ZGŁOSZENIA DO HALIKÓW

Projekty/podróże/wyprawy zgłoszone do statuetki im.Tony’ego Halika. Czekamy na Wasze zgłoszenia do 07 kwietnia 2017. Wyniki ogłosimy 22 kwietnia 2017 podczas GALI przyznania statuetek. Niektórych zgłoszonych zaprosimy do Bydgoszczy (ostatecznie potwierdzimy zaprosiny do 12 kwietnia 2017), aby opowiedzieli nam swoje niesamowite historie NA ŻYWO. Zapraszamy do zakładki HALIKI.

1. Adam Szostek- Malezja na desce!

Adam Szostek- Malezja na desce!

Współtowarzysz: Adam Araszkiewicz

Kiedy odbyła się wyprawa- listopad 2015-styczeń 2016

Nikt wcześniej nie wpadł na pomysł przejazdu na deskach wybrzeża Malezji, więc trzeba było to zmienić! Planowany jako kontynuacja podróży sprzed lat wypad do Malezji w końcu stał się rzeczywistością i na przełomie 2015/2016 ruszyliśmy zmierzyć się z lokalnym asfaltem (bądź jego brakiem). Od granicy z Tajlandią do Singapuru, machaliśmy nogami gdzieś pomiędzy ryżem a palmami, odwiedzając miejsca, gdzie dzieciaki (i nie tylko) mogły po raz pierwszy spróbować swoich sił na deskorolce. Do tego udało nam się stoczyć (przegrany) bój z małpiszonami, wypić wigilijny barszcz z łupiny kokosa, spędzić Sylwestra z chińskimi hazardzistami, przetestować noclegi w meczetach i asfaltowy surfing za skuterami.

Z deską - Indie 3 Z deską - Indie Z deską - Malezja 2


Z DESKĄ – MALEZJA 2015/16

2 osoby, 2 deski, za ciężkie plecaki, namiot, 1000 km wybrzeża Malezji do pokonania! Nikt wcześniej nie wpadł na pomysł przejazdu na deskach wybrzeża tego kraju, więc trzeba było to zmienić! Na drodze stanęły nam małe kamyczki, małpiszony, kozy, złośliwi taksówkarze i miejscowe braki asfaltu, lecz udało się dopiąć celu, choć nasze kolana do tej pory są na nas obrażone.

 

Główną ideą tego, cóż niezbyt mądrego, pomysłu była chęć powrotu do państwa, które najlepiej wspominamy z poprzedniej wyprawy deskowej po Azji: Na longu do Hong Kongu i spróbowania zrobić czego, co w tym kraju nie miało jeszcze miejsca. Padło na przejazd na deskach 1 000 km, od granicy z Tajlandią do Singapuru, po drodze ucząc lokalne dzieciaki jazdy na deskorolkach. Pomysł dość szalony, lecz ktoś musiał w końcu tego spróbować i padło na nas.

Początek może był nieco skomplikowany, gdy jeden z nas był już w Malezji, drugi był w Iranie. Gdy jeden miał doskonale przygotowaną deskę, drugiemu zgubiono ją na lotnisku w Dubaju… ale mimo wszystko udało się spotkać, zdobyć 4 kółka i kawałek drewna, który miał być środkiem transportu i ruszyć w na podbój lokalnego asfaltu.

Pod koniec roku 2015, w totalnie przeciętną środę i na totalnie przeciętnym skrzyżowaniu w Kuala Perlis, ostatnim mieście na północy Malezji, zaczęliśmy machać nogami, rękami i ku uciesze miejscowych odprawiliśmy cały rytuał rozgrzewkowy, po którym zaczęliśmy toczyć się w kierunku Singapuru. Stan asfaltu (od którego jesteśmy dość uzależnieni) budził pewne zastrzeżenia, ale widoki oraz gościnność mieszkańców małych miejscowości wynagradzały nam to w 100%. Dzieciaki, i nie tylko, bo też wielu dorosłych, a nawet imam meczetu, nie odpuściły nam lekcji jazdy, więc większość miejscowości zostawialiśmy z uśmiechem na twarzach i nieco większą niż zwykle ilością siniaków.

Jako, że staraliśmy się unikać większych miast, gdyż machanie nogami na poboczu nie jest ani miłe, ani łatwe ani bezpieczne, trzymaliśmy się małych miejscowości i ścieżek pomiędzy plantacjami palm. Jak się łatwo domyślić, nie są to miejsca w których występuje deficyt noclegowni, więc przez cały czas trwania wyprawy towarzyszył nam namiot, który doskonale wpasowywał się w lokalną architekturę i krajobrazy. Wśród miejsc do spania przeważały meczety, nie gardziliśmy chińskimi świątyniami, a także podłogami restauracji, w których do posiłku dostawaliśmy nocleg (takie malezyjskie All Inclusive), trafiło się też kilka boisk, jedna bezludna wyspa i kilka domów, których mieszkańcy chcieli dowiedzieć się nieco więcej o dwóch takich, co przebierają nogami i machają wszystkim na przywitanie.

W ciągu niecałego miesiąca udało nam się pokonać 943 km i skończył się nam ląd (więc musieliśmy domachać tu i ówdzie do tysiąca). Czasem drogi nas rozpieszczały, czasem musieliśmy iść, a czasem jakiś życzliwy Pan, bądź Pani, bądź 3 osobowa rodzina, pociągnęli nas za skuterem, tak by nie było nam za nudno. Braki w asfalcie na pewno rekompensowały nam widoki na ryż i palmy, czasem na góry, w jednym wypadku na futurystyczny krajobraz Singapuru, a braki w kaloriach rekompensowali mieszkańcy, którzy za punkt honoru chyba postawili sobie, byśmy nigdy nie byli głodni. Jeśli by przykładali się do tej misji bardziej, to jest spora szansa, że byśmy mogli się toczyć, zamiast jeździć na deskach. No ale, nie potrafiliśmy im odmówić – poza tym „Powinniście spędzić święta z rodziną, więc zapraszamy do nas, mamy nawet dla was prezenty”, więc święta spędziliśmy z malezyjską rodziną, popijając barszcz instant z łupin kokosa, zagryzając krewetkami. Nie była to tradycyjna wigilia, ale cóż… miało być wyjątkowo.

Czy było warto męczyć? Oczywiście – po raz kolejny przekonaliśmy się, że ten kraj, będący totalną mieszanką kultur, narodowości, zwyczajów (i obiadów też…), jest chyba najciekawszym miejscem w południowo-wschodniej Azji. Może nasze kolana nas nienawidzą, mieliśmy kilka kontuzji, musieliśmy salwować się ucieczką przez małpiszonami, które zaatakowały nasz namiot, ale cóż, nikt nie mówił, że przejechanie całego wybrzeża to rurki z kremem.

2.Barbara Grzegorzewska- rodzinna wyprawa kamperem od Równika do Ziemi Ognistej


Barbara Grzegorzewska- rodzinna wyprawa kamperem od Równika do Ziemi Ognistej 

Współtowarzysze: Andrzej Grzegorzewski

Kacper Grzegorzewski lat – 4.5 roku w momencie wyjazdu

Konrad Grzegorzewski – 2.5 roku w momencie wyjazdu

Kaja Grzegorzewska – 6 m-cy w momencie wyjazdu

Kiedy nasza 4-osobowa rodzina czekała na narodziny piątego członka rodziny okazało się, że kończą się dwa kontrakty i pozostaje albo szukać nowej pracy albo.. wyruszyć w wymarzoną podróż. Postanawiamy podjąć wyzwanie! Trzy miesiące później kupujemy bilet w jedną stronę do Quito w Ekwadorze. Po ponad miesiącu podróży po Ekwadorze decydujemy się na kupno kampera, który znacznie ułatwia podróż z trójką małych dzieci. W nowym domu na kółkach przemierzamy niespiesznie Peru (3 miesiące), Boliwię (miesiąc) oraz Chile i Argentynę (3 miesiące). Po drodze doświadczamy mnóstwo przygód: są to zarówno wspaniałe spotkania i niezapomniane widoki, jak i kłopoty z autem czy zdrowiem. Po niecałych 8 miesiącach podróży dociaramy do Ziemi Ognistej, aby sprzedać kampera i z głowami pełnymi wrażeń wrócić do Polski. W trakcie podróży powstają akwarele malowane ręką mamy, które później stały się podstawą do wydania książki “Rysunkowa Podróż po Ameryce Południowej”.

KAMPEREM OD RÓWNIKA DO ZIEMI OGNISTEJ 000 KAMPEREM OD RÓWNIKA DO ZIEMI OGNISTEJ 002 KAMPEREM OD RÓWNIKA DO ZIEMI OGNISTEJ 004

OPIS SZCZEGÓŁOWY WYPRAWY

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, a właściwie między Tatrami a Ojcowskim Parkiem Narodowym, w słynnym mieście Kraka, żyła sobie Rodzinka, która uwielbiała podróżować i cieszyć się życiem. Na początku był Tata Andrzej i Mama Basia, potem pojawił się Kacper, Konrad i Kaja.

Rodzinka mieszkała wygodnie, Rodzice mieli swoje zajęcia, a dzieci przedszkola lub żłobki. Często wybierali się na wycieczki, jednak marzyli o długiej podróży, podczas której nie trzeba się spieszyć i można odwiedzać małe, zapomniane miejscowości. Aby nieco zaspokoić głód podróżniczy Rodzinka użyczała swojej kanapy podróżnikom z różnych zakątków świata, którzy spędzali kilka dni w domu Rodzinki, i opowiadali o egzotycznych krainach, w których byli.

Pewnego dnia Rodzice dowiedzieli się, że ich dotychczasowe zajęcia się kończą. Nie będą już pracować tam, gdzie dotychczas. Mama się zasmuciła, bo oto zaraz na świecie miała pojawić się najmłodsza Kaja. Natomiast Tata ucieszył się i powiedział: „Jedziemy do Ameryki Południowej”. Oczywiście Mama Tacie nie uwierzyła, ale już 3 miesiące później Tata kupił 5 biletów lotniczych w jedną stronę do Quito, stolicy Ekwadoru, a 6 miesięcy później cała piątka siedziała w samolocie i czekała na moment lądowania na gorącej ziemi Ameryki Południowej.

Marzyliśmy o takiej wyprawie długi czas. Nie umieliśmy jednak tego „zaplanować”. Wciąż były zobowiązania, niepewności czy strachy. Jednak w marcu 2014 roku, nie mając pracy zarobkowej, z 3-miesięcznym dzieckiem, zdecydowaliśmy się. Kupiliśmy bilety w jedną stronę, gdyż nie wiedzieliśmy jak długo damy radę i zaczęliśmy przygotowania.

Pierwszy miesiąc spędziliśmy w Ekwadorze. Ten przepiękny kraj oczarował nas pyszną przyrodą i bliskością zwierząt. Same wyspy Galapagos pozwalają dosłownie dotknąć lwów morskich, iguany, pelikany, kraby. Widzieliśmy rekiny, wieloryby, podziwiali ptactwo oraz niezapomniane egzotyczne widoki.

Jednak podróżowanie z trójką dzieci było bardzo drogie i w dodatku niezwykle męczące. Schudliśmy po 10 kilogramów i wydali 3 razy więcej niż planowane.

Los podsunął nam kilka wskazówek i wkrótce zaczęliśmy szukać w internecie kampera. Znaleźliśmy jedyny dostępny w tej okolicy samochód, który mógłby pomieścić pięć osób i był w zakresie naszych możliwości finansowych. Belgijska para podróżników sprzedała nam starego Dodge’a na granicy ekwadorsko-peruwiańskiej. Od tej pory mieliśmy gdzie spać i gdzie ugotować domowe obiadki. W kryzysowych chwilach dzieciaki siadały na mały, przenośny sedesik i kąpały się w dużej miednicy.

Nasz pierwszy nocleg „na dziko” spędziliśmy z peruwiańskim cyrkiem, zaprzyjaźniając się z rodziną cyrkowców, klaunami, karłami i psami. Potem wyruszyliśmy w góry Kordyliery Białej i cieszyli noclegami na ryneczkach górskich miasteczek, pod kościołami czy na parkingach z widokami na przeraźliwie głębokie doliny.

Peru nas zachwyciło. Wysokie góry, często przykryte czapeczką śniegową lub poprzecinane poletkami do uprawiania ziemniaków kryją w sobie gorące termy. Szosę często przebiegają nam gwanako. Fascynowały nas też wizyty w twierdzach i świątyniach inkaskich oraz przedinkaskich, zarówno w tym znanych, jak i zapomnianych.

W Peru spędziliśmy trzy miesiące. Nasze dzieci przyciągały do nas Peruwiańczyków – ludzi o indiańskich rysach często w tradycyjnych, kolorowych ubraniach. Czasem nocowaliśmy na kempingach, gdzie spotykaliśmy innych „kamperowców”. Ciepło wspominamy spotkania przy ognisku i dzielenie się jedzeniem oraz opowieściami podróżniczymi innych marzycieli.

W Boliwii było nam nieco trudniej ze względu na dostępność artykułów dla dzieci (pampersy, kaszki). Niemniej przejazd przez Salar de Uyuni oraz z Uyuni do San Pedro de Atacama w Chile to kilka dni zanurzenia w zapierających dech w piersiach widokach. Poranki witaliśmy z widokiem na laguny solne, odległe wulkany bądź zbocza czerwonych kanionów. Wieczory z ciepłą herbatą spędzaliśmy wśród długich cieni rzucanych przez fantastyczne formacje skalne. Podczas przejazdów dziennych oglądaliśmy chmury pyłu, fontanny gejzerów lub rozlewiska pełne lam i flamingów. Nie zapomnę praktyki jogi na zboczu kanionu obok Laguny Colorada – uczta dla zmysłów.

Na trasie musieliśmy stawić czoło wielu trudnościom. Co jakiś czas psuło się coś w samochodzie. Miesiąc spędziliśmy w pustynnym mieście Calama w Chile czekając na części zapasowe do hamulców. Tam też nasz synek złamał rękę a najmłodsza Kaja nauczyła się chodzić. Przygody te wzmacniały nasze relacje jako pary i rodziny.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Dostaliśmy zaproszenie do Concepción w Chile, gdzie spędziliśmy Wigilię. Potem ruszyliśmy w dół Chile, aby Sylwestra 2014/15 świętować na promie z wyspy Chiloé do Patagonii.

Patagonia oszołomiła nas jeszcze większymi przestrzeniami i ostrymi, górskimi pejzażami. Było coraz zimniej, nasz domek na kółkach jednak chronił nas przed zimnym wiatrem i pozwalał łatwo przemierzać olbrzymie pustki Patagonii. Dzieci podziwiały błękitne lodowce i turkusowe laguny oraz obserwowały pingwiny i ptactwo Patagonii.

Pod koniec stycznia zgłosił się do nas kupiec na kampera. Ruszyliśmy więc w górę Argentyny, dotarli do Półwyspu Valdés aby obejrzeć słonie morskie i ruszylimy prosto w stronę Chile, gdzie oddaliśmy naszego Dodge-a szwajcarskiej rodzince z dzieckiem. Dwa tygodnie później, bez informowania Babci, wróciliśmy do domu z głową wciąż pełną widoków i zapachów z Ameryki Południowej.

3. Bartek Rubik- wielomiesięczna podróż po Ameryce Łacińskiej

Bartek Rubik- wielomiesięczna podróż po Ameryce Łacińskiej

Współtowarzysz: Joanna Pluta

Religia w Ameryce Łacińskiej to sfera życia, która przybysza z Europy już przy pierwszym kontakcie fascynuje i zaskakuje synkretyzmem – chrześcijaństwo przywiezione przez kolonizatorów przeplata się tu z wierzeniami lokalnych Indian oraz animistycznymi rytuałami z Czarnej Afryki. Podczas pokazu zaprezentuję wybrane święta, rytuały i wierzenia, których byłem świadkami podczas półrocznego pobytu w Ameryce Łacińskiej.

Odwiedzimy położoną wysoko w boliwijskich Andach wioskę San Pedro de Macha, w której raz w roku odbywa się niecodzienne święto: Tinku – Fiesta de la Cruz. Po uroczystej Mszy z poświęceniem krzyży, dochodzi do rytualnych walk na pięści pomiędzy klanami. Krew jest ofiarą dla Pachamamy (Matki Ziemii) w intencji dobrych zbiorów w kolejnym roku. Zagłębimy się w czeluści kopalni srebra w Potosi, gdzie górnicy oddają cześć El Tio. Jego postać przypomina diabła, ale jest on uznawany przez górników za anioła stróża i opiekuna, który dba o ich bezpieczeństwo pod ziemią. Będziemy świadkami obchodów Wielkiego Piątku w boliwijskiej Copacabanie. Dzień ten ma niewiele wspólnego z powagą jaka towarzyszy mu w Polsce, wręcz przeciwnie – wielkopiątkowe obchody bardziej przypominają rodzinny piknik i odpust niż dzień żałobny. W brazylijskim Salvador de Bahia weźmiemy udział w mistycznej ceremonii candomble (na Haiti znanej jako voodoo, a na Kubie jako santeria), podczas której uczestnicy pod wpływem dudniących bębnów wpadają w trans, by połączyć się z Orishas – bogami. W Mexico City odwiedzimy największy w całej Ameryce mercado de brujeria (targ czarowników). Każdy może znaleźć tutaj coś dla siebie. Są figury Santa Muerte (Świętej Śmierci) – postaci przedstawiającej zakapturzony szkielet kobiety z kosą, której kult najbardziej rozwinął się wśród sicarios (płatnych zabójców), przestępców i biedoty. Swojego patrona maja także narcotraficantes – jest nim Jesus Malverde. Na straganach nie brakuje też katolickich figurek – Nuestra Senora de Guadalupe, Chrystusa, a nawet Jana Pawla II. Nad jeziorem Atitlan w Gwatemali złożymy wizytę w domowym sanktuarium, w którym katoliccy mieszkańcy oddają cześć indiańskiemu bogowi Maximonowi, którego figura ma postać mężczyzny w kapeluszu z nieodłącznym cygarem w ustach.

Bol-564 Boliwia Brazil-12

4. Alicja Kubiak- Dos Gringos śladami starożytnych i współczesnych Majów

Alicja Kubiak- Dos Gringos śladami starożytnych i współczesnych Majów

Współtowarzysz: Jan Kurzela

Wyprawa miała na celu poznanie bliżej kultury i cywilizacji Majów. Jest to naprawdę kawał wielkiej historii, zupełnie pomijany w podręcznikach szkolnych a według nas zasługuje na dużo więcej niż tylko wspomnienie. Z Mexico City pojechaliśmy do stanu Chiapas do wiosek współczesnych Majów: Zinzancantan i Chamula. Tam mieliśmy okazję spędzić jakiś czas z mieszkańcami, rozmawiając z nimi. Następnie pojechaliśmy do Gwatemali, gdzie byliśmy w wioskach współczesnych Majów takich jak Todos Santos Cuchumatan. Odwiedziliśmy też Antigua, Jezioro Atitlan, gdzie mieliśmy niepowtarzalną okazję przyglądać się życiu współczesnych Majów. Następnie udaliśmy się do Flores, aby odbyć kilkudniowy trekking do El Mirador, starożytnego miasta Majów, gdzie mieliśmy znowu możliwość porozmawiać z archeologami przy pracy. Potem pojechaliśmy do Tikal i opuściliśmy Gwatemalę.

Na Jukatanie objechaliśmy większość miejsc z naciskiem na Calakmul. Kolejne, zupełnie zagubione miasto Majów w dżungli, gdzie nie docierają wcale turyści. Na Jukatanie spędziliśmy kolejne godziny na rozmowach z lokalesami. Wspaniały czas.

‘Dos Gringos śladami Majów’ opowieść o bajecznej, i jakże innej od naszej, krainie. Starożytni Majowie żyli na rozległym obszarze, który teraz rozpościera się na terytorium Meksyku (na Jukatanie), Gwatemali, Salwadoru, Hondurasu i Belize. Odwiedzimy ruiny starożytnego miasta El Mirador, położonego w Gwatemali, niedaleko granicy z Meksykiem. Jest to miejsce warte zobaczenia z kilku powodów. Po pierwsze, obecnie trwają tam prace archeologiczne. Uczestniczy w nich kilkudziesięciu archeologów z Meksyku, Argentyny, Kolumbii i Stanów Zjednoczonych, którzy w bardzo ciekawy sposób opowiadali nam o swojej pracy i odkryciach. Mogliśmy nawet brać do rąk dopiero co odkopane fragmenty dzbanów, garnków czy biżuterię mające kilka tysięcy lat! Dostarczyło to nam niesamowitych wrażeń. Po drugie, żeby dostać się do starożytnego miasta należy najpierw pokonać pieszo 43 km przez dżunglę. Z powodu splotu pechowych wydarzeń ostatnie cztery godziny marszu pokonywać musieliśmy po zmroku, co nie jest zbyt dobrym pomysłem ze względu na wiele zagrożeń czyhających wtedy na człowieka. Nam się jednak udało, a śmiertelnie niebezpieczne węże – żararkę i węża koralowego, spotkaliśmy dopiero następnego dnia. Po trzecie, jest to miejsce, do którego przybywa niewielu turystów (w czasie naszej drogi i pobytu El Mirador spotkaliśmy tylko jedną osobę zmierzającą do miasta Majów), ponieważ jeszcze do niedawna było to miejsce opanowane przez gangi przemytników, kartele narkotykowe i innych przestępców. Jednak w ostatnich kilku latach bezpieczeństwo się znacznie poprawiło, gdyż rząd przejął kontrolę nad tymi terenami.

Pokażemy również, jak żyją współcześni Majowie, potomkowie Tych Wielkich: co robią, kim są, w co wierzą i jak radzą sobie we współczesnym świecie. Poznamy mieszkańców dwóch wiosek w meksykańskim stanie Chiapas, Zinacantan i San Juan Chamula oraz jednej wioski gwatemalskiej Todos Santos de Cuchumatan. Wioski Zinacantan i San Juan Chamula są ciekawym przykładem połączenia silnie zakorzenionego katolicyzmu z wierzeniami indiańskimi. Byliśmy świadkami, jak do małego, wiejskiego kościoła katolickiego miejscowa rodzina przyniosła żywą kurę, której ukręcili łeb, składając ją w ofierze Bogu w intencji wyjątkowo trudnej, beznadziejnej sprawy. Do swoich kościelnych obrzędów wykorzystują również coca-colę.

W Zinacantan natomiast mieszkańcy modlili się przed ołtarzami, na których obok podobizn Jezusa i Matki Boskiej otoczonych kwiatami znajdowały się miejscowe bożki pod postacią różnych zwierząt. Synkretyzm religijny jest tam powszechny.

Specyfika gwatemalskiej wioski Todos Santos de Cuchumatan polega na tym, że miejscowi chodzą ubrani w takie same stroje. Każdy mężczyzna nosi spodnie w biało czerwone-pasy i niebiesko-białe koszule, a na głowie ma malutkie sombrero. Kobiety natomiast mają bajecznie kolorowe spódnice i bluzki oraz gołe nogi obute tylko w sandały, warto dodać, że na wysokości 3000 m n.p.m. jest dość zimno, jednak im zdaje się to nie przeszkadzać. Rytm wioski nie zmienia się od wieków. Mężczyźni pracują w polu, a kobiety zajmują się gospodarstwem. Na ulicach biegają świnie, kury i inne zwierzęta. Żadnych supermarketów, kawiarenek czy bankomatów. Świat współczesnych Majów różni się znacznie od świata tych starożytnych. Współcześni Majowie są prześladowani i wręcz nękani przez nie- Majów.

fota Dos Gringos dse ddd

5. Tomasz Jakimiuk-Jachtostopem i autostopem z Podlasia do Meksyku za garść złotówek

Tomasz Jakimiuk-Jachtostopem i autostopem z Podlasia do Meksyku za garść złotówek

Na koncie obronione dwie prace magisterskie. Finalnie w portfelu 250 zł i wielkie chęci odkrycia, czegoś nowego. Brak znajomości żeglowania nie pozwoliły pokrzyżować planów i załapać się na jacht płynący przez Ocean Atlantycki. Determinacja, kreatywność w połączeniu z autostopem dały niebywałą możliwość zobaczenia 4 wysp na Karaibach, 1 na Bahamach oraz eksploracji przy użyciu kciuka 7 000 km po meksykańskim lądzie. Spanie w namiocie, czy też u spotkanych ludzi pozwoliło mi odkryć Meksyk w zupełnie inny sposób, w stosunku do tego co o nim słyszałem i czytałem. 144 dniowa podróż, okazała się wyprawą w głąb siebie – Tomasz Jakimiuk, autor bloga www.jaktodaleko.pl (Facebook: @Jak To daleko).

[gallery ids="3784,3785,3783"]

OPIS SZCZEGÓŁOWY:

Kiedyś podróżowanie wydawało mi się czymś niedostępnym, tylko i wyłącznie zarezerwowanym dla zamożnie postawionych. Pochodzenie z niewielkiej miejscowości na Podlasiu, jak i niemajętnej rodziny tłamsiło we mnie iskrę odkrywania. Jednak do czasu. Przyszły studia, a tym samym nowi ludzie. To dzięki nim przez przypadek doświadczyłem autostopa. Otworzyło mi to oczy na tyle, że zwiedziłem kawał świata, mając plecak, namiot i chęci. Rezygnując z wygody, każdego dnia rozwijając kreatywność i umiejętność rozmawiania z ludźmi. Moje podróże stawały się coraz bardziej bogate w pozytywne doświadczenia. Kilka złotówek w kieszeni dawało potężnego kopa na tyle by iść wciąż do przodu, w każdej dziedzinie mojego życia. Tak też po obronie dwóch prac magisterskich na Wydziale Zarządzania Politechniki Białostockiej, sprawdziłem swój stan konta. Kupiłem buty, namiot, najtańszy bilet z Europy na Gran Canarię za 249 zł, gdyż zbliżał się już koniec sezonu żeglarskiego na Atlantyku. Tani bilet wiązał się z podjęciem szybkiej decyzji, gdyż wylot był za 48h. Po całym procesie przygotowawczym, który trwał niecałe 2 dni zaświeciło mi przed oczyma niecałe 250 zł, co nie wpłynęło w żaden sposób na kontynuację postawionego sobie celu. Ucieszyłem się, jak nigdy. Mówiąc: „Aż tyle! Człowieku za to można pół świata zobaczyć!”; uśmiech nie schodził mi z ust. Nie pytałem ludzi, czy pomysł ma jakikolwiek sens. Wiedziałem, że wszyscy mówili by jedno: „Oszalałeś! Nie jedź!”. W sumie nie powiedziałem nikomu, aby zminimalizować ilość argumentów przeciw.

Ruszyłem przed siebie, nie bacząc na nic. Bez planu, z milionem pomysłów. Dotarłem na Gran Canarię. W ciągu kolejnych kilku dni znalazłem jacht. Kto by pomyślał. Moja mina gdy chodziłem i rozmawiałem z Kapitanami: „Dzień dobry! Czy płynie Pan na Karaiby, może do Wenezueli, czy też Brazylii?”. Każde tego typu zdanie kończyło się niekontrolowanym śmiechem. Sam nie wierzyłem, że pytam o coś takiego; coś co do tej pory było w mojej głowie zaszufladkowane w kategorii: irracjonalne. Zerowe doświadczenie w żeglowaniu oraz wymiotowanie przez 6 dni nie przeszkodziły w zobaczeniu 4 wysp na Karaibach, 1 na Bahamach, następnie docierając do nieznanego mi wcześniej lądu, a mianowicie Meksyku. Objechałem prawie 7 000 km na meksykańskiej ziemi niczym worek pomarańczy przy użyciu autostopa. Kocham jeździć na pace, pomijam momenty w których przecinaliśmy wiatr z prędkością 100 km/h. Ta wolność i możliwość oglądania wszystkiego dookoła.

Człowiek który nie ma praktycznie nic, zdany jest na interakcję z ludźmi, nawet jeśli nie zna języka; tak jak było w moim przypadku. Niesamowita chęć odkrywania i poznawania sprawiły, że po tygodniu czułem się jak lokals. Rozmowy z ludźmi, czy to w górach, miastach, były przepełnione serdecznością, pomimo ubogiego słownictwa, jakie z godziny na godziny zaczynałem przyswajać. Często ręce stanowiły element kluczowy w komunikacji. Pomijając gesty, bardzo dużo rysowałem by wyrazić co czuję, bodź czego chcę się dowiedzieć. Jako człowiek ciekawy świata, a zarazem dociekliwy, pytałem o wszystko.

Przed wyjazdem wrzuciłem do plecaka harmonijkę zakupioną na allegro za równowartość 30 zł. Intuicja kolejny raz okazała się niezastąpiona. Ten mały niepozorny instrument, na którym nie potrafię do tej pory grać, stał się swoistym magnesem podczas ulicznych koncertów, w celu zgromadzenia kapitału na jedzenie. Ludzie podchodzili sami. Ciekawość która płonęła w ich oczach z minuty na minutę wzrastała. Granie na ulicy przeradzało się w prelekcję na temat Polski, naszej kultury, ludzi, jedzenia, tradycji. Jak się okazało praktycznie nie wiedzą, że kraj o dumnej nazwie Polska istnieje. W tłumie zawsze znajdowała się minimum jedna osoba mówiąca po angielsku, która tłumaczyła pozostałym co mówię. Stali z zaciekawieniem niekiedy po 2h.

 

Moim domem był namiot, który skrzętnie rozkładam i składałem każdego dnia. Powiedziano mi kiedyś, że mam ufną twarz i ciepłe oczy. Coś w tym jest, gdyż bardzo często zostawałem zapraszany na wspólne wycieczki rodzinne po mieście, obiady w gronie bliskich, czy noclegi, co dawało wielką wartość dodaną do moich doświadczeń. Niekiedy kawałek podłogi w bezpiecznym kącie, na betonowej podłodze dawał możliwość głębszego snu, a tym samym regeneracji sił. Fenomenalne doświadczenie, ukazujące prawdziwe oblicze tego kraju. Najciekawsze jest to, iż w swojej podróży polegałem tylko i wyłącznie na spotkanych ludziach i ich wiedzy na temat swojego kraju. Nie miałem mapy, przewodnika. Założyłem, iż przez 5 miesięcy mojej tułaczki z Podlasia do Meksyku, drogowskazami będą mieszkańcy odwiedzanego regionu. Los pchał mnie w miejsca, o których bym mógł jedynie śnić i marzyć. Niekiedy masa kilometrów przebytych pieszo, żar lejący się z nieba, czy też podejmowane ryzyko, nie przeszkodziły mi doświadczyć oszałamiających widoków, poznać inspirujących ludzi, czuć strach którego nigdy nie zapomnę.
Podróż stała się lekcją z której wyciągnąłem masę wiedzy o samym sobie. Teraz wiem, że mieć marzenia, to nie tylko puste słowa i idea sama w sobie. To zaczątek walki z samym sobą, na poczet pięknych doświadczeń, które sprawią iż będzie się silniejszym.

Marzenia kontra, zwykły Podlasian, który uwierzył w ludzi i ruszył w pogoń, za tym co na pozór niemożliwe – Tomasz Jakimiuk, autor bloga www.jaktodaleko.pl (Facebook: @Jak To daleko).

6. Wojciech Mura- Wyspy na środku Pacyfiku – kosmos na planecie Ziemia

Wojciech Mura- Wyspy na środku Pacyfiku – kosmos na planecie Ziemia 

Głównym celem było spełnienie mojego dziecięcego marzenia, czyli dalekomorskiego rejsu do nieznanych wysp. Wyruszyłem jako 22-letni student, który chciał coś zmienić w swoim życiu, absolutnie nie miałem doświadczenia w żeglarstwie (raz w życiu byłem pod żaglami). Wszystkie nauczyłem się na jachcie, a kończąc rejs w Australii patrzyłem na jacht jak na dom, znając każdą linę oraz skrawek. Podczas wyprawy poznałem miejsca, które znajdują się najdalej od cywilizacji zachodniej, bowiem na samym środku oceanu. Mieszkają tam ludzie o olbrzymich sercach, od których wiele się nauczyłem i nawiązałem przyjaźnie, które do przetrwają do końca mojego życia!

Opuszczony hotel na Manihi Galapagos - wizyta u żółwi - Kopia atol Manihi - farma pereł (1)

Wyprawę rozpocząłem w Panamie, na Morzu Karaibskim. Następnie przepłynęliśmy Kanał Panamski i od tej pory przez 15 miesięcy życia znajdowałem się nad Pacyfikiem. Odwiedziłem Kostarykę, bezludną Cocos Island (Rezerwat UNESCO), Galapagos (Rezerwat UNESCO), Polinezję Francuską (Hiva Oa; Nuku Hiva; atole: Manihi,Ahe,Rangiroa; Tahiti; Moorea; Huahine, Raiatea; Bora-Bora), Królestwo Tonga, Fidżi, Nową Zelandię (pół roczna wizyta), Nową Kaledonię, Wyspy Lojalności i zakończyłem rejs w Australii. Na wyspach nurkowałem z rekinami, mantami, żółwiami, murenami, płaszczkami; schodziłem 20 metrów pod wodę na farmie pereł; odwiedziłem żółwie słoniowe i legwany morskie; zrobiłem tatuaż na Markizach; polowałem pod wodą na ryby; zgubiłem 1 dzień na Tonga; uczestniczyłem w licznych ceremoniach picia halucynogennego roztworu KAVA-KAVA i nawet byłem bliski ślubu na wyspie Raiatea. W Nowej Zelandii przeżyłem pół roku bez pieniędzy, remontowałem jacht, polowałem na zające, łowiłem węgorze, zbierałem grzyby i wykorzystałem kilka stron internetowych, dzięki którym mogłem zwiedzić Nową Zelandię bez pieniędzy. Przeżyłem także dwa duże sztormy oraz survival w dżungli. Rejs zakończyłem na wieść o ciąży mojej siostry w Australii. Przez 15 miesięcy podróży przygód było mnóstwo, ciężko skrócić je w zgłoszeniu, jednak na pewno o większości z nich wspomnę podczas prelekcji.

7. Konrad Tulej-Zakryte piękno – Czeczeni po dwóch stronach Kaukazu

Konrad Tulej-Zakryte piękno – Czeczeni po dwóch stronach Kaukazu

Współtowarzysze: Beata Rudnik-Tulej & Mikołaj Tulej

Celem naszych podróży na Kaukaz jest eksploracja gór oraz kultury etnosów Kaukazu Północnego i Południowego. Dodatkowo poszukujemy polskich śladów bytności rodaków w tym rejonie świata na przestrzeni dziejów. Rejon eksplorujemy od 2011 roku.

Rodzina podróżników, autorzy strony Piąty Kierunek http://www.5kierunek.pl – Beata Rudnik-Tulej, Konrad Tulej, Mikołaj Tulej odpowiedzą o ludziach spotkanych w górach Czeczeni. Będzie o dzikości natury, o Kistach i uchodźcach w Wąwozie Pankisi (Wąwozie Ludojadów), o historii i kamiennych wieżach – o „zakrytym” pięknie Kaukazu. Ich prezentacja to pokłosie wędrówek w latach 2013-2016 – pieszo i autostopem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Czeczeni klękają tylko przed ojczystą ziemią, swoją matką oraz matką, która zrodziła bohatera. Mówią o sobie Nuachczi, co znaczy potomstwo Noego. Ich kultura sięga korzeniami czasów pierwszych cywilizacji na Bliskim Wschodzie. Dziś dla świata zachodniego Czeczeni to fanatyczni bojownicy muzułmańscy i międzynarodowi terroryści. W powszechnej opinii odpowiedzialni za atak na moskiewski teatr na Dubrowce, atak terrorystyczny na szkołę w Biesłanie czy też krwawe walki w Abchazji, Osetii Południowej oraz obecnie w Syrii. To lud, który przeżył wieloletnie wojny z caratem, stalinowskie wysiedlenie do Azji Centralnej, a także dwie wojny z Rosją. Zawsze dumni, zawsze waleczni, ceniący wolność jak wilki.

8. Emil Witt- Na tratwie przez peruwiańską puszczę

Emil Witt od 4 lat szukał w amazońskich lasach deszczowych izolowanych Indian, żyjących cały czas w neolicie. W końcu się udało. Wybrał się Łukaszem Tulejem w okolice Parku Narodowego Manu i tam skonstruowali sami tratwę i następnie postanowili spłynąć rzeką Madre de Dios, aż do wioski Boca Colorado. Niestety drugiego dnia spływu Łukasz doznał obrażeń od wystającego z rzeki konara i musiał wrócić do cywilizacji. Emil po załatwieniu transportu dla kolegi, zaprzyjaźnił się z Indianami z plemienia Yine i z ich pomocą spełnił swoje marzenie zobaczenia niekontaktowanych plemion Indiańskich. A co z tratwą? W kolejnych dniach Emil z powodzeniem spłynął samotnie aż do Colorado i była to najpiękniejsza przygoda jego życia!​

E. Witt 4 E. Witt 6 E. Witt 7

Zdobyte w Cuzco informacje na temat lokalizacji izolowanych plemion kierowały nas w stronę rzeki Rio Las Piedras położonej w peruwiańskiej puszczy w regionie Madre de Dios. Wyprawę rozpoczęliśmy od rozpoznania wśród organizacji Indiańskich w miasteczku Puerto Maldonado ulokowanym przy ujściu Rio Las Piedras, tam dowiedzieliśmy się, że spotkanie izolowanych plemion Maschcopiros jest z wielu powodów niezwykle trudne. Zdecydowałem się więc na alternatywną opcję wybrania się do wioski Shintuya nad rzeką Madre de Dios, gdzie są jeszcze jakieś szanse spotkania „no contactados’’. Z Cusco poprzez wioski Paucartambo i Pillcopata dostaliśmy się do Shintuya. Po drodze ułożył nam się plan spłynięcia tratwą rzeki Madre de dios, aby powolnym tempem spływu zwiększyć swoje szanse na wypatrzenie no contactados. Miejscowi jedynie powiedzieli nam, że koniecznie musimy się trzymać prawej strony rzeki, ponieważ z lewej strony Maschcopiros mogą do nas strzelać i że w ostatnich latach zabili parę osób. W Shintuya porozmawiałem z miejscowymi tam opowiedzieli nam smutne historie znikania tubylczych plemion oraz plany na budowę wielkich gazociągów przez chińczyków na południe od Parque Nacional Manu. Tam dogadałem się z jednym mieszkańcem, aby nas zabrał, gdzie rosną najlepsze drzewa gatunku „topa”, z których byśmy mogli zrobić tratwę. Popłynęliśmy nieduży kawałek i tam nas zostawił, a my zaczęliśmy konstrukcję naszego bezsterowego okrętu, która zajęła nam półtorej dnia. Najtrudniej było dowlec te kłody na oddalony o 150m brzeg, gdyż były bardzo ciężkie, zrobienie jednak „autostrady” ze śliskiej odwróconej kory ułatwiło ich przetransportowanie do wody. Kolejnego dnia wieczorem rozpoczęliśmy spływ. Tratwą było bardzo trudno nawigować, rządziła się ona zupełnie swoimi zasadami, do kierowania nią mieliśmy tylko dwa 3 metrowe kije z dzikiej trzciny, które dawały wyłącznie nieco większe poczucie sprawstwa nad rzeczywistością. Nocą z trudem przycumowaliśmy tratwę do brzegu, gdyż w tym akurat miejscu nie było drzew, więc obsypaliśmy ją kamieniami 😀 Nazajutrz wcześnie rano rozpoczęliśmy spływ, rzeka na tym odcinku była bardzo szybka, słońce paliło niemiłosiernie, a co najgorsze było tam mnóstwo konarów wyrzuconych przez rzekę. Na szczęście tratwa była naprawdę duża i pomimo kilkunastu potężnych kolizji z kołkami jeszcze się jakoś trzymała, jednak się trochę poluzowała, bo była wiązana wyłącznie korą drzewa. Około godziny jedenastej wpadliśmy na tak ohydne kołki (wtedy ich szczerze nie znosiliśmy), że mi na przedzie tratwy udało się nad nimi przeskoczyć, ale Łukasz, który był akurat wtedy na tyle (tratwa się co chwile obracała) dostał w brzuch jednym kołkiem i drugi go podciął po piszczelach i wpadł kolega do wody. Trzymał się jednak cały czas tej tratwy i do dzisiaj mówi, że gdyby tego nie zrobił, to by utonął, bo dolna część jego nogawki przebiła się i zaczepiła o konary na dnie i nie chciała puścić, jedynie pęd tratwy był w stanie rozerwać materiał. Wtedy też Łukasz stracił drugą kamerę (poprzednią skradli mu w autobusie) i miał tak bardzo wszystkiego dosyć, że musiałem mu załatwić transport do cywilizacji. Dopłynęliśmy do wioski Diamante zamieszkałej przez Indian Yine. Tam przycumowałem tratwę i popłynąłem na drugi dzień z Valdirem i Łukaszem do wioski Boca Manu położonej u zbiegu Manu i Alto madre de dios. Tam dowiedziałem się że motorówka, do której wpakowujemy kolegę jest ostatnim transportem na kolejny miesiąc… i że mój dalszy samotny spływ tratwą jest dla mnie jedyną opcją powrotu do cywilizacji. Żegnamy Łukasza i wracam do wioski Diamante, aby poznać miejscową kulturę i dopiąć swego z no contactados, których pragnę spotkać od 4 lat. Po dwóch dniach wypływam z Valdirem pod prąd Madre de Dios, aby dostać w miejsce gdzie można wypatrzeć Maschcopiros, jednak ich tam nie było po raz kolejny. Zanim wróciliśmy, myśliwi z jednego obozowiska opowiedzieli nam, że wychodzą oni co 3 dni na plażę, więc jak przypłynąłem tam po raz trzeci moim oczom okazała się kilkunastoosobowa grupka Indian Maschopiros, uzbrojonych w łuki, ubranych w opaski z bawełny. Były też kobiety z dziećmi, a 5 z nich miało potwornie wypłowiałe T-shirty, które wiele lat temu, ktoś wyrzucił im na plażę. Indianie nie wiedzieli o tym, że ich podglądam i bardzo się z tego cieszę, bo należy ich chronić i zatajać informacje o tym gdzie się znajdują. Podczas prezentacji pominąłbym wszystkie informacje n.t. miejsc gdzie się pojawiają Maschcopiros, żeby mogli żyć w świętym spokoju. Następnie wracam do Diamante i ku przerażeniu miejscowych dam oraz radości i entuzjazmu miejscowych chłopaków, ojców i dziadków zaczynam spływ z prądem Madre de Dios. W końcu nikt mi nie smęcił! Jestem jedynakiem, przepraszam, muszę wyrazić tą radość z bycia czasem samym ze sobą. Zawijam więc cały sprzęt w wodoszczelne worki, przywiązuję je do tratwy i co najważniejsze – załatwiam wiosło! Wiosło znacznie zwiększyło możliwości nawigacji na tej pełnej wyrzuconych kłód rzece. Podczas spływu ani chwili wytchnienia już 100 metrów przed kłodami musiałem z całej siły wiosłować, aby w nie nie uderzyć. Na zakolach rzeki tratwą często obracało, więc też mnóstwo energii schodziło na ciągłe prostowanie jej kierunku ruchu. Dokuczliwy był też niesamowity upał… aby mój mózg mógł normalnie funkcjonować, co 15 minut oblewałem się wodą, bo by mi się pod czaszką zagotowało. W pierwszych dniach sfotografowałem kilka ślicznych ptaków, jednak duży to był stres używać drogiego jak dla mnie sprzętu na tratwie, która się trzęsie i obraca. Zawsze ładne ujęcia przypłacałem tym, że tratwa w tym czasie popłynęła nie tam gdzie chciałem, bo przez tą minutę nie była intensywnie naprostowywana wiosłem. Podczas spływu spałem w hamaku między drzewami, albo na plażach. Tylko raz drwale przygarnęli mnie na noc w swoim obozowisku i była to jedyna okazja z kimś sobie porozmawiać po drodze. Największą trudnością podczas spływu jaką napotkałem pomijając kilka kolizji z kołkami, to były spotkania z płyciznami. Dwa razy tratwa utknęła mi na płyciźnie. Napływając z daleka nie zawsze widzę, w której odnodze rzeki prześwitują kamienie, a w której nie. Ta tratwa była, przepraszam za określenie, tak cholerzyście ciężka, że darłem się z wysiłku na całe gardło próbując przepchnąć mój potężny statek. W końcu się udawało, ale centymetr po centymetrze. Pod koniec tej czterodniowej samotnej trasy moim oczom ukazały się kopalnie złota kilka kilometrów przed docelową wioską Boca Colorado. W praktyce wyglądało to jak trójkątne kupy piasku ze żwirem i taśma na wysięgniku. W porcie gdzie zostawiłem tratwę miałem trudność się z nią rozstać (miała na imię Frania), bo sumie dzięki niej tak bardziej poczułem się facetem. Poczułem, że jak czegoś pragnę to po prostu muszę to robić i nie być pierdoła. Miałem z tym problem w poprzednich wyprawach. Jak się nawiosłujesz, to nie uderzysz w te kołki. Jak chcesz dopłynąć do Colorado, to dopłyniesz. Proste, a jakie piękne. Od kiedy zacząłem sam spływ, to GPS pokazał 140 km, a wcześniej z Łukaszem około 100 km co w sumie daje 240 km przygody J Na sam koniec przed wylotem wdrapałem się jeszcze prawie czubek lodowca Chicón i odwiedziłem wioskę Chahuaytiri, aby poznać ludzi żyjących z wykopywania kwarcu. To wszystko. Była to najpiękniejsza przygoda mojego życia i bardzo chętnie się nią podzielę!

 

9. Weronika Łukaszewska-2000km pieszo przez całe Karpaty

Weronika Łukaszewska-2000km pieszo przez całe Karpaty

Współtowarzysz- Sławomir Sanocki

Celem wyprawy było przemierzenie w jednym ciągu całego łańcucha Karpat, ciągnącego się przez Rumunię, Ukrainę, Polskę i Słowację. Pokonaliśmy pieszo ponad 2000 kilometrów najdzikszych szlaków Europy.

W czasie przejścia relacjonowaliśmy przebyte przez nas kilometry na stronie facebook: https://www.facebook.com/Lukkarpat2015/

W ciągu 116 dni przemierzyliśmy cały łańcuch Karpat – góry Rumunii, Ukrainy, Polski i Słowacji. Pokonaliśmy ponad 2000 kilometrów najdzikszych szlaków Europy.

W czasie swojej wyprawy trafiliśmy na wspaniałych ludzi, którzy bezinteresownie pomagali nam w dotarciu do celu. Dzięki relacjom naszych zmagań na bieżąco, dzieleniem się trudami z najbliższymi, ale również i nieznanymi osobami, mieliśmy poczucie wsparcia. Dodawało nam to sił i dawało poczucie sensu naszych działań, kiedy sami mieliśmy wątpliwości. Mimo wszystkim przeciwnościom losu i wypadkom, które nam obojgu przydarzyły się w drodze, szczęśliwie, dotarliśmy do celu naszej wędrówki.

Chcemy podzielić się z Wami wrażeniami i opowiedzieć m.in. o tym jak wytrwać codzienną wędrówkę z ciężkim plecakiem i sobą nawzajem non-stop, głodzie i pragnieniu, stereotypach o Rumunii, bezpieczeństwie w kraju ogarniętym konfliktem, wolności w polskich górach, survivalu zakupowym, autostradzie dla niedźwiedzi… i wielu innych!

48 189 IMG_4931

SZCZEGÓŁOWY OPIS WYPRAWY:

Łuk Karpat 2015 – Relacja z wyprawy przez całe Karpaty

Przygotowania do wyprawy przez całe Karpaty trwały pół roku. Wiadomo jednak, że wybierając się w tak długą i ekstremalną podróż wszystkiego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. W głowie pojawiają się różne scenariusze, mimo to nie spodziewaliśmy się, że aż tak szybko staniemy przed perspektywą zakończenia naszej przygody.

Wrzesień 2014, zaczynamy Główny Szlak Beskidzki. Jeszcze nie wiemy, że po dwóch słonecznych dniach, resztę trasy przyjdzie nam pokonać z chlupoczącą w butach wodą. Mimo różnych trudności, głównie związanych z pogodą, załapujemy bakcyla przygody. Zaczynamy rozmawiać o długodystansowych trekkingach i po raz pierwszy pada pomysł przejścia całych Karpat. Osiem miesięcy później w Dukli łapiemy autostop do Rumunii. Już po dziesięciu minutach zatrzymuje się wesoły Rumun, z którym jedziemy do Oradei w Rumunii. Po rozbiciu namiotu otwieramy piwo i przychodzi refleksja na co się porywamy. W obcym kraju, setki kilometrów od domu, czujemy się, jakby ktoś wylał na nas kubeł zimnej wody. Przed nami ponad dwa tysiące kilometrów wędrówki z plecakami, które tak naprawdę już dały nam się w kość, a przecież jeszcze nie pokonaliśmy nawet kilometra naszej trasy.

Następnego dnia kierujemy się w stronę Orsovy, miejsca, gdzie rozpoczniemy wyprawę. Znad Dunaju udajemy się do Baile Herculane, uzdrowiskowej miejscowości, znanych już w starożytności z gorących źródeł. Mimo upływu czasu, zaniedbane miasteczko nadal urzeka pięknem XIX-wiecznej architektury położonej pośród malowniczych gór Cernei. Miasteczko zwiedzamy do późnych godzin wieczornych przez co przychodzi nam spędzić noc pod gołym niebem na dachu budki transformatorowej ustawionej na końcu wioski.

Wstajemy o świcie i wyruszamy w poszukiwaniu szlaku prowadzącego na grzbiet pasma Cernei. Okazuje się, że nie jest to proste, ponieważ oznaczeń próżno szukać, a my niestety nie mamy szczegółowej mapy. Postanawiamy zaatakować grzbiet na azymut. Góry Cernei to strome urwiska zbudowane z wapiennych skał, dlatego znalezienie alternatywnej drogi nie jest łatwe. Kilkuset metrowy wspin o dużym kącie nachylenia, daje się nam we znaki, temperatura dochodzi już do trzydziestu stopni. Co chwilę zatrzymujemy się na krótki odpoczynek i uzupełniamy płyny. Kolejnego dnia wdrapujemy się na wyrastające skały, by podziwiać cudowne panoramy gór Cernei i Mehedinati po przeciwnej stronie doliny. Zmartwieniem staje się jednak brak wody. Źródełka są wyschnięte. Od rana dozujemy skromne zapasy, a o godzinie siedemnastej pijemy ostatnią kroplę. Jesteśmy bardzo spragnieni. Nie wybieramy już najkrótszych dróg, tylko takie, które dają szanse na znalezienie wody. Niestety bezskutecznie. Ostatnią próbę podejmujemy przed zmierzchem, schodząc z samymi butelkami dwieście metrów stromym zboczem do wyraźnie zaznaczonego na mapie źródełka. Ponownie na darmo. Zrezygnowani idziemy szukać miejsca pod namiot. Kilkanaście minut później nadchodzi wybawienie. Wychodząc na polanę, dostrzegamy na horyzoncie tłoczące się ciemne chmury, idące prosto na nas. Obliczamy czas jaki nam pozostaje na znalezienie miejsca i rozbicie namiotu. Niemal co do minuty, wchodzimy do środka, wystawiamy kubki na zewnątrz i zaczyna kropić. Czułem się bardzo źle. Bolała mnie głowa a do tego doszła nadmierna senność. Straciłem zainteresowanie nasilającym się deszczem. Jedyne czego wtedy potrzebowałem to sen. Odwróciłem się od Weroniki i w momencie zasnąłem. Po chwili padało już bardzo solidnie, jednak burza przeszła tak szybko jak przyszła. Weronikaw, chcąc nałapać do kubka jak najwięcej wody, naciągała tropik namiotu, kierując koniec płachty do kubka, by zebrać wodę z jak największej powierzchni. Musieliśmy zadowolić się połową kubka wody. W takiej sytuacji zaczynamy doceniać rzeczy, które mamy na co dzień pod dostatkiem i nie wartościujemy ich w sposób odpowiedni. Chyba długo nie zapomnimy wody o smaku poliestru, którą spijaliśmy rano z tropiku namiotu. Kolejnego dnia szło nam się ciężko, ponieważ odwodnienie dawało o sobie znać. Nieliczne, płytkie kałuże zdawały się wyglądać bardzo apetycznie mimo ciemnego zabarwienia. W południe udaje nam się w końcu natrafić na źródełko, przy którym spędzamy długi czas, ciesząc się wodą bez ograniczeń. To wszystko dzieje się jednak kosztem podążania w kierunku innym od zamierzonego co skutkuje znaczną utratą wysokości.

 

W góry Godeanu wychodzimy z doliny, z okolic Cerna Sat. Po zobaczeniu kanionu Corcoaia, ruszamy na główny szlak grzbietowy. Kolejnego dnia, postanawiamy rozbić biwak niedaleko grzbietu, by nie tracić wysokości, 2000 m n.p.m. Jesteśmy zadowoleni, ponieważ przez ostatnie dwa dni dopisuje nam pogoda i mimo kiepskiego oznaczenia szlaków, pokonaliśmy pierwsze pasmo na naszej wyprawie. Po rozbiciu namiotu oglądamy jeszcze piękny zachód słońca i kładziemy się spać. Lekkie podmuchy wiatru delikatnie ocierają się o nasz namiot, ale czyste niebo, usłane milionami gwiazd nie zwiastuje niczego złego. Szybko zasypiamy. Po godzinie drugiej w nocy znacznie się nasilają i budzą Weronikę, nie pozwalając ponownie zasnąć. Z minuty na minutę jest coraz gorzej, a o godzinie czwartej dochodzą opady deszczu. Nie ma mowy o śnie. Słyszymy jak trzysta metrów wyżej, wiatr rozbija się o szczyt góry, wytwarzając straszliwy hałas. Pomimo tego, że jesteśmy od zawietrznej, szarpie naszym lekkim namiotem. Mamy nadzieję, że jest to chwilowe załamanie pogody i wraz z nadejściem dnia, burza przejdzie lub złagodnieje. O świcie wiemy już, że nadciągnął front burzowy, do tego doszły cykliczne opady gradu. Tracimy nadzieję na odmianę pogody, ale postanawiamy przeczekać na okno pogodowe, które pozwoli nam zejść niżej. Nie mamy rozpoznanego terenu i nie wiemy co znajduje się niżej. Czujemy się jak w pułapce. Aby zapobiec zniszczeniu namiotu, siedzimy po jednej stronie, podpierając plecami bok namiotu najbardziej narażony na uderzenia wiatru. Nasze morale z godziny na godzinę słabną. Wiatr przeciwnie. Zadajemy sobie pytania. Co jeśli nic się nie zmieni przed nocą? Czy ultralekki namiot wytrzyma jeszcze długo napory wiatru? co jeśli nie? W końcu decydujemy się na podjęcie próby zejścia niżej. Sławek korzystając z chwilowej przerwy w opadach postanawia wyjść i rozpoznać teren. Niestety zejście szlakiem nie wchodzi w grę, musimy szukać bezpieczniejszego miejsca na biwak na własną rękę, gdzieś niżej od zawietrznej. Namiot o tej godzinie niemal kładzie się na ziemi. Robimy błyskawiczne pakowanie, naprzemiennie podtrzymując pałąk, który wygina się jakby był z gumy. Nie ma warunków do normalnego złożenia namiotu. Wyciągamy pałąki i na tropik kładziemy plecaki przyciskając go do ziemi. Wewnątrz leżą materace z których spuszczamy powietrze. Wyciągamy śledzie i zwijamy wszystko niedbale w kulę, którą Sławek zabiera w ręce i zaczynamy schodzić w dół szukając najlepszej drogi. Opady gradu i marznącego deszczu powodują, że skały stają się śliskie. Huragan szaleje. Podmuch wiatru powoduje, że wielki plecak przeciąża Sławka, który nie odzyskuje równowagi, mając w rękach namiot. Spada po skałach. Kilkadziesiąt metrów niżej zatrzymuje się poobijany i poraniony. W trakcie upadku z rąk wypada mu namiot który ląduje kilkanaście metrów niżej, szczęśliwie zaczepiając się o wypaloną kosodrzewinę. Plecak spada mu z pleców. Kurtka puchowa rozdziera się w kilku miejscach. Sławek wyglądał jak ustrzelona kaczka, wszędzie było pełno piór. Nie widziałam samego upadku, ponieważ szedł jakieś dwadzieścia, trzydzieści metrów przede mną. Było ślisko, więc patrzyłam pod nogi, a ze względu na mocny wiatr nic nie słyszałam. Weronika orientuje się, że coś jest nie tak, gdy podchodzi bliżej. Sławek trzyma się za głowę, szukając ran. Jest w szoku. Palce lewej dłoni są zakrwawione, pocięte przez ostre skały i opuchnięte. Sprawdzamy, czy nie są połamane. Po kolei sprawdzamy, czy nic nie jest złamane i opatrujemy krwawiące rany. Dopiero po chwili dociera potężny ból w kolanie. Niestety jesteśmy w miejscu, gdzie nie mamy szans na rozbicie namiotu i bezpieczny nocleg, do tego znów zaczyna padać deszcz. Uświadomiłam sobie, że muszę go namówić na jak najszybsze zejście, dopóki adrenalina działa. Nie wiemy jak będzie wyglądało zejście. Przedzieramy się przez kosodrzewinę przysypaną śniegiem. W pewnym momencie stok kończy się urwiskiem, więc musimy zawrócić i wybrać inną drogę. Sławek z usztywnioną nogą idzie bardzo wolno. Jesteśmy już cali przemoczeni i rozbici psychicznie. Wreszcie natrafiamy na możliwie dogodny teren. Zmoknięci i zmarznięci, rozbijamy namiot. Jesteśmy na wysokości ok. 1650 m. Bez zasięgu sieci telefonicznej, w niedostępnych, mało uczęszczanych górach, ponad dwadzieścia kilometrów od najbliższej osady.

10. Marcin Nawrocki- Chan Chan – inną drogą po Kubie

Marcin Nawrocki- Chan Chan – inną drogą po Kubie

Celem osobistej wyprawy było podążanie śladami piosenki Chan Chan zespołu Buena Vista Social Club. Głównym motywem była chęć doświadczenia na żywo miejsc, o jakich pisał twórca utworu – Compay Segundo. Tytułowy Chan Chan podążał z Alto Cedro przez Marcane i Cueto do Mayari, do pięknej Juanicy, by w trakcie przesiewania na plaży piasku do budowy wspólnego domu, doświadczać z jej strony erotycznych uniesień. Podróż tymi śladami miała na celu próbę spojrzenia na dzisiejszą Kubę i jej mieszkańców, jaką ona – wyspa – jest, i jaką oni – Kubańczycy – są. W trakcie podróży pojawiło się dodatkowo zadanie, by otrzymane od jednego z podróżujących struny „podarować dobrym ludziom”, Kubańczykom, których spotkam w dalszej drodze. Sama historia z tymi strunami mogłaby być oddzielną opowieścią. Niestety, to co dziś gra w duszy kubańskiej, bo nie do końca wiadomo, co dziś stanowi o tej duszy i tożsamości, pozostaje w dużej sprzeczności z naszymi wyobrażeniami o Kubie i jej mieszkańcach.

Chan Chan - Alto Cedro 3 Chan Chan - Cueto pomnik Compay Segundo 2 Chan Chan - Habana w poszukiwaniu tożsamości

Chan Chan – inną drogą po Kubie

Moja Kuba narodziła się jako pragnienie wypowiedziane po raz pierwszy na zajęciach hiszpańskiego w sierpniu 2015 roku. Kilka miesięcy wcześniej wróciłem z pierwszego samotnego wypadu do Brazylii. Może intuicja podpowiedziała mi kolejny, tym razem latynoski, kierunek? Niektórzy mówią, że świat jest tak skonstruowany, że jeśli czegoś bardzo pragniemy, to „cały wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć”. Sekret Życia! Damn it! Jak się później okazało, ludzie dookoła mnie, i świat, robili swoje – sprzyjali memu raz wypowiedzianemu marzeniu.

Na liście miejsc, które chciałbym zobaczyć było ok. 15 destynacji. Głównym motywem, który mnie napędzał było dotarcie do czterech miejscowości z piosenki Chan Chan zespołu Buena Vista Social Club. Dlaczego? Bo właśnie z płytą o tym samym tytule Kuba kojarzyła mi się najbardziej. Nie z salsą, nie cygarami, ale tą tajemniczą i zmysłową muzyką son (styl wykonywany właśnie przez Buena Vista Social Club, a uprawiany od przeszło 100 lat wcześniej). W dodatku na jednej ze stron w internecie trafiłem na zdjęcie rzeźby twórcy utworu Chan Chan – Compaya Segundo. Zapragnąłem tam dotrzeć. To był główny punkt wyprawy Chan Chan.

Zacząłem od źródeł: Kuby jako kraju, kubańczyków jako ludzi, innych miejsc jako alegorii wędrówki. Od Hawany i samotnego pałętania się po ulicach Old Havana. Mój gospodarz ze stolicy pochodził z Mayari (jednego z miast na trasie piosenki). Każdy z napotkanych Kubańczyków znał bądź kojarzył refren piosenki. Świadomie rezygnowałem jednak z oczywistych miejsc otwartych na turystów, którzy w Hawanie podążali śladami BVSC na rzecz barów takich, jak „5 Villas” na Calle Corrales w dzielnicy Habana Vieja – zaprowadził mnie tam napotkany student medycyny (podobno kręcono tu teledysk do piosenki Guantanamera), ale ile w tym było prawdy? Tyle, ile widziałem na ścianach – zdjęć, pamiątek i gitary. Serfując później po sieci, by dowiedzieć się więcej, znalazłem wielkie nic. Jak się później okazało, niejednokrotnie to, co słyszałem od Kubańczyków, delikatnie mówiąc, mijało się z prawdą. Turysta usłyszy, turysta to kupi.

W ponad tysiąc kilometrowej trasie z Hawany do Santiago de Cuba jeden z podróżujących chłopaków, Yaro, powiedział podczas jednego z koncertów wziąłem z sobą kilka strun gitarowych, słyszałem, że tutaj jest to towar poszukiwany. Dam je Tobie. Podaruj struny dobrym ludziom. I tak moja osobista podróż trasa Chan Chan nabrała dodatkowego, szerszego wymiaru.

Podczas trasy z Alto Cedro przez Marcane, Cueto do Mayari tripowałem z plecakiem, łapałem stopa, rozmawiałem z ludźmi. A Kubańczycy? Uśmiechali się. Potakiwali głowami. W pewnych momentach nie wiedziałem już, czy ze zrozumieniem czy z politowaniem. Jak się w końcu okazywało, na trasie po prostu nie było nic nadzwyczajnego. Ale oddając się głosowi wewnętrznemu widziałem oczyma wyobraźni trasę, którą podążał tytułowy Chan Chan jadąc do swojej Juanicy. Mijałem ludzi jadących konno, mijałem stare amerykańskie fury, jadłem w pierwszej topowej restauracji w Marcane, niedaleko kominów fabryki przerabiającej trzcinę cukrową. W Marcane poznałem jedynego w trakcie całej podróży Kubańczyka, który opowiadał o Solidarności i Lechu Wałęsie. Rozmawiałem podczas stopa po niemiecku, bo córka jednego z Kubańczyków mieszka w Niemczech i za dwa tygodnie ma przyjechać do ojca na wakacje. Byłem u fryzjera w Cueto, próbowano mi sprzedać okulary przeciwsłoneczne, których potrzebowałem, a które okazały się być okularami do spawania.. w mało wybredny sposób zostałem naciągnięty przez ostatniego podwożącego mnie kierowcę z Cueto do Mayari na niezły wydatek za podwózkę, która miała być zwykłym stopem. I w końcu Mayari – które przywitało mnie mało przyjemnie. Od pogody, szybko zapadającego zmroku, po hostel, w którym nie mogłem przenocować.. ostatecznie Mayari pozwoliło odkryć przede mną wszystkie blaski, jakie kryją się w jej okolicach. A przy tym mój gospodarz Elio Fernandez Consuegra był naprawdę dobrym człowiekiem. Dobro wraca. Jemu jako pierwszemu wręczyłem struny. Sam na gitarze nie grał, ale jego dobry przyjaciel prowadzi klub, gdzie gra w lokalnym zespole. Compay Segundo mówił, że piosenki Chan Chan nie skomponował, on ją wyśnił. A cztery zmysłowe dźwięki ją rozpoczynające były niejako naturalnym wspomnieniem obrazów z dzieciństwa spędzanego w południowo-wschodniej Kubie. Zrealizowałem marzenie, zobaczyłem historię piosenki we współczesnych realiach.

Jak trudno było spotkać na mojej drodze osoby bezinteresowne, które w dodatku miałyby coś wspólnego z muzyką, miało się dopiero okazać. Niestety, Kuba mocno rozczarowała, jeśli chodzi o samych Kubańczyków. Moja podróż okazała się być historią pisaną spotkaniami z innymi podróżnikami od Niemców, Australijczyków, Brazylijczyków po Francuzów i Polaków..

Czym jest dzisiaj Kuba? Wg mnie, nie zna samej siebie – Kuba nie ma dziś swojej tożsamości. Kubie i jej narodowi odebrana została największa wartość – poczucie wolności. To nie tak, że nie ma w nich życia. Są momenty, kiedy zapominają o trudnej rzeczywistości i kiedy wydobywa się z nich drzemiąca energia, feeling, rzeczywiste poczucie radości życia. Jednak to jest wciąż ukryte, zakopane trudami codzienności, drzemiące jak magma w wulkanie. A muzyka son, jaką znamy z piosenek Buena Vista Social Club grana jest dzisiaj tylko w klubach i restauracjach dla turystów.

Muzyczną Kubę świat poznał dzięki gitarzyście Ry Cooderowi, który nagrał „Buena Vista Social Club” z dawnymi gwiazdami son jak Ibrahim Ferrer, Compay Segundo czy Eliades Ochoa, ale też dzięki holenderskiemu reżyserowi Wimowi Wendersowi, który nakręcił o nich film. Zostali odkryci, a prawda o Kubie została przez nich uwolniona. Mam ogromną nadzieję, że prawdziwy kubański duch – którego pasją jest życie, taniec i radość – ten prawdziwy, a nie pod turystów – się z nich uwolni. Jak prawda o zespole Buena Vista Social Club. A to jest możliwe tylko dzięki nam – poróżujacym do źródeł kubańskiego ducha. Chan Chan będzie podróżą każdego z nas.

11. Przemek Wołoszyk- Triatlon Ekspedition Polska

Przemek Wołoszyk- Triatlon Ekspedition Polska

Rok 2010 Polska na piechotę z Bieszczadów na Hel 1000 kilometrów
Rok 2013 Polska kajakiem Wisłą od źródeł do morza 1047 kilometrów
Rok 2015 rowerem dookoła Polski 2500 kilometrów

W 2009 roku zmarł mi tata i postanowiłem że muszę zrobić coś wielkiego muszę się z czymś zmierzyć postanowiłem przejść Polskę na piechotę z najdalszych krańców. Już podczas marszu wymyśliłem sobie że pokonam Polskę na trzy sposoby piechotą, kajakiem i rowerem i udało się po wielkich trudnościach przemierzyłem nasz kraj na trzy sposoby. Celem wyprawy było poznanie własnych możliwości i poznanie własnego siebie i potrzeba zmierzenia się z mocnym wyzwaniem. Pierwotnie plan zakładał tylko Polskę na piechotę ale mój apetyt na odkrywanie rus z każdym kilometrem. I z jednej wyprawy powstał projekt Triatlon Ekspedition Polska którego założeniem było samotne pokonanie kraju na trzy sposoby.

Ekspedycja Wisła 2013 235 55ec79c290360_o,size,969x565,q,71,h,67fdc5 POLSKA NA PIECHOTĘ 054

->Rok 2010 Polska na piechotę z Bieszczadów na Hel 1000 kilometrów – postanowiłem przejść Polskę z najdalszych krańców i udało się w trzy tygodnie 1000 kilometrów samotnego marszu który otworzył mi oczy na chęć odkrywania.

->Rok 2013 Polska kajakiem Wisłą od źródeł do morza 1047 kilometrów – już w 2011 wyprałem się na pokonanie Wisły ale zostałem pokonany zerwałem ścięgna ręka w gips i wyprawa odwołana, ale wróciłem w 2013 i udało się spłynąć królową Polskich rzek.

->Rok 2015 rowerem dookoła Polski 2500 kilometrów – ta wyprawa ukończyła mój projekt i zaczęła nowy rozdział w życiu i dała pozytywnego kopa na odkrywanie świata.

Witam serdecznie nazywam się Przemek Wołoszyk i jestem Toruńskim przewodnikiem od 2010 udało mi się wdrożyć plan przejścia Polski na piechotę. Zawsze miałem ducha odkrywcy ale kluczowym wydarzeniem w moimi życiu była śmierć taty która sprawiła że wyruszyłem w podróż. Mając dwadzieścia parę lat ta wyprawa zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, wiedziałem że muszę stawiać sobie przed sobą takie wyzwania to siła mi wróci. I co najlepsze że to działa. Marsz był mega doznaniem i już podczas tego „spaceru” wymyśliłem sobie że pokonam Polskę na trzy sposoby. Już Polskę przechodzono spływano i objechano, ale czy ktoś zrobił te trzy wyprawy dodatkowo samotnie nie doszukałem się takiej osoby. Postanowiłem być pierwszy. Wiedziałem że takie osiągnięcie napełni mnie znowu wiarą i siłą do życia. Po za tym to wspaniała przygoda którą musiałem przeżyć. Gdy już maszerowałem rodził mi się w głowie plan Triatlonu. Że takie coś przychodzi do głowy ale dziękuje Bogu że tak mam bo tylko podczas takiej ekstremalnej drogi poznajemy własnego siebie. Przejście Polski postanowiłem od najdalszych krańców by pokonać ją całą. Start w Bieszczadach koniec na Helu.

Rok po marszu podjełem wyzwanie spłynięcia Wisły już 3 dnia zerwałem pochewki ścięgien i  od razu ręka w gipsie nie udało się. Wiedziałem że to mnie nie zatrzyma iw 2013 podjełem jeszcze raz próbę i pokonałem Wisłę. Samotny spływ zrobił na mnie ogromne wrażenie i ogromnie doświadczył przede wszystkim psychicznie.

12. Przemysław Pakulniewicz- Mongolia - off-road bez samochodu

Współtowarzysz- Monika Radzikowska

„Mongolia – off-road bez samochodu.”

„Zapraszam Was do krainy gdzie ludzie nie noszą zegarków, zamiast wody piją mleko, a pierwszy kieliszek wódki oddają zawsze bogom. Do krainy gdzie droga krajowa może być 1000 kilometrowym odcinkiem drogi polnej, a w nocy budzi cię „hałas” galopujących koni. Do krainy porażającej ciszy i hałasu, nieskalanej natury i walających się wszędzie kości. Zapraszam Was do krainy Mongołów, krainy Czyngis-chana którego można spotkać dosłownie na każdym rogu.”

CEL WYPRAWY:

– planowany : Eksploracja Syberii autostopem oraz 10 dniowy wolontariat na wykopaliskach archeologicznych. Wielka nadzieja, że spotkamy szamana bądź że trafimy na jakieś obrzędy/święto.
Próba przejechania Mongolii autostopem a w szczególności północnych rubieży, co podobno jest niemożliwe. Próba zorganizowania wyprawy konnej celem odwiedzenia hodowców reniferów – Caatanów w okolicach jeziora Chubsuguł Wizyta na pustyni Gobi.

– osiągnięty: Przejechaliśmy planowany odcinek Syberii. Odbyliśmy wolontariat archeologiczny. Nie spotkaliśmy szamana samego w sobie ale bardzo gorliwego wyznawcę szamanizmu który bardzo dużo nam powiedział i pokazał prawdziwe czary.
Przejechaliśmy cały planowany dystans łącznie z północną częścią kraju. Odwiedziliśmy pustynię Gobi. Niestety nie udało nam się odwiedzić plemienia Caatanów i w efekcie także pojeździć na reniferach.

Przebieg punktowy: Suwałki (Polska) – autostopem → Moskwa (Rosja) – samolotem → (od tego momentu wszystko autostopem + pociągi czasem jak nie było żadnej drogi) Abakan (Rosja/Syberia/Chakasja) → Minusisnk (Rosja/Syberia/Kraj Krasnojarski) → Kyzył (Rosja/Syberia/Tuwa) → Górnoałtajsk (Rosia/Syberia/Ałtaj) → Tashanta (przejście graniczne Rosja/Mongolia) → Olgi (Mongolia) → Khovd (Mongolia) → Ulgi → Ulaangom → Jezioro Chubsuguł → Cecerleg → Białe Jezioro (Terkhiin Tsagaan Nuur) → Karakorum → Ułan Bator –> Sajnszand (Pustynia Gobi) –> Ułan Bator → Park Narodowy Gorkhi-Terelj – samolotem → Berlin (Niemcy) – busem → Katowice (Polska) → DOM!!!

1 3 4

 RELACJA Z WYPRAWY:

Przemysław Pakulniewicz i Monika Radzikowska

Właściwie to zaczęło się od wykopalisk. Plan był prosty: z czysto zawodowej ciekawości zobaczyć, jak wygląda archeologia na wschodzie, przy okazji zwiedzając Tuwę. Rzut oka na mapę wystarczył, by odkryć, że tuż za miedzą jest Mongolia. Być tak blisko i nie podjechać? Byłoby żal.

Z tego „podjechania” wyszedł rajd przez połowę kraju. Najlepszym sposobem poznawania obcej kultury jest dla nas autostop. Tak to zaczął się nasz „off-road” bez samochodu.

Swoją podróż zaczęliśmy w Suwałkach. Oboje niewyspani, po powrocie z innych wyjazdów i imprez, powolnym krokiem wywlekliśmy się na wylotówkę. Kilka dni później byliśmy w Moskwie i – gubiąc się po drodze na terminalu lotniczym Szeremietowa – wsiedliśmy do samolotu, który zawiózł nas na głęboką Syberię, do Kraju Krasnojarskiego. Kiedy wyszliśmy z naszego aeroplanu w Abakanie, od razu uderzył w nas kontrast: za płotem lotniska stały drewniane chaty, muczały krowy, a w powietrzu czuć było świeży obornik. Hala przylotów i odlotów zarazem przypominała dworzec autobusowy. Przed budynkiem stał tradycyjny koniowiąz. Patrząc na niego nieprzytomnym wzrokiem dotarło do nas, że jesteśmy w Azji.

Tuwińcy, według opinii każdego spotkanego Rosjanina, powinni nas zabić i zjeść na surowo. Pojechaliśmy autostopem w samo serce ich dzikiej republiki mając zamiast broni palnej dużo entuzjazmu i ciekawości. Jednym z naszych pierwszych kierowców był Jura – autochton z krwi i kości, gorliwy wyznawca szamanizmu, który opowiadał nam o duchach, kwiatach wywołujących deszcz, sposobach na przetrwanie w tajdze i na naszych oczach głosem podnosił pudełko od zapałek. Pokazywał nam swoje amulety i przestrzegał, żebyśmy zbyt długo nie zostawali na wykopaliskach, bo inaczej duchy za nami pójdą. Przy rozstaniu patrzył na nas trochę jak na skazańców.

Na wykopaliskach spędziliśmy dwa tygodnie z wesołą ekipą Rosjan, poznając sekrety dawnych scytyjskich carów pochowanych w wielkich kurhanach i odwiedzając święte góry, gdzie na suchych drzewach miejscowi wieszają końskie głowy jako ofiary dla duchów. Kiedy zwierzyliśmy się kierownikowi badań z naszego planu przejechania Mongolii autostopem, odpowiedział tylko: „Tam nie ma dróg, tam jest tylko kierunek.”. Jak się okazało, miał rację. Przekonaliśmy się o tym tuż po przekroczeniu granicy – wywiezieni w zakurzoną pustkę przez kazachską rodzinę. Dziesiątki dróg, wszystkie mniej więcej w tym samym kierunku, ale oddalone od siebie od dziesięciu do tysiąca metrów. I na której powinien się ustawić biedny autostopowicz? Wybieramy jedną, a samochód – jeden z nielicznych – mija nas o dobre pół kilometra, zostawiając tylko tumany kurzu. Gorzej niż gra w totolotka, prawdziwy dramat pośrodku niczego.

Zaletą autostopu w Mongolii jest jednak to, że jeśli coś już jedzie i nas dostrzeże, to na pewno zabierze. Trochę dlatego, że Mongołowie są gościnni i pomocni, ale przede wszystkim dlatego, że blondynka i brodacz stojący pośrodku stepu z wielkimi plecakami są tak niecodziennym widokiem, że ludzie zatrzymywali się z czystej ciekawości. Pytali o nas, o podróż, o Polskę. Więc rozmawialiśmy, mimo że my nie znaliśmy mongolskiego, a oni zazwyczaj znali wyłącznie ten język. Podróż przez kraj Czyngis-chana utwierdziła nas w przekonaniu, że jeśli tylko chcemy się dogadać, to zrobimy to zawsze. Z dwoma braćmi podczas nocnej jazdy uszkodzoną cysterną przez step uczyliśmy się nazw gwiazd, nieba i zwierząt, a potem ugotowaliśmy wspólnie obiad. Z chłopakami spotkanymi gdzieś nad rzeką wymieniliśmy się numerami telefonów, choć nikt nie wie, co moglibyśmy sobie powiedzieć nie widząc swoich gestów. Młody Bagi zaprosił nas do domu, a z jego młodszym bratem odegraliśmy na ścianie teatrzyk cieni. Razem z rodziną, która przygarnęła nas do swojej jurty podczas burzy stworzyliśmy obrazkowy słownik, a potem wspólnie obejrzeliśmy transmisję z zapasów nadawaną dzięki antenie satelitarnej umieszczonej przed jurtą – jak w każdym domu nowoczesnego koczownika. A jeden pasterz koni nie tylko przedstawił nam historię swojej rodziny, ale opowiedział o polityce zagranicznej i gospodarce Mongolii. Na końcu zaś, po wypiciu butelki wódki, został naszym tłumaczem i znalazł nam transport do Cecerlegu.

Udało nam się trafić także na pustynię, gdzie obozowaliśmy w pobliżu buddyjskiego centrum energetycznego. Kult przodków jest w Mongolii cały czas bardzo silny. W nowoczesnej jurcie telewizor dzieli centralne miejsce z ołtarzykiem ku czci duchów, na który obowiązkowo składają się rodzinne zdjęcia. Raz podczas jazdy jeden z naszych kierowców zatrzymał się, aby pomachać orlim skrzydłem zatkniętym za lusterko w samochodzie i rozlać wódkę z piersiówki na cztery strony świata. To samo robiło wielu Mongołów, z którymi spożywaliśmy posiłki. Podczas zwiedzania jednej ze świątyń minęła nas kobieta, która pod pachą niosła mleko – kolejny ulubiony napój duchów. Na Gobi mieliśmy okazję obserwować, jak nowoczesne Mongołki, w modnych ubraniach i japońskich samochodach polewają nim pomniki ku czci płodności, modląc się o zdrowe i silne dzieci.

Nasza podróż przez Mongolię zakończyła się w Ułan-Bator, mieście nowoczesnym, pełnym wieżowców, hoteli i centrów handlowych. Mimo tysięcy kilometrów dzielących nas od domu, czuliśmy się jak w Europie. I nieco zatęskniliśmy do tego innego, stepowego kraju, który właśnie przemierzyliśmy.

13. Marcin Jakub Korzonek- Polska Prosto Rowerem 2016 - w linii prostej z południa na północ Polski

Marcin Jakub Korzonek- Polska Prosto Rowerem 2016 – w linii prostej z południa na północ Polski

Wyprawa Polska Prosto Rowerem 2016 to projekt Marcina jakuba Korzonka z Wrocławia, którego celem było przejechanie na rowerze Polski w linii prostej z południa na północ wzdłuż południka 18’10 z marginesem 1 km. Była to prawdopodobnie pierwsza tego typu próba przemierzenia naszego kraju na rowerze. W realizacji celu wykorzystał on specjalny rower typu fatbike, na olbrzymich oponach o szerokości prawie 12 cm (4,6″) oraz ponton z wiosłami i dmuchane koło. Na wyznaczonej trasie przejazdu znajdowało się 11 rzek (w tym Odra, Wisła, Warta i Noteć), 11 jezior (w tym Jezioro Turawskie), lasy, pola, bagna i tereny podmokłe. Osiem razy przeprawiał się przez wodę na zabranym ze sobą pontonie holując rower na dmuchanym kole. Najtrudniejszymi do pokonania przeszkodami były bagna przy Starej Noteci oraz odkrywkowa kopalnia Węgla Brunatnego w Kleczewie. Przejechanie 760 km zajęło mu 19 dni.

Wyprawa odbyła się w dniach 1-20 sierpnia 2016 roku.

Ślad wyprawy zapisany przez GPS:

https://www.google.com/maps/d/viewer?mid=12yI9UsH5TbrMKG6BgkYE7fy4pQE

Zajawka pokazu:

20 lat minęło od mojej pierwszej rowerowej wyprawy. Z tej okazji zaplanowałem na 2016 rok coś extra, coś co będzie naprawdę niezwykłe. Aby sobie utrudnić sprawę zdecydowałem, że skoro tyle lat jeżdżę po świecie, wypadałoby aby wyprawa się odbyła w Polsce.

Stąd powstał pomysł przejechania Polski w poprzek, od granicy do granicy w linii prostej. Po kilkumiesięcznej analizie postanowiłem, że moja trasa będzie biegła wzdłuż południa 18’10. Zdecydowało o tym przede wszystkim możliwość przejazdów nad i pod autostradami, oraz mniejsza ilość jezior. Kolejna decyzją było założenie sobie jednokilometrowego marginesu na wschód i na zachód. Dlaczego akurat taki margines? Z jednej strony zygzak na mapie całej Polski o takiej amplitudzie układa się w linię prostą, a z drugiej taka odległość powinna pozwolić mi omijać przeszkody, których rowerem nie da się sforsować – czyli duże, ogrodzone fabryki, lotniska, czy gigantyczne budynki. Druga ważna decyzją był wybór roweru – Specialized Fatboy z oponami o szerokości 4,6 cala, który umożliwił mi jechanie w piachu, przez las na przełaj, czy nawet po świeżo zaoranym polu. Sprzęt uzupełniał superlekki ponton oraz dmuchane koło, za pomocą których mogłem przeprawiać się z rowerem przez rzeki i jeziora.

Podróż rozpocząłem 1 sierpnia w okolicach Raciborza, gdzie następnego dnia na przełaj przez pole dojechałem na skrzyżowanie mojego południka z granicą.

Zboże, kukurydza czy ściernisko – fat łyka wszystko

Nieprzypadkowo wybrałem termin startu wyprawy na początek sierpnia. To półmetek żniw. Pola ze zbożem są skoszone albo właśnie koszone. Po ścięciu jęczmienia, żyta czy owsa zostaje ściernisko, czyli pole z wystającymi na około 10-20 centymetrów źdźbłami. Grube opony fatbike radzą sobie z nimi doskonale, aczkolwiek hałas podczas jazdy jest bardzo niepokojący. Jakby za chwilę te wystające sztylety miały się wbić w miękką oponę. Ścierniska lubiłem, są twarde – opony suną szybko.

Niestety kolejnym etapem obróbki pola jest zaoranie go. Tysiące wystających patyczków znika w odmętach bruzd. Ziemia robi się luźna i miękka. Da się po tym jechać, ale już nie tak szybko. Najgorzej jeśli jedzie się pod górę. Szanując pracę i własność innych starałem się nie jeździć przez pola, na których coś rosło. Czasami jednak nie miałem innego wyjścia. Trzy razy był to jęczmień lub pszenica. Na szczęście raz przejechałem po położonych – pewnie przez ulewę lub grad – całych łanach. Jechało się po tym jak po materacu – można wręcz powiedzieć: sienniku. Czasem musiałem jednak przejechać przez środek pola – jeśli tylko były chociaż minimalne ślady opon traktora – korzystałem z nich.

Ponton na rowerze, rower na pontonie

Pierwszy praktyczny test sprzętu wodnego odbył się na Jeziorze Turawskim w okolicach Opola. Jak się później okazało była to najdłuższa przeprawa przez wodę. W prażącym słońcu przewiosłowałem ponad trzy kilometry. Tak na prawdę samo przepłynięcie rzeki czy małego jeziora to był najłatwiejszy element przeprawy trwający często tylko kilkanaście minut. Zdecydowanie trudniejsze było wyszukanie miejsca na brzegu na wodowanie. Na większości jezior brzegi porastają trzciny, które tworzyły barierę nie do przebycia. Potem następowało przepakowanie się co zajmowało ok godziny. Zanim jednak mogłem się zwodować, musiałem mieć przemyślane miejsce lądowania na drugim brzegu. To było jeszcze trudniejsze niż ustalanie miejsce startu. Podstawą była mapa satelitarna oraz uważna obserwacja naprzeciwległego brzegu.

Gdy byłem juz gotowy wsiadałem do pontonu, odpychałem się od dna i ruszałem. Na rzekach – szczególnie Wiśle, musiałem walczyć z prądem. Na jeziorach z kursu próbował mnie zawracać wiatr. Dobra konstrukcja pontonu sprawiała, że samo płynięcie było już przyjemnością.

16D49_153 16D49_208 ppr2016-trasa

Dziura na kresce

Od początku wyprawy jedna sprawa nie dawała mi spokojnie spać. Olbrzymia dziura na mojej trasie w okolicach Konina. To odkrywkowa Kopalnia Węgla Brunatnego w Kleczewie. Była jedną z tych niewielu przeszkód, które mają olbrzymie rozmiary, dokładniej mówiąc 4 na 4 km. Przed wyruszeniem w trasę korespondowałem z dyrekcją kopalni – prosiłem o wydanie zgodny na przejazd przez kopalnię. Niestety została ona odrzucona. Liczyłem jeszcze na to, że zmieszczę się w moim marginesie i wystarczy, że pojadę bardzo blisko granicy kopalni ale nie wkraczając na jej teren. Tak przynajmniej wynikało z mapy.

– Ta mapa jest już dawno nieaktualna.

Oświadczyła Pani Elżbieta Dwornik do której trafiłem po przyjeździe do Kleczewa, gdzie mieściło się biuro kopalni. Nie brzmiało to dobrze. Okazało się, że od czasu wydania mapy kopalnia przemieściła się ok. 1 kilometr na wschód. Ewidentnie kolidowała z moją trasą. Pertraktacje trwały kilka godzin. W końcu za zgodą i błogosławieństwem nadsztygara ruszyłem. Przejazd po terenie kopalni zajął mi ok 2 godzin. Zbliżyłem się niebezpiecznie do mojego wschodniego marginesu i walcząc dosłownie o metry musiałem balansować na skraju 30-metrowego urwiska opadającego na dno kopalni. Po całej akcji, mokry od potu i z wrażenia zadzwoniłem do Pani Elżbiety meldując wykonanie zadania.

Podróż rowerem w linii prostej przez Polskę zajęła mi 18 dni, w czasie których przejechałem 760 kilometrów. 19 sierpnia wjechałem na plażę w Błotach Karwieńskich. Ostatnie 100 metrów przejechałem w piachu kończąc wyprawę w morzu.

14. Maciej Sodkiewicz- W krainie łowców wielorybów

Współtowarzysze:

Ewa Banaszek,  Karolina Bochenek , Marek Zdebski , Michał Szewczyk , Kacper Winiarczyk , Marta Kupis , Marek Mończyk , Paweł Prabucki

Celem wyprawy było poznanie kultury i obyczajów Inuitów zamieszkujących najdziksze, wschodnie rejony Grenlandii. Chcieliśmy poznać życie Inuickich myśliwych i naocznie stwierdzić jaki wpływ na ich tradycje wywarły zdobycze XXI wieku. Za szczególny cel postawiliśmy sobie dotarcie do najmniejszych osiedli, zamieszkiwanych przez kilkadziesiąt osób. Tam nie docierają samoloty ani statki z bogatymi pasażerami. Wybraliśmy stalowy jacht by przedrzeć się przez pola lodowe strzegące do dostępu do wschodniego wybrzeża. Liczyliśmy, że mało liczna załoga będzie mogła wtopić się w lokalne społeczności i mieliśmy rację. Udało się nam obserwować polowanie na wieloryby, wziąć udział w wyciąganiu zdobyczy na plażę i ćwiartowaniu mięsa. Widzieliśmy skórowanie fok i …jedliśmy gulasz z morsa. Zostaliśmy także zaproszenie na ceremonię bierzmowania (połączoną ze ślubem) na którą Inuici założyli tradycyjne stroje ludowe. Dotarcie do wszystkich osad wschodniego wybrzeża zajęło nam 3 sezony :)

lodowe krainy 06 lodowe krainy 10 lodowe krainy01

W krainie łowców wielorybów

Ponad osiemdziesiąt procent powierzchni Grenlandii pokrywa lądolód. Reszta to w większości surowe skały wyszlifowane kiedyś przez cofające się jęzory lodowców. Nie znajdziemy tam ani jednego drzewa, a nawet trawa występuje sporadycznie. Dodatkowo całe wschodnie wybrzeże opływa zimny prąd Grenlandzki niosąc z północy Arktyki pola i góry lodowe. Na ponad dwie trzecie roku morze zamarza, całkowicie odcinając dostęp Grenlandzkich fiordów. Jednak pomimo tak niesprzyjających warunków, od wieków żyją tu ludzie. W osłoniętych fiordach przycupnęło kilka osad Iniuckich, które pomimo zdobyczy cywilizacji oraz niemałym dotacjom rządu trwają w swoistym letargu. Naszym celem było dotarcie do możliwie największej liczby takich osad i poznanie kultury ostatnich Inuickich myśliwych.

Przez trzy sezony żeglowaliśmy stalowym jachtem Barlovento II odwiedzając kolejne osady, lub wracając do już znanych by zacieśniać przyjaźnie. Dzięki jachtowi mogliśmy dotrzeć do najmniejszych osiedli, których populacja liczy kilkadziesiąt osób. Nie docierają tam promy z turystami. Nie ma także lotnisk. Miejscowi mogą teoretycznie polecieć do stolicy helikopterem ale lata on tylko w dobrej pogodzie i …i tak ich nie stać. Przemieszczają się więc łodziami a zimą skuterami lub psimi zaprzęgami po zamarzniętych fiordach. Opowiadali nam o tym, że gdy wzywali zimą pomoc lekarską dla starej kobiety to czekali na helikopter ponad tydzień a potem i tak zawieźli ją do szpitala psim zaprzęgiem. W końcu to tylko 15 godzin jazdy. W każdej osadzie jest jeden sklep ale jest on zaopatrywany tylko 3-4 razy w roku i nie zdarzyło się podobno jeszcze by w trakcie zimy nie zabrakło w nim produktów. Dlatego Inuici muszą polować. W południowych osadach polują głównie na wieloryby, morsy i foki. W leżący na północy Ittoqqortoormiit także na woły piżmowe oraz niedźwiedzie polarne. Rocznie mogą odstrzelić 25 drapieżników. Mięso dzielą pomiędzy łowców i rodziny, a następnie mrożą by mieć zapas na ciężkie miesiące. W trakcie jeden z wizyt zostaliśmy obdarowani kawałkiem niedźwiedzia, innym razem gotowaliśmy na jachcie gulasz z morsa. Potrawa była hardcorowa. Potem jacht wietrzył się tydzień 😉

W zeszłym roku udało się nam obserwować polowanie na wieloryby w trakcie którego używa się współczesnych motorówek ale myśliwi wciąż posługują się tradycyjnymi harpunami okazując w ten sposób szacunek zwierzęciu. Po wyciągnięciu zdobyczy na skały koło osady rozpoczęło się oprawianie zdobyczy. Wieloryb, choć nieduży ważył sporo i potrzebna była dodatkowa para rąk by go obrócić. Zaproponowałem pomoc i dzięki temu miałem okazję nakręcenia krótkiego materiału. Panuje tam bardzo fajny zwyczaj. Zdobycz stanowi własność myśliwych tylko przez pierwsze 24 godziny po złowieniu. Mają oni czas by wyciąć to co chcą lub zdążą. Później reszta staje się niejako dobrem wspólnym i każdy może wyciąć co chce. W ten sposób nic się nie marnuje. Skoro już odebraliśmy życie to wykorzystajmy to w pełni. W uznaniu mojej pomocy zostałem poczęstowany surową skórą wieloryba. Najpierw myślałem, że to jakiś lokalny dowcip, ale okazało się, że to przysmak myśliwych. Na koniec dostałem solidny worek mięsa, jako mój wkład w polowanie. Próbowałem się bronić, tłumacząc im, że mamy co jeść, a wieloryby są takie rzadkie. W odpowiedzi usłyszałem, że przecież muszę nakarmić moją rodzinę – załogę. Jeśli nie dadzą mi tego mięsa to wykupię im kurczaka ze sklepu. Wieloryba to oni mogą sobie złowić kolejnego, a kurczaki już w tym roku nie przypłyną bo to był ostatni statek… I w ten oto sposób przez kolejne 5 dni jedliśmy wieloryba na wszystkie sposoby, bo przecież mięsa nie można wyrzucić z szacunku dla zwierzęcia.

Na codzień Inuici chodzą w jeansach i kurtkach puchowych. Żyją w ładnych kolorowych domkach które stawia im państwo. Mają Internet i kablówkę ale nie mają na przykład bieżącej wody. Żadne wodociągi nie przeżyłyby potężnych zimowych mrozów. W bogatszych osadach rozciąga się wodociągi „letnie” z węży ogrodowych. W pozostałych wodę przynosi się w baniakach. Nie ma także kanalizacji. Prysznic i pralnia mieszczą się w domu komunalnym, czynnym 3 razy w tygodniu. Jest on także ośrodkiem życia kulturalnego osady bo kobiety mogą się spotkać i poplotkować czekając na pranie.

Stojąc dłużej na kotwicy w jednym miejscu, niejako wrasta się w krajobraz. Po kilku dniach przestaliśmy być turystami a zaczęliśmy niejako częścią wspólnoty. Dzięki temu w malutkim Tinitequilaku zostaliśmy zaproszeni na największe wydarzenie duchowe osady. Miała być to ceremonia bierzmowania połączona przy okazji ze ślubem. W końcu ksiądz przypływa tylko kilka razy rocznie. Na tą ceremonię część mieszkańców założyła tradycyjne stroje ludowe. Mieliśmy okazję podziwiania jak przeplata się tradycja z nowoczesnością. Białe anoraki z marynarkami. Jak białej koszuli może towarzyszyć krawat z foczego futra. Inuici są dla mnie zagadką. Z jednej strony potrafią wiele godzin polować skradając się do zwierzyny. Wtedy są nieruchomi i cierpliwi. Z drugiej strony nie potrafią wytrzymać w kościele godziny bez wyjścia na papierosa. Widzieliście kiedyś parę młodą, odświętnie ubraną wyskakującą w na dymka w trakcie własnego ślubu?? Tak samo dzieciakom zupełnie nie przeszkadzały białe anoraki ani buty z foczej skóry w rozegraniu meczu pod kościołem.

Rosyjska część Arktyki kojarzyła nam się z pozostałościami po radzieckich bazach „naukowych” z okresu zimnej wojny. Tubylcy zabrali nas w bardzo podobne miejsce. Okazało się, że w latach 50 XX wieku istniała tu amerykańska baza lotnicza. Głęboko w fiordach wojskowi znaleźli jedyną w okolicy równinę, którą pracowicie przekształcili w pas startowy. Jednak surowy klimat i wiejące wiatry utrudniały dostarczanie tu zaopatrzenia. Po kilku latach bazę zamknięto. Dziś, już z daleka widać rdzawe pasy tworzone przez tysiące beczek po ropie które stoją nietknięte od ponad 60 lat. Pozostały także szkielety spychaczy, ciężarówek, małego dźwigu a nawet hangaru. Na wielu przedmiotach wciąż widać niechlubny napis property of US ARMY. I nikt się tym złomem absolutnie nie przejmuje. Za to zniknęły wszystkie elementy drewniane. Miejscowi rozebrali wyzbierali wszystko, do ostatniej deseczki. Bo drewno na Grenlandii jest na wagę złota :)

To zaledwie namiastka naszych przygód z trzech sezonów. Mieliśmy także okazję przyjrzeć sie wytwarzaniu Tupilaków czyli magicznych rzeźb z kości i rogów zwierząt. Kiedyś był to Inuicki odpowiednik woodoo, lub talizman miłosny.

Jesteśmy dumni, ponieważ udało się nam odwiedzić wszystkie znajdujące się na wschodnim wybrzeżu Grenlandii osady. Jest ich tylko sześć, ale część z nich leży w trudnodostępnych fiordach gdzie nawet w pełni lata lód jest częstym gościem. Zostaliśmy zaproszeni także także do letniego obozu myśliwych polujących na woły piżmowe i ruin amerykańskiej bazy.

Jesteśmy zauroczeni otwartością tamtejszych ludzi a z drugiej strony podziwiamy ich za hart ducha jakim muszą się wykazać. Tym bardziej, że Internet i facebook pokazują im kolorowy świat a oni wciąż trwają w swojej tradycyjnej kulturze. Uczestniczyliśmy także w imprezie żałobnej gdzie młodzi ludzie wspominali rówieśnika, który popełnił wczoraj samobójstwo :( Mam nadzieję, że nasza opowieść przybliży państwu kulturę ostatnich tradycyjnych łowców wielorybów.

15. Mateusz Michalski- 3624 km piechotą po europie z Polski północnej do Hiszpanii zachodniej

Mateusz Michalski- 3624 km piechotą po europie z Polski północnej do Hiszpanii zachodniej 

Współtowarzysz- Barbara Szadłowska

Skąd pomysł na Santiago? Właściwie, to w głowie miałem wiele wizji gdzie chciałbym pójść. Myślałem o miejscach w Polsce, ale też i odległych zakątkach za granicami .
Pewnego dnia zgadałem się z kumplem, że warto byłoby iść do Santiago. Trasa przepiękna i właściwie sami możemy sobie ją opracować i wybrać którędy chcemy iść, gdzie spać itd. Początkowo zaplanowaliśmy, że pójdziemy razem.  Stało się tak a nie inaczej, że mój kompan się wykruszył. Zostałem sam. Dość szybko postanowiłem, że za bardzo już tym żyję i za bardzo tego chcę, żeby tak teraz zrezygnować. Istniały jakieś obawy jak to będzie samemu i czy to do końca bezpieczne, ale myślę, że każdy kto kocha podróże ma w sobie sporo z szaleńca. Moja wędrówka rozpoczęła się z domu, z Ryjewa, pożegnałem się z rodziną i poszedłem. W Bydgoszczy zatrzymałem się u swojej dziewczyny Basi, która następnego dnia przeszła się ze mną do Rynarzewa. Tam ugościła nas moja rodzina. Później już tylko spanie pod gołym niebem albo u ludzi którzy słysząc o mojej wyprawie zapraszali na noclegi. Przez Polskę szedłem dwa tygodnie, później Czechy, Austria, Szwajcaria, w której dołączyła do mnie Basia i dalej Francję i tak po 106 dniach dotarliśmy do celu.

Wędrówka? Spacer czy pielgrzymka? Właściwie ciężko określić jednym słowem czym była ta wyprawa. Na pewno wędrówką bo przecież metr po metrze, kilometr po kilometrze wędrowałem po Europie z kraju do kraju. Spacer? Oczywiście tak bo w momentach kiedy czułem się świetnie i było mi lekko (bywało kilka takich chwil) spacerowałem nie inaczej jak w chwili wolnej po parku. Pielgrzymka? Tak, jak najbardziej. Szedłem, żeby odnaleźć coś w sobie, żeby zobaczyć czy faktycznie jest tak źle z nami europejczykami jak nam to przekazują media, żeby wzmocnić się duchowo i odnaleźć coś czego czasami szukamy codziennie w naszym życiu bez skutku.

cel start Basia

DCIM999GOPRO

Pomysł i realizacja:

Skąd pomysł na Santiago? Właściwie, to w głowie miałem wiele wizji gdzie chciałbym pójść. Myślałem o miejscach w Polsce, ale też i odległych zakątkach za granicami . Pewnego dnia zgadałem się z kumplem, że warto byłoby iść do Santiago. Stało się tak a nie inaczej, że mój kompan się wykruszył. Zostałem sam. Dość szybko postanowiłem, że za bardzo już tym żyję i za bardzo tego chcę, żeby tak teraz zrezygnować. Istniały jakieś obawy jak to będzie samemu i czy to do końca bezpieczne, ale myślę, że każdy kto kocha podróże ma w sobie sporo z szaleńca. Moja rodzina nie do końca zadowolona z mojej decyzji i pełna obaw nie była zbyt przychylna, jednak pomimo wszystkich argumentów za i przeciw nie miałem w głowie myśli, żeby odpuścić sobie Santiago. Wręcz przeciwnie, z każdym dniem czułem coraz większe podekscytowanie i radość. Już wprost czekałem na ten moment kiedy wystartuję.

Start

Właściwie dwa dni przed planowanym wyjściem miałem w głowie dokładną listę co zabieram a co nie. Cały czas chodziło mi po głowie pytanie czy zabrać namiot. Plus był taki, że rozbijam się i śpię gdzie chcę ale minus to waga. Dwa kilogramy to sporo bo ustawiłem sobie limit w plecaku na 10 kg. więc to 1/5 całości. Postanowiłem nie brać namiotu a zamiast tego płachtę biwakową której nie miałem.  Zdobyłem materiał na jej zrobienie i dzień przed wyjściem właściwie gdy powinienem już być spakowany i gotowy to poprosiłem sąsiadkę, żeby ten kawał materiału, który miałem przerobiła na płachtę. Czas mijał a ja ciągle nie gotowy. Późno, ale udało się spakować plecak i rzeczy, które zabiorę. Mogłem porozmawiać z bliskimi i odpocząć. Noc jak to bywa w takich sytuacjach nieprzespana.

Doczekałem ranka. Wstałem i zjadłem duże śniadanie. Odprowadziłem dziewczynę na pociąg i wróciłem po plecak. Czekało na mnie rodzeństwo, żeby dać mi przysłowiowego kopniaka na drogę. Brat poszedł kawałek ze mną, żeby mnie jeszcze odprowadzić… Ruszyłem z domu z werwą i podekscytowaniem. Szedłem przez moją miejscowość witając się z nieświadomymi mojej przygody która się właśnie rozpoczynała mieszkańcami. To było dla mnie takie swoiste witanie się i pożegnanie bo właściwie nie wiedziałem kiedy się następnym razem zobaczymy. Brat odprowadził mnie do znaku końcowego mojej miejscowości. Tam zwyczajowo padły słowa które mówił mi przed każdym moim wyjazdem: „Trzymaj się brat i wracaj szybko”. Dodał jeszcze, że dalej nie idzie.

Krok po kroku coraz szybciej z takim uczuciem jakby powietrze rozrywało mi płuca, jak gdybym dostawał jakiejś wewnętrznej mocy. Powiedziałem sobie wtedy: „No dawaj Michu. To jest czas żebyś pokazał sobie co z Ciebie za gagatek” „Dawaj do przodu”. Spotkałem po drodze sąsiada który zatrzymał się i zwyczajowo zapytał: „wsiadasz? podwieźć Cię?” a ja z radością powiedziałem, że „Nie. Idę pieszo”. Zrobił wielkie oczy i zdziwił się, bo nie sądził, że to co kiedyś powiedziałem odnośnie moich planów było prawdziwe.

Polska:
Polska była tym moim pierwszym sprawdzianem i najłatwiejszym podczas całej wyprawy. Po drodze miałem kilka miejsc gdzie mogłem się zatrzymać u znajomych i pozałatwiać pewne problemy które się pojawiały. Takich dni kiedy samotność mnie dotyczyła było zaledwie kilka w całej wędrówce a w Polsce wcale. Wystarczyło gdy przysiadałem, żeby odpocząć lub wchodziłem do jakiejś wsi to od razu ludzie podchodzili do mnie porozmawiać.

Czechy:
Czesi podchodzili do mnie z uśmiechem i radością. Nie miałem kłopotów w komunikacji bowiem języki nasze tak podobne. W Czechach, żeby nie nadwyrężać budżetu dość często próbowałem dostać coś do jedzenia za pomoc czy to przy żniwach czy przy zrywaniu owoców, koszeniu trawy i innych takich pracach. Musze przyznać, że działało to bardzo dobrze i sam wiele razy byłem zaskoczony gdy zostałem zaproszony na obiad i dostawałem jeszcze coś na drogę. Robiąc dodatkowo do tego zakupy nie brakowało mi w zasadzie niczego i byłem pełen energii.

Austria:

Zauroczenie i zaskoczenie. Mentalność ludzi już inna, inna kultura i język . Nie raz przypominałem sobie gdy w szkole tak niechętnie uczyłem się niemieckiego zawsze upierając się przy tym, że przecież do niczego ten język mi się nie przyda. Okazało się, że przydał i to bardzo. W głowie szybko nastąpiła segregacja zasobów i radziłem sobie każdego dnia całkiem nieźle w komunikacji. Po drodze spotykałem wiele miejsc gdzie mogłem bezpiecznie rozbić biwak na noc nie martwiąc się czy rano wszystkie moje rzeczy będą na miejscu i czy ja będę cały. Kilka razy zostałem też zaproszony na nocleg przez przypadkowe osoby ciekawe mojej wędrówki. Po takich noclegach wychodziłem zawsze naładowany pozytywną energią i bogatszy o wiedze. Ceny w sklepach sprawiały, że zacząłem korzystać z „Freeganizmu” i jadłem co się dało nie wybredzając a ciesząc się z tego co mam. Woda była zbawieniem podczas upałów a było jej wszędzie pod dostatkiem. Czysta i świetnie nadająca sie do picia, czy do przeprania rzeczy lub po prostu do kąpieli. Jaki piękny może być nocleg kiedy ma się obok jakieś źródełko dzięki któremu nie brakuje wody i pali się małe ognisko a na nim piecze jakieś kiełbaski.

Szwajcaria:
Wiele razy siadałem na chwilę ze zmęczenia ale i po to aby uchwycić chwilę, aby nacieszyć się widokami. Spałem pośród gór, czasami w dolinie a czasami gdzieś wysoko. Napawałem się tym co mnie otaczało każdego dnia mimo, że wędrowanie wcale nie było łatwe. Dość mocno schudłem i nie jadłem najlepiej. Tereny którymi chodziłem zmuszały do sporego wysiłku fizycznego i pomimo dużego już zmęczenia całą wyprawą musiałem znaleźć jakiś sposób do zmotywowania samego siebie. Coraz częściej pojawiały się momenty gdzie zmęczony i głodny marzyłem już tylko żeby się położyć i odpocząć gdzieś wieczorem. Wyciągałem z plecaka jakieś resztki jedzenia które mi zostały i zastanawiałem się ile zjeść dzisiaj a ile zostawić na jutro na rano żeby nie ruszać głodnym od rana. Dodatkowym wysiłkiem były codzienne czynności takie jak pisanie notatek i robienie prania wieczorem. Sam juz nie pamiętam ile razy ze łzami w oczach prałem w jakimś strumyku ubrania tak mocno już zniszczone i śmierdzące. Gdybym Słonce w dzień nie miało dla mnie litości i dlatego starałem się wstawać wcześnie rano i maszerować do przodu ile sił w nogach bo wiedziałem, że nadejdzie wciągu dnia godzina kiedy upał będzie nie do zniesienia i zacznę się słaniać na nogach ze zmęczenia. Pewnego rodzaju wybawieniem byli ludzie których spotykałem gdzieś tam i chwilę z nimi porozmawiałem.Szwajcaria dawała mi w kość dość mocno i może bliski bym był wykończenia się gdzieś tam gdyby nie to, że spotkałem rodaków którzy zadbali o mnie jak rodzic dba o dziecko, jak gospodarz dba o gościa. Kiedy człowiek wykończony fizycznie od ciągłego marszu w niełatwym terenie nie ma w głowie marzeń poza tym jednym prostym, żeby odpocząć nagle dostaje czyste ubrania i obfity posiłek a ponadto możliwość przespania się na łóżku to dzieje się coś magicznego. Wracają siły i morale są podbudowane, jest radość i chęć dalszej drogi. To był ważny moment mojej wędrówki bo baterie miałem znowu naładowane jak pierwszego dnia kiedy wychodziłem z domu i byłem gotowy żeby iść dalej. Od tej chwili ta przygoda zmieniła się też dlatego, że czekałem na moją dziewczynę która jechała do mnie aby mi towarzyszyć w dalszej drodze. To był koniec Szwajcarii ale początek czegoś całkowicie nowego.

 Francja
Kraj Wina, sera i świetnej kuchni. Już nie sam ale we dwoje uczyliśmy się teraz co to znaczy polegać tylko na sobie i mieć siebie bisko w każdej chwili. Ja byłem bardzo podekscytowany tym wszystkim i gotów do dalszej drogi po dniu odpoczynku w Genewie. Moja forma była niczym olimpijczyka w momencie kiedy czuje, że ten medal będzie dzisiaj należał do niego, że teraz jest jego chwila i to co kosztowało go tak wiele wysiłku osiągnie właśnie teraz. Basia nie była tak przygotowana i było to oczywiste, ponieważ zaraz po maratonie przy książkach i sesji egzaminacyjnej na uczelni spakowała się i dołączyła do mnie. Musieliśmy więc znaleźć wspólny język i nauczyć się egzystować w tej sytuacji razem. Wspierać się i być dla siebie wzajemnie oparciem.
Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że para idąca z plecakami to we Francji żadna nowość i ludzie bardzo fajnie na nas reagowali. Zatrzymywali się i pytali czy nas podwieźć, a kiedy odmawialiśmy i tłumaczyliśmy dlaczego oferowali nam wodę lub coś do jedzenia. Gdy szliśmy wsiami to zaraz pytano nas czy nie chcemy warzyw z ogródka i czy wstąpimy napić się czegoś zimnego. Wielokrotnie zapraszano nas na nocleg i zazwyczaj ludzie którzy nas zapraszali byli podróżnikami, autostopowiczami lub po prostu w przeszłości sami robili takie rzeczy. Wieczory zarywaliśmy na rozmowach na wszelkie tematy począwszy od prostych tematów na sensie życia kończąc. Chłonęliśmy wiedzę o Francji, o życiu w tym kraju, o problemach politycznych i kulturowych, o jedzeniu, o tradycji i o wszystkim co dla nas nowe i ciekawe. Lekcja historii, geografii i wiedzy o społeczeństwie w jednym. To było doskonałe doświadczenie poznać tak wspaniałych ludzi którzy mieli tak ogromny wpływ na nasze dalsze decyzje i plany. To wszystko się pięknie łączyło, krajobrazy, ludzie, historie, zdarzenia to wszystko działało na nas oboje. Sami siebie poznawaliśmy na nowo w sytuacjach w których na codzień nie mięlibyśmy możliwości zaistnieć. Miałem nawet w sercu taki trochę żal, że to się kończy i podróż zmieni się zaraz gdy przekroczymy granicę z Hiszpanią.

Hiszpania
Kraj Szynki, Wina, i kolorów. Tutaj wparowaliśmy z wielkim hukiem. Miałem na początkowych odcinkach bowiem możliwość odwiedzenia starych znajomych z czasów gdy mieszkałem w tamtych rejonach. Oboje byliśmy w świetnej formie psychicznej i fizycznej. Upały które nas męczyły we Francji zostawiły po sobie ślad w postaci opalenizny i już Hiszpańskie słońce nie było takie straszne. Pogoda była na tyle znośna, że często sypialiśmy gdzieś w terenie pod jakimś zadaszeniem albo po prostu pod gołym niebem. Napotykaliśmy po drodze całe rzesze ludzi którzy podążali w tym samym kierunku co my bo do Santiago de Compostela. Północna Hiszpania bo tą właśnie trasą szliśmy jest gorąca za dnia ale zimna w nocy. Tak samo jak można mieć cały dzień słonce tak samo można mieć i deszcz. Ta różnorodność sprawiała, że nie raz cieszyliśmy się odpoczynkiem na plaży a następnego dnia chowaliśmy się przed deszczem w opuszczonym budynku przypominającym szałas.Hiszpania była już tą ostatnią prostą, już w głowie pojawiała się świadomość tego końca który jest nieunikniony i pojawiało się zarazem pytanie: „czy naprawdę to koniec?”. Znaki oznajmiające ile km pozostało do Santiago wskazywały coraz mniejszą wartość, pogoda robiła się coraz bardziej kapryśna. Uśmiechaliśmy się do siebie i jednocześnie w tym marszu czekając na koniec tego końca wcale nie chcieliśmy, bo to nie miejsce było celem a ta droga, Ci ludzie, te historie i przygody. Katedra w Santiago oznajmiała, że dokonało się coś dla mnie i w moim życiu wielkiego. Przełamałem swoje słabości, zaryzykowałem zyskując wielką przygodę. Nawet mam wrażenie, że w pewien sposób dorosłem po tym wszystkim.

Po Santiago poszliśmy jeszcze 90 km dalej a potem pojechaliśmy na stopa do Portugalii i także autostopem do domu do Polski. Po tym wszystkim fajnie było znowu wrócić do domu i trzymając w sercu tę przygodę.

16. Michał Marciniak- Słyszałem 303 języki

Michał Marciniak- Słyszałem 303 języki

Cel wyprawy : Eksploracja górskich terenów Dagestanu i Czeczenii

Na terytorium wielkości dwóch polskich województw mówi się w 303 językach. Broń to powszechny widok, a nóż stanowi przedłużenie ręki, nawet u młodych chłopców. Tamtejsi ludzie nie rozumieją pojęcia turystyka, dla nich byłem oszołomem, szpiegiem bądź zwiadowcom. Niektórzy z nich przyjmowali mnie pod swój dach, traktując jak członka rodziny, ale spotkałem również takich dla których byłem wrogiem. Doświadczyłem tylu sprzeczności, że chwilami czułem jakby to co widzę nie było realne. Do górskich wiosek Dagestanu nie dociera prawo Federacji Rosyjskiej, występują tam tylko dwa kolory biały i czarny, a do bólu prostolinijni ludzie mogą Cię pokochać albo zabić. Zabrzmi to protekcjonalnie, ale czasami czułem się jak odkrywca. Nie zmienia to faktu, że to cudowna, pasjonująca kraina, gdzie ogrom kaukaskich gór i dolin zlewa się z ciszą, tworząc poczucie bezkresu. W przeciwieństwie do Gruzji na Kaukaz Północny nie dociera wielu gości z zagranicy,dlatego też spodziewałem się wielkiej przygody. Nie zawiodłem się. W Dagestanie poznałem swojego przyszywanego ojca z dumnego, okrutnego rodu Awarów. Zapoznałem dziesiątki policjantów podczas rutynowych, codziennych przesłuchań. Mężczyzn którzy deklarowali że wkrótce wyjadą do Syrii, walczyć w szeregach ISIS oraz zwykłych ludzi, którzy są solą każdej podróży. Na koniec zatęskniłem za moją Ojczyzną, siadłem na kaukaskich zboczach, spojrzałem wstecz i poczułem dumę, że dane mi było poznać tych niesamowitych ludzi. Dlatego chciałbym opowiedzieć o ich historiach, bo jestem im to winien. O zwykłych niewidocznych osobach, które otoczyły mnie opieką i ciepłem.

4 6 11

RELACJA Z WYPRAWY:

Miała to być wyprawa rowerowa, lecz ze względu na niebezpieczeństwa czekające rowerzystę na Kaukazie Północnym, zdecydowałem się na wyprawę autostopową, ażeby być bliżej ludzi. Mając na sumieniu, rowerowy charakter wyprawy, postanowiłem znaleźć sportowy substytut. W ten sposób kolejny raz odwiedziłem Iran, tym razem żeby zdobyć jego najwyższy szczyt – Damavand. Już na miejscu, spostrzegłem, że powyżej chmur, nie obowiązują ograniczenia obyczajowe. Kobiety swobodnie zagadują mężczyzn, a oni z wielką fascynacją obserwują ich odkryte, długie włosy. Świat z którym spotkałem się na 4tyś. n.p.m. to zupełnie inna rzeczywistość niż ta która obowiązuje na nizinach. Alkohol często miesza się z herbatą, a widok Iranek siadających na kolanach swoich kolegów to normalna sytuacja. Po drodze wspinacze pozdrawiają Cię gromkim „Mashallah”, co znaczy „niech Bóg da Ci siłę”. Tak też, wielkim nakładem siły stanąłem w końcu na najwyższym szczycie Iranu. To skromne dokonanie zupełnie zmieniło moje podejście do gór, jak również nabrałem jeszcze większego szacunku do tych którzy wspinają się na najwyższe szczyty naszej planety. Cyborgi.

Po krótkim odpoczynku, niezwłocznie ruszyłem w kierunku Armenii, a żeby później przez Gruzję przedostać się do Rosji na Kaukaz Północny. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to ogrom wojska, który tam zastałem. Czołgi, samochody opancerzone, gąsienice, ciężarówki wypełnione soldatami to rzecz powszechna, która na miejscowych nie robi żadnego wrażenia. Ja za to byłem w innym świecie, co 30 km posterunek kontrolny opleciony workami z piaskiem i wystającymi z nich karabinami. Wtedy to zdałem sobie sprawę, że to na prawdę jest Czeczenia. Szybko zboczyłem z głównej trasy i skierowałem się w góry. Równie szybko rosyjskie wojsko cofnęło mnie z powrotem. Okazało się, że nawet pomimo tego że posiadam stosowne pozwolenie w głąb republiki nie wjadę. Wtedy to pierwszy raz zostałem nazwany szpiegiem i tak jakby się przyjęło. Ta nieszczęsna łatka nie dała mi o sobie zapomnieć.

Nie tracąc czasu ruszyłem w kierunku Dagestanu, gdzie panuje bardziej liberalne prawo, pozwalające natrętnym turystom na trochę więcej. Po drodze napotkałem Ahmeda, który kiedyś pracował w Polsce. Chcąc się odwdzięczyć za całe dobro, które spotkało go w naszym kraju, postanowił mnie podwieźć do sąsiedniej republiki, a konkretnie do miejscowości Botlikh. Zostałem tam powitany z wielką ekscytacją i nie było właściwie mieszkańca, który minął by mnie obojętnie. Zaczęły się pytania i niedowierzania. A na moje „nie jestem głodny” moi rozmówcy zapominali rosyjskiego i zaczęli przynosić jedzenie. Od małego chłopca dostałem pistolet, gdyż tam w górach są niedźwiedzie i na pewno mnie zjedzą. Na szczęście ojciec chłopaka szybko odebrał ode mnie swoją zgubę. A moją osobę troska chłopca wręcz zawstydziła. Po sympatycznym powitaniu przez miejscowych, zostałem zaatakowany nożami przez młodocianych awanturników pod wpływem. Moim deux ex machina okazała się rosyjska bezpieka, czyli FSB. Funkcjonariusze nie przejmując się moim losem , grzecznie poprosili mnie o dokumenty, nie zważając na moich oprawców. Wtedy to zrozumiałem, że mogę tu liczyć tylko na siebie. Po sprawdzeniu dokumentów, niezwłocznie udaliśmy się na pobliski posterunek Federalnej Służby Bezpieczeństwa, gdzie byłem przesłuchiwany przez 4 godziny. Treść przesłuchania zachowam dla siebie, gdyż nie było by czego opowiadać na prelekcji ! Szczęśliwy wyszedłem, aby kolejne 4 godziny spędzić na policji, również na przesłuchaniu. Zwolniony zostałem późnym wieczorem, policjanci znaleźli dla mnie kwaterę, kupili starego pieczonego kurczaka i położyli spać. Podczas konsumpcji tego zacnego posiłku, drzwi od mojego pokoju zostały wyważone soczystym kopniakiem, a ja sam byłem na muszce jednego z policjantów. Jak się później okazało jako jedyny z całego posterunku, przespał mój przyjazd i zobaczywszy zapalone światło, stwierdził że muszą się tam chować terroryści. A okazało się, że to tylko ja. Tak więc pistolet został schowany do kabury, a sam szeryf przeprowadził ze mną koleżeńską rozmowę. Potem było już tylko lepiej. Wielkie imprezy na moją cześć, gdzieś wysoko w górach, zabijanie kóz, baranów, ofiarowywanie swoich córek, kuzynek, czy bratanic. To w Dagestanie poznałem swojego drugiego ojca, dumnego reprezentanta okrutnego niegdyś ludu Awarów, który otoczył mnie swoją opieką. Rozegrałem mecz koszykówki na 2tyś m. n.p.m. Rozmawiałem z mężczyznami którzy deklarowali że walczyli po stronie ISIS w Syrii, bądź dopiero się tam wybierają. Piłem pod stołem, ażeby nie zobaczył mnie Allach, albo z zamkniętymi oczami, co by nie widzieć jego gniewu. Wielokrotnie byłem oskarżany o szpiegostwo, a mój kraj o dążenie do zniszczenia światowego porządku i pokoju. Po Magomedzie-Ali, popularnym w regionie partyzancie, bądź jak część uważa terroryście dostałem swoje islamskie imię, które brzmi Makchach. No i bym zapomniał ! Bez żadnych zahamowań wypróżniła się przede mną młoda kobieta. Pewnie zabrzmi to protekcjonalnie, ale chwilami czułem się jak odkrywca, czasami budziłem się i rozmyślałem czy to co się działo wczoraj to był sen, czy rzeczywistość. Nie obyło się też bez chwil samotności, pieszych wędrówek przez bezkres Kaukazu, który podziwiałem jednocześnie czując strach i respekt. Widziałem maleńkiego sokoła ze złamanym skrzydłem, zostałem zaatakowany przez psy pasterskie wielkości kucyka. A nawet jadłem bezsprzecznie najlepsze masło jakie poznał świat. Przemierzałem opuszczone miasta i poznałem zwykłych prostych do bólu kaukaskich górali, których prostota mnie ujęła. Wszystko zakończyłem zwiedzaniem Groznego, który nadal leczy rany po dwóch przebytych wojnach i odwiedziłem Biesłan, gdzie 1 Września 2004r. terroryści napadli na miejscową szkołę. Nie była to najdłuższa ani najbardziej efektowna wyprawa ale na pewno najcenniejsza. Odkryłem w sobie zakątki, o których wcześniej nie miałem pojęcia, a „prostaki” z gór otworzyły mój umysł na to co w życiu najważniejsze. Poczułem wolność, której wcześniej nie znałem. A ludzie których miałem zaszczyt spotkać, sprawili że chcę być lepszym człowiekiem.

17. Teresa Chudecka- Tańcząca ze Światem w Ameryce Południowej

Teresa Chudecka- Tańcząca ze Światem w Ameryce Południowej 

Cel wyprawy:

Samotne przemierzenie Ameryki Południowej i nauczenie się po minimum 2 tradycyjnych tańcach z każdego kraju. Poznanie kultury latynoamerykańskiej poprzez taniec. Omijanie turystycznych noclegów i środków transportu, spanie głównie u miejscowej ludności…

Cel osiągniety: Przemierzenie 8 krajów Ameryki Południowej. Uczestnictwo w dwóch największych karnawałach świata (Rio de Janeiro i Barranquilla) i kilku mniejszych (Montevideo, Puno…). Nauczenie się podstaw 12 tańców latynowskich i zbadanie ich wpływu na miejscową kulturę. Znalezienie osób, którym taniec zmienił życie (np.: mieszkańcy brazylijskich faveli…). Potwierdzenie tezy, że taniec jest jednym z najważniejszych przejawó1) kulturowych Ameryk Południowej zbliżający ludzi do siebie. Łamie podziały i pozwala się otworzyć. Zaryzykuję stwierdzenie, ze im biedniejsze społeczeństwo tym więcej tańczy i jest bardziej szczęśliwe (Paragwaj i Kolumbia jako jedne z najszczęśliwszych narodów na świecie).

Pośrednim celem było też przekazanie idei tańca w Polsce, co udało mi się na festiwalach opowiadając o swoich przygodach.

pelcz-2 pobrane (1) pobrane

Tess 2 lata temu postanowiła rzucić normalne życie na etacie i wyruszyć w podróż…tak zaczyna się typowa opowieść o samotnie podróżującej kobiecie. Jednak jej opowieść jest trochę inna, ponieważ ona postanowiła przetańczyć świat. Wierzy w to, że poprzez taniec może dogłębnie poznać miejscową kulturę i również całkiem się w niej zatracić. Zaczęła swoją podróż od miejsc, w których jest on najważniejszą częścią kultury, dostrzeganą na każdym kroku, wychodzącą z głębi serca mieszkańców. Pełna strachu ale również pozytywnej energii samotnie przemierzyła Amerykę Południową. Chciała odnaleźć korzenie tańca oraz udowodnić, że samotna kobieta może podróżować po najdalszych zakątkach świata. Podążając za dźwiękami muzyki przemierzyła kontynent wszystkimi możliwymi środkami transportu łącznie z motocyklem, autostopem, helikopterem i paralotnią. W trakcie podróży jej się uczestniczyć w największych karnawałach świata oraz poznać ich znaczenie dla miejscowej ludności. O podróżach Tess można pisać wiele: dotarła do kolumbijskiej dżungli, by odkrywać nowe gatunki motyli, w Peruwiańskiej szkole uczyła dzieci tańczyć, samotnie przeszła Ilha Grande (jedną z najpiękniejszych wsyp świata), poznała wnuka Polskiego imigranta który sam skonstruował samolot, poznała życie w brazylijskich Favelach, znalazła się w samym sercu Rajdu Dakar a na koniec została nielegalnym imigrantem. O tym, jak wielkie znaczenie ma taniec w Ameryce Południowej i jak nauczyła się żyć według zasady: Najpierw być, później mieć.

18. Michał Kozok- Ameryka Południowa Siłami Natury

Michał Kozok- Ameryka Południowa Siłami Natury 

Blisko 10-miesięczne, samotne, przekroczenie Ameryki Południowej z jej przylądka południowego na północny, stuprocentowo bez użycia silnika. Adrenalina szalała przy przedzieraniu się z maczetą przez wilgotną dżunglę, mroźne zdobywanie szczęciotysięcznego szczytu Andów, poczucie wolności podczas trekingu przez wietrzną pampę Patagonii, pokonywanie śnieżnych zapór podczas ciągnięcia wózka przez Altiplano, wędrówka przez suchą Pustynię Atacama, czy wiosłowanie w upale po kawowym dorzeczu Amazonki.

Z przylądka południowego kontynentalnej Ameryki Południowej, Cabo Froward, biegiem do miasteczka Puerto Natales.

Następnie pieszo na przełaj przez patagońską pampę – był to okres głodu, gdyż po stronie argentyńskiej nie miałem dobrych map topograficznych, również w dwóch miejscach lokalni zgubili moje zrzuty jedzenia (udało się natomiast znaleźć wszystkie zrzuty zawieszone na drzewach i zakopane w ziemi). W miejscu gdzie góry, jeziora i kaniony były najbardziej odizolowane, przez 16 dni nie miałem możliwości uzupełnienia zapasów – straciłem 6 kg wagi.

136b 349 2013-03-26 20.56.55

Północna Patagonia to pchanie wózka sklepowego, a kiedy skończył się asfalt, taczki.

Najtrudniejszy fragment to Park Pumalin – bardzo gęsty las (pierwsza godzina to 300 metrów pokonanego dystansu). 5 dni przedzierania się przez busz, na koniec nadmuchałem swój ponton i spływałem rzeką – niestety zderzyłem się z leżącym drzewem, wypadłem do wody, ponton z suchą odzieżą, namiotem, mapami itp – odpłynął. Miałem sporo szczęścia – odnalazłem go.

Morski kajak – północna część Parku Pumalin.

Rower i hulajnoga towarzyszły mi do Antofagasty, gdzie złożyłem wózek do ciągnięcia – bez pomocy z zewnątrz przemierzyłem pustynię Atacama.

Magiczne Altiplano to kontynuacja marszu z wózkiem. Na deser zdobycie najwyższego szczytu Boliwii – Sajama, 6542m.

Prowizoryczną żaglówką przez Jezioro Titicaca, następnie przejście przez zimne Andy i zejście w gorącą dżunglę. Sporo strachu, gdyż nie miałem doświadczenia, ale spotkanie pumy wynagrodziło ten wysiłek.

Dalszą część dżungli pokonałem z przewodnikiem – najbardziej odizolowana i zarośnięta część podczas całej wyprawy, 9 dni w dziczy (w tym tydzień bez spotkania drugiego człowieka, a w 4 kolejne dni zrobiliśmy 14 kilometrów).

Rio Beni – teoretycznie byłem przygotowany, ale znowu brak praktycznego doświadczenia, ponieważ nigdy nie spływałem żadną rzeką. Kupiłem dłubankę i przez 13 dni pokonywałem 900 km dzikiej rzeki. Oprócz interesującego eksperymentowania z nurtem, podwodnymi palami, falami, wiatrem, mieliznami czy zwierzętami, najciekawsze było poznanie prostego i uczciwego rybaka, który płynął ze mną przez trzy dni.

W Brazylii mały kryzys wyprawy – kilka faktorów, ale naciężej było po sytuacji, w której o mały włos skończyłbym rowerem pod kołami ciężarówki.

W celu urozmaicenia drogi przez Amazonię zakupiłem deskorolkę – niestety chińszczyzna rozleciała się pierwszego dnia. Kupiłem więc rolki – czad, bardzo przyjemnie się jechało. Tylko nie potrafiłem się zatrzymać, a zjazdy w dół przyprawiały o zawał serca.

Samotne przekroczenie rzeki Amazonki w małutkim canoe też było niezapomiane – szczególnie kiedy w moim kierunku płynął wielki kontenerowiec.

W Wenezueli zacząłem od lotu paraglidingiem.

Jednym z ostatnich wyzwań było dotarcie bez użycia silnika do najwyższego wodospadu świata. Trzy tygodnie bez większej cywilizacji (z wyjatkiem miasteczka Canaima) należą również do niezapomnianych. Rowerem, pieszo, canoe. Korzystałem z przewodników – w dół rzeki płynęli dobrze, nieźle pokonywali katarakty, ale kiedy mieliśmy wiosłować pod prąd rzeki – odmówili. Trzeba było przedzierać się przez selwę, z łowieniem ryb i polowaniem po drodze.

Natomiast kiedy już samotnie wracałem do cywilizacji, dróżkę terenową zalała woda – było coraz głębiej, aż trzeba było nosić plecak na głowie. Wokół było też pełno śladów jaguarów.

Przejście na Punta Gallinas, przylądek pólnocny kontynentu, przez kolumbijską pustynię. Bez map, więc trochę szarpania w nadmorskim błocie. Poza tym walka w namiocie z skorpionem, jak i deszcz niespodzianka – spanie w kałuży (na pustynii!).

9.5 miesiąca 100% bez uzycia silnika (włącznie z windami i ruchomymi schodami), 13,588 km z przylądka na przylądek.

19. Michalina Kupper-Tajemnicza Oceania

Michalina Kupper-Tajemnicza Oceania

Cel wyprawy:

– dotarcie i zamieszkanie z ludami żyjącymi w odległych rejonach Papui

– nauka tradycyjnego rzemiosła i czynności typowych dla kultury papuaskiej

– poznanie kultury aborygeńskiej, dotarcie do ich świętej ziem, zamieszkanych tylko przez Aborygenów (dla białych wstęp wzbroniony)

Podróż trwała od stycznia do września 2016 roku. Była wędrówką po Australii, Nowej Zelandii i Papui Nowej Gwinei. Samolotami, busami i autostopem.

Podczas podróży odkryłam:
– dlaczego stolica Papui znaduje się w 10 nabardziej niebezpiecznych miast świata
– w jaki sposób powstało ponad 800 zupełnie odrębnych od siebie języków w jednym kraju (i są nadal używane)
– jak przetrwa 10 osobowa rodzina, która nie generuje żadnych zysków?
– dlaczego głównym środkiem lokomocji pomiędzy miastami jest samolot
– w co bawią się mali Papuasi
– skąd brały się, jeszcze do niedawna pospolite. dzieciobójstwo, szamanizm i ludożerstwo

Podczas spotkania ze mną można dowiedzieć się m.in. o:

– polowaniu z Aborygenami na żółwie w parku narodowym oraz ich życiu w „rezerwatach”
– wspinaczce na Mt.Kościuszko w Australii
– wielkanocnej wędrówce po największej piaszczystej wyspie na świecie i spotkaniu z dzikim dingo

– surfingu bez deski na plaży
– gorących źródłach w Nowej Zelandii zimową porą

– gejzerach i wędrówkach z Maorysem po rodzimej ziemi pierwszych osadników
– specyfice najlepszych imprez w Papui

IMG_0511 IMG_9601 PNG1

Relacja z podróży:

 

  1. dzień

Prosto z samolotu trafiam na uroczystość. Wpadam chwilę po rozpoczęciu. Większość gości zajęła miejsce pod namiotami, na szczęście znajduję odrobinę cienia pod krzakiem. Jestem jedynym nie-papuaskim gościem prócz misjonarzy. Tańce w pięknych, tradycyjnych, strojach, przerażające i krwawe dowody swego męstwa (dzielności, ofiary?), wielka świnia w darze, którą skosztują wszyscy uczestnicy i cudowny śpiew oraz mnóstwo drogocennych, ręcznie robionych prezentów dla rodziny nowego biskupa od gości z wszystkich zakątków Papui. Chłonę każdą sekundę. To jest najbardziej niezwykła i kolorowa msza na jakiej byłam.

Następnego dnia przyjmuję zaproszenie od kobiet do odwiedzenia okolicznych domostw. Rozpoczynam kolekcję papuaskich toreb otrzymywanych w prezencie. Rozpoczynam też leczenie oparzeń 3 stopnia po słońcu dnia poprzedniego. 

  1. dzień, drugi dzień pobytu u papuaskiej rodziny 

Wybieramy się do ogrodów, które są poletkami bananowców, mango, papai i ziół oraz kawałkiem bushu koło rzeki. Są dość daleko, człowiek zdąży się spocić i zmachać po górkach, ale przy 90% wilgotności to norma. Moja papuaska rodzinka chodzi boso, ja nie potrafię stąpać po gorącej drodze i ostrych kamieniach rzeki, którą trzeba za każdym razem przekraczać.

Codziennie spędzamy parę godzin na wyprawię po jedzenie i przygotowywanie do spożyci. Dzisiaj robimy sago. W największym skrócie – mielimy potężne drzewo na wiór. Niesamowicie wyczerpujące zajęcie. Wszystko po to, aby z wypłukanych wiórów, uzyskać mączkę o właściwościach naszej ziemniaczanej (kisiel), która nie dostarcza zbyt wielu wartości odżywczych.

Robimy to wszystko nad rzeką a więc komary atakują niemiłosiernie, żadne najmocniejsze

specyfiki nie działają. Papuasi nie mają bąbli i nie spalają się na słońcu. Czuję się jak kosmita z dziwnymi ranami, schodzącą skórą, butami na nogach i blond, prostymi włosami, których dotykąją wszystkie kobiety. Dowiaduję się że jestem pierwszą białą kobietą, która ich odwiedziła.

Cały czas zastanawiam się jakim cudem wrócę bez wesz, śpiąc obok Papuasów i czochrając się z dziećmi? Albo jak uniknę malarii wciąż gryzona przez komary oraz pasożytów pijąc z tego samego bajora…?

Codziennie po kolacji, która jest modyfikacją potraw ze śniadania i obiadu, jest czas na story time. Wspominamy wszystkie śmieszne zdarzenia poprzedniego dnia. Zawsze dowiaduję się ciekawych rzeczy. Dziś gospodarze wytłumaczyli mi, że ich plemienne języki są zupełnie inne. Nie znają ich, więc porozumiewają się w uniwersalnym „pidgin”. Następnego dnia podczas sprzeczki, każdy kłóci się w swoim języku.

  1. dzień

 Mentalnie przygotowuję się do powrotu. Dzieci też jakby czują nadchodzące rozstanie. Nie idą do szkoły. Mama próbuje zdążyć wydziergać wszystkie torby, postanowiła obdarować nimi całą moją rodzinę. 2 torby to równowartość dziennej, polskiej pensji. W języku pidgin każe dzieciom iść nad rzekę. Pytam czy dobrze zrozumiałam, że poszły tam same. „Inaczej byśmy nie skończyły”, odpowiada. Oczami wyobraźni widzę wszystkie niebezpieczeństwa czyhające na parolatków – jadowite węże, 10 cm. kolce drzew, maczetę gdy próbują otworzyc kokosa i konary drzew, obok których lądowali skacząc z paru metrów do rzeki. 

Popołudniu do nich dołączam. Z najstarszą siostrą wspólnie wysiadujemy w rzece i podpowiadamy młodym najbardziej efektywne miejsca do skakania. Zastanawiam się, co mogłabym im sprezentować, gdybym miała nieograniczone środki finansowe. Zrewolucjonizowalabym wyposażenie szkoły? Wybudowałabym nową? Kupiłabym rowery, żeby skrócić ich drogę do szkoły o 2 godziny dziennie? A moze wycieczkę do Polski?

Co za mrzonki, właśnie wydaję ostatnie pieniądze na powrót do domu. Musiałabym wymyślić jakiś wyjątkowo szybki sposób wzbogacenia się.

Spośród gloniastych kamieni w rzece, wyczuwam podejrzanie chropowaty okaz. Podnoszę go i łamie bez celu. Kruchy kamień dzieli się na 2, a środek intensywnie złoci. Podsuwam znalezisko pod nos. Ewidentnie kawałki złota mienią się w promieniach słońca. Kawałki, które jak się okaże, nie mogę oddzielić od reszty.

Eh, gdyby tak lepiej werbalizować swoje pragnienia….

20. Dominik Wójcik- Czarnobyl (a)live

Dominik Wójcik- Czarnobyl (a)live

Trzy wyprawy. Dwie zorganizowane, trzecia prywatna: Krystian Machnik, Daniel Piątek, Hubert Jarmołowicz

Kiedy?
1. 2-5 września 2010
2. 2-7 lipca 2016
3. 26 lutego – 4 marca 2017

Cel wyprawy:

Czarnobylską Strefę odwiedziłem w życiu trzykrotnie. Za każdym razem, celem była eksploracja tzw. Zony, czyli terytorium wysiedlonego po katastrofie w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej im. W. I. Lenina.
Łącznie, w Strefie Wykluczenia spędziłem dziewięć dni, podczas których miałem przyjemność eksplorować opuszczone miasto Prypeć, miasteczko Czarnobyl, mnóstwo zapomnianych wiosek, tajemnicze i wymagające wspinaczki budynki i instalacje w Zonie: radar pozahoryzontalny DUGA, żurawie portowe, Zakłady Jupiter. Spotkałem również panią Olgę – samosiołkę, czyli osobę, która po wysiedleniu wróciła na swoją ziemię i mieszka tam do dzisiaj.

1 2 4

Relacja:

Marzenie wyjazdu do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia wykiełkowało u mnie w rocznicę katastrofy – 26 kwietnia 2010 roku. Miałem wtedy 19 lat. Słyszałem już wcześniej o awarii, natomiast miałem jedynie ogólną wiedzę – doszło do wybuchu i skażenia. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy jaka fantastyczna przygoda otwiera przede mną swoje wrota.

Tego dnia przypadkiem trafiłem na film „Bitwa o Czarnobyl”. Podczas oglądania… zasnąłem, a kiedy się obudziłem, byłem już kimś zupełnie innym. Zacząłem przeszukiwać Internet w poszukiwaniu informacji. Kilka dni później dotarłem do biura podróży, które organizowało ekstremalne wyprawy, między innymi właśnie do Czarnobylskiej Strefy. Nie wahałem się i w miesiąc później podpisałem już umowę.
Po raz pierwszy do Zony pojechałem 2 września. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Kijowie. Do Strefy wjechaliśmy na jeden dzień – 4 września. To był mój pierwszy raz w miejscu, które dzisiaj jest najbardziej niezwykłym przykładem tego jak będzie wyglądał świat po upadku cywilizacji. 4 września 2010 roku starczyło czasu tylko na obejrzenie najbardziej znanych punktów w opuszczonym mieście – Prypeci. Niegdyś ta miejscowość, położona trzy kilometry od elektrowni, zbudowana specjalnie dla pracowników CzEJ i ich rodzi, liczyła 50 tys. ludzi. 27 kwietnia 1986 roku została ewakuowana. W ciągu kilku godzin, Prypeć stała się miastem duchów, ówcześnie największym skansenem Związku Radzieckiego. Zobaczyłem dom kultury „Energetyk”, basen, hotel Polesie, plac główny i kilka innych budynków, niestety wszystkie z zewnątrz. Podobnie było z żurawiami portowymi i radarem pozahoryzontalnym DUGA, które mogłem podziwiać wyłącznie z dużej odległości. Udało się podjechać pod samą elektrownię i legendarny sarkofag, przykrywający uszkodzony reaktor numer 4. To nie była wyprawa, która zaspokoiła moją ciekawość, dlatego obiecałem sobie, że kiedyś tutaj wrócę.
Pierwsza wycieczka do Zony była również początkiem mojej pasji, którą z powodzeniem realizuję do dzisiaj – eksploracji miejskiej. Polega na wchodzeniu do wszelkich trudnodostępnych miejsc, które ludzie porzucili, w różnych okolicznościach, dawno temu. Są to wszelkie obiekty industrialne: fabryki, huty, kopalnie, także dworki i pałace, również szpitale, obiekty sakralne czy zwykłe domy i bloki mieszkalne. W każdym z takich miejsc próbuję odkryć tajemnice jakie kryją się w jego murach, a także dostarczyć organizmowi adrenalinę – obiekty, które eksploruję, często są w fatalnym stanie technicznym. Od lutego 2016 roku prowadzę, wraz z trójką przyjaciół, stronę na Facebooku: Visible Past, gdzie publikujemy zdjęcia, filmy i opisy opuszczonych miejsc w Polsce. Sporo miejsca poświęciliśmy również Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia.
Do Zony wróciłem w lipcu 2016 roku. Kilka miesięcy wcześniej trafiłem na ludzi, których pasja do eksploracji i ciekawości zagadnień związanych z Czarnobylem co najmniej równała się mojej. 2 lipca ruszyłem z nimi na swoją drugą wyprawę, podczas której w Strefie spędziłem trzy dni. Tym razem, mimo nienajlepszego przewodnika, który bardzo ograniczał kilkunastoosobową grupę, udało się zobaczyć dużo więcej. Przede wszystkim weszliśmy do kilku szkół i przedszkoli, w których do dzisiaj można znaleźć mnóstwo pozostałości po zajęciach kiedyś tam prowadzonych. Zabawki, lalki, kolorowe książeczki, zeszyty, dzienniki, pomoce naukowe, meble – to wszystko można dzisiaj zobaczyć w placówkach edukacyjnych Prypeci. Poza tym, weszliśmy również na basen, wieżowiec Fudżijama-bis, remizy strażackiej, komisariatu milicji wraz z aresztem, poczty z centrum komunikacyjnym czy ośrodka wypoczynkowego Izmrudnoje. Po raz kolejny podjechaliśmy pod elektrownię, gdzie zawitaliśmy na , budowie nowego Sarkofagu – największej osłonowej budowli na świecie. Poświęciliśmy też sporo czasu na wycieczkę po Czarnobylu, który jest dzisiaj zamieszkany przez około 3000 ludzi, zajmujących się dozorowaniem Strefy, oprowadzaniem wycieczek, badaniem ekosystemu itd. Szukaliśmy również miejsc o podwyższonym promieniowaniu. Znów dotarliśmy pod radar DUGA, na który pozwolono nam się wspiąć. Niestety, tylko na czwarte piętro, z 21, czyli na około 30 metrów, ze 150. W czasie wyprawy spotkaliśmy mnóstwo zwierząt, m.in. lisa Siemiona czy kotkę Wasilisę, które są niezwykle towarzyskie i nie boją się ludzi. To właśnie te stworzenia sprawiły, że pojawił się u mnie pomysł stworzenia pokazu „Czarnobyl (a)live!” Jeden dzień poświęciliśmy eksploracji opuszczonych wiosek. W jednej z nich poznaliśmy samosiołkę – Panią Olgę Juszczenko, o której można by opowiadać godzinami. Kobieta, która żyje samotnie i utrzymuje się z tego co sama stworzy, bez prądu, bieżącej wody i sąsiadów dookoła. Ta babuszka zaraziła mnie swoją niesamowitą energią i radością życia, i przekonała, że Czarnobyl naprawdę żyje.
Mimo że zobaczyłem o wiele więcej niż za pierwszym razem, mój apetyt nie był zaspokojony. Czegoś mi brakowało. Doskonale wiedziałem czego. Trzecia wyprawa, w czteroosobowym gronie, zaczęła się 26 lutego 2017 roku. Pierwszy dzień spędziliśmy na pograniczu Strefy. Można tam spotkać ludzi, a na wjazd nie trzeba żadnych pozwoleń. Mimo to, skutki katastrofy są tu widoczne. Kolejnego dnia wjechaliśmy do Strefy, gdzie spędziliśmy cztery dni. Właśnie ta wyprawa przyniosła mi wszystko to, czego od tego miejsca potrzebowałem. Mała grupa i fantastyczny przewodnik to wiele możliwości. Udało się dostać w najbardziej niedostępne miejsca na basenie, eksplorować Ekocentr – przedszkole przekształcone w magazyn/laboratorium, gdzie do dzisiaj pomiędzy dziecięcymi zabawkami walają się próbki gleby, trawy i roślin pobierane sukcesywnie po katastrofie, fermę norek, gdzie po awarii w elektrowni sprawdzano jaki wpływ ma promieniowanie na te zwierzęta czy tajemnicze osiedle PKM 169, wyłączone z terenu Prypeci. Udało nam się też dostać do niesamowitych podziemi zakładów Jupiter – na co dzień są zalane po kolana, my jednak chodziliśmy po lodzie, który potem się załamał. W tych piwnicach panuje poważne skażenie chemiczne – mnóstwo jest tam odczynników, które rozlały się i zmieszały z wodą i same z sobą. Poszukiwaliśmy tam dowodów na potwierdzenie spiskowych teorii, które mówią m.in. o tym, że w fabryce nie produkowano, jak oficjalnie się mówi, podzespołów do magnetofonów, a przetwarzano paliwo jądrowe na cele militarne. Poszliśmy też do szpitala, w którego piwnicach można odkryć mundury strażaków, którzy brali udział w akcji przy płonącym reaktorze. Do dzisiaj można tam zmierzyć ogromną wartość promieniowania. Oczywiście, po raz kolejny eksplorowaliśmy wioski. Odwiedziliśmy Panią Olgę, którą… kilka dni wcześniej okradziono. Zostaliśmy u niej ponad sześć godzin, chcąc jej pomóc. Kupiliśmy jej mnóstwo jedzenia, narąbaliśmy drewna, zabezpieczyliśmy szopę, w której je trzymała, naprawiliśmy też furtkę, którą bandyci zniszczyli i podarowaliśmy zegar z budzikiem. Poza tym rozmawialiśmy, byliśmy i słuchaliśmy tej niesamowitej kobiety.
Na tej wyprawie spełniło się moje marzenie. Tym razem, szczyt radaru DUGA został zdobyty. Pokonując 150 metrów po zardzewiałych, trzęsących się na wszystkie strony drabinkach, w ogromnej wichurze, udało się dotrzeć na samą górę, skąd panował widok… nie do opisania. To był cel, do którego dążyłem od siedmiu lat. Jedno z największych marzeń, jakie udało mi się spełnić.
To jeszcze nie koniec mojej przygody z Czarnobylską Strefą Wykluczenia. Jestem pewien, że tam wrócę, ponieważ to miejsce ma w sobie jakiś magnetyzm – jeśli już raz przekroczy się bramy Prypeci, trzeba tutaj przyjechać ponownie. Ogłuszająca cisza, wszechobecna pustka i setki tajemnic jakie skrywa Czarnobylska Strefa – to wszystko nadal na mnie czeka. Nie pozwolę, żeby czekało długo.