Ameryka Południowa Siłami Natury…Michał Kozok

Kwiecień 13, 2017  //  Kategoria: Aktualności, Goście

Blisko 10-miesięczne, samotne, przekroczenie Ameryki Południowej z jej przylądka południowego na północny, stuprocentowo bez użycia silnika. Adrenalina szalała przy przedzieraniu się z maczetą przez wilgotną dżunglę, mroźne zdobywanie szczęciotysięcznego szczytu Andów, poczucie wolności podczas trekingu przez wietrzną pampę Patagonii, pokonywanie śnieżnych zapór podczas ciągnięcia wózka przez Altiplano, wędrówka przez suchą Pustynię Atacama, czy wiosłowanie w upale po kawowym dorzeczu Amazonki.

„Pod koniec byłem już zupełnie bez jedzenia. Wtedy przekonałem się, czym jest głód. Nie chciałbym tego powtarzać – opowie Michał Kozok, który w 300 dni zrealizował podróż swoich marzeń.

349

Z przylądka południowego kontynentalnej Ameryki Południowej, Cabo Froward, biegiem do miasteczka Puerto Natales.

Następnie pieszo na przełaj przez patagońską pampę – był to okres głodu, gdyż po stronie argentyńskiej nie miałem dobrych map topograficznych, również w dwóch miejscach lokalni zgubili moje zrzuty jedzenia (udało się natomiast znaleźć wszystkie zrzuty zawieszone na drzewach i zakopane w ziemi). W miejscu gdzie góry, jeziora i kaniony były najbardziej odizolowane, przez 16 dni nie miałem możliwości uzupełnienia zapasów – straciłem 6 kg wagi.

Północna Patagonia to pchanie wózka sklepowego, a kiedy skończył się asfalt, taczki.

Najtrudniejszy fragment to Park Pumalin – bardzo gęsty las (pierwsza godzina to 300 metrów pokonanego dystansu). 5 dni przedzierania się przez busz, na koniec nadmuchałem swój ponton i spływałem rzeką – niestety zderzyłem się z leżącym drzewem, wypadłem do wody, ponton z suchą odzieżą, namiotem, mapami itp – odpłynął. Miałem sporo szczęścia – odnalazłem go.

Morski kajak – północna część Parku Pumalin.

Rower i hulajnoga towarzyszły mi do Antofagasty, gdzie złożyłem wózek do ciągnięcia – bez pomocy z zewnątrz przemierzyłem pustynię Atacama.

Magiczne Altiplano to kontynuacja marszu z wózkiem. Na deser zdobycie najwyższego szczytu Boliwii – Sajama, 6542m.

Prowizoryczną żaglówką przez Jezioro Titicaca, następnie przejście przez zimne Andy i zejście w gorącą dżunglę. Sporo strachu, gdyż nie miałem doświadczenia, ale spotkanie pumy wynagrodziło ten wysiłek.

Dalszą część dżungli pokonałem z przewodnikiem – najbardziej odizolowana i zarośnięta część podczas całej wyprawy, 9 dni w dziczy (w tym tydzień bez spotkania drugiego człowieka, a w 4 kolejne dni zrobiliśmy 14 kilometrów).

Rio Beni – teoretycznie byłem przygotowany, ale znowu brak praktycznego doświadczenia, ponieważ nigdy nie spływałem żadną rzeką. Kupiłem dłubankę i przez 13 dni pokonywałem 900 km dzikiej rzeki. Oprócz interesującego eksperymentowania z nurtem, podwodnymi palami, falami, wiatrem, mieliznami czy zwierzętami, najciekawsze było poznanie prostego i uczciwego rybaka, który płynął ze mną przez trzy dni.

W Brazylii mały kryzys wyprawy – kilka faktorów, ale naciężej było po sytuacji, w której o mały włos skończyłbym rowerem pod kołami ciężarówki.

W celu urozmaicenia drogi przez Amazonię zakupiłem deskorolkę – niestety chińszczyzna rozleciała się pierwszego dnia. Kupiłem więc rolki – czad, bardzo przyjemnie się jechało. Tylko nie potrafiłem się zatrzymać, a zjazdy w dół przyprawiały o zawał serca.

Samotne przekroczenie rzeki Amazonki w małutkim canoe też było niezapomiane – szczególnie kiedy w moim kierunku płynął wielki kontenerowiec.

W Wenezueli zacząłem od lotu paraglidingiem.

Jednym z ostatnich wyzwań było dotarcie bez użycia silnika do najwyższego wodospadu świata. Trzy tygodnie bez większej cywilizacji (z wyjatkiem miasteczka Canaima) należą również do niezapomnianych. Rowerem, pieszo, canoe. Korzystałem z przewodników – w dół rzeki płynęli dobrze, nieźle pokonywali katarakty, ale kiedy mieliśmy wiosłować pod prąd rzeki – odmówili. Trzeba było przedzierać się przez selwę, z łowieniem ryb i polowaniem po drodze.

Natomiast kiedy już samotnie wracałem do cywilizacji, dróżkę terenową zalała woda – było coraz głębiej, aż trzeba było nosić plecak na głowie. Wokół było też pełno śladów jaguarów.

Przejście na Punta Gallinas, przylądek pólnocny kontynentu, przez kolumbijską pustynię. Bez map, więc trochę szarpania w nadmorskim błocie. Poza tym walka w namiocie z skorpionem, jak i deszcz niespodzianka – spanie w kałuży (na pustynii!).

9.5 miesiąca 100% bez uzycia silnika (włącznie z windami i ruchomymi schodami), 13,588 km z przylądka na przylądek.

2013-03-26 20.56.55 136b

Skomentuj