) ,Panama ( Panama City,Wyspy San Blas,Colon) , Colombia (Cartahena,Medellin,Cali,Pasto) , Ecuador ( Quito,Banos,Montanita,Guayaquill,Cuenca) ,Peru (Mancora,Trujillo,Lima,Ayacucho,Cusco,Aquas Calientes,Cusco,Puerto Maldonado) , Brazylia (Jericoquara).

Akweny Morze Karaibskie,Ocean Spokojny,Ocean Atlantycki,Góry : Andy

01 001 02

DCIM100GOPRO

10. Ej, odbudujmy Nepal-Teresa Tija Grebieniow

Teresa Tija Grebieniow –Ej, odbudujmy Nepal

Głównym celem wyprawy była realizacja projektu pomocowego dla ofiar trzęsienia ziemi w Nepalu, który zapoczątkowałam będąc jeszcze w Polsce.

Nepal jest dla mnie wyjątkowym miejscem na ziemi. W 2015 roku Kathmandu przywitało mnie po raz dziesiąty. Ten wyjazd był dla mnie bardzo ważny ze względu na misję pracy na budowie, a jednocześnie bardzo osobisty ponieważ wracałam do mojego drugiego domu, do mojej drugiej rodziny.

„Lepiej przeżyć jeden dzień jak tygrys, niż 100 dni jak owca” – mówi nepalskie przysłowie. Tija szaleńczo zakochana w Nepalu, jego kolorach i krajobrazach, ale przede wszystkim ludziach. Nepalczykach, którzy naszą prelegentkę wpuścili do swojego życia, pozwolili być częścią rodziny, nauczyli cieszyć się w deszcz, śmiać się w głos, być wdzięcznym za każdy nowy dzień. Kiedyś pomocni i tak bardzo otwarci dla nas dziś potrzebują pomocy, dlatego Tija każdemu uparcie powtarza “Ej, odbudujmy Nepal”. O kolorach, zapachach, ludziach, zwyczajach oraz o pasji jaką odnaleźć można w pomaganiu.

Do Nepalu po raz pierwszy trafiłam w 2008 roku, tuż po napisaniu matury. Matura to egzamin dojrzałości, przyszedł więc czas na sprawdzenie siebie w dalekiej podróży. Nie potrzebowałam wiele, aby zakochać się w tym małym kraju, położonym u stóp najwyższych gór świata, Himalajów. Do dziś nie wiem czy to muzyka, kolory, zapachy, krajobrazy sprawiły, iż już po kilku dniach swojego pobytu wiedziałam, muszę tu jeszcze kiedyś wrócić.

Nie minął rok od pierwszego spotkania z Nepalem jak do niego wróciłam. Tym razem mniej turystycznie. Sytuacja ta powtórzyła się dziewięć razy. Podczas moich pobytów coraz lepiej poznawałam rodziny, z którymi mieszkałam, ich życie, tradycje, zwyczaje, ale także spojrzenie na różne dziedziny życia. W każdym kolejnym miesiącem więzi między nami się zacieśniały, aż któregoś dnia poczułam się nie jak gość / przyjaciel, ale jak członek rodziny. Jak każda kobieta w domu jadłam w kuchni, uczestniczyłam w rodzinnych uroczystościach i pełniłam obowiązki jak każdy domownik. Życie tak mi się poukładało, że zostałam w połowie Nepalką, zostawiłam w tym kraju kawałek serca i kochających ludzi. 25 kwietnia 2015 roku stała się tragedia. Ziemia, zatrzęsła się, tysiące ludzi straciło życie i dach nad głową. W tym moi Przyjaciele i Bliscy. Przez pierwsze dwa dni zbierałam informacje komu udało się przeżyć, kto miał mniej szczęścia, kto jest ranny i czy mają co jeść. Kiedy coś stanie się ludziom, których się kocha naturalną rzeczą jest niesienie pomocy. Jestem głęboko przekonana, że każdy zrobiłby dokładnie tak samo. Tak się złożyło, że moi Bliscy mieszkają parę tysięcy kilometrów ode mnie. W dzisiejszych czasach mamy jednak tak wiele możliwości komunikacji. To do dzieła! Pod luźno rzuconym wśród znajomych hasłem “Ej, odbudujmy Nepal” zaczęliśmy szukać sposobu, aby pomóc. Moim celem było zapewnienie moim rodzinom dachu nad głową, czegoś ciepłego do zjedzenia i ubrań chroniących przed nadchodzącym monsunem. Miałam ogromne szczęście, że spotykałam ludzi, którzy przejęli się losem “moich nepalczyków” i chcieli pomóc. Mimo, iż tego nie planowałam “Ej, odbudujmy Nepal” stał się dużym projektem. Z pomocą przyjaciół w pierwszym tygodniu zebrałam ponad 3.000 zł. Pieniądze te zostały przeznaczona na zakup jedzenia, plandek przeciwdeszczowych, leków i drewna do spalenia zwłok.

 “Dziękuję, Tija, za to co dla nas robicie. Dzięki Wam moje życie ma nowy sens”

powiedział Rizu, mój wieloletni przyjaciel, który w trzęsieniu ziemi stracił żonę.

Zamiast opłakiwać ukochaną ruszył z grupą przyjaciół nieść pomoc w miejscach

gdzie pomoc jeszcze nie dotarła. Od tamtego momentu wiedziałam, że już nie ma odwrotu. Założyliśmy ośrodek dla wdów z dziećmi, zbudowaliśmy dwie wsie domów tymczasowych, 164 toalety, wyburzyliśmy dziesiątki domów, wysłaliśmy na miejsce tragedii dziesiątki wolontariuszy. W lipcu 2015 roku przyszedł czas na mnie. “Wracam do domu” pomyślałam, choć miałam w sobie, prócz radości, też strach. Bałam się, że ludzie, których tak dobrze znam nie będą już tacy sami. Bałam się widoku mojego domu, który runął z pierwszym wstrząsem.

Wyprawa’15 zaczęła się od narodzin. Piękny symbol nowego początku. Łzy, smutek, radość, przerażenie, satysfakcja, tęsknota – mieszanka emocji, których nie da się opisać. Miesiąc chwil, które na zawsze zostaną w mojej głowie i lekcji, które chcę przekazać dalej. Nauki od pięknych, prostych, prawdziwych ludzi. Wszystko poprzeplatane ciężką pracą, ale także przygodami wywołującymi uśmiech i fotografiami, którymi staram się ukazać piękno odwiedzanych miejsc.

01 02 03 05

11. Rower owe Jamboree-Julia Marchlewicz i Radosław Tusiński

Julia Marchlewicz i Radosław Tusiński- Rowerowe Jamboree

Rowerami przez Europę i Azję – z Polski do Japonii. Ponad 12 000 km przejechanych w ciągu 7 miesięcy, by dotrzeć do Yamaguchi w Japonii, gdzie w lipcu 2015 roku odbywał się 23. międzynarodowy zlot skautów – Światowe Jamboree. W ten sposób Fundacja Światowe Jamboree we współpracy ze Stowarzyszeniem Afryka Nowaka postanowiła promować Polskę jako kandydata do organizacji Światowego Jamboree w 2023 roku. W wyprawie wzięło udział ponad pięćdziesiąt osób z całej Polski, podzielonych na dziewięć grup przekazujących sobie niczym w sztafecie pałeczkę: mapę trasy z wpisami spotykanych po drodze ludzi oraz harcerską biblię „Scouting for Boys” Roberta Baden Powell’a. W krajach, przez które wiodła trasa sztafety spotykali się z lokalnymi harcerzami oraz przedstawicielami lokalnych władz, promując Polskę, jak również idee ducha skautingu.

10653357_790993744257384_7566378447489641434_n-33068 mapa_na_strone.1024-1024x318

Sztafetowicze pokonali w ten sposób 13 krajów: Polskę, Ukrainę, Rumunię, Bułgarię, Turcję, Irak, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgistan, Chiny i Japonię. Na tak rozległym pasie Ziemi otworzył się przed nimi szeroki wachlarz doznań. Uroki zimowej aury na wschodnioeuropejskim górzystym odcinku trasy wyprawy dały się we znaki pierwszym dwóm ekipom. W Turcji kojarzonej ze słonecznymi kurortami ekipa etapu rodzinnego z ośmiolatkiem i dwoma trzynastolatkami w składzie liczyła na przychylniejsze warunki, jednak przyszło im się zmierzyć z mrozem i śniegiem zaskakującym nawet samych Turków. Dalej na szczęście było już trochę cieplej. Kolejni sztafetowicze uciekali za to przed nadgorliwą gościnnością Irańczyków. W niedostępnym dla turystów pustynnym Turkmenistanie stoczyli wyścig z czasem upływającym wraz z końcem pięciodniowej wizy tranzytowej. W Uzbekistanie na trasie towarzyszyły im aromatyczne warzywa, baśniowe mozaikowe zabytki jedwabnego szlaku i… obstawa policji. W Tadżykistanie podążali legendarną Pamir Highway co chwila bijąc wysokościowe rekordy sztafetowej trasy, w tym najwyższą przełęcz Ak Baital 4655 m. W Chinach nauczyli się nawigować we wsiach liczących po kilka milionów mieszkańców, by dotrzeć do Pekinu – miasta dziewięciu milionów rowerów, gdzie uczestnikom dziewiątego finałowego etapu przekazali sztafetowe atrybuty. Ostatnia ekipa stanęła na wysokości zadania i dotarła na metę dokładnie w dniu rozpoczęcia Światowego Jamboree, uczestnicząc w ceremonii otwarcia i stając się na miejscu niemałą atrakcją.

Sztafeta ta była sporym wyzwaniem logistycznym, jednak jej uczestnicy udowodnili, że ludzie z odmiennych środowisk – podróżniczego i harcerskiego – są w stanie zorganizować i przeprowadzić siedmiomiesięczną sztafetę podróżniczą osiągając zaplanowany cel geograficzny i społeczny jednocześnie dobrze się przy tym bawiąc. Na tyle dobrze, że szykują kolejną wspólną rowerową wyprawę. Tym razem przez syberyjskie bezdroża, alaskańską dzicz i pośród wszechobecnej zieleni Kanady planują dotrzeć na miejsce kolejnego spotkania kilkudziesięciu tysięcy skautów z całego świata, które odbędzie się w 2019 roku w Virginii w Stanach Zjednoczonych.

 

Kozostrada Samarkanda (128) Śnieg

12. Od Mundialu w Brazylii do aresztu w Wenezueli. Podróż życia 21 latka!-Tony Kososki

Tony Kososki-Od Mundialu w Brazylii do aresztu w Wenezueli. Podróż życia 21 latka!

Celem podróży był wyjazd na wolontariat na Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej do Brazylii w 2014 roku. Początkowo miałem tam spędzić 2 miesiące, ale jeszcze w Europie wewnętrzny głos nie dawał mi spokoju i tak wyszło, że z „pomocą” losu straciłem bilety na miesiąc przed rozpoczęciem zawodów i później kupiłem już lot w 1 stronę i po Mundialu ruszyłem w dalszą, autostopową wyprawę, podczas której przejechałem samotnie, autostopem blisko 28000 kilometrów w 471 dni. W Rio poznałem kulturę favel oraz prawdziwe piękno Brazylii. W Boliwii cofałem się w czasie do czasów gdzie nie ma pralek w domach, asfaltu na drogach i Internetu w domu. Peru to okres, gdzie pisałem pracę inżynierską bez domu, komputera i Internetu, ponad to wreszcie dobiłem do drugiego celu jakim było Machu Picchu, a jakiś czas później dotarłem do Iquitos – miasta półtora razy większego od Gdańska, gdzie żyje pół miliona ludzi i płynie się tam 5 dni łodzią, na której pracowałem jako załogant. To tu po raz ostatni wybrałem pieniądze z bankomatu i dalej podróżowałem za to co los przyniesie.

Spałem u ludzi, których poznałem na autostopie, u strażaków, na policji, w kościołach, w namiocie, na hamaku, zdarzyło się nawet raz kimnąć w Wenezuelskim areszcie. Podczas drogi pracowałem jako wolontariusz w hostelu, jako tłumacz na wycieczkach, pomagałem remontować kierowcy mieszkanie, ale nie obyło się też bez trudniejszych sytuacji. W Kolumbii chciano mnie okraść z nożem, a w stolicy Ekwadoru straciłem telefon 3 minuty po dojeździe.

Wisienką na torcie było spędzenie 2 tygodni na Karaibach za cenę paczki ryżu (20 groszy).

CEL:

mistrzostwa świata w piłce nożnej w Brazylii

PRZEBIEG:

/Samolot/Madryt – Sao Paulo/ Autostop/ – Rio de Janeiro – Brasilia – Chapada Dos Guimaraes – Pociąg Śmierci – kopalnie srebra w Potosi – Salar de Uyuni i kolorowe laguny – La Paz – Ayahuasca -Wyspa Słońca i Wyspy Totora na jeziorze Titicaca –  Machu Picchu – Lima – Iquitos – Quito – Medellin – Bogota -Relampago del Catatumbo – Wyspy Karaibskie w Wenezueli – Więzienie – Region Równin w Wenezueli – La Guajira – Taganga – Zaginione Miasto – Cartagena – Bogota /Samolot/ Madryt

OPIS:

Przygoda zaczęła się 6.6.14, choć sama decyzja podjęta została jakieś półtora roku wcześniej, podczas pierwszego semestru na Erasmusie w Portugalii. Los chciał, że zostałem tam 2 lata, nauczyłem się w miarę dobrze języka, szkołę zakończyłem w czerwcu (a nie w lipcu jak ma to miejsce w Polsce), gdzieś po drodze zostałem jeszcze wybrany na wolontariat podczas mundialu w Rio de Janeiro i… poleciałem. Tak po prostu. Spełniać wszystkie marzenia za jednym zamachem. Zobaczyłem 7 meczy mundialu, wraz z finałem na żywo, choć to nie wszystko. Moim celem nadrzędnym było poznać favele, zrozumieć tam żyjących ludzi, rozgryźć skąd biorą się różnice społeczne w tym kraju.  Po skończonych rozgrywkach zdecydowałem się na dalszą, samotną autostopową podróż. Gdyby wtedy, gdy na bramkach za miastem stałem z kolanami z waty cukrowej, ktoś mi powiedział, że ostatnie drzwi zamknę za sobą w Bogocie, po 28 000 kilometrów przejechanych okazją (z małym oszukiwaniem w Boliwii), to pewnie bym zemdlał z wrażenia, a tak? Dojechałem na Salar de Uyuni niemal spłukany i udało mi się znaleźć wycieczkę w to niesamowite miejsce za pracę jako pomocnik organizatora. Tydzień później zmagałem się z problemami żołądkowymi w La Paz. Co to był za ból! Brzuch od nagromadzenia gazów stał się tak twardy, że czasem nie mogłem się wyprostować! Chyba było to związane z chorobą wysokościową. Wystarczyło wejść po schodach na pierwsze piętro, a nie mogłem złapać oddechu! Tydzień później wszystko wróciło już do normy i tym razem piłem Ayahuaske w dżungli. Tutaj problemem była temperatura, lub wilgotność. Nie trzeba było kiwać palcem, a z człowieka się dosłownie lało!

W trakcie podróży opierając się tylko na Couchsurfingu znalazłem w Limie nocleg, komputer i Internet żeby napisać pracę inżynierską. Miałem tego pecha, że mieszkanie musiałem zmieniać 5 razy w ciągu 2 tygodni i 3 krotnie byłem bliski znalezienia się na bruku. Raz pomógł mi jakiś gej, ale po tym jak pocałował mnie w głowę na dobranoc, musiałem przenieść się na kolejną parę nocy do kościoła… Mimo wszystko udało mi się skończyć i za swoje wypociny dostałem 5, a to że dzisiaj zgłaszam się do Państwa jest konsekwencją powrotu na obronę.

Później udałem się do Machu Picchu. 4 dniowa przeprawa autostopem przez góry, gdzie całymi dniami nie jechało praktycznie nic i przepiękna przed ostatnia noc spędzona na stacji benzynowej, gdzie poznałem innych podróżników z Argentyny. Gitara, ognisko, papierosik… czego więcej może chcieć backpacker? To wszystko było już w okresie świątecznym i Boże Narodzenie spędziłem w Calce – u świeckiego Polaka, który zaoferował mi pomoc, dzięki informacji od księdza, który przygarnął mnie w Limie. I pomocy w kościołach w Peru dostałem od groma! Po nowym roku spędzonym ponownie w stolicy udałem się do Iquitos. Dość szybko znalazłem statek, gdzie wkręciłem się do załogi i za 5 dniową podróż z wyżywieniem nie zapłaciłem ani grosza. Musiałem tylko wymiatać wodę z pokładu, gdy akurat płynęliśmy nad dzikim, amazońskim deszczem. Tam, w mieście większym niż Gdańsk, do którego nie ma drogi dojazdowej, także przygarnął mnie ksiądz. Na całe 5 dni!
W stolicy Ekwadoru okradli mnie w 3 minuty, w Kolumbii obroniłem się przed złodziejem z nożem, a w Wenezueli trafiłem do aresztu – za zdjęcie z papierem toaletowym stawiano mi status kolumbijskiego szpiega. Ale Wenezuela była piękna, na bezludnej wyspie na Karaibach spędziłem 2 tygodnie za kilogram ryżu i tuńczyka. Na północy Kolumbii (w drodze powrotnej) pracowałem w hostelu jako wolontariusz i przez przypadek znalazłem możliwość wyjścia w ramach pracy jako tłumacz do Zaginionego Miasta. 350 dolarów w kieszeni + 100 euro zarobione. Wtedy nie spodziewałem się, że będę także tłumaczył Indiana Kogi, który dzielił się z moją grupą ich stylem życia. Aha no i zapomniałem dodać, że od Iquitos do wylotu minęło 8 miesięcy, które przeżyłem całkowicie za darmo. Jak by kto nie wierzył to zapraszam na bloga: vailacara.wordpress.com. Jak się chce to się może! Do zobaczenia. Mam nadzieję.

Podróż uczy.

Postrzegać świat z innej perspektywy, doceniać to co mamy. Pod tym względem najwięcej nauczyła mnie Boliwia, gdzie wypowiedziałem najgłupsze zdanie podczas podróży: „w domu wszyscy mają wifi”. Jak się później okazało nie wszyscy mają tam pralkę, komputer, ciepłą wodę, ba niektórzy nawet w ogóle nie mają wody i piorą w rzece. Choć w Polsce brzmi to niemożliwie, to tam jednak jakoś to zaakceptowałem, stało się to dla mnie normą. Podobnie jak cena paliwa w Wenezueli. Wiedziałem, że jest tanio, ale nie spodziewałem się, że auto do pełna idzie zatankować za 3 grosze! I kraj, gdzie do niedawna rządził Generał Chavez to ten, gdzie zrozumiałem najwięcej, a wszystko przez kontrast systemowy. Sytuacja z każdym dniem upodabniała się do tej w Polsce sprzed 30 lat, której ze względu na wiek nie znałem. Tam wreszcie zrozumiałem jak to jest możliwe, że taksówkarz może zarabiać 4x więcej niż nauczyciel, jak to jest możliwe, że w sklepie są puste pułki i tworzą się gigantyczne kolejki. Jednak jest jeszcze jedna, ostatnia rzecz o której trzeba wspomnieć. Bo podróż to nie tylko to co widzą oczy, ta podróż, którą udało mi się odbyć, samotnie pokonując 28 000 kilometrów autostopem, jeżdżąc 241 dni bez możliwości wybrania pieniędzy z banku, zdany całkowicie na siebie, to była też podróż w głąb siebie, podróż która pozwoliła mi sprawdzić ile jestem wart, jak wiele potrafię jeśli muszę potrafć. Dzięki temu nauczyłem się marzyć, i dążyć do realizacji swoich celów, co jest dla mnie największym plusem mojej wyprawy. Gdyby nie obrona pracy inżynierskiej, to prawdopodobnie siedziałbym teraz w Meksyku, a tak? Planuję wydać książkę (2 części) i auto oraz jachtostopem dotrzeć do Kaliforni i spotkać się ze Snoop Doggiem. Jeszcze zobaczycie!

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAM_0489

SAMSUNG CAMERA PICTURES

SAM_1471 WP_20140625_034

13. Lodowe Krainy 2014-2015-Maciej Sodkiewicz

Maciej Sodkiewicz- Lodowe Krainy 2014-2015

Współtowarzysze:

Ewa Banaszek, Grzegorz Balnis, Artur Kruk, Michał Szewczyk, Marek Zdebski, Dariusz Gadomski, Monika Grońska, Kacper Winiarczyk.

Cel wyprawy:

  1. a) planowany :
  • Dotarcie do osad na wschodnim wybrzeżu Grenlandii
  • Dotarcie na wyspę Jan Mayen
  • Żegluga do granicy pola lodowego otaczającego biegun północny w rejonie archipelagów Svalbard i Zieni Franciszka Józefa – w celu sprawdzenia, jak daleko na północ cofa się pokrywa lodowa.
  1. b) osiągnięty:
  • Przez pak lodowy dotarcie do wybrzeży Grenlandii Wschodniej, żegluga w fiordach i odwiedziny we wszystkich osadach tego regionu.
  • Lądowanie na wyspie Jan mayen i odwiedziny w norweskiej stacji radiowo-meteorologicznej w Olonkinbyen
  • Dotarcie do granicy lodu na rekordowej dla żeglarstwa sportowego szegokości geograficznej 82 37 N. Opłynięcie należącej do archiperlagu Svalbard Ziemi Północno-Wschodniej po przedarciu się przez pole lodowe dotykające do jej północnych brzegów.

Kpt. Maciej Sodkiewicz wraz z zespołem przyjaciół z „Sekstant Expedition Team” przygotował i przeprowadził w latach 2014-2015 żeglarską wyprawę „Lodowe Krainy”, która stawiała sobie za cel eksplorację rzadko odwiedzanych zakątków Arktyki. Jej ukoronowaniem było ustanowienie 6 sierpnia 2015 przez jacht Barlovento II rekordu świata w żegludze na północ dla jachtów sportowych – bez wmarzania w lód. Jacht dotarł na szerokość 82°37 N. W trakcie wyprawy żeglarze odwiedzili także osady inuickie na wschodnim wybrzeżu Grenlandii, gdzie obserwowali polowanie na wieloryby i spróbowali mięsa niedźwiedzia polarnego. Szczęśliwie wylądowali również na wyspie Jan Mayen.

Lododwe Krainy - w cieśninie Hinlopen - fot.Dariusz Gadomski Lodowe Krainy - Barlovento w Isfjorden - fot.Ewa Banaszek

DCIM100MEDIA

Lodowe Krainy - track etapu szczytowego - fot.Dariusz Gadomski

SAMSUNG CSC

14. Autostopem Dookoła Globu-Krzysztof Malaka

Krzysztof Malaka- Autostopem Dookoła Globu

Trasa wyprawy biegnie na wschód począwszy od Polski, poprzez Białoruś, następnie przemierzam całą Rosję aż do Portu w Władywostoku z którego to wypływam w dalekie morzę, płynąc aż do Korei a kilka tygodniu później do Japonii. Po miesiącu spędzonym w Kraju kwitnącej wiśni pierwszy raz wsiadam w samolot aby przelecieć Pacyfik i wylądować prosto w LOS ANGELES.
Tak jak zakochałem się w Koreańskiej kuchni, rosyjskim autostopie i japońskiej gościnności, tak samo zakochałem się w Californijskich widokach. Chciałem tam zostać, ale przyszła pora ruszać dalej.Poprzez góry, lasy, pustynie, jechałem tysiące kilometrów docierając do Meksyku w którym także spędziłem ponad dwa tygodnie.
Kolejnym krajem była Gwatemala, a w niej wpisana listę UNESCO antigua de guatemala, jedno z najpiękniejszych miast jakie w życiu widziałem.
Chodzenie po aktywnych wulkanach tylko dla odważnych, a ja do takich należę.
Z Gwatemali, prosto do przepięknych salwadorskich plaży, uciekłem akurat przed burzą piaskową w Gwatemali o której dowiedziałem się już w telewizji, w Internecie dowiedziałem się że jak byłem w Korei to panowała epidemia MERS, niektórzy to mają szczęście.

Następnym krajem była Nikaragua i najmniejsza stolica świata – Managua tu lagunowe jeziora i błękitna woda jak w Bajkale.
Kostarykańskie plaże i San Jose, która po za Panamą jest moim zdaniem najpiękniejszą stolicą w Ameryce Środkowej.
————————————

W czasie mojej podróży dookoła świata, miałem okazję spotkać wiele ciekawych i inspirujących ludzi, jedni nauczyli mnie wartościowych rzeczy, innego spostrzegania świata, inne spotkania były po prostu ciekawą przygodą, którą będę wspominać do końca życia.

W Rosji na dalekim wschodzie, szukając okazji na dalszą podwózkę spotkałem człowieka o imieniu Denis.
Na początku oprócz braku nogi, nie wyróżniał się niczym specjalnym.
Początkowym planem tego dnia, było dojechanie do najbliższej miejscowości i rozbicie namiotu, a coraz było coraz bliżej zmierzchu. Denis jednak zaproponował mi nocleg u siebie na wsi, przez co plany się trochę zmieniły.
Ja licząc na kolejną przygodę, zgodziłem się na ten pomysł.
Pojechaliśmy na wieś, Denis pokazał mi święte miejsca w jego miejscowości, łaźnie w której obmywają się chorzy w wodzie święconej, i podobno zdrowieją, i wielką tamę.

Następnie mieliśmy jechać na imprezę, do jednego z jego znajomych, w drodze z świętego miejsca do domu Denis zapytał „Czy u was w Polsce jest Mafia?”. Trochę mnie zdziwiło to pytanie, ale odparłem że jakaś jest, na co on odpowiedział, „bo my jesteśmy rosyjskie bandity” co znaczyło mniej więcej tyle że znajdowałem się w towarzystwie jednej z rosyjskich mafii, obleciał mnie trochę strach, ale Denis zapewniał że nie mam się czego bać.

Po dotarciu na miejsce, zaczęła się tradycyjna rosyjska libacja, aż do późnych godzin nocnych, gorzałka lała się strumieniami.

W nocy obudziwszy się, wstając po wodę zdarzył mi się wypadek, na moim łóżku leżał zdechły kot, który jeszcze kilka godzin temu żył, nie wiedziałem co się stało. Mój umysł ogarnęła panika, powtarzałem sobie w myślach że muszę uciekać, wszystkie rzeczy miałem w aucie, nie miałem wyjścia musiałem czekać na Denisa.

Zwierzę ukryłem pod łóżkiem, modliłem się tylko żeby nikt tego nie zobaczył, udało się, kilka godzin później byłem już daleko stąd.

W Seulu, nie potrafiąc znaleźć darmowego noclegu w Internecie, postanowiłem spełnić jedno ze swoich marzeń i chodzić z karteczką „I need host, I search couchsurfing” po głównej ulicy seulu, czekając aż ktoś mnie zauważy. Udało się, na początku kilka osób do mnie podeszło i chciało mi pomóc, ale w końcu z grupki ludzi wyłoniła się jedna kobieta.
Powiedziała mi że nie może zaproponować mi noclegu u niej w domu, bo rodzice nie byli by zachwyceni, ale pomoże mi czegoś poszukać.

Najpierw poszliśmy do lokalnej restauracji, posilić się obiadem – tradycyjny szwedzki stół i miska ryży.
Następnie mieliśmy się udać do świątyni buddy gdzie, mnisi mogli by mnie przenocować za darmo, niestety po pierwsze nie umieliśmy znaleźć tego miejsca, a po drugie okazało się że to wcale nie jest takie darmowe jak się nam wydawało.

W międzyczasie próbowaliśmy jeszcze znaleźć coś przez couchsurfing, ona ze znajomością koreańskiego mogła więcej zdziałać niż ja – Europejczyk, niestety i tu się nie udało.
Podziękowałem jej i powiedziałem że trudno że jakoś sobie poradzę, że najwyżej prześpię się gdzieś na ulicy.
Ona jednak nie dawała za wygraną, chyba postawiła sobie jakiś cel że znajdzie mi miejsce do spania i faktycznie udało się, co prawda nie spałem za darmo, ale to nie ja płaciłem za nocleg, a koreańskie sauny są bardzo tanie więc nie wyszło najgorzej, nigdy później jej już nie spotkałem, ani nie wymieniliśmy się kontaktami ale na długo pozostanie w mojej pamięci.

W Los Angeles nocował mnie facet o imieniu Stan.

Stan zanim się zgodził żebym u niego spał, ostrzegł mnie jaki zwyczaje panują w jego domu i żebym dokładnie zapoznał się z opisem jego konta na Couchsurfingu.
Ja tak naprawdę nie miałem gdzie spać więc było mi wszystko jedno, gdzie z kim i jak.

Stan był osobą homoseksualną, poligamiczną i naturystą.
W domu normalne było chodzenie nago, a wręcz wskazane przy basenie lub w nim.

Największym jednak szokiem były dla mnie organizowane przez Stana spotkania przy basenie, kilkudziesięciu mężczyzn, różnych narodowości różnych, nacji, chodzą przy basenie piją alkohol i oczywiście wszystko nago.

Jednego wieczoru jeden z tych mężczyzn, zaczął się do mnie przystawiać co już przestało być miłe, bo zacząłem podkreślać że jestem hetero i nie jestem tu gościem z żadnego portalu typu LGBT tylko z couchsurfingu, na szczęście nic się nie stało chodź nie było to miłe przeżycie.

Wracając z Mexico City, z autostrady zabrał mnie Rodrigez.
Kolejny niby zwykły człowiek, a jednak robił coś nie zwykłego.
Rodrigez był sprzedawcą, handlował egzotycznymi zwierzętami, jechał do Puebli do klienta, zawieźć mu papugę. Ja dopiero po przyjechaniu do domu zobaczyłem jego instagrama i zobaczyłem że ma zdjęcia z małymi tygrysami, lwami, i innymi niezwykłymi zwierzętami.

To dojechaniu do Klienta, stwierdziłem że w ramach podziękowania pomogę trochę Rodrigezowi wnieść ciężkie „dodatki” do papugi.

Znów trafiłem na dom Mafii, tyle że tym razem w Meksyku, z resztą tym razem nikt mi o tym nie powiedział ale sama obserwacja otoczenia i osób pozwoliła mi wyciągnąć takie wnioski. Bogate wnętrze domu, broń, i dzieci bawiące się pistoletami, do tego sposób zachowania i styl właściciela wskazywał na to.

Po załatwieniu interesów Rodrigez zaproponował mi nocleg u swoich rodziców, niestety Ci się nie zgodzili, i po nocnej libacji poszedłem spać do auta, aby następnego dnia udać się dalej w trasę.

W Gwatemali nocowałem u Rafaela, w miejscowości Palin niedaleko stolicy.
Już pierwszego dnia miałem okazję poprowadzić lekcję języka Polskiego dla Hiszpańskojęzycznych dzieci.
Pierwszej nocy przy piwie Rafael zaczął opowiadać o sobie, o swojej rodzinie, o wyjeździe do stanów o nieszczęśliwej miłości i zdradach, oczywiście zapomniał dopowiedzieć że jest gejem dopiero czy kolejnych piwach zamiast „she” zaczął mówić „he” a ja zrozumiałem że coś jest nie tak.
Rafael pracował w szkole językowej a właściwie był jej właścicielem, oprócz tego sprzedawał perfumy w czasie kryzysu w szkole, tak bardzo rozwinął swój interes że w czasie w którym go poznałem miał już ich kilka tysięcy.

Nie był bardzo bogaty, ale właściwie miał wszystko czego chciał, podróżował miał mnóstwo przyjaciół dzięki szkole i couchsurfingowi, pisał swoje artykuły w gazecie, występował w telewizji, a mimo wszystko nie był w pełni szczęśliwy, chyba tak to jest z nami ludźmi że nigdy nie zaznamy w pełni szczęścia, bo mimo że wszystko mamy zawsze nam będzie czegoś brakować

W Managui – stolicy Nikaragui, spałem u niesamowitej kobiety z Francji.

Kobieta, pracowała głównie projektach z Unii , ale także w Afryce Zachodniej W Afryce Południowej, W Ameryce Południowej którą zresztą całą zwiedziła.

Znała cztery języki i była naprawdę spoko babką, która pokazała mi jak wyglądają Liście koki z Boliwii.

Pracowała na Stanowicach dojść wysokich zawsze była zarządcą unijnych projektów, konsulem, czy kierownikiem, ale każdy rok swojego życia pracowała innym miejscu, w innym kraju, lub na innym kontynencie.

Miała ośmioletnią córkę i obecnie była w kiepskiej sytuacji, gdyż nie miała pracy, powiedziała że popełniła w swoim życiu jeden zasadniczy błąd, mogła pracować ciężko w swoim ojczystym Kraju – Francji, szybko przejść na emeryturę, i podróżować nie martwiąc się już o przyszłość, niestety wybrała inny scenariusz życia, i teraz już za późno na zmiany, trzeba się odnaleźć w nowej rzeczywistości.

Na Kostaryce zatrzymałem się w turystycznym miejscu Santa Cruz.
Poznałem tam człowieka który mieszkał w wielkiej willi a oprócz tego miał, dużą halę w której stały piętrowe łóżka dla gości.
Był to człowiek Hippis, w jego komunie wszystko było wspólne, cały dzień mijał na słuchaniu muzyki dyskusjach, o problemach pierwszego świata, utraconych miłościach i paleniu skrętów.
Miał olbrzymiego psa Doga, podobnie jak spora część napotkanych ludzi, miał problemy ze swoją miłością – także istnie hippiosowską, są ze sobą od 20 lat, ale ani nie są małżeństwem, ani nie przysięgali sobie wierności, raz są ze sobą raz nie są, jedyne co ich łączy to uczucie – miłość.
Abel prowadził swoją szkołę surfingową i pożyczał sprzęt, z tego głównie się utrzymywał, prowadził też hostel, ale gdy ktoś nie miał pieniędzy tak jak ja, przyjmował go za darmo.

Każda osoba którą spotkałem mnie czegoś nauczyła, każde chwila spędzona w towarzystwie tych osób była dla mnie ważne i jest dla mnie czymś szczególnym.
Hollywood IMG_7844 IMG_8571

15. Etniczno-wspinaczkowe Filipiny-Łukasz Bartoszewicz

Łukasz Bartoszewicz – Etniczno-wspinaczkowe Filipiny

Etniczno-wspinaczkowe Filipiny

Żeby lepiej przygotować się do realizacji wspinaczkowej części wyprawy, spędziłem miesiąc w Laosie. Wspinałem się w Thakheku i Vang, czyli dwóch największych regionach w kraju. W sumie powtórzyłem kilkadziesiąt dróg co stanowiło świetne wprowadzenie przed realizacją pierwszego celu projektu, czyli wytyczenia nowych dróg na Filipinach.

Z Bangkoku lecę na wyspę Cebu. Jeszcze przed samym wyjazdem z Polski, za sprawą wspólnych znajomych, umówiłem się Wendellem Getubig na wspólne wspinanie i prace ekiperskie (wytyczanie nowych dróg wspinaczkowych). Z lotniska w Cebu City odebrał mnie Wendell z grupą przyjaciół. Przez następne trzy tygodnie jego dom był również i moim.

Wiedząc, że czeka nas dużo pracy, już następnego dnia pojechaliśmy obejrzeć ścianę, na której zamierzaliśmy wytyczyć nowe drogi. Jakość skały była jeszcze lepsza niż się spodziewałem, a na ścianie nie było żadnej drogi wspinaczkowej. Wieczorem skompletowaliśmy cały sprzęt, a następnego dnia z samego rana rozpoczęliśmy prace ekiperskie. W pierwszej kolejności weszliśmy najłatwiejszą drogą na szczyt ściany, aby przygotować dwa stanowiska zjazdowe i zamontować liny. Po wykonaniu tych czynności każdy z nas, zjeżdżając na linie, mógł oczyścić cześć ściany z kruszyny. Następnie przystąpiliśmy do obijania (wiercenie otworów pod spity przy wykorzystaniu wiertarki) pierwszej drogi na ścianie, którą udało nam się wytyczyć pod koniec pierwszego dnia prac. Zrobiłem pierwsze przejście i zgodnie z tradycją wspinaczkową przysługuje mi prawo nadania jej nazwy. W ten sposób powstała Riders on the Storm, którą wyceniłem na 6a+.

W sumie w ciągu tygodnia prac ekiperskich wytyczyliśmy pięć dróg o trudnościach od 6a do 7c+. Oferują one techniczne wspinanie w pionie i lekkim przewieszeniu Przy codziennej pracy towarzyszył nam szum pobliskiego wodospadu, dlatego region nazwany został Waterfall Wall.. W ten sposób przyczyniłem się do rozwoju i popularyzacji wspinaczki na Filipinach, stając się zarazem pierwszym polskim wspinaczem, który otworzył na Filipinach nowy sektor wspinaczkowy.

 

Dolina Singnapan i plemię Tau’t Batu

Żegnam się z zaprzyjaźnionymi Filipińczykami i udaje się na wyspę Palawan. Moim celem jest nie tylko dotarcie do Doliny Singnapan i udokumentowanie wierzeń i tradycji plemienia Tau’t Batu, ale przede wszystkim chcę zwrócić uwagę na problemy plemion zamieszkujących Azję Południowo-Wschodnią, z który część może nie przetrwać kolejnych kilkudziesięciu lat.

Ze stolicy Palawanu, Puerto Princesa, jadę na południe do Ransang. Ostatnie 200 km prowadzi po szutrowych drogach, ale dyskomfort wynagradzają przepiękne widoki. Setki palm kokosowych rosnących wzdłuż wybrzeża tworzą niezapomniane krajobrazy. Po dwóch dniach docieram do Ransang, wioski położonej najbliżej Doliny Singnapan. Region, w którym żyją ludzie z plemienia Tau’t Batu, od stuleci stanowi schronienie dla rdzennych mieszkańców Palawanu oraz ich spuścizny kulturowej.

Przed wyruszeniem do dżungli kupuję jedzenie na blisko miesiąc. Cały mój bagaż waży 50 kg, dlatego w miasteczku Ransang wynajmuję tragarza, Tony’ego. Po całym dniu marszu przez dżunglę docieramy do pierwszych domostw, gdzie korzystając z gościny zatrzymujemy się na noc. Po dwóch dniach Tony wraca do cywilizacji, a ja zostaję sam wśród Tau’t Batu. Pierwszy tydzień spędziłem z rodziną Tumihaya – jego żoną Ernisą i siedmiorgiem dzieci. Dystans przełamujemy polując wspólnie na nietoperze i łowiąc ryby. Przed wyjściem przygotowujemy „broń”, czyli około 4 metrowy kij z ostrymi gałązkami przymocowanymi na długości jednego metra. Za jego pomocą w bardzo prosty sposób można łapać małe nietoperze, nazywane przez mieszkańców tokoi. Nawet mi udało się upolować dwa nietoperze J

Dzięki wspólnym polowaniom i nauce podstaw lokalnego dialektu, zyskiwałem powoli zaufanie wśród członków plemienia. Mogłem poznać zwyczaje i przyjrzeć się z bliska ich codziennemu życiu. Część pobytu w dżungli spędzam z Takonem, Dorminem i ich rodzinami.

Takon to jeden z najlepszych myśliwych wśród Tau’t Batu. Prawie do perfekcji opanował naśladowanie głosów ptaków, które zamieszkują ten region. Uczy mnie, jak używać kilkumetrowych dmuchaw. Polowanie za pomocą tradycyjnych metod, jakie Tau’t Batu stosują od wieków, było dla mnie kolejną lekcją przetrwania w dżungli. Wieczorem zieloną dolinę rozświetlają ogniska. Na kolację gotujemy z upolowane ptaki, a dym skutecznie odstrasza komary. Jest to o tyle ważne, ponieważ w regionie panuje największe zagrożenie malarią na Filipinach

Pod koniec trzeciego tygodnia dowiedziałem się o problemach zdrowotnych Tumihaya i jego syna. Postanowiłem ich odwiedzić. Kuje od kilku dni gorączkował, a on sam miał problemy z kręgosłupem. Zdecydowaliśmy udać się do szamana Tau’t Batu – Linoka. Członkowie plemienia wyznają animizm. Przez stulecia ich wiara mocno zakorzeniła się w codziennym życiu i jest świadectwem ich spuścizny kulturowej. Spotkanie z nim nie jest proste, ponieważ szaman selektywnie wybiera ludzi, których chce przyjąć i nigdy nie wiadomo czy spotkanie będzie możliwe. Dom Linoka położony jest na uboczu. Po przybyciu zastajemy tylko jego żonę z najmłodszymi dziećmi. Czekamy i w tym przypadku nie możemy podejść blisko domu. Po godzinie zjawia się Linok, witając nas szerokim uśmiechem i zaprasza do domu. Długo rozmawiamy. W sumie nauczyłem się ponad 200 słów i zwrotów, co pozwoliło mi na porozumiewanie się w kwestiach związanych z polowaniem, bezpieczeństwem, jedzeniem i tym co będziemy robić w kolejnych dniach.

Następnie szaman przystępuje do rytuału, mającego wyleczyć Kujego i Tumihaya. Zrywa lecznicze rośliny oraz odmawia modlitwę prosząc duchy o uzdrowienie. Modląc się pociera bolący kręgosłup Tumihaya oraz kilkukrotnie całuje roślinę. Podobnie wygląda rytuał leczniczy Kujego. Spotkanie z szamanem pozwoliło mi w lepszym stopniu zrozumieć pradawne wierzenia Tau’t Batu. Wracając odwiedziliśmy grotę Molokop, w której zmarli rodzice Tumihaya. Zgodnie z animistyczną tradycją rodzina wierzy, że grotę zamieszkują teraz dusze, dlatego przez kilka kolejnych lat nikt nie będzie w niej mieszkał.

Następnego dnia wracam do Takona, nie tylko po to żeby odebrać większość rzeczy jakie u niego zostawiłem, ale przede wszystkim żeby podziękować za wspólnie spędzony czas i polowania. W ostatnim tygodniu skorzystałem z zaproszenia Dormina, czyli sędziego (Panglima w lokalnym dialekcie) rozstrzygającego sporne kwestie. Jest on nieformalnym liderem plemienia i cieszy się dużym szacunkiem. Tym bardziej ucieszyła mnie jego propozycja. Sporne kwestie dotyczą przede wszystkim kradzieży, choć zdarzają się rzadko. Mieszkając u Dormina praktycznie każdego dnia odwiedzamy jedną lub dwie rodziny, co umożliwia mi jeszcze lepsze poznanie ich kultury i tradycji.

Miesiąc spędzony wśród Tau’t Batu był dla mnie niesamowitą podróżą w czasie – w dużej mierze ich sposób życia nie zmienił się od stuleci.

4 3 2 1

 

 

 

16. Podróż dookoła świata 974 dni bez płacenia za noclegi-Władysław Labuda

Władysław Labuda-Podróż dookoła świata 974 dni bez płacenia za noclegi

Książka „ Jak podróżować za darmo” – ukazała się w lutym 2016 r.

Cel wyprawy:

  1. a) planowany :

Roczna podróż dookoła Świata bez wydania gorsza na noclegi w celu udowodnienia, że pieniądze nie muszą być barierą przed podjęciem podróży.

  1. b) osiągnięty:

Prawie 3 letnia podróż dookoła Świata bez wydania grosza, centa lub innej waluty na noclegi w celu udowodnienia, że pieniądze nie muszą być barierą przed podjęciem podróży. :)

Labuda wyruszył w podróż dookoła świata w poszukiwaniu prawdziwej wolności i alternatywnych ścieżek życia. Aby przetrwać poszczególne etapy podróży podejmował się niecodziennych zadań w wielu egzotycznych zakątkach globu.

Przez całą wyprawę przejmował nawyki żywieniowe odwiedzanych krajów za co oficjalnie i niejednokrotnie przepraszał swój żołądek. Wolontariacka praca min. z Indianami, w sierocińcu, na ekofarmie, w świątyni, w karaibskim barze, czy w buszu włączała go w idee, gdzie pieniądz nie jest najważniejszy. Nie zapomniał również o polskiej narodowości, witając napotkanych tubylców dobrze znaną gościnnością polską.

Poza samy podróżowaniem, podróżnik dokumentował spotkane na swojej drodze osoby. Zadając im pytania: Kim jesteś? Dlaczego żyjesz? Czym są pieniądze dla Ciebie. Pytał o największą porażkę i sukces, przyczynę i kierunek bycia ludzkości. Po kilkudziesięciu

wywiadach, powstał film pt. „Nomadzi” który wygrał główną nagrodę Strzeleckiego, na zeszłorocznych Kolosach i nagrodę publiczności w Fotoplastykonie na tegorocznych.

53 odwiedzone kraje w wieku 28 lat

Kilka kilkumiesięcznych podróży po Europie i Azji

0003KJMMDT1M5SMP-C122-F4550834c6610b3_omaxresdefault

Wyjechałem z kraju 13 września 2012 roku, ale decyzję o dacie wyjazdu z Polski podjąłem kilka miesięcy wcześniej. Pamiętam, że była to zimna październikowa noc 2011 roku, kiedy żądza przygody wzięła górę nad wszystkim innym. Muszę przyznać, że było to straszne uczucie. Czułem się niezdarny w swoich planach. Miałem niejasny obraz tego, w jaki sposób mogę to zrobić. Na szalę położyłem cały swój dotychczasowy dorobek: finansowy, zawodowy, mentalny i towarzyski. Decyzja nie była łatwa ze względu na wszystkie sprawy trzymające mnie w Polsce. Byłem w związku, posiadałem dobrze rokującą firmę zajmującą się reklamą i marketingiem. Udzielałem się również aktywnie w kilku organizacjach pożytku publicznego. Już jako 24-latek miałem wrażenie, że doświadczeniem zarówno życiowym, jak i zawodowym odbiegam od rówieśników. Być może to przekonanie pozwoliło mi na podjęcie tak odważnej i ciężkiej decyzji. Co ważne – ufałem sobie i decyzjom, jakie podejmuję. Byłem świadom konsekwencji oraz możliwości. To jedno z silniejszych uczuć, jakich doświadczyłem w swoim życiu.

Często ludzie pytają mnie czy się bałem. Zdecydowanie ważniejszą dla mnie kwestią było to, czego nie mogę się bać. Musiałem odrzucić wszystkie obawy dotyczące ewentualnej porażki i powrotu na tarczy. Kiedy postawiłem sprawę jasno, że moim celem jest podróż dookoła świata i nie może mi się nie udać, zauważyłem, że przygotowania nabrały tempa. Nie trwoniłem cennej energii na rozmyślanie „Co będzie jeśli?”. Tę naukę wyciągnąłem podczas prowadzenia firmy – szkoda czasu na pogrążanie się w negatywnych myślach. Pesymista narzeka na wiatr, optymista oczekuje aż wiatr się zmieni, a realista dostosowuje swoje żagle. Myśl ta towarzyszy mi nieustannie i nie dopuszczam do siebie innej możliwości. Bałę się jednak o swoje zdrowie i bezpieczeństwo, mimo że posiadam międzynarodowe ubezpieczenie we wszystkich krajach. Prawda jest taka, że poznaję setki nowych ludzi, większość z nich staje się moimi znajomymi, a niektórzy przyjaciółmi. Jednak zdecydowaną większość czasu spędzam sam. Sam też podróżuję. Kiedy jest się samemu w podróży, za plecami ma się tylko plecak.

Uświadomiłem sobie, że tylko ode mnie zależy, jaki smak i kolor ma moje życie – jakich ludzi spotykam, z jakimi problemami się zmierzam i jakie myśli krążą po mojej głowie. Zrozumiałem również, czym jest prawdziwe doświadczanie życia, poznanie jego smaków: radości, tęsknoty, bólu, strachu, zwycięstwa – czasami wszystkich w tym samym momencie. Kilka godzin przed wylotem z Europy popłakałem się na ulicy. To był najprawdziwszy płacz szczęścia, jakiego doświadczyłem w życiu. Chyba z pół godziny ryczałem jak dzieciak, myśląc, ile w ten skrawek marzenia musiałem włożyć wysiłku. Wiedziałem zarazem, że to dopiero początek. Taka podróż to nieustanna praca nad własną osobą. Często wchodzę w nowe środowisko, zaczynam nowy projekt, w którym pomagam jako wolontariusz, zmieniam miejsce zamieszkania, otoczenie, obyczaje. Widzę, jak te zmiany rozwijają. Każdego ranka czuję, jak moje ciało przepełnia smak spełnianego marzenia. To niezwykłe.

Jestem i byłem Władysławem Labudą – małym chłopcem z głową w chmurach, który popełnia błędy, śmieje się bez powodu, uwielbia podążać swoją drogą. Mam wrażenie, że każdego dnia uczę się więcej. Trzy lata temu nawet nie przypuszczałbym, że będę tu, gdzie teraz jestem. Przed podróżą starałem się spełniać oczekiwania innych ludzi za wszelką cenę, często kosztem swoich planów i marzeń. W końcu zrozumiałem, że urodziłem się po to, aby być szczęśliwym a nie “normalny”.

Wystąpienie na Kolosach było zawsze moim wielkim marzeniem. Często w chwilach słabości a było ich sporo (np. wtedy jak zostałem pobity i obrabowany w Boliwii), żyłem nadzieją, że pewnego dnia przyjadę do Polski i opowiem o mojej podróży na tym cudownym festiwalu. Opowiem jak piękną wartość niosą podróże.

Wyprawę można śledzić na www.facebook.com/flyawaytv oraz na kanale www.youtube.com/user/officialflyaway .

Krótki wywiad:

17. Sipirit of the selva vol.2-Emil Witt

Emil Witt – Sipirit of the selva vol.2

od 16.11.2015 do 16.02.2016

Cel wyprawy:

) planowany : Dotarcie do osad Indian Ashaninka jak najmniej skontaktowanych z cywilizacją, uwiecznienie ich mitów, opowieści i pieśni na taśmie. Podążanie za owymi opowieściami w poszukiwaniu ukrytych w puszczy wodospadów, miejsc kultu oraz malowideł naskalnych. Dotarcie do dziewiczych lasów deszczowych w celu dokumentacji jak największej ilości gatunków flory i fauny zamieszkujących nietknięte przez człowieka skrawki peruwiańskiej puszczy.

  1. b) osiągnięty: W górnym biegu rzeki Chinchivani docieramy do przesiedleńczej osady Indian Ashaninka, nie poznanej przez świat zachodu oraz 300 metrów na w górę tej właśnie rzeki wykonujemy dokumentację niesklasyfikowanych naukowo (prawdopodobnie inkaskich) malowideł naskalnych. Nagrywam dawne pieśni i mity Ashaninka. Skuteczna dokumentacja fotograficzna fauny i flory dziewiczej puszczy (razem z drzewołazami!)

Trzecia -jubileuszowa wyprawa do Amazonii ,, Spirit of the selva vol.2’’ po wielu tygodniach działań, w końcu zaowocowała udokumentowaniem ukrytych w puszczy centralnego Peru inkaskich petroglifów oraz spotkaniem Indian Ashaninka, w dużym stopniu kultywujących swoje dawne tradycje. Przemierzając ostatnie nietknięte przez człowieka skrawki lasów deszczowych Emil Witt oraz Krystyna Błauciak zabiorą nas w podróż w pogoni za ukrytymi za gęstą pokrywą krzewów oraz falą dezinformacji pozostałościami czasów starożytnych. Nie zabraknie również relacji z pieszego trawersu andyjskiego oraz niezwykłych fotografii niewyobrażalnie bogatej fauny i flory, zamieszkującej niknące skrawki dziewiczych lasów deszczowych.

 

_MG_1163 IMG_1553 IMG_5403 (1)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

18. Amazonia Piekielne Piękno-Rafał Kośnik

Rafał Kośnik- Amazonia

Jak przepłynąć samotnie ponad siedem tysięcy kilometrów rzekami dzikiej Amazonii, nie mając o tym zielonego pojęcia? Jak przetrwać w ekstrmalnie trudnym środowisku? Co czuje człowiek stając oko w oko ze śmiertelnym niebezpieczeństwem? Opowiem o swoich dwóch ekstremalnych wyprawach do Amazonii.

016 022 DSC05805

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Pierwsza wyprawa odbyła się w 2010 roku i był to częściowy spływ Amazonką. Samotnie płynąc kajakiem, pokonałem tysiąc sto kilometrów, dziewiczego lasu deszczowego. Druga wyprawa odbyła się w 2013 roku i tym razem trasa przebiegała z Boliwii, przez Brazylię, Kolumbię i Wenezuelę. Sześć tysięcy najbardziej niedostępnych rejonów  Amazonii. Częściowo pokonałem ten dystans tradycyjną łodzią indiańską, później promami, motorówkami z przemytnikami paliwa, a nawet małym motocyklem. Z tych dwóch wypraw powstała książka pod tytułem,,Amazonia piekielne piękno. Kiedy przygoda zderza się z życiem.”

—————-

Pierwsza wyprawa miała miejsce w 2010 roku. Plan zakładał spływ całą nizin – ną częścią Amazonki od miejscowości Pucallpa aż do Oceanu Atlantyckiego. Szacunkowo, pięć i pół tysiąca kilometrów największą rzeką globu. W drugiej wyprawie, w 2014 roku, chodziło o przebycie całej Ama – zonii z południa na północ tylko rzekami – mniej więcej sześć tysięcy kilometrów. ĆWIERĆ WIEKU PÓŹNIEJ Pierwszy projekt nazwałem „Amazonka. Ćwierć wieku później”, gdyż dodatkowym założeniem przy formułowaniu celu ekspedycji było zaobserwowanie, jak w ciągu minionego ćwierćwiecza zmieniła się przyroda i ludzie w odniesieniu do relacji Piotra Chmielińskie – go (pierwszego na świecie człowieka, który na przełomie lat 1985/86 przepłynął całą Amazonkę – od źródeł w Andach do ujścia w Atlantyku). Na początku miałem wątpliwości, czy tego dokonam, nie mając kompletnie żadnego do – świadczenia w pływaniu kajakiem. Poza tym moja wiedza o przetrwaniu w lesie deszczowym była znikoma. Wyszedłem z założenia, że wszystkiego nauczę się w drodze. Podróż miała potrwać około pięciu miesięcy to sporo czasu na naukę. Trochę zbiły mnie z tropu słowa polskiego konsula w Limie, który powiedział: – Panie Rafale, nie mówiąc językiem dyplomatycznym, to czyste wariactwo! Dwie samotne podróże do Amazonii zmieniły mnie na zawsze i nic nie będzie już takie, jak kiedyś. Za każdym razem dostałem zupełnie inną drastyczną lekcję przetrwania w ekstremalnie trudnym środowisku. Amazonia szybko zweryfikowała moje plany. Natrafiłem na niezwykłe anomalie pogodowe. Panowała największa susza od czterdziestu lat susza. Stan wody był tak niski, że miejscami musiałem wychodzić na środku rzeki i przeciągać kajak przez mielizny. Już pierwszego dnia doznałem poważnego udaru cieplnego. Później było tylko trudniej. Spotkanie z kłusownikami łapiącymi w sieci papugi omal nie zakończyło się postrzałem z broni palnej. Następnie pożar selwy, w którego epicentrum się znalazłem w środku nocy. Omal nie straci- łem całego sprzętu. W tych momentach zrozumiałem, że lekko nie będzie. Potem nastąpił pościg Indian, dla których byłem potencjalnym łupem. Wiedziałem, że walczę o życie. Wtedy chyba osiągnąłem swoją życiówkę na dystansie piętnastu kilometrów. Spotkanie z gigantyczną płaszczką, na którą nieopatrznie stanąłem, wychodząc z kajaka, nie należało do przyjemnych, gdyż wbicie kolca jadowego, jak mówią Indianie, powoduje największy ból w Amazonii i często kończy się śmiercią. Poza dosyć drastycznymi zdarzeniami, które mnie spotykały, przeżyłem wiele wspaniałych chwil. Podróż składała się nie tylko z niebezpieczeństw. Spotykałem również ludzi, którzy dawali mi wsparcie, okazywali wielkie serce i całkowitą bezinteresowność. Często obdarowywali mnie jedzeniem, nie chcąc nic w zamian. Zpowodu kontuzji kręgosłupa i odparzenia nóg po przepłynięciu 1200 kilometrów musiałem przerwać pierwszą wyprawę. Amazonia znowu zagościła w moim życiu po czterech latach. Tym razem podróż mia- ła bardziej złożony wymiar. Propagując nowy projekt w mediach, pomagałem zebrać środki dla dwuletniej Ninki, której w wyniku choroby amputowano nogi. Sama ekspedycja przebiegała przez wyjątkowo niedostępne zakątki regionu. Między innymi przez tereny Indian Yanomami, podobno pierwszych potomków ludzi z Ameryki Południowej. Przebycie całej Amazonii z południa na północ rzekami było możliwe dzięki niezwykłemu zjawisku bifurkacji (rozwidlenia), które występuje na rzece Casiquiare. Mogłem połączyć drogą wodną dwa gigantyczne dorzecza: Amazonki i Orinoko. „Amazonia. Południe – północ” – tak zatytułowałem drugą wyprawę. Start nastąpił w boliwijskim lesie deszczowym nieopodal bajecznie pięknego Parku Narodowego Madidi. Część trasy pokonałem, wiosłując tradycyjną łódką indiańską, którą kupiłem od tubylców, a część – innymi środkami transportu: promami, motorówkami, łodziami. Spora część trasy przebiegała „autostradami wodnymi”, na których często funkcjonuje publiczny transport, z którego miałem zamiar skorzystać. To był stosunkowo mało interesujący teren, bo mocno zaludniony i zdegradowany przyrodniczo. Jednak znaczna część zaplanowanego spływu znajdowała się w miejscach bardzo niedostępnych, gdzie musiałem sobie radzić sam. Najpierw tysiąc kilometrów przepłynąłem jedną z najbardziej dziewiczych rzek boliwijskiej Amazonii – Beni. Dalej rzeką Madeira, aż do Amazonki, i trzysta kilometrów pod prąd do miasta Manaus. Następnie w górę Rio Negro, do granicy brazylijsko-wenezuelsko-kolumbijskiej, aż do górnego Orinoko, a potem tą rzeką do Oceanu Atlantyckiego, niedaleko Trynidadu i Tobago. Park Narodowy Madidi to istny cud natury. Różnorodność tamtejszej fauny i flory może równać się z najbogatszymi pod tym względem miejscami na naszym globie. Ilość ptaków na obszarze sześćdziesięciu tysięcy kilometrów kwadratowych jest porównywalna do tej w całej Ameryce Północnej. Przemierzając pobliskie urwiska, mogłem podziwiać wielkie stada ar zielonoskrzydłych oraz sułtanek amerykańskich. Gdy obozowałem wzdłuż rzeki, widziałem hoacyna, zwanego inaczej kośnikiem czubatym. Miał rudy pióropusz i był pięknie ubarwiony. Niedaleko przelatywała harpia wielka, unosząc się z dopiero co upolowanym leniwcem. Harpia jest zjawiskowa. Jej gigantyczne skrzydła rozpościerają się na ponad dwa metry. Byłem w świecie, który rządzi się surowym prawem dżungli. W swojej istocie sprowadza się ono do prostej alternatywy: „zjesz albo zostaniesz zjedzony”. Nie obyło się bez niespodzianek. Tym razem na miejscu szalała największa powódź od pięćdziesięciu lat.

19. Podróż do źródeł rzeki której nie ma-Szczepan Ligęza

Szczepan Ligęza – Podróż do źródeł rzeki której nie ma

Gdzieś pomiędzy nurtami rzek Amu-Darii i Syr-Darii można znaleźć „kraje-stany”, często mylone, często nieznane, często zapominane i odsuwane na margines podróżniczego świata: Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan, Uzbekistan, Kazachstan, Afganistan czy nieco dalej Pakistan, a przecież kiedyś były one jego centrum. Sercem świata prawdziwych nomadów. To właśnie tamtędy przez setki lat przebiegał jedwabny szlak, wielcy podróżnicy, królowie, odkrywcy, wielkie armie, uciekinierzy i karawany kroczyły ze wschodu na zachód, podążając za zachodzącym słońcem.

Azja Środkowa to kraina pełna różnorodnych krajobrazów, bogatych kultur zarówno tych koczowniczych (jakże bliskich każdemu podróżnikowi), jak i tych pradawnych, zapomnianych, porzuconych, schowanych gdzieś wśród piasków pustyni Kara-kum, Kuzył-kum czy Aral-kum. Wciąż można zobaczyć tam błękitne pałace w Bucharze czy Samarkandzie oraz starożytne miasta pamiętające czasy Aleksandra Wielkiego, Dżyngis-chana czy Tamerlana. Jest to także miejsce jednej z największych katastrof ekologicznych w historii ludzkości – wysychającego jeziora Aralskiego.​

Co wiemy dziś o tych miejscach? O granicach dzielących przestrzenie i burzących pradawne zwyczaje, kultury czy tradycje zamieszkujących je ludów. A gdyby tak odkryć te tereny na nowo? Przemierzyć je wzdłuż jednej z rzek lub raczej tego co z niej pozostało. Udać się w „Podróż do źródeł rzeki, której nie ma”.

Szczepan Ligęza wyrusza do Azji Środkowej, by udokumentować katastrofalne skutki działalności człowieka w tamtym regionie. Pragnie pokazać śmierć jeziora, ale i narodziny rzeki, która go niegdyś zasilała, a dziś nie dociera do jego granic. Ponadto zamierza dotrzeć do rzadko odwiedzanych terenów, zamieszkanych przez zwykłych, biednych ludzi, ofiar katastrofy ekologicznej, na którą zostali skazani.

Na zakończenie planuje odwiedzić krainę nomadów – nazywaną przez nich samych „Dachem Świata” – poznać życie i zwyczaje tamtejszych mieszkańców, zbadać jak udaje im się zachować własną tożsamość w tym jednym z najrzadziej odwiedzanych pasm górskich na świecie – afgańsko-tadżyckim Pamirze. Cała podróż w najbardziej oszczędnym wariancie liczyć będzie 7000 km, jednak bardziej prawdopodobny scenariusz to około 8000-8500 km. ​

Wyprawa ma na celu stworzenie reportażu i fotoreportażu o regionach będących niegdyś sercem, centrum świata, a dziś zepchanym na jego peryferia, zarówno te cywilizacyjne, kulturowe jak, a może i przede wszystkim gospodarcze.

Na swojej drodze do „krajów-stanów”, Szczepan przemierzy także niezwykły, zagadkowy i kontrowersyjny Iran, górzystą Armenię czy tereny wschodniej Turcji, znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie ogarniętej wojną domową Syrii. Po przekroczeniu gór Zagros i świata perskich legend i historii, podąży śladem Marco Polo przez pustynię Kara Kum, na której znajdują się niezwykłe Wrota Piekieł.

IMG_6339 IMG_7592 IMG_7766 IMG_9509 IMG_9738

Podróż ta zajmie 3 miesiące i będzie niezwykle wymagającą, trudną i miejscami niebezpieczną wyprawą, podczas której Szczepan pokona tereny pustynne, półpustynne, górzyste, pozbawione często wody, dróg i ścieżek, a także niekiedy i ludzi. Wszystko w środku lata przy temperaturach sięgających 50 stopni Celsjusza. Jeśli wystarczy środków finansowych, na koniec wyprawy, planuje on odwiedzić ostatnie plemiona Kirgizów zamieszkujące Afganistan.

W czerwcu i lipcu „Podróży do źródeł rzeki, której nie ma” towarzyszyć będzie społeczna akcja zbierania funduszy na jej realizację. Za pomocą portalu PolakPotrafi.pl Szczepan Ligęza prosi o finansowe wsparcie niezbędne do opłacenia wiz, pozwoleń oraz zakupu sprzętu fotograficznego niezbędnego do udokumentowania wysychającego jeziora Aralskiego, źródeł rzeki Amu-Darii oraz koczowniczych plemion żyjacych w górach Pamiru na granicy tadżycko-afgańskiej.

Akcja zbierania funduszy zakończy się 27 lipca czyli już w czasie trwania samej podróży. Przebieg wyprawy będzie można na bieżąco obserwować na profilu facebookowym, a dla osób pragnących wesprzeć tę inicjatywę czekają liczne nagrody oraz możliwość ułożenia początkowego odcinka trasy wraz ze Szczepanem.

Szczepan Pepe Ligęza – trochę podróżnik, trochę fotograf, trochę doktorant, trochę marzyciel, trochę idealista, a trochę realista, trochę wszystko na raz i trochę żadne z osobna. Dotychczas przemierzył ponad 60 państw świata, w tym zniszczone po trzęsieniu ziemi Haiti, ogarniętą wojną wschodnią Ukrainę, czy Palestynę i Izreal w trakcie operacji „Ochronny Brzeg”. W 2014 roku nakręcił niezwykły filmik o zielonym jabłku podróżującym po świecie. https://www.facebook.com/SzczepanPepeLigeza 

20. WIGILIA WŚRÓD ŁOWCÓW GŁÓW-Witold Palak&Dorota Wójcikowska

Witold Palak&Dorota Wójcikowska – WIGILIA WŚRÓD ŁOWCÓW GŁÓW

Witold Palak i Dorota Wójcikowska kontynuują eksplorację Indii na motocyklu Royal Enfield. Tym razem przemierzają całe północne Indie. Od Ladakhu, przez Nepal, Sikkim- docierają do tzw.Seven Sister States, dopiero od 5 lat otwartych dla turystyki indywidualnej. W himalajskim stanie Arunachal Pradesh docierają do plemienia Apatani. Przebywają tam miesiąc, uczestnicząc w życiu codziennym plemienia i w szamańskich obrzędach. Poznają bezdroża Majuli- największej na stałe zamieszkałej rzecznej wyspy świata, leżącej pośrodku Brahmaputry. Docierają do stanu Nagaland, zamieszkałego przez wojownicze plemiona Naga. Mieszkają tam jeszcze ostatni łowcy głów. Boże Narodzenie spędzają w wiosce Mon, wśród członków plemienia Konyak.

Kontynuujemy naszą motocyklową podróż przez Indie. Tym razem przemierzamy północ-od zachodu na wschód.

Po krótkiej wizycie w Ladakhu, od stanu Himachal Pradesh dotarliśmy do Nepalu- akurat w momencie chaosu społecznego. W całym kraju strajki, totalny brak benzyny. Tam też mieliśmy wypadek motocyklowy i na kilka dni osadzeni zostaliśmy w areszcie domowym. Po uniewinnieniu pojechaliśmy do Kathmandu, pół roku po trzęsieniu ziemi. Ponieważ wszystkie stacje benzynowe były zamknięte, zmuszony byłem podjechać do położonych 30 km dalej Indii, tam zatankować, zakupić zapas paliwa w plastikowe kanistry i wrócić do Nepalu.

Po opuszczeniu tego kraju, przez Dardżyling wjechaliśmy do Sikkimu, dawnego królestwa buddyjskiego. Kiepskie drogi, częste objazdy przez dżunglę i niezamieszkałe góry. Po dwóch tygodniach trafiliśmy do stolicy Assamu-Guwahati. Tam musieliśmy czekać na uzyskanie pozwolenia na wjazd do Arunachal Pradesh, gdyż właśnie odbywało się największe święto -Durga Puja. Udaliśmy się do stanu Meghalaya, jednego z kilku stanów Północno-Wschodnich, gdzie religią dominującą jest chrześcijaństwo. Po uzyskaniu pozwoleń udaliśmy się do himalajskiego stanu Arunachal Pradesh, graniczącego z Tybetem. Tam przez 2 tygodnie mieszkaliśmy w wiosce plemienia Apatani. Uczestniczyliśmy w szamańskich obrzędach Apatani, m.in.w rytualnym zabijaniu bawoła. Przez kilka dni musieliśmy przebijać się przez górskie drogi stanu. Po powrocie do Assamu, przeprawiliśmy się razem z motocyklem łódką na Majuli- największą rzeczną wyspę Indii, jedną z największych zamieszkałych na stałe rzecznych wysp świata (powierzchnia niemal 10-krotnie większa od powierzchni wyspy Manhattan). Kilka dni przemierzaliśmy ścieżki i bezdroża Majuli. W tych dniach odbywało się największe święto na wyspie- Ras Mahotsav Festival. To trzydniowa celebra, połączenie religii ze sztuką. Każda satra- świątynia poświęcona Vishnu – gości w tych dniach swoich wiernych, aby po zachodzie słońca przeobrazić się w amfiteatr.

Wielką atrakcją było zarówno dostanie się na Majuli Island, jak i opuszczenie jej. Wyspa nie ma żadnego trwałego połączenia z lądem stałym. Budowa mostu na tak niestabilnym, zalewowym terenie, byłaby operacją niezmiernie kosztowną i zupełnie nieopłacalną, chociażby ze względu na niepewną przyszłość Majuli (naukowcy przewidują jej zniknięcie z powierzchni rzeki w ciągu najbliższych 20-13 lat!) Stąd mieszkańcy wypracowali sobie znakomity sposób transportu rzecznego. Jako że na wyspie nie ma żadnego przemysłu, wszystkie towary dostarczane są łódkami.

Po przeprawie promowej na suchy ląd, przyszła pora na najważniejszy punkt planu całej wyprawy. Zdążaliśmy bowiem w stronę jednego z najciekawszych kulturowo, odległego geograficznie i udostępnionego indywidualnej turystyce dopiero przed 4 laty, stanu Nagaland. Był to jakby cel naszej półrocznej ekspedycji. Jeszcze przed wyruszeniem do Indii nazwaliśmy ją „Wigilia wśród Łowców Głów”. Ten górzysty region zamieszkuje bowiem kilkanaście plemion, których członkowie jeszcze 100 lat temu przynosili do swojej wioski łupy w postaci obciętych głów wrogów zza miedzy, czyli z sąsiedniego plemienia. Kto nie zdobył żadnej głowy- nie był uznawany za mężczyznę. Proceder oficjalnie zakazany od dawna (ostatnia głowa odrąbana została w 1963 roku)

uid_8d421726fa432634a56a97e4d7403da61434907137587_width_736_play_0_pos_0_gs_0_height_414

A Wigilia? Chrześcijańscy misjonarze, którzy przybyli tu w XIX wieku, wprowadzili w Nagaland swoją wiarę (ok.90% społeczeństwa to chrześcijanie, choć tradycje animistyczne ciągle mają się dobrze). Termin zaś pobytu na terenie tego stanu zahaczał o święta Bożego Narodzenia. Naszym planem było spędzenie Wigilii w jednej z górskich wiosek, razem z jej egzotycznymi mieszkańcami, potomkami wojowników Naga.

Najciekawszym, najlepiej zachowanym kulturowo miejscem, są okolice miasteczka Mon, stolicy dystryktu o tej samej nazwie. Aby tam się dostać, autobusy i vany z turystami jeżdżą „normalną”, długą drogą, w dużej części prowadzącą przez sąsiedni Assam. My wybraliśmy drogę na skróty, gdzie żaden normalny pojazd się nie zapuszcza, bo często nie ma szansy na dotarcie do celu. Pokonanie odcinka 320 km zajęło nam 3 dni. Wioskę Mon i okolice zamieszkuje plemię Konyak. Jeszcze do niedawna nieustraszeni łowy głów, dziś religijni chrześcijanie-baptyści, ciągle noszą w genach wodzoną wojowniczość i niezależność. Ich wioski leżą w promieniu 20-40 kilometrów od Mon Town. Wysunięta 45 km na wschód wioska Longwa, jest świadectwem biurokratycznej bezmyślności przywódców Indii i Birmy, którzy ustanowili granicę pomiędzy swoimi krajami, nie wizytując wcześniej przygranicznych terenów. Stąd granica państwowa biegnie przez środek domu króla wioski. Sypialnie są po stronie indyjskiej, zaś kuchnia-po stronie birmańskiej. Sam król, zwany tutaj Ankh, który odziedziczył tron po zmarłym ojcu w 2015 roku, niewiele zajmuje się sprawami swojej wioski, odurzając się codziennie opium. I nam trafiła się taka okazja. Zostaliśmy zaproszeni na wspólne wypalenie fajki pokoju- oczywiście z opium, a żar do fajki wodnej, którą pociągała Dorota, podawał sam król!

Baptyści Wigilię traktują Wigilię dużo mniej uroczyście, niż katolicy. Stąd wieczerzę wigilijną spożyliśmy w gronie przyjaciół- katolików. Zaś 25 grudzień był już celebrowany z wielką pompą przez wszystkich. Po mszy w kościele baptystów w wiosce Mon, zamieszkałej przez plemię Konyak, zaproszeni zostaliśmy na ucztę, której główną ozdobą był emerytowany minister. Pomiędzy gośćmi w garniturach dostrzegliśmy kilku starszych-wojowników w galowych strojach łowców głów! To ostatni prawdziwi łowcy, ze specjalnymi tatuażami świadczącymi o ich doświadczeniu w tym procederze.

Pod koniec grudnia zostawiliśmy nasz motocykl u nowo poznanych przyjaciół w stolicy stanu Nagaland- Dimapur, aby powrócić tu jesienią 2016 i kontynuować naszą podróż.

12

21. Islam po tajsku i inne z Azji -Justyna Siemiątkowska

Celem półtorarocznego pobytu w Tajlandii oraz we Wietnamie było poznanie kultury i codziennego życia mieszkańców odwiedzonych rejonów.

W tym czasie pracowałam jako wolontariuszka mieszkając w południowej części Tajlandii, która dla wielu pozostaje nieznana, m.in. przez dominujący w niej Islam. Rytm, obowiązki oraz warunki życia dzieliłam z lokalnymi mieszkańcami, z którymi mieszkałam przez pół roku. Kolejne etapy pobytu w Azji to przeniesienie się do buddyjskiej części kraju, pobyt w klasztorach buddyjskich odbywając kursy medytacji, odpłatna praca jako nauczycielka w szkole publicznej oraz praca w resortach.

Jak to mówią „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia” i dosłownie wielokrotnie zmieniałam swój punkt widzenia by zobaczyć/ zrozumieć więcej.

—————–

Pobyt w Azji rozpoczęłam jako wolontariuszka i tym się zajmowałam przez pierwszych 8 miesięcy. Umożliwiło mi to włączenie się do życia lokalnych społeczności (mowa tu o dwóch wioskach w Prowincji Satun w Południowej części Tajlandii, 1,5 h drogi na zachód od miasta Hat Yaj). Rejony te zamieszkują przez Tajów wyznających Islam.

Dla wielu, Tajlandia kojarzy się z bardzo liberalnym zachowaniem turystów a także jej mieszkańców. Moje doświadczenia w tym kraju były zupełnie inne. Zasłaniające ciało ubrania, wolność od alkoholu (oczywiście w miejscowościach islamskich nie spożywa się go), skromne życie ale przede wszystkim dbałość o dobro lokalnej społeczności (którą z biegiem czasu zaczęłam postrzegać jak rodzinę) były tam najważniejsze.

Oczywiście głównym moim zajęciem była nuka angielskiego dzieci i dorosłych. Jednak zawsze znalazł się czas na rzeczy, których można było doświadczyć dzięki nowym wujkom i ciociom np. częste wyprawy łodziami do lasu namorzynowego w celu uzbierania ślimaków lub do pobliskich lasów by uzbierać liście palmowe ( z nich wraz z lokalnymi kobietami wykonaliśmy np. „dachówkę” do bungalows).

Wielką lekcją dla mnie było uczestniczenie w święcie Hari Raya, podczas którego składane są ofiarą zwierzęta. Wydarzenie to trwa tydzień, jest tak ważne jak w naszym kręgu kulturowym Boże Narodzenie.

 

Ważnym elementem współpracy z tajską NGO był fakt, że prowadzona ona była przez wspaniałe, mocno różniące się d siebie osoby, które utworzyły i prowadzą tę organizację z pasją i misją.

Ponad to jeden z jej członków prowadzi zupełnie niezależną „szkółkę skautów” (znajduje się ona w lesie, a dotrzeć do niej można jedynie łodzią ). Być może jest to niewłaściwa nazwa, a powinnam nazwać ją „szkołą życia w zgodzie ze społecznością oraz przyrodą”. Uczestniczyłam w niej pomagając w logistyce ale przede wszystkim głównym zadaniem było prowadzenie edukacyjnych i integracyjnych gier i zabaw dla dzieci.

Dla mnie był to zaszczyt, by móc pracować wśród ludzi z wizją, dbających o relacje w ich wiosce i edukację najmłodszych.

Następnie po upływie pół roku jeszcze 2 miesiące pracowałam w gospodarstwie na terenie prowincji Songhla wraz z buddyjską rodziną. To doświadczenie było wyjątkowo ciekawe dzięki charyzmatycznemu i pełnemu werwy Wujkowi Lee (gospodarzowi domu).

Dawniej był komunistą działającym w partyzantce. Obecnie życzy Tajlandii demokratycznego ustroju, o którym nieformalnie (i nielegalnie) naucza młodych studentów. Część z nich aktywnie działa na rzecz złagodzenia konfliktu obecnego w trzech niżej położonych prowincjach kraju ( Yala, Patani, Narathiwat ).

Po zakończeniu współpracy z NGO wyruszyłam do znanego Centrum buddyjskiego, gdzie laicy mogą odbyć tzw. meditation retreat. Dwukrotnie przebyłam Vipasanę- okres odizolowania, kiedy najważniejsza jest medytacja, a w jego czasie nie można komunikować się z innymi.

Dla pewnej grupy ludzi jest to główny powód podróży do Tajlandii, co w istocie, jest bardzo wyjątkowym doświadczeniem. Jeśli kiedyś będę miała okazję odwiedzić Tajlandię to z pewnością powtórzę Vipasnę.

Następnie szczęście mi dopisało bo gdy kończyły się fundusze znalazłam pracę jako nauczycielka j. angielskiego w szkole publicznej. To okazało się nie być moim żywiołem, choć wśród europejczyków i osób z krajów anglojęzycznych jest to najpopularniejsze zajęcie w Azji, niestety nie zawsze przynoszące pożądany efekt.

Wtedy też szczęście dopisało mi po raz drugi i szybko zmieniłam pracę.

Wtedy przeprowadziłam się na piękną wyspę Koh Chang. W SPA zajmowałam się konsultacjami żywieniowymi oraz jogą.

Najciekawszym , jak zazwyczaj, elementem tego etapu byli ludzie, a dokładnie koleżanki z pracy…dzięki nim mogłam spojrzeć na Tajlandię, jeszcze raz, z zupełnie nowej perspektywy.

Po 4 miesiącach mieszkania pobytu na Koh Chang przeprowadziłam się do południowego Wietnamu, tam pracowałam 2 miesiące, po których wyruszyłam do północnej części kraju.

Bardzo istotnym doświadczeniem był pobyt w górach, w domu rodziny Hamongów (mniejszość etnicza). Tam miałam okazję zobaczyć nie tylko zupełnie inny krajobraz ale przede wszystkim ludzi.

Wiadomo, mieszkający w górach są silni, mocni i tacy właśnie są Hamongowie.

Dzięki ich serdeczności mogłam być uczestnikiem w ich codziennym życiu oraz nawet szamańskiego rytuału.

I być może był to pierwszy raz gdy w Azji południo-wschodniej domy/ chaty nie były obklejone plakatami i banerami… Dlaczego ? o tym mam nadzieję, że będę mogła opowiedzieć więcej podczas festiwalu

_A_A IMG_1135 IMG_3477

 

 

 

 

22. Półroczna podróż po krainie starożytnych Inków - Peru- Karolina Kowalczyk

Moja przygoda z Peru zaczęła się w momencie otrzymania listu zapraszającego z Pontifica Universidad de Peru – uczelni, która zaoferowała mi półroczne stypendium po drugiej stronie globu. Dobre wyniki w nauce i chęć dalszego rozwoju umożliwiwy mi wyjazd marzeń. Dzięki niemu od początku sierpnia 2014 do końca grudnia 2014 miałam możliwość zagłębiać się w niepowtarzalny peruwiański świat, którego koloryt i smak pamiętać będę do końca życia.

W tym czasie oprócz studiów i zbierania materiałów do pracy magisterskiej zwiedziłam niemal całe Peru oraz część Boliwii i Ekwadoru. Przez pół roku chłonęłam uroki byłego imperiów Inków, poznając jego historię, religię i tradycję. Słuchałam szumu fal Pacyfiku i chwytających za serce melodii keczuańskich pieśni. Wspinałam się na Andyjskie szczyty i lodowce; podziwiałam błękit lagun i zieloność amazońskiej dżungli. Wędrując śladami Indian Keczua rozwiązywałam zagadki tajemniczych linii z Nazca oraz niezdobytego przez konkwistadorów Machu Picchu – symbolu i twierdzy inkaskiej potęgi, na zboczach którego pasą się swobodnie alpaki i lamy. Smakowałam nieznanych mi dotąd, prawdziwie egzotycznych potraw na czele ze świnką morską i surową rybą w tygrysim soku, czyli ceviche. Poznawałam życie lokalnych ludzi, ich zwyczaje i folklor, a podczas podróży atostopem do Boliwii na własnej skórze zaznałam niezwykłej gościnności peruwiańskich weselników, z którymi piłam tradycyjne, regionalne trunki i tańczyłam w rytm biesiadnych melodii. Głaskałam lamy i alpaki, słuchałam opowieści wędrownych kupców i kolekcjonowałam różne warianty peruwiańskiej waluty. Za jednego sola jeździłam rozklekotanym tuk tukiem stojąc w limeńskich korkach nawet do północy. U przydrożnych sprzedawców posilałam się kanapkami z awokado i przepijałam je ziołowym emoliente. Jako miejsce peruwiańskich spotkań pamiętać będę zawsze Park Kennediego w Miraflores, w którym dokaramiałam przebywające tam gromadnie koty i zajadałam się wypełnionymi smakowitym nadzieniem churros. A najlepsze, że podczas doświadczania tych wszystkich cudowności nie byłam sama – na mojej drodze twarzyszyli mi wyjątkowi ludzie z przeróżnych zakątków świata, którzy na zawsze pozostaną w mojej pamięci. To oni tłumaczyli mi subtelne różnice akcentach i w użyciu języka hiszpańskiego w Ameryce Łacińskiej i Hiszpanii. Nauczyli mnie także charakterystycznych dla poszczególnych regionów słów i zwrotów, które w różnych krajach kontynentu potrafią znaczyć zupełnie co innego. W Peru, odkryłam także, że dzięki meksykańskim przyprawom owoce i słodycze lepiej smakują w pikantnej odsłonie, narodowością, która najlepiej tańczy salsę są Kolumbijczycy oraz że liście koki są dobre na żołądek i chorobę wysokościową.

I można by tak mnożyć przykłady w nieskończoność, ale nic nie odda uroku chwil, których tak naprawdę może doświadczyć każdy. Dlatego podczas swojej prelekcji postaram się nie tylko przywołać ducha peruwiańskiej podróży, ale także pokazać, że takie spełnienie marzeń jest z zasięgu ręki wszsytkich, którzy tego pragną.

11108307_714463192015547_5907290803228609543_n IMG_0057-1000x667 IMG_0495-1000x667 IMG_1361-1000x1249

23.Polska Południe-Północ w 30 dni- Piotr Sokołowski

Wyprawa „Polska Południe-Północ w 30 dni” to przejście Polski od najbardziej na południe wysuniętego punktu (góra Opołonek w Bieszczadach) do północnego (Gwiazda Północy w Jastrzębiej Górze). Celów było kilka: turystyczno-krajoznawczy, kulturalno-oświatowy, zdrowotny, fotograficzny, patriotyczny, a nawet sentymentalny :) Wyprawa była zaplanowana jako piesza, ale dopuszczaliśmy również autostop i środki komunikacji publicznej, tak żeby całość zmieściła się w 4 tygodniach. Ostatecznie pokonaliśmy ok 780 km na pieszo, i prawie drugie tyle za pomocą różnych środków transportu Była to fantastyczna przygoda oraz świetna lekcja historii, geografii i entografii. Mnóstwo niezwykłych zdarzeń, poznanych ludzi i odwiedzonych miejsc.

 

Po wyprawie napisaliśmy o niej książkę. Jest to opowieść, dziennik wyprawy i przewodnik w jednym. Opis przygód, ludzi i przemyśleń związanych z wyprawą, a czasem zupełnie od niej oderwanych. Do tego wiele ciekawostek o Polsce oraz rekomendacje miejsc szczególnie wartych odwiedzenia – niektóre bardzo znane, a niektóre nieco dalej od utartych szlaków. A wszystko opisane lekkim, świeżym i dynamicznym stylem – jak przyjacielska opowieść przy ognisku.

 

Patronem książki jest znany polski podróżnik i polarnik, Marek Kamiński, który napisał o niej: „Świetna opowieść! Podczas własnej wędrówki do Santiago z zainteresowaniem prześledziłem losy autorów, którzy postanowili na chwilę oderwać się od cywilizowanego świata. Wyruszyli ku własnym marzeniom i przemierzyli całą Polskę. Z poczuciem humoru opisują bliskie mi zjawisko drogi, pokazując, jak fascynująca, pełna przygód, a zarazem trudna może ona być. Udowadniają, że nie trzeba jechać na koniec świata, aby dokonać niesamowitych odkryć. Wystarczy odrobina ciekawości połączonej z pomysłowością. Książka stanowi również świetny przewodnik po Polsce, który prowadzi czytelnika po dotąd nieznanych zakątkach naszego kraju. Autorzy pokazują, że warto podążać za marzeniami! Szczerze polecam!”

 

Tą wyprawą pokazaliśmy, że nie trzeba podróżować w dalekie zakątki globu, żeby przeżyć wspaniałe przygody. Pokazaliśmy również, że może to zrobić każdy – nawet ludzie oderwani od codziennej wielogodzinnej pracy przy komputerze, przy dobrych chęciach, odpowiednim planowaniu i odrobinie fantazji mogą zorganizować niepowtarzalną i zapadającą w pamieć przygodę. W zgodnej opinii wszystkich uczestników wyprawy były to nasze wakacje życia.

 

Tomasz Sikora, dziennikarz Polskiego Radia Wrocław opisał to tak: „To jest historia ludzi, którzy wstali od biurek, założyli wygodne buty, zakrzyknęli „hej przygodo!” i zorganizowali sobie najpiękniejsze wakacje w życiu. Ich podróż to właściwie coś, o czym każdy z nas śpiewał przy ognisku – „a ja mam swą gitarę, spodnie wytarte i buty stare, wiatry niosą mnie”. Może czas przestać śpiewać a ruszyć w podróż za jeden uśmiech? Ta książka, w którą się wsiąka, jak kiedyś w Bahdaja czy Niziurskiego, to też opowieść o Polakach. Jak się okazuje wciąż jesteśmy gościnni, uchylamy nieznajomym serca i drzwi. Wydawało się, że takiej Polski już nie ma. Jest. Tylko trzeba jej szukać bez bufonady, na piechotę.”

 

P1000170 P1000336 P1000519 P1000959

Wyprawa okazała nie tylko znakomitym materiałem na książkę, ale również na serię prelekcji o tym jak zorganinować wyprawę w Polsce, tak żeby stała się ona „wakacjami życia”. W czasie prelekcji słuchacze dowiadują się:

Na czym polega sposób ogranizacji, który określam jako „Pozdróże z głową”: łączący odwiedzane miejsca, ich historie, mieszkających tam ludzi i dostarczający w efekcie mnóstwo świetnej zabawy, ale także edukacji historycznej, geograficznej i etnograficznej. Jest to moim zdaniem najlepszy sposób pogłębiania wiedzy o naszym kraju, pokazujący fakty i historie naukowe (np. historyczne) przez pryzmat doświadczenia i obcowania z miejscami, ludźmi, przyrodą, architekturą, manuskryptami, itd.

Jak łączyć tradycyjne sposoby organizacji i zdobywania informacji z nowoczesnymi technologiami, które zapewniają dotarcie do miejsc i ludzi, jeszcze przed ich odwiedzeniem w czasie wyprawy

Jakimi przygodami zaowocowała nasza wyprawa, np.:

– w Bóbrce, gdzie dowiedzieliśmy się jaki był cel wizyty braci Rockefeler u wynalazcy lampy naftowej Ingacego Łukasiewicza i dlaczego to Rockefellerowie, a nie Łukasiewicz zostali miliarderami.

– w Cergowej, gdzie dowiedzieliśmy po pochodzeniu Andy’ego Warhola i historii jego matki, która na poczatku XX w. przeszła przez Polskę trasą podobną do naszej;

– w Nowym Wiśniczu, gdzie wnuk oficera Armii Krajowej opowiadał nam o jednej z najbardziej spektakularnych akcji AK – dowodzonej przez jego dziadka akcji odbicia polskich wieźniów z wiśnickiego zakładu karnego w lipcu 1944 r.

– w Nagłowicach, gdzie okazało się, że „ojciec literatury polskiej”, Mikołaj Rej, nie tylko miał zamiłowanie do polskiego języka, ale również i to może jeszcze większe, do polskiego jedzenia i alkoholi i nie opuszczał dworów odwiedzanych „aż wypił z gośćmi i gospodarzem wszystko.”

– w Rogowie, gdzie odwiedziliśmy jedną z największych kolei wąskotorowych w Polsce i poznaliśmy historię wolontariuszy, którzy od 2000 r przeznaczają cały swój wolny czas i pieniądze na remontowanie kolejnych elementów rogowskiego taboru;

– w Żarnowcu, gdzie byliśmy świadkiem unikalnej pielgrzymki wodno-pieszej z Nadola do Żarnowca

– wielu innych przygód i historii, które zdarzyły nam się po drodze – zarówno te wcześniej zaplanowane jak i te całkowicie spontaniczne.

Jak napisać i wydać książkę – korzystając z finansowania społecznościowego i self-publishingu

Najlepszym opisem wyprawy, który w pełni oddaje jej charakter jest fragment książki „Polska Południe-Północ w 30 dni”. Serdecznie zapraszam do przeczytania: http://ppp30.pl/PPP30-SAMPLE.PDF

24. Piechotą na Bliski Wschód- Daria Urban i Wojciech Kostyk

Santiago de Compostela, Rzym i Jerozolima. Choć tysiące kilometrów dzielą te miasta, łączy je przede wszystkim to, że przez wieki byłyone dla wyznawców chrześcijaństwagłównymi ośrodkami pielgrzymkowymi. I wprawdzie dziś prawdziwych pielgrzymów rodem z opowieści o Templariuszach można szukać ze świecą, to miejsca te przyciągają coraz więcej wędrowców, rowerzystów i podróżników.

Od wielu lat we dwoje wędrujemy po licznych, pieszych szlakach. Do Santiago udało nam się dotrzeć już dwukrotnie, za każdym razem pokonując ok. 1000 km; następnie przyszła pora na Wieczne Miasto, do którego wyruszyliśmy z odległego o 2100 km Canterbury. I wreszcie,by osiągnąć pełnię naszej pogoni za średniowiecznymi podróżnikami, a zarazem zaspokoić zwariowane marzenie pieszego dotarcia do wszystkich trzech miast, zaczęliśmy planować podróż do Jerozolimy.

Wyruszyliśmy 19 maja 2014 roku z Poznania, każdy ze swojego domu jak nakazuje pielgrzymia tradycja i skierowaliśmy swe kroki na południowy wschód, by móc odkryć to co w Polsce najpiękniejsze. Dolinę Baryczy, Szlak Orlich Gniazd, Kraków i Beskid Niski musieliśmy opuścić po 3 tygodniach marszu, by wstąpić w odwiedziny do naszych południowych sąsiadów – Słowaków. Następnie udaliśmy się z równie krótką wizytę na Węgry. Lecząc tam nasze już poobijane stopy w słynnych wodach termalnych, a także upajając się podczas obowiązkowej wizyty w Tokaju licznymi nalewkami serwowanymi przez spotkanych mieszkańców, przygotowywaliśmy się na niemal miesięczny marsz przez Rumunię.

Kraj ten zauroczył nas przede wszystkim pięknem przyrody, którą podziwialiśmy chociażby w wąwozie Turda, czy podczas wędrówki przezFogarasze,a także otwartością i serdecznością jego mieszkańców. Udaliśmy się następnie do Bułgarii, która w porównaniu z poprzednim państwem wydawała się pogrążona w medytacjach prowadzonych przez liczne monastyry. Była też dla nas swoistym wyzwaniem, w którym musieliśmy się zmierzyć z obcą nam wcześniej cyrylicą.

Niesamowitych wrażeń dostarczyła nam Turcja. Każde spotkanie z przypadkowym człowiekiem, kultura łącząca elementy wschodu i zachodu z przeplatającymi się pozostałościami dawnych wieków; wszystko dawało nam siłę do ponad miesięcznej wędrówki przez ten kraj. Po dotarciu do wybrzeża Morza Śródziemnego, z racji trwającego konfliktu na terenie Syrii, byliśmy zmuszeni przerwać nasz marsz na południe na rzecz promu, którym przeprawiliśmy się na Cypr, by stamtąd przedostać się do Izraela i po kilkudniowej wędrówce zobaczyć przed sobą mury Jerozolimy.

Do założonego celu dotarliśmy po czterech miesiącach i 3200km wędrówki przez 8 państw. Idea pieszej wyprawypozwoliła nam odkryć to, czego podróżując w inny sposób byśmy nie doświadczyli. Słowo przemierzać nabrało dla nas innego znaczenia. Mogliśmy bowiem własnymi krokami i własnym zmęczeniem zmierzyć odległość dzielącą Poznań od Jerozolimy. Sprawdzić co w rzeczywistości jest bliskie, a co dalekie. Jak zmienia się krajobraz, ludzie i ich życie na drodze z własnego domu na Bliski Wschód. Jak suma delikatnych, wręcz niezauważalnych w codziennej trasie różnic sprawia, że polskie ulice zamieniają się w gwarny, bliskowschodni bazar.

Celem naszej wędrówki była również próba zrozumienia kim jest pielgrzym – wędrowiec, a zatem zamiar zdefiniowania tego kim jesteśmy my sami; chęćudzielenia odpowiedzi na pytaniejaką ewolucję przeszłoto pojęcie w zbiorowej świadomości różnych społeczeństw i jakie miejsce zajmują w niej pielgrzymi dzisiaj. Pomocnym okazało się tu zbadanie jak człowieka w drodze postrzegają ludzie różnych kultur i religii.Wędrując bowiem przezkatolicką Polskę, prawosławną Rumunię, muzułmańską Turcję i judaistyczny Izrael mogliśmy poczuć na własnej skórze jaki wpływ ma religia nie tylko na jednostki, ale i na cale społeczeństwa.

Piesze przemierzanie kolejnych krajów otworzyło przed nami drzwi wielu domów i nauczyło tego czym jest gościnność , chęć niesienia pomocy i najzwyklejsze zainteresowanie losem drugiego człowieka, gdyż właśnie tego doświadczaliśmy na każdym kroku. Dzięki temu w czasie naszej wędrówki nie byliśmy jedynie biernymi obserwatorami, czy przechodniami, bo na moment stawaliśmy się częścią rodzin i wspólnot, które chciały przyjąć nas do siebie.

Codzienna droga była dla nas również ciężką walką z samym sobą, bo chociaż nie przedzieraliśmy się przez amazońskie dżungle ani nie pokonywaliśmy lodowców, to jednak każdy dzień wymagał od nas sporej siły woli. Wczesna pobudka, trzydzieści lub czterdzieści kilometrów marszu i szukanie odosobnionego miejsca na rozbicie namiotu. Dwa lub trzy tygodnie takiego trybu życia nie byłyby nam straszne, lecz cztery miesiące wymagały od nas sporej determinacji. Musieliśmy pokonać własne słabości, zmęczenie i zniechęcenie, a także pewien rodzaj samotności, bo chociaż wędrowaliśmy we dwoje i nieustannie się w tym wspieraliśmy, to jednak ważnym było dla nas zachowanie tej przestrzeni na bycie samemu, gdyż dostrzegaliśmy w tym dużą wartość pielgrzymiego doświadczenia.

Nauczyliśmy się bardzo wiele o szacunku do mijanych ludzi, krajów i do tego, co daje nam natura, a także o sobie samych. Zrozumieliśmy, że to co najważniejsze jest w nas, a pozostałe rzeczy, które są nam potrzebne, mieszczą się w niewielkich plecakach. I choć wiedzieliśmy to już wcześniej, to utwierdziliśmy się w tym, że w dobie pędzącego świata, liczenia każdej minuty, a także stawiania na to co wygodne i łatwo dostępne, warto nieco zwolnić i tymi pojedynczymi krokami, z przyjemnością dążyć do tego, co na pozór wydaje się dalekie i nieosiągalne.

Tym właśnie dzielimy się z chcącymi wysłuchać naszych opowieści, gdyż jesteśmy pewni, że niezależnie od wyznania, poglądów i doświadczenia w przemierzaniu pieszych szlaków, warto jest wyruszyć w drogę i otworzyć się na wszystko, co może ona zaoferować.

103 DSC_0010 DSC_0685 DSC_1364

25. Tajemnice Peru 2015” oraz 2 film ”Indianie Okanagan-Katarzyna Masin

„DOMY ZMARŁYCH” – film dokumentalny zrealizowany w trakcie ekspedycji w peruwiańskie Andy Wschodnie, której celem było odkrycie starożytnych, tajemniczych grobowców znajdujących się, na wysokich, trudno dostępnych półkach skalnych . Ze względu na trudności komunikacyjne i górzysty teren, porośnięty gęstą dżunglą jest to jeden z nielicznych już fascynujących zakątków Peru i świata, gdzie można nadal odkryć nie opisane dotąd w żadnych publikacjach naukowych niezwykłe zabytki.
Film opowiada o tej fascynującej i trudnej ekspedycji, która zakończyła się sukcesem

Autorka filmu  Katarzyna Masin, archeolog, filmowiec i podróżnik, która realizowała filmy dokumentalne m.in dla telewizji Planetei odkryła, jako pierwsza na świecie grobowców położone w wysokich  Andach.

„INDIANIE OKANAGAN”- film dokumentalny, którego bohaterem jest Dixon Terbasket, naczelnik ginącego plemienia Indian Okanagan, którego w 1967 roku było 1900 osób.
Autorka filmu  Katarzyna Masin , jako pierwsza Polka przejechała Kanadę od Montrealu na wyspę Alert Bay, czyli ze wschodniego wybrzeża na zachodnie wybrzeże i z powrotem a celem ekspedycji było zrealizowanie filmów dokumentalnych poświęconych  Indianom Ojibway, Blackfoot, Okanagan  i Kwakiutl
Tak autorka opowiada o swojej pracy:
Realizując moje filmy doszłam do wniosku, że zawsze pokazywano życie rdzennych mieszkańców Kanady z punktu widzenie „białego”. Nigdy tak naprawdę sami zainteresowani nie mieli możliwości wypowiedzenia się o sobie i swoim życiu bez tzw. „Cepelii”, która jest niezbędnym i modnym atrybutem filmów ukazujących życie Indian w większości popularnych stacji telewizyjnych

Świadomie odeszłam od tego schematu.

W moich filmach nie zobaczycie folkloru, tak często pokazywanego na potrzeby turystów, ale zobaczycie autentycznych ludzi, ubranych tak jak większość z nas w dżinsy i podkoszulek i opowiadających, opowiadających o tym jak zawieszeni są pomiędzy dwiema kulturami, komercyjną „białych”,
w której są zmuszeni żyć oraz ich tradycją, dawnym życiem, o którym nie chcą zapomnieć.
Co robią żeby przetrwać i pamiętać o swojej historii oraz ojczystym języku.

W swoich filmach opowiadam również o współczesnym rasizmie, który nadal dotyka rdzennych mieszkańców Kanady.

Jako autor cyklu bardzo się cieszę ,że udało mi się zdobyć zaufanie moich bohaterów filmów.
Pomimo, że jestem „biała” i pochodzę z odległego dla nich europejskiego kraju Polski opowiedzieli mi historię swojego życia. Często trudną, związaną z problemem alkoholowym i ciężka drogę,
jaką przeszli do uzyskania tzw. „wewnętrznej wolności”, której życzę wszystkim „zaganianym” odbiorcą moich filmów.

 

chipuric11 Dixon Terbasket z plemienia Okanagan eu face1

„DOMY ZMARŁYCH” – film dokumentalny zrealizowany w trakcie ekspedycji w peruwiańskie Andy Wschodnie, której celem było odkrycie starożytnych, tajemniczych grobowców znajdujących się, na wysokich, trudno dostępnych półkach skalnych . Ze względu na trudności komunikacyjne i górzysty teren, porośnięty gęstą dżunglą jest to jeden z nielicznych już fascynujących zakątków Peru i świata, gdzie można nadal odkryć nie opisane dotąd w żadnych publikacjach naukowych niezwykłe zabytki.
Film opowiada o tej fascynującej i trudnej ekspedycji, która zakończyła się sukcesem

Autorka filmu  Katarzyna Masin, archeolog, filmowiec i podróżnik, która realizowała filmy dokumentalne m.in dla telewizji Planetei odkryła, jako pierwsza na świecie grobowców położone w wysokich  Andach.

 

„INDIANIE OKANAGAN”- film dokumentalny, którego bohaterem jest Dixon Terbasket, naczelnik ginącego plemienia Indian Okanagan, którego w 1967 roku było 1900 osób.
Autorka filmu  Katarzyna Masin , jako pierwsza Polka przejechała Kanadę od Montrealu na wyspę Alert Bay, czyli ze wschodniego wybrzeża na zachodnie wybrzeże i z powrotem a celem ekspedycji było zrealizowanie filmów dokumentalnych poświęconych  Indianom Ojibway, Blackfoot, Okanagan  i Kwakiutl
Tak autorka opowiada o swojej pracy:
Realizując moje filmy doszłam do wniosku, że zawsze pokazywano życie rdzennych mieszkańców Kanady z punktu widzenie „białego”. Nigdy tak naprawdę sami zainteresowani nie mieli możliwości wypowiedzenia się o sobie i swoim życiu bez tzw. „Cepelii”, która jest niezbędnym i modnym atrybutem filmów ukazujących życie Indian w większości popularnych stacji telewizyjnych

Świadomie odeszłam od tego schematu.

W moich filmach nie zobaczycie folkloru, tak często pokazywanego na potrzeby turystów, ale zobaczycie autentycznych ludzi, ubranych tak jak większość z nas w dżinsy i podkoszulek i opowiadających, opowiadających o tym jak zawieszeni są pomiędzy dwiema kulturami, komercyjną „białych”,
w której są zmuszeni żyć oraz ich tradycją, dawnym życiem, o którym nie chcą zapomnieć.
Co robią żeby przetrwać i pamiętać o swojej historii oraz ojczystym języku.

W swoich filmach opowiadam również o współczesnym rasizmie, który nadal dotyka rdzennych mieszkańców Kanady.

Jako autor cyklu bardzo się cieszę ,że udało mi się zdobyć zaufanie moich bohaterów filmów.
Pomimo, że jestem „biała” i pochodzę z odległego dla nich europejskiego kraju Polski opowiedzieli mi historię swojego życia. Często trudną, związaną z problemem alkoholowym i ciężka drogę,
jaką przeszli do uzyskania tzw. „wewnętrznej wolności”, której życzę wszystkim „zaganianym” odbiorcą moich filmów.

26.Antarktyka to nie tylko pingwiny- Piotr Horzela

Celem wyprawy była chęć poznawania tak odmiennego krańca świata jakim jest Antarktyka, oraz

przetestowanie się na okoliczności bądź co bądź sporego odosobnienia.

————

W rejony Antarktyczne dotarłem wraz z 34 Wyprawą Antarktyczną PAN. W polarnej stacji badawczej spędziłem blisko półtora roku. W tym czasie, między innymi: mierzyłem lodowce, obserwowałem zachowania pingwinów i innych zwierząt, pomagałem naukowcom w ich pracach, przy okazji poszerzając swoją wiedzę o Antarktyce.

Opowiem o wietrze, lodzie, polarnych codziennościach i oczywiście tym co robią pingwiny gdy słonie morskie się wylegują na plaży. By jako leśnik trafić do Polskiej Stacji Polarnej musiałem liczyć na sporo szczęścia. Prowokowałem je jak się tylko dało, by w końcu wejść w Gdyni na pokład rosyjskiego statku i ruszyć na południe. Po 40 dniach z raptem 2 dniowym przystankiem w Argentynie dotarliśmy do Antarktyki, a dokładniej Wyspy Króla Jerzego gdzie znajduje się Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego. Początkowo w miałem tam zostać rok. Do moich obowiązków należało mierzenie lodowców a dodatkowo inne zajęcia, których wymagała lokalna codzienność. Pomagałem naukowcom w zbieraniu danych w terenie czy rozstawianiu obozów terenowych. Zaś obsłudze technicznej stacji przy drobnych naprawach. Pierwsze dało mi możliwość poszerzenia wiedzy na temat Antarktyki, drugie nauczyło wielu praktycznych umiejętności. Dodatkowo każda nowa praca dawała szansę nad ucieczkę od monotonii.

Po rocznym pobycie okazało się, że jest możliwość przedłużenia pobytu na wyspie o kolejne pół roku. Mimo iż już mocno tęskniłem za Polską nie potrafiłem zrezygnować z szansy jaką była możliwość pracy polegającej na obserwacji pingwinów, fok, wielorybów i całej reszty menażerii jaka tam urzęduje.

Gdy pod koniec mojego drugiego sezonu letniego czekałem na transport chilijskim samolotem transportowym do Ameryki Południowej w okolicy pojawił się jacht „Katharsis 2”. Dzięki uprzejmości kierownika 35 Wyprawy Polarnej i kapitana jachtu po 24h pakowania gratów stałem na pokładzie by odpłynąć w kierunku Antarktydy i koła podbiegunowego. Po 30 dniach rejsu, odwiedzeniu kilku stacji polarnych, wulkanu, kontynentu i zahaczeniu o koło podbiegunowe dotarlismy do Horn-u. Minęła kolejna chwila i zobaczyłem swoje pierwsze po ponad półtora roku drzewo. Co było dla mnie o tyle istotne, że jak wspomniałem jestem

Antraktyka-1 Antraktyka-4 Antraktyka-11 Antraktyka-12 Antraktyka-19 Antraktyka-21 Antraktyka-24 Antraktyka-29 Antraktyka-36 Antraktyka-40 jpgs6

 

 

 

 

27.Kierunek: wschód, tam musi być jakaś cywilizacja!-Rado Panek

Centralna Azja nie jest w TOP 3 najbardziej pożądanych miejsc na wakacje. Powiedzmy sobie szczerze, nie jest pewnie nawet w pierwszej setce. W jaki więc sposób podróż w tamte strony sprawiła, że teraz jest to i dla Ewy, i dla Radka ulubione miejsce na świecie? Czy Kazachstan to tylko step? Co jest uroczego w typowej kirgiskiej wsi? Co według środkowoazjatyckich tubylców można wyleczyć skiśniętym mlekiem klaczy? O ludziach i ich gościnności, o tym, co tak naprawdę było sensem i najważniejszym punktem tej autostopowej wyprawy oraz o innych fajnych rzeczach na prelekcji „Kierunek: wschód – tam musi być jakaś cywilizacja!”

2 miesiące w Azji Centralnej i 12 000 km przejechanych autostopem to mierzalna czasoprzestrzeń tej podróży. Były w niej jednak również rzeczy kompletnie niepoliczalne, jak gościnność tamtejszych ludzi i różnorodność przeżyć. Całkiem niepozorne Kazachstan i Kirgistan stały się naszymi ulubionymi miejscami na świecie. Zdecydowanie najważniejszy na wyprawie był jednak element sentymentalny – poszukiwanie historii rodziny Radka, która została zesłana do Kazachstanu w trakcie II wojny światowej.

 

SAMSUNG CSC

SAMSUNG CSC

tumblr_nvk9hxbZuR1us5kq2o1_1280 tumblr_nvlnqswUPH1us5kq2o8_1280

 

 

 

 

Rado Panek

Kierunek wschód: tam musi być jakaś cywilizacja!

Autostopem jeżdżę już ładnych parę lat. Początkowe podwózki do domu, czy innych okolicznych miejsc ‚bo autobus nie przyjechał’ przerodziły się w pasję odkrywania świata o coraz to dalszym zasięgu. Mój dziadek zawsze powtarza mi, że widzi we mnie siebie, a puentuje to swoją myślą, że ‚we mnie jest taka dusza, że po śmierci też się rusza’. Dziadek widział kawałek świata, niestety nie dobrowolnie i nie tak swawolnie jak ja to robię autostopem, lecz będąc zniewolonym zesłanym na Syberię podczas II wojny światowej. Przez sześć lat był świadkiem śmierci ojca, dwóch sióstr, dwóch braci, oraz jak wtedy myślał matki, którą odnalazł ciężko chorą na krótko przed śmiercią, dwa lata po powrocie do kraju. Będąc sierotą, błąkającą się przez sierocińce Centralnej Azji zawsze miał w pamięci rodzinę, którą sam pochował na północnych krańcach małej górniczej miejscowości Żytygara.

I tu de facto zaczyna się moja przygoda. Od dziecka słysząc wszystkie niesamowite, często straszne historie ze świata zapragnąłem wybrać się na wyprawę autostopem właśnie w tamte rejony, by odnaleźć grób mojej rodziny, uwiecznić na fotografii, pomodlić się oraz zdać relację, czy krzyż z żelaznych rur wykonany przez dziadka wytrzymał próbę 75lat.

Do wyprawy nie musiałem długo zachęcać mojej serdecznej przyjaciółki i świetnej towarzyszki podróżniczych przygód Ewy, którą urzekł pomysł na wyprawę, która oprócz walorów czysto rozrywkowych, jak poznawanie odległych kultur, czy napawanie się pięknem przyrody, miała aspekt sentymentalny. Kwestie przygotowań ograniczyliśmy do minimum – wyrobienia niezbędnych wiz kazachskiej oraz rosyjskiej oraz uzyskaniu informacji co do obowiązku meldunkowego w tych krajach. Krótko przed wyjazdem okazało się, że konsulat rosyjski nie podbije nam wizy rosyjskiej dwukrotnego wjazdu przy wjeździe z Ukrainy, więc podjęliśmy decyzję o dojechaniu jak najdalej stopem oraz przeleceniu nad terytorium Rosji do Kazachstanu. I tak odcinek Kijów – Astana pokonaliśmy samolotem.

Po 3-dniowym zwiedzaniu stolicy Kazachstanu ruszyliśmy bez mapy oraz bliżej określonej trasy na autostopową podróż w nieznane. Nieznanym było dla nas wszystko, zaczynając od języka, poprzez zwyczaje, klimat, historie, lokalną kuchnię, aż po miejsca warte odwiedzenia. Kierując się starą polską zasadą ‚koniec języka za przewodnika’ znając język rosyjski, w krajach rosyjskojęzycznych czuliśmy się pod względem komunikacyjnym dość swobodnie. Kazachstan jest na tyle charakterystycznym państwem w którym dominującą część powierzchni stanowi step, a drogi z północy na południe są tylko dwie, co w kraju o ósmej powierzchni na świecie oznaczało nic innego jak niemożliwość zgubienia się. Autostop w Kazachstanie oraz Kirgistanie działa fenomenalnie, do momentu jak daną drogą przejeżdża choć jedno auto na dobę, co w wielu przypadkach, szczególnie w górach, nie miało miejsca. Podpowiedzi nowo napotkanych osób, kierowców oraz spotkanego po drodze Pawła z Krakowa, poprowadziły nas w większości z dala od dużych miast, a dały radość odkrywania wodospadów, jezior, gór oraz obcowania z jakże bogatą kulturą i tradycją lokalnych społeczności. Od miejsc wpisanych na światową listę zabytków UNESCO, po naprawdę urokliwe, a mniej znane miejsca nasza wyprawa dobiegła do momentu, w którym upływająca wiza kazachska dała impuls do wyruszenia w poszukiwaniu najważniejszej wartości tej wyprawy – grobu mojej rodziny. Z południa Kazachstanu, z miasta Aral, aż na samą północ kraju rozciąga się step, przez co odległość ponad 1500km pokonaliśmy w zaledwie jedną dobę.

Podczas całej wyprawy jedynymi informacjami, jakie wiedziałem o miejscu, który opisywał mój dziadek były: ‚kostonajska oblast, na północ od miasteczka Żytygara; w otoczeniu wyrobisk po wydobywaniu złota znajdował się żelazny krzyż katolicki pośród kilku prawosławnych krzyży’. Do momentu dotarcia do tej liczącej niespełna 26 tyś mieszkańców miejscowości część mnie podchodziła sceptycznie do całej tej sprawy, że w końcu to były groby osób zniewolonych i ówczesna władza mogła mniej sentymentalnie podchodzić do sprawy pamięci po zabitych podczas wojny osobach. Jednak kierowca, z pochodzenia azer, który podwoził nas z obrzeży miasta do jego centrum, kiedy tylko dowiedział się czego szukamy zapewnił nas, że kazachowie to naród, który ponad wszystko ceni sobie pamięć rodziny i nie dopuściliby do sytuacji, by fizyczne ukazanie tej pamięci mogłoby zniknąć, i byśmy się nie martwili. Stojąc w centrum miasta nie wiedzieliśmy za bardzo od czego zacząć, lecz odpowiedź nasunęła nam się sama – gdyż oto po drugiej stronie dużego centralnego placu widniał napis miejscowego muzeum. W samym sobie muzeum nie było od lat turysty, więc byliśmy nie lada zaskoczeniem po dotarciu właśnie tam. Uprzejme Panie oprowadziły nas po nim, przeprowadziły wywiad z nami do lokalnej gazety i niestety, nie znając miejsca starych cmentarzy w okolicy, odesłały nas do Akimatu, czyli lokalnych władz jednostki administracyjnej Żytygary. Trafiliśmy na przerwę obiadową, lecz gdy urzędnicy, z Akimem (merem) miasta dowiedzieli się o dwóch podróżnikach czekających na wizytę skrócili ją niezwłocznie. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że archiwum osób zesłanych zostało odesłane do archiwum znajdującego się w stolicy regionu – Kostonaju, więc informacji ani o dokumentach, ani o miejscu cmentarzy nie uzyskaliśmy. Polecono nam jednak, udać się do lokalnej cerkwii, w której od kilku lat urzęduje młody duchowny, który może posiadać jakieś informacje co do miejsc świętych w rejonie. W taki oto sposób poznaliśmy cudownego człowieka Ojca Maksima, który uruchomił niebo i ziemię, by nam pomóc. Zadzwonił do starszych wiekiem parafian, by dowiedzieć się o lokalizacji starego cmentarza, załatwił samochód z kierowcą i 2h po naszym spotkaniu byliśmy w drodze w poszukiwaniu tak ważnego dla mnie miejsca. Podczas półgodzinnej drogi na północ mijaliśmy hałdy wyrobisk kopalnianych, a serce biło mi coraz mocniej. Po błądzeniu po okolicy dawnych kopalni złota, gdzie pracowała męska część mojej rodziny na zesłaniu dojechaliśmy na skraj cmentarza. Porośnięty wysoką trawą, zaniedbany i mocno zniszczony cmentarz ukazał się naszym oczom, co podniosło poziom mojej ekscytacji maksymalnie wysoko. Przeszukując drewniane oraz żelazne krzyże w większości zrobione ze zwykłych znalezionych prętów natrafiłem na krzyż pasujący do opisu dziadka. Najbardziej wysunięty, duży żelazny, zrobiony z pustych rur katolicki krzyż. Momentalnie rozpłakałem się jak dziecko. Po chwili otarłem łzy, pomodliłem się i zacząłem dokumentowanie aparatem fotograficznym wszystkich znajdujących się krzyży na cmentarzu. po drugiej stronie tego małego cmentarza znalazłem jeszcze 6 innych, w większości drewnianych, katolickich krzyży. W celu bycia pewnym zrobiłem zdjęcia także im. Przez najbliższe dwie noce spędzone w prywatnym mieszkaniu Ojca Maksima nie mogłem wyjść z podziwu oraz ochłonąć z emocji. Droga powrotna do domu oznaczała jeszcze dwa tygodnie jazdy przez Rosję oraz kraje nadbałtyckie do Polski. Przez ten okres postanowiłem nie informować o niczym rodziny, po prostu jechałem z garstką zdjęć oraz ogromnym uśmiechem na twarzy chcąc zdać relację wszystkim osobiście.

Pod koniec sierpnia nasza wyprawa zakończyła się, pożegnałem się z Ewą, a dzień później trafiłem do rodzimej Bydgoszczy, by niezwłocznie, po wywołaniu zdjęć pojechać do dziadka. Dziadek, lat 86, bardzo rzadko przez okres mojego 24 letniego życia okazywał jakiekolwiek emocje. W momencie kiedy pokazałem mu zdjęcia rozpłakał się momentalnie, a jego głos dygotał. Śmiał się ocierając łzy – rozpoznał krzyż bez zawahania. Wspomnienia, które chował głęboko w pamięci wróciły. Dziadek nie wierzył, i nie wierzy, że dożył momentu, kiedy jeszcze raz zobaczy ten obraz. Pamięć o moich przodkach była i jest niesamowicie ważna dla mnie, jak i każdego w mojej rodzinie, bo każdy powinien znać swoje korzenie oraz pielęgnować pamięć przodków, którym zawdzięczamy nasz obecny żywot.

28.Wyprawa na Bałkany 2015- Mateusz Fabiszak

Głównym celem wyprawy było poznanie kultury, tradycji i zwyczajów mieszkańców różnych krajów leżących w rejonie Bałkanów. W trakcie wyprawy zwiedzone zostały takie kraje jak Serbia, Kosowo, Albania, Bośnia i Hercegowina oraz Chorwacja. Wypad zorientowany był na poznanie i zrozumienie historii tych ciekawych, ale często nieznanych krajów, ale również na obserwacji codziennego życia, by móc później dzielić się swoimi wrażeniami i przemyśleniami z innymi.

 

Wyprawa na Bałkany miała miejsce we wrześniu 2015 roku. Jej cel to poznanie kultury, tradycji i zwyczajów państw leżących w tym południowo – wschodnim rejonie Europy, a także, a może przede wszystkim, spotkanie z codziennym życiem mieszkających tam ludzi. W ramach eskapady zwiedzone zostały takie kraje jak Serbia, Kosowo, Albania, Bośnia i Hercegowina oraz Chorwacja. Są to wprawdzie miejsca, które nie znajdują się od Polski bardzo daleko, a jednak często niewiele o nich wiemy i myślimy o nich stereotypowo.

Mateusz Fabiszak – młody muzyk poruszający się w świecie elektronicznych i klubowych dźwięków, fan szybkich samochodów i maratończyk w swojej prelekcji opowiada o tym niezwykle ciekawym rejonie świata, dzieli się swoimi przemyśleniami, opisuje zaobserwowane sytuacje i, chociaż trochę, przybliża tamtejszą kulturę swoim słuchaczom. W czasie wystąpienia prezentuje także zdjęcia własnego autorstwa oraz tradycyjną i współczesną muzykę pochodzącą z krajów Bałkańskich.

DSCN1277 DSCN1315 DSCN1356 DSCN1377

 

 

 

 

Wyprawa na Bałkany miała miejsce we wrześniu 2015 roku. Jej cel to poznanie kultury, tradycji i zwyczajów państw leżących w tym południowo – wschodnim rejonie Europy, a także, a może przede wszystkim, spotkanie z codziennym życiem mieszkających tam ludzi. W ramach eskapady zwiedzone zostały takie kraje jak Serbia, Kosowo, Albania, Bośnia i Hercegowina oraz Chorwacja. Są to wprawdzie miejsca, które nie znajdują się od Polski bardzo daleko, a jednak często niewiele o nich wiemy i myślimy o nich stereotypowo.

Geograficznie jest to region w większości o górzystym bądź wyżynnym ukształtowaniu terenu oraz o urozmaiconej linii brzegowej. Jedynie w pobliżu Morza Czarnego mamy do czynienia z terenem nizinnym. W północnej części klimat jest zbliżony do naszego – ciepłe lata oraz chłodne, a nawet mroźne zimy. Południe to klimat bardziej śródziemnomorski. Lata są suche i upalne (temperatury w ciągu dnia osiągają nawet 45 st C), zimy z kolei są chłodne i deszczowe.

Pierwszym z odwiedzonych krajów była Serbia z jej stolicą Belgradem. W tym jednym z najstarszych miast Europy, którego historia sięga aż 7000 lat, mieszają się różne kultury, nacje i religie. Z jednej strony może być to inspirujące, pozwala bowiem na to, aby istniejące różnice wykorzystać do wzajemnej nauki. Z drugiej jednak strony sytuacja ta doprowadziła w przeszłości do konfliktów i wojen, których skutki do dnia dzisiejszego są widoczne. Widać, że Belgrad goni poziomem za innymi europejskimi stolicami, jednak w innych rejonach kraju, a nawet już poza centrum miasta, widać sporą biedę potwierdzającą, że mimo wszystko jest to jeden z uboższych europejskich krajów.

Kolejne miejsce to Kosowo. Państwo, w którym wszędzie można spotkać młodych ludzi chcących zostawić już smutną historię za sobą. Optymistycznie patrzą oni w przyszłość, chcą pracować i budować solidne państwo z którego nie trzeba emigrować. To naprawdę budzący pozytywne emocje obraz. Podróżując dalej na południe zauważyć można, że powoli kierujemy się na obrzeża naszego kręgu kulturowego i zauważamy coraz większe wpływy świata orientu. Widać to w architekturze, sposobie ubierania, a także w świecie popkultury słuchając nagrań muzycznych tamtejszych artystów.

Nową, przebiegającą pomiędzy malowniczymi górami i jedną z nielicznych tutaj autostrad docieramy do Albanii. Kraju gdzie w obawie komunistów przed atakiem zachodniej koalicji wybudowano ponoć 600 tysięcy bunkrów. Państwo to zaczyna prosperować coraz lepiej po latach surowej komuny, która prześladowała każdą religię i zabraniała nawet posiadania własnego auta.

Pierwszym punktem była nadmorska miejscowość Durres. Jej główne gałęzie rozwoju to działalność portowa, handlowa oraz turystyczna. Jeszcze 10 lat temu stało tam tylko kilka hoteli. Dziś niemal całe wybrzeże zajęte jest przez apartamentowce przeznaczone dla turystów. To tutaj widać zadbanych i opalonych ludzi, dobre samochody, czyste restauracje. Wystarczyło jednak pójść kilka ulic dalej, poza dzielnice turystyczną, aby znaleźć się w nieco innym świecie w którym część dróg była niewyasfaltowana, bloki obdrapane, a cała okolica utrzymana w nieładzie. To jednak w takich miejscach łatwiej można spotkać prawdziwe życie, a nie tam, gdzie wszystko jest uszykowane pod kątem zadowolenia turystów.

Warta opisania jest również znajdująca się 50 – 60 kilometrów dalej stolica Albanii – Tirana. Miasto o liczbie ludności 500 – 600 tysięcy to mieszanka ładu i bogactwa z jakim mamy do czynienia w centrum, z bałaganem i brudem na miejskich obrzeżach.

Wędrując przez kraj ku jego południowym krańcom wyprawa dociera do Sarandy, typowo turystycznej miejscowości leżącej niemal przy granicy z Grecją i mogącą być uznaną za albańskie Monako. Miejsce to przyciąga turystów z całej Europy z prostej przyczyny. Klimat jest taki jak w południowej Francji czy Hiszpanii, ale ceny i koszty utrzymania znacznie niższe. To także miejsce, które jest destynacją podróżniczą dla coraz większej ilości naszych rodaków.

Następnym krajem była Bośnia i Hercegowina. To tam znajduje się słynne na cały świat Medjugorje gdzie miały miejsca objawienia Matki Bożej, które przez wzgląd na pewne kontrowersje do dziś nie zyskały oficjalnego potwierdzenia Kościoła Katolickiego. To przykład miejsca, gdzie religia miesza się z komercją, co może zasmucać tych którzy przybyli tam przez wzgląd na swój rozwój duchowy. Innym ważnym miejscem na trasie jest Mostar – 100 tysięczna miejscowość gdzie wciąż można zobaczyć liczne ślady wojny, która miała miejsce w latach 90 – tych. Przypomina to, że wojna nie jest czymś abstrakcyjnym i odległym, a refleksja zmusza do zdania sobie sprawy o tym, że musimy podjąć wysiłek aby utrzymać pokój jaki mamy obecnie.

Ostatni punkt to Dubrownik w Chorwacji, a zwłaszcza jego zabytkowa starówka wpisana do Światowego Dziedzictwa UNESCO. To chyba najbardziej zatłoczone miejsce na trasie wyprawy, a także najdroższe, gdzie zwykła pizza mogła kosztować w przeliczeniu nawet 100 złotych! Miasto będące obecnie popularnym kierunkiem wakacyjnym, w dawnych wiekach również przyciągało wielu ludzi, szczególnie uchodźców, którzy uciekali tu przed prześladowaniami wiedząc, że ich odmienna wiara i kultura będą tu szanowane.

Wprawa na Bałkany z pewnością nie pozwoliła na całkowite poznanie tego niezwykłego regionu. Nie ulega wątpliwości, że jest to doświadczenie przybliżające inną kulturę czy religię. Bycie otwartym na drugiego człowieka jest bowiem tak ważne, a tak często dziś się o nim zapomina.

29.Piraci na Maskarenach- Barbara i Tomek Jaraczewscy

„PIRACI NA MASKARENACH” 

„Całkiem żeście poszaleli! Tak daleko z takim małym dzieckiem?!”

„Chyba żartujecie!!! Przecież tam jest niebezpiecznie!”

„Przecież on / ona nic nie będzie pamiętał(a) z tego wyjazdu!”

Z podobnymi reakcjami otoczenia spotyka się chyba większość młodych rodziców, którzy postanawiają nie zawieszać swoich butów trekkingowych na kołku z powodu narodzin dziecka i nie rezygnują ze swojej pasji, jaką jest poznawanie świata na własną rękę. Można by oczywiście wyjechać nad Bałtyk, w Sudety czy Tatry, wyskoczyć na działkę…, ale po co się ograniczać? Postanowiliśmy nie poddawać się schematycznemu sposobowi myślenia niektórych osób i stereotypom funkcjonującym jeszcze w naszym społeczeństwie, wzięliśmy długoterminowe urlopy w pracy i ruszyliśmy z plecakami i spacerówką w trzymiesięczną wyprawę na wyspy archipelagu Maskarenów.

Pomysł wyprawy był owocem naszej pasji do podróżowania, odkrywania nieznanego, smakowania i doświadczania nowego oraz fascynacji wyspami jako symbolem szczęścia, raju oraz ucieczki od szalonego tempa życia w zachodnim świecie. Bo czyż na wyspach czas nie płynie zupełnie innym, niespiesznym rytmem?

Otóż na wyspie Reunion okazało się, że nie do końca. Mnóstwo samochodów, autostrady, korki, pośpiech ludzi zmierzających do pracy – jednym słowem typowa Francja, tyle że usytuowana w tropikach. Ale jakie atrakcje oferuje w zamian! Nasze oczy godzinami chłonęły piękno sawanny, lasów pierwotnych, pokrytych bujną roślinnością gór, czynnego wulkanu, licznych wodospadów, koralowych atoli – aż tchu braknie, by wyliczyć wszystkie krajobrazowe atrakcje tego zamorskiego departamentu Francji. Mimo swoich niepokaźnych rozmiarów powierzchnia Reunionu może poszczycić się ogromną liczbą fenomenów przyrodniczych, które, w innych częściach naszego globu, rozsiane są na ogromnych przestrzeniach. Dlatego ten malutki skrawek francuskiej ziemi usytuowany dziesięć tysięcy kilometrów od Paryża określany jest często wyspą tysiąca barw lub wyspą o tysiącu obliczach.

Jeśli już mowa o obliczach – z pewnością na długo zapadnie nam w pamięć kilkugodzinna trekkingowa wyprawa, odbywająca się pośród księżycowego krajobrazu, której punktem kulminacyjnym była nocna obserwacja erupcji wulkanu. Zresztą, rok 2015 był wyjątkowy: do naszego przyjazdu wulkan aż pięciokrotnie pluł lawą i podczas całego pobytu na Reunionie nie dawał o sobie zapomnieć. Widocznie wiedział o naszym przyjeździe i czekał, by móc nas oczarować jedynym w swoim rodzaju spektaklem. 😉   Przyrodnicze widowiska mogliśmy również podziwiać w tzw. cyrkach, czyli głębokich kotlinach usytuowanych wśród gór pokrytych dżunglą tętniącą intensywnością zieleni, z której wypływają urzekające wodne kaskady długie na kilkadziesiąt metrów.

Powolnego rytmu życia, takiego, który pamiętamy z naszych wcześniejszych peregrynacji, chociażby po wyspach greckich, zakosztowaliśmy na Mauritiusie, a zwłaszcza na Rodrigues. Ten nastrój niespiesznie płynącego czasu, którego daremno szukać w Europie pozwolił nam doświadczyć totalnego spokoju, wyciszenia i odprężenia. Ale nie oznacza to, że leniuchowaliśmy lub się nudziliśmy. Bynajmniej. Poznając te wyspy, nie ograniczaliśmy się do miejsc typowo turystycznych, lecz ich piękno odkrywaliśmy przede wszystkim zaglądając w miejsca, które zwykły turysta omija. Oprócz rozkoszowania się słońcem na spokojnych, miejscowych plażach oraz delektowania się ciepłymi turkusowo-lazurowo-szmaragdowymi wodami Oceanu Indyjskiego, odwiedziliśmy dwie spokrewnione ze sobą rodziny maurytyjskie, przeprowadziliśmy niezliczoną ilość szczerych rozmów z niebywale gościnnymi autochtonami, podróżowaliśmy dychawicznymi autobusami o niezwykle ujmujących nazwach, których średnia prędkość oscylowała w granicach 30 km/h, poznawaliśmy skarby kultury tego multikulturowego spłachetka globu, zaglądaliśmy do wnętrza wulkanicznej kaldery, spacerując na krawędzi wygasłego krateru, ujeżdżaliśmy żółwie mające ponad sto wiosen na karku, podziwialiśmy narodowe tańce sega i maloya, ręcznie zapylaliśmy kwiaty wanilii, przyglądaliśmy się procesowi wytwarzania i produkcji herbaty, kawy, rumu, niejednokrotnie wdawaliśmy się w pogoń za niebywale dużymi i szpetnymi insektami celem wyeliminowania ich z naszej przestrzeni mieszkalnej oraz… doświadczaliśmy jeszcze wielu, wielu innych niezapomnianych przeżyć. A dla większości mieszkańców Rodrigues byliśmy pierwszymi (nie licząc Jana Pawła II, który odwiedził tę wyspę w 1989 roku) przedstawicielami naszej narodowości, z którymi mieli kontakt, gdyż z reguły Polacy, którzy odwiedzają Mauritius, na Rodrigues niestety nie zaglądają.

01 (1) 02 (1) 03 (1) 07

 

 

 

 

 

30. Not for speed czyli rowerem przez Azję- Ewa Świderska

“Not for speed” czyli Azja rowerem, Ewa Świderska

Cel: żyć tak jak chcę – poznając świat podróżując rowerem

Trasa: Filipiny – Birma –Tajlandia – Laos-Chiny – Korea Południowa- Kambodża – Wietnam : 16 miesięcy, 19 tys km

(wcześniej w oddzielnej podróży wiosną 2013 roku także Japonia – 3 miesiące, 5 tys km). Jeśli liczyć razem 24 tys. Km, 19 miesięcy

To nie była decyzja, do której dojrzewałam długo, ale pomysł, który szybko wcieliłam w życie. Choć od lat jestem nieuleczalnie „zarażona cyklozą”, to w Japonii, gdzie spędziłam trzy miesiące wiosną 2013 roku odkryłam czym jest życie na rowerze. Szybko podjęłam decyzję o powrocie na ten kontynent i w grudniu 2013 roku z biletem w jedną stronę ponownie poleciałam do Azji, na Filipiny, a potem dalej. Oto moja retrospekcja z podróży.

FILIPINY – wilgoć, morze, palmy i „give me money” . Zaczęło się raczej pod górkę, bo ten kraj nie jest rowerowym eldorado – gęste zaludnienie uniemożliwiające odizolowanie się i relaks, hałas, chętnie podnoszący ceny na widok obcokrajowca mieszkańcy, nieustanne proszenie o pieniądze, trąbiące bezsensownie i jadące w wielu kierunkach naraz samochody. Zaledwie miesiąc wcześniej kraj nawiedził ogromny kataklizm – tajfun Yolanda, jeden z największych w historii Filipin, który spustoszył środkową część kraju. Filipiny to tez lekcja pokory – bambusowe domy „na koziej nóżce”, biegające nago dzieci.. zobaczyłam co oznacza bieda, a pomimo tego ludzie zapraszali mnie do swoich niezwykle skromnych domów i dzielili się czym mogli. Zrozumiałam, że mam tak wiele, że aż trudno uwierzyć.

BIRMA – kraj autentycznych uśmiechów i „akcja tajniak”. Znalazłam się w zupełnie innej rzeczywistości – otoczyły mnie nieznane mi intensywne zapachy, dochodzące ze świątyń dźwięki, no i przede wszystkim jakiś magiczny, dobry i autentyczny uśmiech na wymalowanych tanaką twarzach ludzi który sprawił, że Birmę pokochałam od razu. Noclegi były wielką niewiadomą – lokalne prawo zabrania rozbijania się na dziko, spania u ludzi, w guesthousach dla „lokalsów”. Jakoś tak się stało, że udało mi się i jedno i drugie. W pamięć zapadła najbardziej „akcja tajniak” – śledzenie i ciągłe siedzenie mi „na ogonie” przez policję co podwyższało stopień mojej irytacji spowodowany ograniczeniem wolności.

TAJLANDIA – czego chcieć więcej? W Tajlandii podróż, pomimo obezwładniającego o tej porze roku (marzec – kwiecień- unikać!) upału, jest PROSTA – drogi są dobre, sklepy powszechne, ludzie przyjaźni, jedzenie tanie i dobre no a kraj – piękny. W Tajlandii znalazłam się zatem .. cztery razy i aż dziw bierze, że wcale nie dojechałam do najpopularniejszej części tj. turystycznego południa kraju czyli okolic Phuket i Krabi. Najbardziej pokochałam nie tylko wybrzeże, ale tajskie parki narodowe – jest tam zawsze możliwość rozbicia namiotu, można wyspać się w sąsiedztwie dzikiej przyrody – trzeba tylko uważać, by małpy czegoś rano nie podkradły.

LAOS – leniwa lewitacja, zupa kluskowa i palenie lasów. Kraj ten znajdował się na czele mojej podróżniczej listy, natomiast jakoś nie zapadł mi w serce.. Laos jest leniwy, drogi spokojne, ludzie przysypiają w hamakach, przydrożne jedzenie jednostajne – zazwyczaj jest to nieśmiertelna „noodle soup”. W Laosie byłam dwukrotnie. Zapamiętam przejazd przez górzystą, północną część kraju nie tylko z powodu długich podjazdów, ale niezrozumiałego przeze mnie faktu palenia lasów, który corocznie odbywa się tam pod koniec pory suchej. Dymy spowijały niebo wbijając się do nosa i gardła. Perełką Laosu jest dla mnie nie Louang Prabang tylko położona nad rzeką otoczeniu gór karstowych mała miejscowość Nong Khiaw. Idylla!

CHINY – Kraj kontrastów. Przez 3 miesiące w Chinach przemierzyłam jedynie dwie górskie prowincje – Junnan i Syczuan. Wisienką na torcie był przejazd przez wschodni Tybet i zdobycie najwyższych przełęczy– 4300 m npm. Co do Chin mam uczucia ambiwalentne – z jednej strony fascynująca egzotyka krajobrazów, architektura, kolorowo ubrani ludzie z mniejszości narodowych no a z drugiej strony brud i uprzykrzające życie zwyczaje – nadmierne używanie klaksonów, śmiecenie, palenie papierosów. Do dobrej strony Chin należy zaliczyć jedzenie: świeże, aromatyczne, tanie. Wyjechałam z Chin z ulgą, ale chętnie tam wrócę.

KOREA POŁUDNIOWA: Raj, panie – rowerowy raj! Kraj ten znalazł się u mnie na czele w rankingu miejsc przyjaznych podróżom rowerowym. Koreę oplata sieć świeżo wybudowanych ścieżek rowerowych – to istne autostrady. Mogłam w spokoju kontemplować krajobrazy w kolorowych, jesiennych barwach a na nocleg zawsze znalazła się jakaś przydrożna wiata, gdzie rozstawiałam namiot, czy też pokoik przy kościele, których są tam setki.

KAMBODŻA – gorący kraj Khmerów. Podróż przez Kambodżę nie wyróżniła się jakoś szczególnie – krajobraz oprócz południowych Gór Kardamonowych nie jest urozmaicony, drogi są kiepskie, powszechne jest wyrzucanie śmieci za okno.. Kambodża to dla mnie lekcja architektury i historii – świątynie Angkoru to piękno z dodatkiem mistycyzmu. Nie da się też odciąć od tragicznej historii kraju i pogromu, do jakiego przyczynili się Czerwoni Khmerzy.

WIETNAM – „.. i więcej tam nie wrócę, tak mi dopomóż Bóg”! – takimi słowami kończyła się jedna z przeczytanych przeze mnie relacji z Wietnamu. Sprawdziło się i w moim przypadku. Było ciężko. Kraj jest długi i dróg pobocznych jest niewiele. Jest tłoczno, byłam podirytowana nachalnym trąbieniem i zawyżaniem cen. Zły nastrój wzmagał lejący się z nieba żar. Zapamiętam też komunistyczne transparenty i rozlegające się z megafonów o świcie śpiewy. Ale też piękne pola ryżowe w kolorze świeżej zieleni.

Podróż po Azji pomogła mi docenić to, co mam i poczuć, czego mi brakuje. To lekcja pokory. Przemierzając ponownie polskie drogi nie mogę się nadziwić – jak tu pięknie, jak tu czysto i jak tu cicho!   Ale chcę tam wrócić.

camping Korea Filipny 1 P1110313 Tybt monastery

 

 

 

 

31. Twins on tour- Katarzyna Kowalczyk

Tanzania

Zanzibar-Dar es Salaam-Arusha-Serengeti- Ngorongoro – Arusha – Mwanza- Kampala

Ląduję na Zanzibarze. Nie zostaję tam jednak długo, ponieważ relaks na rajskiej wyspie postanawiam zostawić sobie na koniec podróży. Nie mam planu: żadnych noclegów, nie wiem jak kursują autobusy i promy. Wszystkiego dowiaduję się na bieżąco na miejscu. Właściwie wcale nie sypiam w hotelach, ponieważ korzystam z Couchsurfingu. Uważam, że to najlepsza opcja poznania kultury i mentalności tubylców. Nie dla mnie biura turystyczne i hotele. Ruszam do Arushy celem poszukania informacji na temat Safari. Początkowo chcę zorganizować je sama, dowiaduję się jednak, że jest to mocno utrudnione (tereny strzeżonych parków narodowych, do których wstęp mają turyści pod opieką przewodnika). Udaje się załatwić 3-dniowe safari do parku narodowego Serengeti i Ngorongoro za kwotę 510 dolarów. Przy okazji safari w pobliżu Ngorongoro mam styczność z plemionami Masajów. Po safari wracam do Arushy i stamtąd udaję się do Mwanzy. Spędzam dzień nad Jeziorem Wiktorii, gdzie dowiaduję się o wyspach zamieszkiwanych przez Albinosów. To tutaj za kilka dni powstanie film Martyny Wojciechowskiej „Ludzie duchy” nagrodzony Złotą Nimfą w Monte Carlo. Panią Wojciechowską spotykam później na lotnisku w Nairobi, w momencie, którym ja już opuszczam Afrykę.

Z Mwanzy udaję się do Kampali czyli stolicy Ugandy. Wszystkie wizy organizuję z duszą na ramieniu w nadziei, że uda się dostać je na granicy bez wcześniejszego składania wniosków i czekania. Udaje się.

Uganda

Kampala – Kabale – Jezioro Bunyonyi – Kigali

W Kampali spędzam kilka dni u mojego kolejnego hosta z Couchsurfingu. Jest artystą, zajmuje się również street-artem. W Kasubi Tombs wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO dowiaduję się co nieco o historii Królestwa Bugandy i jej architekturze. Następnie wyruszam do małej miejscowości Kabale, ponieważ ktoś z tubylców powiedział mi, że warto zobaczyć mało uczęszczaną przez turystów okolicę Jeziora Bunyonyi. Rzadko korzystam z przewodników i przygotowanych dla turystów atrakcji.

W Kabale spędzam kolejne kilka dni u mojego następnego hosta. Tam dowiaduję się o plemionach Batwa, czyli ugandyjskich Pigmejach, którzy zamieszkują wyspy Jeziora Bunyonyi. Dzięki pomocy mojego kolejnego hosta udaje nam się wypożyczyć dłubankę (kajak wykonany z jednego kawałka drewna) i dostać się do odległych zakamarków wysp jeziora. Batwa to plemiona, które tylko 23 lata temu opuściły afrykański busz i od tamtego czasu uczą się przystosowania do życia w społeczeństwie. Żyją w bardzo słabych warunkach: nie nauczyli się podstawowych czynność, które mogłyby dać im pracę, mają problem z dostępem do jedzenia i wody pitnej, na niskim poziome jest edukacja. Spotkanie z Batwa wywiera na mnie takie wrażenie, że po powrocie do Polski zajmę się organizacją zbiórki pieniędzy na szkołę dla pigmejskich dzieci.

Kolejnym celem jest stolica Rwandy, czyli Kigali.

Rwanda

Kigali – Goma – Jezioro Kivu – Kigali – Dar es Salaam

Rwanda tak odmienna od dotychczas widzianych Tanzanii i Ugandy.. Zarówno w związku z krajobrazem jak i mentalnością czy kuchnią. Mieszkam na obrzeżach stolicy u mojego kolejnego hosta, który opowiada mi o historii ludobójstwa. Udaję się również do Kigali Memorial Center, gdzie dowiaduję się więcej o rzeźi, która miała miejsce nie tak dawno. Jej brzemienne w skutkach następstwa wciąż widać na ulicach Kigali.

Na zakończenie mojej podróży do Rwandy postanawiam udać się z moim hostem i jego kolejnym gościem (Peruwiańczykiem poznanym również dzięki Couchsurfingowi) udajemy się w okolice granicy z kongo- Jezioro Kivu. Daje się zauważyć, że poza granicami stolicy przydaje się znajomość języka francuskiego…

Wracam (z dużymi przygodami) do Tanzanii. Podróż busem na relacji Kigalii – Dar es Salaam zajmuje nie 27 godzin jak zapewniał przewoźnik, lecz… 40 godzin.

Tanzania

Dar es Salaam- Zanzibar – Paje – Zanzibar

W dar es Salaam odwiedzam znany market Mwenge, w którym jak się wcześniej dowiedziałam, można dostać prawdziwe, ręcznie robione pamiątki z Afryki (nierzadko tylko w jednym egzemplarzu, jak na przykład mahoniowa fifka). Udaję się dalej promem na Zanzibar. Odwiedzam Stone Town, przechadzam się wąskimi uliczkami tego historycznego i urokliwego zarazem miejsca. Kolejnym celem jest miejscowość Paje, w której dzięki uprzejmości mojego kolejnego gospodarza spędzam leniwe 3 dni mieszkając 40 metrów od plaży.

W drodze powrotnej na lotnisku w Nairobi w Kenii w oczekiwaniu na lot powrotny do Europy spotykam Martynę Wojciechowską i poznanego w Kabale kolegę ze Słowenii, który jest lekarzem i przyjechał tam na misje.

1.Moja prelekcja nie ma porządku chronologicznego. W jej trakcie opowiadam o różnicach między krajami, o kuchni, o kulturze i mentalności ludzi żyjących w poszczególnych krajów.

2.Po Afryce przejechałam 4688 km. Lot do Tanzanii trwał 12 godzin i odbywał się z przesiadkami na trasie: Leipzig – Amsterdam – Nairobi – Zanzibar. Droga powrotna wyglądała tak samo. Jako, że mieszkam w Krakowie, do Leipzig dostałam się autostopem. Moi rodzice o samotnych wojażach nie wiedzieli nic i dowiedzieli się przypadkiem, kiedy byłam w Afryce.

3.W trakcie podróży korzystałam tylko z autobusów, samolotów i promów. Początkowo zamierzałam zobaczyć wszystkie kraje Afryki Wschodniej, dlatego nie jeździłam autostopem, ponieważ obawiałam się, że może mi braknąć czasu. To jedyne czego żałuję, ze nie zrobiłam podczas mojej wyprawy do Afryki.

kasia elefant twins on tour masai dance twins on tour pygmies kasia z twins on tour safari fun twins on tour

 

 

 

 

32.Polski Strażnik Mrozu w podróży na światowy Biegun Zimna-Jerzy Arsoba i Igor Skawiński

Spełniło się jedno z naszych najbardziej szalonych marzeń, czyli udział w festiwalu w jednym z najzimniejszych miejsc na naszej planecie. Nikt z Polski wcześniej w nim nie uczestniczył. Relacja z tej wyprawy obfituje w niezwykłe, bajkowe wręcz zdjęcia, ponieważ taki właśnie był charakter tej wyprawy, pragniemy podzielić się naszymi wspomnieniami i pokazać, że nawet najbardziej szalone pomysły mają szanse realizacji, a dzieci wciąż wierzą w… Świętego Mikołaja!

Opis wyprawy:

Jurek Arsoba i Igor Skawiński już od 10 lat są zafascynowani pięknem, surowością i bezmiarem dalekowschodniej Rosji. Szczególnie upodobali sobie Jakucję z jej gościnnymi mieszkańcami oraz niezwykłościami. Podróżowali już po niej wzdłuż i wszerz kilkukrotnie, docierając do dziwnych i trudno dostępnych miejsc (udało im się np. wejść do wewnątrz kopalni diamentów – największej dziury wykopanej przez człowieka na planecie w celu pozyskania tego pożądanego surowca). Tym razem opowiedzą o ostatnim ich przedsięwzięciu – niezwykłej wyprawie na niewielki, ukryty „na końcu świata” festiwal, na którym co roku spotykają się czarowne, bajkowe postaci z całego świata. Opowiedzą o lodowych rzeźbach, szalonej podróży przez zamarzniętą tajgę na saniach zaprzężonych w syberyjskie jelenie, autostopowej przygodzie przy -50 st. C i wódce ze słynnym rosyjskim Dziadem Mrozem oraz eweńskim pasterzem jeleni mieszkającym zimą w lesie w dziurawej pałatce w oczekiwaniu na swoje stado liczące ponad 1200 osobników.

Światowy Biegun Zimna znajduje się jeszcze dalej na wschód za Syberią, w rosyjskiej Jakucji (Republika Sacha). W miejscowości Ojmiakon na Kołymie stacja meteorologiczna zanotowała niegdyś (w 1932 r.) najniższą temperaturę -71,2 st. Celsjusza, a przed 10 laty w sąsiednim Tamtorze -72,2 st. C. Ale co istotniejsze – cały czas do dzisiaj są to miejsca od wieków zamieszkałe przez ludzi – żyją tam cały rok, jest tam administracja, szkoła, dom kultury, sklep. Jest tam także lodowa rezydencja Czyschana – jakuckiego Strażnika Mrozu. I do niego, a w zasadzie na arcyciekawą, nieznaną imprezę – festiwal „Biegun Zimna”, w marcu ruszyli w podróż szczecińscy podróżnicy. Była to kolejna ich wyprawa po dalekowschodniej Rosji – podróż w temperaturach sięgających -50 stopni C, z pomocą nieodmiennie gościnnych miejscowych Rosjan i Jakutów.

Po raz pierwszy natomiast ruszył z nimi w podróż i w gości Polski Strażnik Mrozu, którego kostium i autorytet tworzyli w czasie ubiegłej zimy. Osobliwością tego festiwalu są właśnie czarowne postaci – Strażnicy Mrozu: jakucki Chyschan z Ojmiakonu, jakucka Zima, rosyjski Dziad Mróz z Wielkiego Ustiuga, fiński Santa Klaus z Kostromy, Pakkajne z Karelii, Jamał Iri z Jamała, Sagan Ubugan z Buriacji i inni.

Przyjazd Polskiego Strażnika Mrozu wywołał wśród miejscowych spore poruszenie, a po pokazaniu reportażu o nim (i wywiadach z nami) w jedynej ogólnojakuckiej telewizji, stał się postacią znaną (a my rozpoznawalni) na obszarze całej republiki – obszarze wielkości ponad 3 mln km2 (dla porównania Polska ma 312 tys. km2).

Festiwal rozpoczął się na głównym placu Jakucka – placu Lenina (celowo) i przez kilka dni przemieszczał się dalej na wschód, aby po przejechaniu 1000 km zmrożonej i zaśnieżonej drogi osiągnąć miejscowość Ojmiakon, gdzie nastąpił wielki finał z udziałem niemal wszystkich dziewięciuset mieszkańców miejscowości, kilkudziesięciu przyjezdnych Rosjan i dwóch Polaków (nas). Po drodze bajkowe postaci zatrzymały się w każdej z 15-stu miejscowości, aby odwiedzić każde z 15-stu przedszkoli, bo dzieci od miesięcy czekały

na ten moment i przygotowały specjalne programy artystyczne dla najważniejszych gości w swoim dotychczasowym życiu.

Jednym z elementów festiwalu był konkurs Miss Mrozu. W tym roku w szranki zmagań stanęło 5 prześlicznych miejscowych kandydatek. Polski Strażnik Mrozu był jednym z członków jury, ale nie wygrała kandydatka na którą oddał swój głos.

Oprócz samego festiwalu pokażemy jak żyją ludzie w tej najsurowszej krainie – zarówno ci w stolicy Jakucku, jak przede wszystkim ci na głębokiej prowincji gdzie do najbliższej innej osady jest często ponad 100 km – np. co jedzą i skąd zimą mają wodę.

Prawie wszystkie odnalezione na ziemi szczątki mamutów lub wręcz niemal kompletne ciała zwierząt przetrwały właśnie w północnej części Rosji – na wieki złożone we wiecznej zmarzlinie. W Muzeum Mamutów staniemy oko w oko z tymi kolosami sprzed tysięcy lat.

Pokażemy też coś, czego w zasadzie nigdy zobaczyć nie można – czasowo rozkopaną w jednym miejscu Drogę Kołymską, zwaną inaczej Drogą na Kościach. Droga liczy 2032 km i przy jej budowie w pierwszej połowie ubiegłego wieku zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, w tym wielu Polaków. Droga służyła eksploatacji złóż mineralnych ZSRR, a ludzi umierających przy pracy kładziono właśnie w drogę. Zobaczymy jak ona jest zbudowana.

Opowiemy także o tym, jaką ogromną rolę grało w czasie II wojny światowej niewielkie, zaniedbane lotnisko w Ojmiakonie, na terenie którego nocowaliśmy.

Spróbujemy opowiedzieć choć o kilku spotkaniach z ludźmi i ich niezwykłych historiach powstałych nie tylko w czasie wojny, Związku Radzieckiego, ale najczęściej zwyczajnie inspirowanych życiem w najzimniejszym, zamieszkałym na stałe miejscu Ziemi.

4196_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 3935_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 2728xx_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 2459_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 3452_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 2350_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 1931_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 1778x_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 1650_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 0557_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 0448_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_ 0250_JAKUCJA marzec 2015_foto Igor Skawinski i Jerzy Arsoba_

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

33. Skodilakiem do Afryki- Wojciech Bogdan

Celem było dotarcie osobowym samochodem z Bydgoszczy do Gambii i cel ten został po

19 dniach osiągnięty. Dystans wyniósł 8000 km. Na trasie leżało 10 państw.

Wyprawa „Skodilakiem do Afryki” była w rzeczywistości podróżą w jedną stronę z Bydgoszczy do Gambii. Udział wzięło w niej dwóch uczestników: Emil Grip z Danii i Wojtek Bogdan z Polski. Emil wrócił, a Wojtek osiedlił się w Afryce, założył tam rodzinę i przyjechał (w odwiedziny) do Polski dopiero po dwóch latach.

Uczestnicy wyjechali z Bydgoszczy Skodą Fabią 8 marca 2014 roku. Mimo, iż pierwszego dnia przejechali tylko do Poznania to w kolejne dni szło już szybciej i po 19 dniach dotarli do celu. Kiedy 9 marca około 6:00 rano wyruszyli z Poznania, to zatrzymali się dopiero w stolicy Alp – Grenoble,10 marca o 1:30 w nocy. Po drodze przejechali całe Niemcy (gdzie testowali prędkość „Skodilaka”), a niedaleko granicy z Francją zatrzymał ich dwugodzinny korek. Pod wieczór drugiego dnia podróży Emil i Wojtek wjechali na terytorium Szwajcarii. Zrobili to tylko po to aby szybciej dotrzeć do pierwszego miejsca noclegowego, czyli Grenoble. Przez korek na niemieckiej autostradzie udało się to dopiero około 1:30 w nocy.

Po 19 godzinach jazdy bez przerwy uczestnicy zasługiwali na odpoczynek i zatrzymali się u Magdy „Dyli” – znajomej Wojtka (z którą on chodził do jednej klasy w liceum) w Grenoble. 10 marca minął załodze „Skodilaka” na zwiedzaniu stolicy Alp. Najbardziej zdziwiło ich, że ta otoczona górami miejscowość jest najbardziej płaskim miastem Francji.

Kolejny dzień był chyb najbardziej wyczerpującym (jeśli chodzi o jazdę) dniem wyprawy. Po opuszczeniu Grenoble chłopacy podwieźli Dylę do Tuluzy a sami skierowali się ku Pirenejom do Andory. Tam po dość długiej „wspinaczce” po serpentynach zatankowali tańszą (bo bezcłową) benzynę oraz zakupili inne produkty konsumpcyjne, które w bezcłowej strefie są tańsze niż poza nią.

Z Andory przejechali do Hiszpanii, gdzie minęli Barcelonę i jechali dalej tak długo aż żaden z nich nie potrafił już jechać dalej. 12 marca około 3:00 w nocy zatrzymali się na stacji benzynowej gdzieś w Hiszpanii i tam przenocowali w aucie. Rano tego samego dnia ruszyli dalej i popołudniu dotali do malowniczej Andaluzyjskiej wioski – Gualchos. Tam od kilku lat mieszkali znajomi Emila. Aby odpocząć po męczącej podróży „Skodilak” zatrzymał się tam aż na 2 dni i 2 noce. O poranku 14 marca Emil i Wojtek ruszyli w ostatni europejski etap podróży i zahaczając o Gibraltar dotarli do Hiszpańskiego portu w Algeciras. To tam po raz ostatni opony „Skodilaka” dotykały europejskiej ziemi.

Rejs do Afryki(do Tangeru) odbył się bez niespodzianek. Aby nie marnować czasu uczestnicy wyprawy postanowi od razu pojechać do Rabatu, gdzie dotarli w środku nocy. Wizyta w Rabacie była konieczna do uzyskania wizy do Mauretanii, przez którą chcąc nie chcąc musieli przejechać.

Po „rajdzie” przez Europę ekipa „Skodilaka” w Maroku postanowiła nieco zwolnić tempo i trochę pozwiedzać. Pierwszy nocleg po Rabacie spędzili w słynącej z ostryg miejscowości Oualidia. Tam niestety musieli zostać dłużej niż planowali, gdyż przypadkowo wlali nieco oleju napędowego do benzynowego samochodu. Lokalny mechanik pomógł jechać dalej. Przymusowy postój pozwolił na lesze poznanie miejscowości, integrację z lokalną ludnością i zajadanie się truskawkami z bazaru.

Kolejny nocleg był już w górach Antyatlasu. W namiocie przy skodzie. I to tylko dlatego, że nie udało się za dnia dojechać do miejscowości Tata. Ciekawym zjawiskiem po drodze były kozy wyspecjalizowane w chodzeniu po drzewach. Postój w Tacie i oglądanie prehistorycznych petroglifów był ostatnim dniem we właściwym Maroku. Później zaczęła się już Sahara Zachodnia. Po początkowej euforii związanej z zauważeniem wolno chodzących wielbłądów nadeszły chwile monotonnej obserwacji nudnego, pustynnego krajobrazu. Tak przyszło „Skodilkowi” jechać kilka dni. Pierwszy nocleg na Saharze Zachodniej mia miejsce w miejscowości El Ajun, gdzie atrakcji jest jak na lekarstwo, a najwięcej widać żołnierzy oraz pracowników ONZ. Niestety na pustyni nie ma zbyt dużego wyboru – odległości między miastami są ogromne.

Następne noclegi (ostatnie na terytorium Maroka) były w Dakhli – Zachodnioafrykańskiej stolicy kitesurfingu. Tam Wojtek i Emil poznali Kubę z Polski, obieżyświata, który pracował na miejscu jako instruktor windsurfingu. W raz z Kubą i jego znajomymi załoga Skodilaka miło spędziła 3 dni. Podczas nich próbowali naprawić (bezskutecznie) klimatyzację w Skodzie, która akurat na Saharze się zepsuła.

Z Dakhli wyruszyli do jednego z najciekawszych miejsc na trasie, a mianowicie na ziemię niczyją pomiędzy Marokiem a Mauretanią. Jest to obszar, gdzie nie ma asfaltu, jego miejsce zajmują rozjeżdżone piaszczysto – skaliste drogi, skały, a gdzieniegdzie także miny! Niedogodności nie trwały wiecznie, ponieważ ziemia niczyja ciągnie się tylko przez około 6 kilometrów. Po nich opony „Skodilaka” znów poczuły asfalt.

Przejazd przez pustynną Mauretanię trwał 4 dni. Dnia czwartego „Skodilak” dojechał gruntową drogą do niewielkiego przejścia granicznego z Senegalem. Po pokonaniu mostu na rzecze Senegal chłopacy byli już na właściwym Czarnym Lądzie. Dostali pozwolenie na poruszanie się autem przez jedyne 3 dni więc nie marnowali czasu i pojechali bezpośrednio do miasta Rufisque pod Dakarem. Tam spotkali się z rodziną swojego kolegi Laya – Senegalczyka z Bydgoszczy i przenocowali dwie noce.

Trzeciego dnia wyjechali z samego rana aby popołudniu w prawie pięćdziesięciostopniowym upale dojechać do granicy senegalsko – gambijskiej. Po małych przejściach celnikami i policją antynarkotykową udało się ją bezpiecznie przekroczyć. W Gambii po północnej stronie rzeki

Wojtek zabrał do auta swoją dziewczynę (a obecnie żonę) Sonnę i razem w trójkę pojechali na wschód do rodzinnej wioski Sonny. Tam zakończyła się w praktyce wyprawa „Skodilaka” a zaczęła się nowa opowieść o życiu Polaka w Gambii.

skodilak_polska skodilak_rufx skodilak_wies

 

 

 

 

34. Pod stopami słońca-Marta Owczarek

Dotrzeć na dwóch niedużych motocyklach do Afganistanu przez północną Rosję i „Stany” Azji Środkowej. Przekroczyć granicę Europy i Azji na Uralu najbardziej na północ wysuniętym przejazdem. Podążać śladami bohaterów dziewiętnastowiecznej „Wielkiej Gry”, jak określano rywalizację Rosji i Wielkiej Brytanii o panowanie nad tą częścią świata. Wjechać do Korytarza Wachańskiego w Afganistanie – tam, gdzie „Wielka Gra” miała swój finał. Rozwikłać zagmatwaną plątaninę środkowoazjatyckich granic i rozbroić wybuchową mieszankę kultur w dawnych republikach radzieckich.

 

Marta Owczarek i Bartek Skowroński, autorzy książki „Byle dalej. W 888 dni dookoła świata” kolejny raz ruszają w długą podróż, tym razem na dwóch motocyklach. Po czterech miesiącach włóczęgi po rosyjskiej tajdze, Uralu, pustyniach Kazachstanu, górskich bezdrożach Kirgistanu i Tadżykistanu, udaje im się przekroczyć granicę afgańską. Docierają do jednego z kompletnie zapomnianych przez współczesną cywilizację zakątków świata: Doliny Wachańskiej, w której czas zatrzymał się przynajmniej sto lat temu. Stąd przez Uzbekistan, Turkmenistan i kraje Bliskiego Wschodu powoli wracają do domu. O podróży opowiada ich nowa, właśnie wydana książka „Pod Stopami Słońca”.

Pod_stopami_slonca_HALIKI_2016_01 Pod_stopami_slonca_HALIKI_2016_02 Pod_stopami_slonca_HALIKI_2016_05 Pod_stopami_slonca_HALIKI_2016_06 Pod_stopami_slonca_HALIKI_2016_07 Pod_stopami_slonca_HALIKI_2016_11

DCIM107GOPRO

DCIM107GOPRO

DCIM107GOPRO

Pod Stopami Słońca.

Motocyklami przez Azję Środkową, Pamir i Afganistan

 Marta Owczarek i Bartek Skowroński

Dwudziestego pierwszego maja 2013 r upłynęło dokładnie 888 dni od zakończenia naszej podróży dookoła świata. Postanowiliśmy uczcić ten dzień wyruszając kolejny raz w drogę, gdyż pomimo usilnych prób powrotu do „normalnego” życia nie byliśmy w stanie dłużej wytrzymać za biurkiem. Odważyliśmy się „rzucić wszystko” jeszcze raz. Było to o wiele trudniejsze, niż za pierwszym razem, gdyż teraz dobrze wiedzieliśmy, jak trudny potrafi być powrót.

Naszym celem jest Pamir. Jedna z teorii głosi, że nazwa Pamir wywodzi się ze staroperskiego Poy -e merh i oznacza Kraj u Stóp Słońca. Chcemy dotrzeć aż do Afganistanu, a dokładnie Korytarza Wachańskiego: wąskiego pasa ziemi leżącego pomiędzy dzisiejszym Tadżykistanem a Pakistanem, którym u schyłku dziewiętnastego wieku rozgraniczono rosyjską i brytyjską strefę wpływów w Azji. W ten sposób zakończono tak zwaną Wielką Grę, jak określa się rywalizację mocarstw o panowanie w tym regionie świata.

Jak się tam dostać? Nie chcieliśmy „teleportować się” przy użyciu samolotu. Taka podróż byłaby kompletnie wyrwana z kontekstu. Dlatego całą trasę z Polski przemierzyliśmy powoli, lądem, poznając dokładnie po drodze jeden z rejonów świata, który od dawna nas intrygował i stanowił wielki znak zapytania: przesyconą historią i legendami Azję Środkową, rubieże sowieckiego „Imperium”. Chcieliśmy spokojnie rejestrować i smakować wszystkie zachodzące zmiany, zrozumieć je i powiązać w całość. Dzięki temu rzeczywistość, jaką zastaliśmy u celu, ujrzeliśmy jako mniej lub bardziej logiczną konsekwencję tego, w co stopniowo zanurzaliśmy się z każdym przejechanym na wschód kilometrem.

Przy takim założeniu środek transportu, jaki wybraliśmy, może wydać się co najmniej zaskakujący. Wyruszyliśmy bowiem na dwóch motocyklach, a wiadomo, że co jak co, ale motocykle delikatnie mówiąc nie kojarzą się z leniwym przemieszczaniem. Jeśli jednak przyjrzeć się naszym „demonom prędkości”, wszystko staje się jasne. O ile jeszcze bartkowa Suzuki DR 650 znajduje jako takie uznanie w oczach amatorów dwóch kółek, o tyle Suzuki DR 200 Marty wywołuje ironiczny, wręcz graniczący z politowaniem uśmiech.

Po przejechaniu Litwy, Łotwy, Estonii i fińskiej Karelii wjeżdżamy do Rosji. Bocznymi, leśnymi drogami tajgi, mijając maleńkie wsie i podupadające choć wciąż urokliwe cerkwie, kierujemy się w stronę Uralu, gdzie przekraczamy granicę Europy i Azji. Tu dopada nas z pozoru niewinna rosyjska plaga: atak miliardów motyli zwanych baboczką. Jest ich tak wiele, jak byśmy przedzierali się przez burzę śnieżną. Nie jesteśmy w stanie poruszać się szybciej niż 20km/h, gdyż inaczej motylki roztrzaskują się o nas i tracimy widoczność. W takich warunkach przecinamy Ural najdalej wysuniętym na północ przejazdem, nieopodal wsi o nazwie Kytłym.

Od tego momentu odbijamy na południe, w stronę Kazachstanu. Podążamy śladem jednego z najbardziej zagadkowych bohaterów Wielkiej Gry – Jana Prospera Witkiewicza, stryjecznego dziadka Witkacego. Docieramy nad wyschnięte Morze Aralskie i przekonujemy się, jak tragiczne mogą być skutki sowieckiego eksperymentu rolniczego. W Kazachstanie po cichu przedostajemy się z pomocą rosyjskich inżynierów na teren zamkniętego „gwiezdnego miasta” Bajkonuru, skąd startują promy kosmiczne.

Kolejny kraj na naszej trasie to Kirgistan, gdzie wjeżdżamy nareszcie w wysokie góry. Szukamy zapomnianych przejazdów i zagubionych dolin, ścigamy się z końmi, przyglądamy się życiu jednych z ostatnich nomadów, a Bartek o mały włos nie porywa panny młodej. Dowiadujemy się również, dlaczego Kirgizi nienawidzą się z Uzbekami, słuchamy opowieści o krwawych rozruchach, jakie ogarnęły kraj po rozpadzie ZSRR.

W końcu wjeżdżamy do Tadżykistanu i Pamiru. Znaleźliśmy się „Pod Stopami Słońca” To najpiękniejszy zakątek byłego Związku Radzieckiego, jaki zobaczyliśmy. Ale jednocześnie najuboższy, a do tego to właśnie tu miała miejsce jedna z najkrwawszych wojen domowych, jakie wybuchły po rozpadzie ZSRR. Jesteśmy też świadkami zaanektowania części terytorium Pamiru przez chińskie wojsko.

W Tadżykistanie udaje nam się zdobyć afgańską wizę i pozwolenia motocyklowe. Mimo to granica jest zamknięta – oficjalnie z powodu epidemii cholery. Po wielu dniach oczekiwania wjeżdżamy wreszcie do Korytarza Wachańskiego. Afganistan brzmi groźnie – ale Korytarz Wachański to zakątek tak odcięty od reszty świata, że nie dotarły tu nawet działania wojenne. Lecz to, co ujrzeliśmy, zaparło nam dech. To miejsce, gdzie czas zatrzymał się sto lat temu – bo od czasu stworzenia Korytarza życie w zasadzie nie uległo tu zmianie. To nie tylko podróż na koniec świata, to przede wszystkim podróż w czasie.

Od tego momentu zaczynamy wracać. Wcześniej jednak odwiedzamy policyjny Uzbekistan a następnie Turkmenistan, straszno-śmieszną despotię, gdzie nazwy miesięcy ponazywano imionami rodziny prezydenta a ludzie zostali zmuszeni do czczenia napisanej przez swego przywódcę świętej księgi, po przeczytaniu której idzie się prosto do nieba. Tu stajemy u Bram Piekła – ogromnego ziejącego ogniem krateru powstałego na skutek eksplozji przy próbach odwiertu.

Podróż po Azji Środkowej dobiega końca. Jednak jeszcze nie wracamy do domu. Zanim to się stanie, przejeżdżamy zaskakujący Iran, który okazał się być zaprzeczeniem wszystkiego, co się o nim mówi w mediach. Potem zwariowana zima na Półwyspie Arabskim, lecz to już inna opowieść.

Gdy pod koniec lutego szykujemy się wreszcie do przepłynięcia razem z motocyklami na Czarny Ląd, nagle odkrywamy, że… wkrótce będzie nas więcej. W tej sytuacji postanawiamy przyjechać na trochę do Polski. Tym razem wiemy, że to nie powrót, a tylko wyjątkowa przerwa w podróży.