ZGŁOSZENIA DO HALIKÓW

Projekty/podróże/wyprawy zgłoszone do statuetki im.Tony’ego Halika. Czekamy na Wasze zgłoszenia do 23 kwietnia 2019. Wyniki ogłosimy 18 MAJA 2019 podczas GALI przyznania statuetek. Niektórych zgłoszonych zaprosimy do Bydgoszczy (ostatecznie potwierdzimy zaprosiny do 30 kwietnia 2019), aby opowiedzieli nam swoje niesamowite historie NA ŻYWO. Zapraszamy do zakładki HALIKI.

1. Gazelą 4x4 do arktycznej Rosji- Rychłowski Michał

Gazelą 4×4 do arktycznej Rosji- Rychłowski Michał 

Towarzysze podróży:

Jacek Kędzierski , Dariusz Obst ,Łukasz Kilichowski

Rozpoczęcie podróży-  18 luty 2018; zakończenie 15 marzec 2018

Celem podróży było dotrzeć zimą za krąg polarny w arktycznej Rosji.  Wjechać na bezdroża tundry i znaleźć jej rdzennych mieszkańców Nieńców.

Bez wielkich pieniędzy i sponsorów zrealizowaliśmy szalony pomysł zimowej podróży za krąg polarny na północy Rosji. Pracując po nocach, w miesiąc przygotowaliśmy pojazd, stary rosyjski Gaz Gazela 4×4. Tym wehikułem dojechaliśmy tam gdzie nie ma już normalnych dróg, tylko czasem zdarzają się tymczasowe drogi zimowe zwane ZIMNIKAMI. Dzięki kołom niskiego ciśnienia własnej konstrukcji, przebiliśmy się przez bezdroża tundry i dotarliśmy do miejscowości NarYan Mar. Po drodze udało nam sie spotkać rdzennych mieszkańców tundry Nieńców. Działo się to w mało znanej krainie, gdzie wszyscy ludzie są bardzo przyjaźni i pomocni, a temperatura spada poniżej -40 stopni.

 

DCIM100GOPROG0209306.

dav

rychlowski (5) rychlowski (6) rychlowski (8) rychlowski (10)Szersza relacja z wyprawy : Michał Rychłowski – Gazelą 4×4 do arktycznej Rosji.

W Rosji za kręgiem polarnym byliśmy już w 2016 r. „normalnymi” samochodami terenowymi. W warunkach jakie panują w tundrze takie samochody się nie sprawdzają. Rosjanie używają tam pojazdów typu Trekol, których konstrukcja oparta jest na kołach niskiego ciśnienia. Takie koła nie zapadają się i możliwa jest jazda po głębokim śniegu. Stąd przyszedł pomysł, aby samemu zbudować taki pojazd i ruszyć w arktyczną głusz.

Budżet niewielki, więc na bazę konstrukcji wybieramy rosyjski samochód Gaz Gazela 4×4. Jest tani i awaryjny, ale w Rosji można go wszędzie naprawić. Do wyjazdu miesiąc, pracując dniami i nocami przebudowujemy Gazelę na „arktyczny kamper”. Ocieplenie, spanie dla 4 osób, niezależne ogrzewanie (piec na drewno), niezależne źródło prądu (alternator napędzany silnikiem piły spalinowej) itp. Najwięcej czasu pochłania budowa kół niskiego ciśnienia. W końcu, rosyjskim dostawczakiem ruszamy na północ.

Już sama podróż jest wyzwaniem, do zimników i tundry mamy około 4000 km. Nasza średnia prędkość to 40km/h, aby zdążyć dojechać tam gdzie chcemy decydujemy się na jazdę non-stop. Prowadzimy w systemie zmianowym, 3h za kierownicą, 3h jako pilot, 6h na spanie i tak w kółko. Dzięki temu sprawnie poruszamy się do przodu. Na granicy łotewsko-rosyjskiej spędzamy 8h, Rosjanie nie są pewni czy mogą wpuścić nas do Federacji. Pojazd jest dość egzotyczny i celnicy długo nie mogą zrozumieć co to za konstrukcja? Po co nam tyle dziwnego wyposażenia? Wszystko wypakowujemy i objaśniamy. Pokazujemy pozwolenia na wjazd do parku narodowego na Uralu…Sprawa opiera się o samego naczelnika, kolejna godzina tłumaczenia i mamy zielone światło na wjazd.

Gnamy dalej, po pięciu dniach docieramy do Uchty. To ostatnie miasto do którego prowadzi normalna droga. Decydujemy się na nocleg w hotelu i zwiedzamy miasto. Gazela wzbudza zainteresowanie i łatwo nawiązujemy kontakty. Wszyscy się cieszą, że wybraliśmy rosyjski samochód, ale mają nas za wariatów…Nie rozumiemy dla czego?

Kolejny przystanek to Peczora. Brniemy tam przez tajgę, trochę zimnikiem, trochę nowo budowaną drogą. W nocy przekraczamy lodowy most na rzece i wjeżdżamy do miasta. Zakupy, tankowanie kanistrów i ruszamy w kierunku zimnika do Inty (miasto na skraju tundry w połowie drogi do Workuty, można tam dotrzeć tylko koleją, lub zimnikiem używanym do obsługi rurociągu gazowego). Niestety szlaban wjazdowy na zimnik jest zamknięty, od miesiąca trzeba mieć specjalną przepustkę. Zawracamy do biura Gazpromu w Peczorze, aby ją wyrobić.

Rano meldujemy się w biurze i na piśmie składamy prośbę o zgodę na wjazd. Dołączmy nasze uralskie pozwolenia i plan podróży. Na zgodę musimy czekać do jutra. Nie ma problemu, ten czas wykorzystujemy na naprawy gazeli.

Następnego dnia idziemy po przepustki… Zgody jeszcze nie ma, będzie jutro. Bez paniki! Mamy jeszcze co robić przy gazeli, no i miasto pozwiedzamy…

Ponownie stawiamy się w biurze… Zgody nie ma, każą napisać dodatkowe pismo do biura w Uchcie… Mimo braku odmowy wiemy, że przepustki nie będzie…

Zmieniamy plan i postanawiamy jechać na północ w kierunku osady Warandej nad morzem Barentsa. Stamtąd przez tundrę spróbujemy przebić się do Workuty. Ruszamy w drogę, do Usinska prowadzi oblodzony asfalt, a dalej, za lodowym mostem przez rzekę Usę rozpościera się bezkresna lodowa pustynia. Tundra zimą jest niesamowicie malownicza. W dzień jak w kalejdoskopie zmieniają się kolory nieba, nocą oświetlają nas miliardy gwiazd. Co jakiś czas po niebie rozlewają się zielonkawe rozbłyski zorzy polarnej.

Na zwykłych kołach nie da się już jechać, montujemy więc koła niskiego ciśnienia. W tych warunkach nie jest to proste zadanie. Z powodu niskich temperatur (-35 / -44) od tygodnia nie gasimy silnika. Nawet gdy spaliśmy w hotelu silnik gazeli cały czas pracował. Gdyby zgasł, to po 2h nie można by go ponownie uruchomić. Koła składamy wewnątrz auta, tu jest dość ciepło (14-16 stopni w dzień i 0-2 w nocy). Złożone koło wystawiamy na dwór, pompujemy je i montujemy do samochodu. Znowu wdrażamy system zmianowy. Dwie osoby grzeją się w środku, dwie pracują na zewnątrz, po godzinie zmiana. Cała operacja zajmuje nam 2 dni.

W końcu gdy mamy już ruszać w tundrę. Zajechał nam drogę  Trekoł i z kabiny wychylił się uśmiechnięty kierowca. Wskazując palcem na naszą gazelę krzyknął: SZTO ETO ZA PARODIA!

W Trekole jechało kilka osób, kierowca Rosjanin z synem i trzech Nieńców. Po serdecznym przywitaniu i wymianie okolicznościowych podarków pytamy o drogę do Workuty. Nie ma szans odpowiadają, za kilka kilometrów jest rurociąg którego nie da się przekroczyć.

Kierowca Trekoła Nikołaj proponuje nam abyśmy skierowali się przez tundrę do NarYan Mar. On tammieszka i zaprasza nas do siebie. Przyjmujemy zaproszenie, niestety nie możemy jechać razem, fabryczny Trekoł porusza się dla nas zbyt szybko. Tak jak radzi Nikołaj skręcamy na zachód i powoli brniemy w kierunku zimnika prowadzącego do NarYan Mar. Po drodze udaje nam się odwiedzić Nieniecką wioskę wskazaną na mapie przez Nikołaja. Tam dostajemy wskazówki jak jechać dalej i w końcu docieramy do mało uczęszczanego zimnika.  Zdejmujemy koła niskiego ciśnienia  i na normalnych docieramy do celu. Przebycie 200 km zajęło nam 7 dni.

Po kilkudniowym pobycie w NarYan Mar, ruszamy w powrotną drogę do Polski.

Jadąc doNarYan Mar przebyliśmy 4000 km z tego prawie 800 po zimnikach i bezdrożach tundry.


2. Whalewatching po polsku- Kilon Dawid

Whalewatching po polsku- Kilon Dawid

Fotorelacja z projektu, którego celem było zaobserwowanie jak największej liczby gatunków waleni. Odwiedziłem dotychczas: Islandię, Wyspy Owcze, Wyspy Zielonego Przylądka, Wyspy Kanaryjskie, Azory, Maderę, Norwegię oraz Antarktydę. Gdzie poczułem oddech humbaka, a gdzie spotkałem największą istotę na ziemi – płetwala błękitnego? Na te inne pytania odpowiem podczas prezentacji zdjęć.  

Celem prezentacji jest pokazanie, że warto mieć marzenia, bo można doczekać ich spełnienia. Jestem biologiem z wykształcenia i pracuję w zawodzie jako ornitolog. Moim marzeniem było zobaczyć kiedyś wieloryba,a obecnie pracuje jako pilot wycieczek przyrodniczych, zaś na własnych podróżach poszukuje nowych dla siebie gatunków ptaków i waleni. Wieloryby fotografuje w naturalnym środowisku z lądu i z licznych rejsów, a w domu rysuje. Niedawno napisałem i zilustrowałem dwie książki o ptakach i ssakach (Gdzie ten ssak i Gdzie ten Ptak? Wydawnictwo AWM), gdzie mogłem pokazać również jakie gatunki ssaków morskich były stwierdzane na polskim wybrzeżu Bałtyku.

Antarktyda_ogonhumbaka azory Caboverde Islandia_humbak Islandia_orki

 

Whalewatchingpo polsku to fotorelacja z własnego projektu, którego celem jest zaobserwowanie jak największej liczby gatunków waleni na przestrzeni kilku lat. Odwiedziłem dotychczas: Islandię, Wyspy Owcze, Wyspy Zielonego Przylądka, Kanaryjskie, Maderę, Azory, Norwegię oraz Antarktydę. Gdzie poczułem oddech humbaka, a spotkałem największą istotę na ziemi – płetwala błękitnego? Na te inne pytania odpowiem podczas prelekcji. Tymczasem jak to się wszystko zaczęło?

„Popatrz synku jaka duża ryba”…. Powiedział ojciec do syna, spoglądając na martwe ciało morświna, wyrzuconego na plaży niedaleko Darłowa jakieś 13 lat temu. Tak rozpoczęła się trwająca przygoda ze ssakami morskimi. Kiedy byłem załogantem obozu ornitologicznego        i na krótkim spacerze znalazłem na plaży zwłoki jedynego gatunku walenia występującego w Bałtyku. Postanowiłem się nieco więcej dowiedzieć o tych zwierzętach, które dotychczas znałem jedynie z książek…

Obserwowanie waleni, a szczególnie wielorybów, dla Polaka wydaje się czymś egzotycznym. Dlatego gdy zobaczyłem pierwsze żywe morświny w Morzu Czarnym,            nie mogłem oderwać od nich wzroku (celem wyprawy był przelot bocianów!). Potem przyszła pora na dalsze podróże… Wyspy Owcze, Norwegia… wszędzie były tylko te morświny ;). Wspólnie ze znajomymi wybrałem pewnego dnia Islandię, postanowiłem obserwować wieloryby w ramach tzw. Whalewatching trip. Islandczycy gwarantują ich zobaczenie…            a gdyby się nie uda, to można płynąć raz jeszcze (aż się zobaczy). Dzień wcześniej koczując niemal nad klifem oglądaliśmy z daleka przez lunetę ogony nurkujących wielorybów                   i skaczące delfiny, ale to było za mało! W związku z tym, że język jest po to by go używać, zapytałem się firmy oferującej rejsy, czy gdy zobaczy się tylko delfina, to czy płynie się raz jeszcze? Otrzymałem informację, że dostanę jedynie wielką zniżkę, a to już coś! Płyniemy, podekscytowani, kolega mówi do mnie, że widzi delfina, na co ja stwierdzam: NIC NIE WIDZISZ, płyniemy dalej… i tak udało się przegapić delfiny (w końcu my płyniemy tam           po wieloryba ). Mija godzina i myślę…może to jednak był błąd…, byłyby chociaż delfiny….w ten nagle! Na godzinie 3 pojawia się płetwa… mała i wielkie cielsko. Kobieta przewodnik krzyczy, finwal! My mamy już gęsią skórkę z wrażenia. Po chwili słyszymy            po angielsku: przepraszam Państwa, to nie finwal, przed Państwem największa istota na ziemi: płetwal błękitny.  I tak moim pierwszym zidentyfikowanym wielorybem był największy. Najmniej oczekiwany… I to był błąd, bo okazało się, że whalewatching wciąga aż za bardzo i postanowiłem zobaczyć jak najwięcej tych pływających stworzeń. Podczas tej samej podróży udało się wykryć jeszcze orki…(nie z Majorski, a z płw. Snæfellsnes) i kilka innych gatunków waleni. Obecnie zaopatrzony w biblię whalewatchera (książka ze wszystkimi gatunkami świata, której oglądanie w samolocie jest bardzo relaksujące oraz czasem prorocze) wybieram miejsca gdzie mogę zaobserwować ciekawe gatunki ptaków  i zobaczyć jakieś nowe płetwy w wodzie, tudzież niewidziane przeze mnie zachowania już znanych gatunków. Nigdy nie zapomnę humbaka, który wyskoczył mi na zawołanie. Pierwsze dwa skoki odbył tak, że moje zdjęcia niestety nie wyszły zbyt zadawalająco (były baaardzo nieostre). Dlatego poprosiłem wtedy tego wieloryba o to by wyskoczył po raz ostatni, trzeci. I co zrobił? Chyba znał język polski, bo wyskoczył ładnie bokiem i obecnie jego zdjęcie wisi na ścianie mojego 27 metrowego królestwa. W ciągu ostatnich lat postanowiłem odwiedzić tzw. hot spoty whalewatchingu. Miejsca gdzie najłatwiej zaobserwować ssaki morskie              z brzegu i z oferowanych rejsów w obrębie Atlantyku. Dlatego właśnie odwiedziłem Maderę, Azory, Wyspy Kanaryjskie, powiększając listę zaobserwowanych gatunków. Zwieńczeniem projektu poszukiwania wielorybów miała być wyprawa na Antarktydę, po tym jak w Norwegii wybrałem się  na humbaki i zobaczyłem tylko falę…(a Dawid Podsiadło śpiewa nie ma fal…). I tak też się stało, na Antarktydzie odbiłem sobie tamtej wyjazd, choć nie sądziłem, że będzie aż tak udana wyprawa. Rejs 140 metrowym statkiem przez Cieśninę Drake-a bardziej przypominał pływanie po zatoce Puckiej w majówkę, niż te po najbardziej sztormowych terenach świata. Dlatego też wyjazd na Antarktydę okazał się najbardziej owocny, stanie      od rana do wieczora na dziobie statku przynosiło efekty. Aż 7 nowych gatunków ssaków morskich i ponad 100 humbaków zrobiło wrażenie….podobnie jak zapierające dech w piersiach krajobrazy.


3. Przygody Buchanki na Jedwabnym Szlaku- Woźniak Robert

Przygody Buchanki na Jedwabnym Szlaku- Woźniak Robert

Współtowarzysze podróży: Jarosław Derek, Sebastian Sarnecki, Adrianna Bryłka

Rozpoczęcie 13.07.2018-15.08.2018

Przejechanie trasy z Polski w Pamir i pokonanie Pamir Highway 30-letnim UAZ-em 15.000km w 33 dni przez terytorium 13 krajów.

W 2018 roku odbyliśmy wyjątkową podróż. Pokonaliśmy ponad 15 000 km przez terytorium 13 krajów w zaledwie miesiąc. Dodatkowo żeby podnieść sobie poprzeczkę zrobiliśmy to 30 – letnim UAZem 452 „Buchanka”, który nie jest ani komfortowy ani bezawaryjny. W Polsce jest jeszcze tylko kila osób, które odważyły się ruszyć UAZem w świat. Podczas naszej wyprawy przeżywaliśmy niesamowite przygody, odwiedzaliśmy egzotyczne  miejsca i spotykaliśmy wspaniałych ludzi, zarówno mieszkańców odwiedzanych krajów jak i innych podróżników.  I o tym wszystkim właśnie opowiada nasza historia „Przygody Buchanki na Jedwabnym Szlaku”.

_DSC0064 _DSC0123 _DSC0360 IMGP5993

SZERSZA RELACJA:

Nasza przygoda rozpoczęła się 13 lipca 2018 roku, o godzinie 19:00. Wraz z ekipami dwóch UAZów spotkaliśmy się na cyklicznej imprezie „Bydgoskie Klasyki Nocą”, zrzeszającej zabytkowe samochody, do których należą już nasze UAZy. Wyruszyliśmy na południe w kierunku Rumuni, która była pierwszym przystankiem na naszej trasie. Samochody te nie należą do najszybszych a tym bardziej do bezawaryjnych. Już następnego dnia na wjeździe do Częstochowy nasz samochód, po prostu odmówił posłuszeństwa. Dzięki Facebook’owi dostaliśmy namiar do mechanika, który za drobną opłatą w postaci butelki najlepszego kujawskiego bimbru pomógł nam zdiagnozować i usunąć usterkę.

Dalsza droga przez Czechy, Słowację, Węgry aż do Rumuni przebiegła bez większych przeszkód. O zmierzchu dotarliśmy do miejscowości Cartisoara, gdzie rozpoczyna się trasa Transfogarska, jedna z najbardziej lubianych przez zmotoryzowanych dróg górskich w Europie. Chcieliśmy zatrzymać się na pobliskim polu namiotowym, ale właścicielka stwierdziła, że jesteśmy za głośno i nas po prostu wyprosiła. W tej sytuacji skorzystaliśmy z aplikacji Park4U i znaleźliśmy miejsce nad pobliską rzeką gdzie mogliśmy się w spokoju rozbić z obozem. Na miejscu spotkaliśmy grupę motocyklistów z Polski, która również zamierzała przejechać tę malowniczą trasę. O ile sama trasa nie jest technicznie niczym nadzwyczajnym, o tyle miała być ostateczną próbną dla naszego auta jak poradzi sobie ze wzniesieniami Pamiru. Egzamin zdała na trójkę z plusem, co oznaczało, że musimy się bardziej przygotować zanim dojedziemy do celu.

Z Rumuni udaliśmy się do Bułgarii, gdzie przez chwile chcieliśmy poczuć się zwyczajnymi turystami i odwiedziliśmy nadmorskie kurorty Warna i Złote Paski. Okazało się niczym nadzwyczajnym. Wyglądało jak w Polsce, morze było ciepłe, ale na ulicach panował zdecydowanie większy… syf. Po krótkiej nocnej drzemce i kąpieli ruszyliśmy dalej w kierunku Turcji.

Nad ranem dotarliśmy na przedmieścia Stambułu, gdzie staraliśmy się złapać odrobinę snu i odświeżyć się przed wizytą w tym historycznym mieście. Wjazd do Stambułu, to było coś niesamowitego. Po 4 pasy w każdą ze stron, a samochody w niebywałym ścisku pędzą, mijają, trąbią a pośród tego wszystkiego trzy dziwaczne UAZy z niezbyt dobrymi hamulcami i sporą nadwagą bo każdy ważył prawie 3tony. Nawigacje ustawiliśmy na słynny meczet Hagia Sofia, nie spodziewając się, że poprowadzi nasze przerośnięte auta bez wspomagania przez sam środek starego miasta w największych korkach i ścisku przez uliczki przygotowane max na 1,5 auta. Niczym dziwnym w Stambule nie był wózek widłowy jadący w normalnym ruchu ulicznym.

Po dotarciu do centrum, nasze Panie przyodziały się w stroje, umożliwiające im wejście do świątyni. Część z nas zrezygnowana długą kolejką do wejścia postanowiła zapoznać się z okolicą i jej atrakcjami. Przeszliśmy przez park sułtana, na pobliskie targowisko, gdzie oprócz pięknych strojów sprzedawano słynne tureckie słodkie przysmaki. Jeden ze sprzedawców zaoferował nam najlepsze słodycze, stworzone specjalnie dla jednego z sułtanów, które dawały mu siły witalne przed wizytą w jego wielkim haremie. Oprócz wrażenia z samego pobytu w zabytkowym Stambule, uwagę naszą zwróciła napięta atmosfera publiczna. Wszechobecne wojsko oraz duża liczba posterunków policji oraz patroli. Przez to nie czuliśmy się zbyt bezpiecznie. Po kilku godzinnym zwiedzaniu ruszyliśmy w stronę cieśniny Bosfor. Przekraczając ją wjechaliśmy do Azji, która była naszym celem. Ze Stambułu planowaliśmy kierować się w do Kapadocji, niestety błąd kierowcy prowadzącego naszą karawanę UAZów w nocy, sprawił, że zamiast w Kapadocji, obudziliśmy się ponownie nad brzegiem morza Czarnego.

Pomimo zmiany planów ruszyliśmy w stronę następnego celu, jakim była Gruzja. Dostaliśmy info, że tuż przy granicy z Turcją, znajduje się ciekawy Hostel prowadzony przez Polkę. Skontaktowaliśmy się z nią przez Internet i zarezerwowaliśmy nocleg. Do Gonio, bo tak nazywała się ta miejscowość dotarliśmy nad ranem. Powitała nas Karolina, które poczęstowała nas lokalnym piwem i zabrała na wschód słońca nad Morzem Czarnym. Morze, plaża wyglądały zupełnie inaczej niż w Turcji czy Bułgarii. Odpoczywaliśmy tam prawie 2 dni. W tym czasie Karolina zabrała nas, między innymi do pobliskiej restauracji, której nikt z poza Gonio nie znajdzie gdyż jest zaszyta głęboko pomiędzy budynkami z dala od głównej drogi. Lokalna kuchnia bardzo przypadła nam do gustu: ostri, chaczapuri i wiele innych.

Po pobycie w Gonio dla dobra wyprawy zdecydowaliśmy się odłączyć od reszty UAZów i ruszyć dalej samodzielnie tylko jednym autem. Naszym celem w Gruzji było dotarcie do Parku Narodowego Lagodechi, założonego pod koniec XIX w. przez Polaka – Ludwika Młokosiewicza. W czasie podróży ze względu na brak lokalnej waluty szukaliśmy miejsca gdzie będziemy mogli kupić paliwo i zapłacić kartą. Niestety bezskutecznie, więc UAZ w końcu stanął. Oczywiście w najmniej dogodnym miejscu na podjeździe pod górę. Złapaliśmy stopa i ruszyliśmy po paliwo. Wymiana dolarów i zdobycie paliwa pochłonęło trochę naszego cennego czasu, ale z pozytywnym skutkiem. Wróciliśmy do auta i próbowaliśmy je odpalić. Niestety nadal bez efektów. Potrzebowaliśmy kogoś, kto nas kawałek pociągnie, przez co uruchomi zastaną pompę paliwa. Dość długo zatrzymywaliśmy auta, aż w końcu zatrzymał się elegancki Land Crusier. Mężczyzna z piękną małżonką nie znał ani angielskiego ani rosyjskiego, który my i tak znaliśmy tylko szczątkowo. Zrozumieliśmy, że nie bardzo chce nas holować w trosce o swoje nowe auto, ale powiedział, że mamy dać mu chwilę i wykonał telefon. Nie minęły 3 minuty jak pojawiły się 2 radiowozy w amerykańskim stylu, świecące  „kogutami”. Policjanci wyszli i zaczęli od salutu dla naszego nowego znajomego. Okazało się, że jest to naczelnik policji w obwodzie, w którym się znajdowaliśmy. Funkcjonariusze otrzymali rozkaz odeskortowania nas do stacji, udzielenia wszelkiej niezbędnej pomocy i nie opuszczania nas do momentu aż sami ich nie odprawimy. Co też uczynili. Do Lagodechi dotarliśmy późnym wieczorem i rozbiliśmy obóz na noc. Rankiem niestety pogoda nas nie rozpieszczała. W związku, z czym ominęły nas wodospady i ruszyliśmy po prostu dalej w stronę Azerbejdżanu.

Po przekroczeniu granicy ukazał nam się  kraj zbliżony do Ukrainy. Bardzo nas zaskoczył, ale też urzekł. Jadąc w stronę Baku, spędziliśmy noc w restauracji w której zatrzymaliśmy się na kolacje. Menager był tak gościnny że zaproponował nam darmowy nocleg i raczył nas swoimi opowieściami przy kolacji. O poranku ruszyliśmy dalej. Dojeżdżając do Baku dostaliśmy informacje, że w Baku czeka na ten sam prom co my małżeństwo z Polski.   Czekali na nas w 0 gwiazdkowym hostelu Naftalan, którego nazwa prawdopodobnie pochodziła od zapachu naftaliny unoszącego się w pokojach;). Z racji, że Monika i Janek spędzili już w Baku kilka dni zabrali nas zwiedzanie miasta, które okazało się perłą Azerbejdżanu. To co widzieliśmy za dnia było niczymy w porównaniu z tym co zobaczyliśmy w nocy. Uważam że Baku to najpiękniejsze miasto, jakie widziałem w życiu, zwłaszcza w nocy.

Po pierwszej nocy spędzonej od tygodnia w normalnym łóżku, ruszyliśmy do Portu Alat oddalonego od Baku o około 70 km. Z portu tego odpływa słynny wśród podróżników prom towarowy – Profesor Gull. Po załatwieniu wstępnych formalności poinformowano nas, że jest duża szansa na to, iż prom wypłynie jutro, a może nawet pojutrze. Aby nie marnować czasu na koczowanie w porcie udaliśmy się zobaczyć pobliską atrakcję w postaci błotnych wulkanów, gdzie spędziliśmy noc. To była ta noc… Ta noc, po którą przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów. Tylko my, UAZ i gwiazdy, które oglądaliśmy z dachu naszego wozu. No i oczywiście męskie rozmowy o życiu, śmierci i kobietach.   Rankiem obudziły nas autobusy turystów chcących zobaczyć wulkany.

Rankiem Monika i Janek, małżeństwo, które poznaliśmy w Baku pojechali do portu a my chcieliśmy jeszcze zaliczyć kąpiel w morzu Kaspijskim. Ciekawym doświadczenie jest kąpać się kilkaset metrów od platformy wiertniczej.

Sama wizyta w porcie, boarding, przeprawa i wyjście z portu to materiał na osobną historię w związku, z czym pominę tę treść.

Po 4 dniach wreszcie zakończyła się nasza przygoda na promie i wylądowaliśmy w Kazachstanie, gdzie od razu rzuciliśmy się na dystrybutor paliwa jak małe dzieci na słodycze w fabryce łakoci. Zatankowaliśmy się do pełna.. dosłownie do pełna 140 litrów paliwa w dwóch zbiornikach i czterech kanistrach za jedyne 240zł (1,69zł za litr).  Pełni i szczęśliwi ruszyliśmy w stronę granicy z Uzbekistanem. Po problemach z chłodzeniem na pustyni przyszły kolejne. Nauczeni poprzednimi doświadczeniami spodziewaliśmy się atrakcji przed granicą z Uzbekistanem, ale ostatnie 80km zaskoczyło nawet nas. Odcinek ten  pokonaliśmy drogą serwisową dla ciężarówek.  Przejechanie tego zajęło nam aż 6 godzin.

Po dotarciu do granicy samochód zmienił się całkowicie. Wyglądał jak by ktoś go strawił a potem zwrócił. Cały pokryty był pustynnym pyłem zarówno w środku jak i na zewnątrz. Granica po stronie Kazachskiej wyglądała normalnie. Natomiast granica Uzbecka to już zupełnie coś innego. Począwszy od tablicy: „uwaga malaria”,  po tłum ludzi próbujących przekroczyć granicę wyglądających jak uchodźcy próbujący przekroczyć granicę z całym dobytkiem.  Zgodnie z informacjami na stronie MSZ to miała być nasza najgorsza granica a okazała się… najmilszą. Przekroczyliśmy ją bez większych problemów poza kolejnością w rekordowym czasie. Na granicy dowiedzieliśmy się, że następne miasto jest już za 320 km i tam dopiero będziemy mogli kupić to i owo. Pokonując 320km przez pustynie na której mijaliśmy jedynie pojedyńcze ciężarówki  zakładaliśmy odnalezienie porzuconych statków, których już nieskutecznie szukaliśmy w ubiegłym roku. Tym razem poszukiwania zakończyły się sukcesem i późnym wieczorem znaleźliśmy porzucone statki i kolegów w potrzebie. Na miejscu wpadliśmy na ekipę Mongol Rally – James and Fitch, poznanych na promie w Azejberdzanie, którzy ugrzęźli swoją Micrą na dnie morza Aralskiego.  Pomoc miała do nich przyjść dopiero za 3 dni, dlatego witali nas jak zbawienie. Oczywiście nasza Buchanka spisała się jak zawsze bez zarzutu a Panowie pytali, co chcą w zamian. Jak to co? Wspólną biesiadę i opowieści.

Następnego dnia ruszyliśmy w stronę Termez, początku M41, rozstając się po drodze z Moniką i Jasiem. Trasa poprowadziła nas do granicy z Tadżykistanem i dalej do Duschanbe.  Tam uzupełniliśmy zapasy i ruszyliśmy w dalszą podróż po M41. Droga z Duschanbe do Chorog miała być asfaltowa. Niestety nie była. 500 km po szutrach, bezdrożach, przełęczach i polach minowych były niesamowite. Był to zdecydowanie jeden z najbardziej malowniczych i ciekawych odcinków naszej trasy. Zamiast 1 dnia zajął nam 2. W zamian za co otrzymaliśmy kolację u zabranego autostopowicza a potem nocleg za 12$ w towarzystwie lokalnej szefowej czerwonego półksiężyca. Następnej nocy dotarliśmy do Chorog, gdzie poszukiwaliśmy z upragnieniem zachodniej kuchni, przy okazji spotykając w naszym hostelu więcej uczestników Mongol Rally. Początek traktu pamirskiego dało nam wybór albo Highway albo Korytarz Wachański. Przygotowując się do wyprawy, Arkady Fiedler polecił nam pojechać tym drugim i naprawdę warto było. Począwszy od niestety zamkniętego targowiska na przejściu granicznym pomiędzy Afganistanem i Tadżykistanem po XIII wieczną twierdzę nieopodal świętych gorących źródeł. Po dwóch dniach podróży dotarliśmy do Murgrob gdzie spotkaliśmy kolejnego podróżnika Toma Beera w swojej życiowej wyprawie po nowego psa do Japonii. Spędziliśmy noc na 4000 mnpm. I ruszyliśmy w stronę Kirgistanu, pokonując z niewielką pomocą Polaków z Krakowa przełęcz na wysokości 4655mnpm przy okazji nabawiając się choroby wysokościowej. I tak w dużym skrócie osiągnęliśmy cel naszej wyprawy.. zdobyliśmy Pamir!


4. Pod ciemną skórą Filipin- Owsiany Tomasz

Pod ciemną skórą Filipin- Owsiany Tomasz
W ciągu samotnej ośmiomiesięcznej wyprawy poznawczej Tomasz Owsiany odwiedził sześć plemion  i wybrane społeczności Filipin we wszystkich makroregionach kraju. Nawiązał bliskie więzi z mieszkańcami i uczestniczył w ich codziennym życiu: w miasteczkach, w górach, w dżungli i nad brzegiem oceanu. Wyrabiał węgiel, uprawiał zbieractwo, orał bawołami ryżowiska i brał udział w ceremoniach. Mieszkał w kolonii karnej, poznał szamana uprawiającego czarną magię i dotarł do obozu grup paramilitarnych na Mindanao. Celem wyprawy było poznanie nieeksportowej twarzy dzisiejszych Filipin oraz znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak przeobrażają się tamtejsze rdzenne kultury pod wpływem nowoczesności.

 

Tomasz Owsiany – (1984) urodzony w Toruniu, filolog z wykształcenia i powołania. Miłośnik przyrody, odpoczywający najpełniej w lesie i na górskich szlakach. Publikował m.in. w miesięczniku „Poznaj Świat”, „Tygodniku Powszechnym” oraz „Kontynentach”. Autor książek „Madagaskar. Tomek na Czerwonej Wyspie” oraz „Pod ciemną skórą Filipin”, uhonorowanej w 2018 roku Nagrodą Magellana oraz nominowanej do Nagrody im. Beaty Pawlak. Laureat Nagrody Dziennikarzy Kolosów (za rok 2015) za wyprawę „Pod ciemną skórą Filipin”, wyróżnioną także w kategorii Podróż. Jego najnowszy projekt reporterski „Do wnętrza Gujany Francuskiej” otrzymał wyróżnienie na Kolosach (za rok) 2018.

Tomasz spędza długie miesiące w każdym z opisywanych przez siebie krajów. Przed wyjazdem uczy się również lokalnych języków. W swoich podróżach stawia na niespieszną integrację z miejscowymi społecznościami i zgłębianie istotnych tematów społeczno-kulturowych. Stara się być czynnym uczestnikiem codziennych i niecodziennych zdarzeń.

Zapraszamy na FB TOMKA:< https://www.facebook.com/towsianyautor/

 

Podciemnaskora_Filipin_okladka TOwsiany_Fil_autor2

TOwsiany_Fil_promo08

„Pod ciemną skórą Filipin” to samotna ośmiomiesięczna wyprawa poznawcza, której celem było poznanie reprezentatywnego profilu dzisiejszych Filipin poprzez integrację z wybranymi społecznościami w trzech makroregionach kraju. Cała wyprawa została zrealizowana bez zewnętrznego wsparcia. Wszystkie kontakty i kanały dojścia (w tym do zastrzeżonej części kolonii karnej w Sablayan oraz bazy grup paramilitarnych na Mindanao) zostały zdobyte samodzielnie lub dzięki znajomościom wypracowanym na miejscu. Każdy odcinek wyprawy był podjęty w pojedynkę, z własnej inicjatywy[1], poza ruchem turystycznym. Żaden z punktów nie miał charakteru komercyjnego ani pokazowego. Część celów udało się osiągnąć jedynie dzięki znajomości języka tagalskiego, opanowanego na potrzeby przedsięwzięcia. 87% noclegów miało miejsce w prywatnych domach, chatach lub na wolnym powietrzu. Kluczem do poznania poszczególnych społeczności było przyjęcie ich standardowych warunków i stylu życia od pierwszych chwil. Oto najważniejsze osiągnięcia mojej wyprawy:

W prowincji Pampanga poznałem krwawe tradycje wielkopostne od kuchni, w szerokim kontekście. Jako jedyny obcokrajowiec w 2015 roku uczestniczyłem w dzielnicy St.Lucia San Fernando w próbach z aktorami odgrywającymi drogę krzyżową zwieńczoną autentycznym krzyżowaniem. Odbyłem rozmowy z pokutnikami krzyżowanymi rokrocznie od 28 lat. Spotkałem się indywidualnie z Rubenem Enaje, prekursorem żywej Golgoty, twarzą znaną z corocznych publikacji w naczelnych mediach światowych. Spędziłem dzień z grupą biczowników, towarzysząc im w przygotowaniach i krwawych aktach pokutnych.

Na wyspie Mindanao, w strefie trwającego konfliktu zbrojnego między armią filipińską, NPA[2]oraz grupami paramilitarnymi, dostałem się do bazy grupy NIPAR[3]: po dwóch tygodniach negocjacji dzięki łącznikowi dostałem się na ziemię ludu Tigwahanon. W asyście wodza plemienia dotarłem do bazy w górach. Rozmawiałem z dowódcami oddziałów – niedawnymi oficerami NPA oraz lokalnymi władzami i mózgiem NPA (w więzieniu w Malaybalay).

W miasteczku ciemnoskórych Aytów zbierałem historie ludzi i miejsc najmocniej dotkniętych pamiętnym wybuchem góry Pinatubo w 1991. Śledziłem walkę administracyjną o integralność ziemi plemiennej i przejawy marginalizacji Aytów. Odbyłem rozmowy z rodzinami aytowskich weteranów II Wojny Światowej i przeglądałem ich prywatne archiwa.

W regionie Anda na Boholu mieszkając wśród rybaków badałem napiętą sytuację między rybakami, właścicielami ośrodków wypoczynkowych, lokalną władzą a  osobami zaangażowanymi w ochronę środowiska.

W kolonii karnej pod Sablayan odbyłem kilka godzin rozmów z mordercami, gwałcicielami i członkami gangów w strefie najwyższego nadzoru, zamkniętej dla odwiedzających. Uprawiałem pola ryżowe z więźniami pod nadzorem i bez nadzoru strażników. Poznawałem zasady funkcjonowania kolonii. Przez pięć dni w domu na ryżowiskach dzieliłem przestrzeń życiową z więźniami średniej i niskiej kategorii.

W Cagayan de Oro przez dwa tygodnie mieszkałem w rezydencji multimilionera, członka jednej z trzystu najbogatszych rodzin w kraju, zyskując wgląd w życie filipińskich elit.

Na południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy Samar spędziłem tydzień z rodzinami odbudowującymi swoje życie i domostwa zniszczone przez super tajfuny w 2013 i 2014 roku.

W nieodwiedzanym regionie Talalora szukałem praktyk czarnej magii barang i kulamoraz rytualnego znachorstwa. Korzystając z gorączki i nagłej choroby skórnej wypróbowałem na sobie uzdrawiające rytuały. Po tygodniu walki z lokalnym tabu dotarłem na wyspę Daram do szamana uprawiającego czarną magię, gdzie poznałem jego historię i „warsztat”.

Uczestniczyłem w codziennych zajęciach każdego z odwiedzanych plemion: w doglądaniu gospodarstwa, pracy na polu, zbieractwie w lasach i rzekach, konsumpcji używek, rytuałach i opowieściach. A ponadto: śledziłem z poszukiwaczem skarbów znakowane kamienie mające prowadzić do skarbu generała Yamashity i odwiedzałem zapomniane górskie tunele armii japońskiej, brałem udział w polowaniu z łukiem, wyrabiałem i transportowałem węgiel drzewny (plemię Ayta). Zalesiałem górskie zbocza w okręgu Bilao w Abra de Ilog (plemię Iraya), żyłem z rodziną szamana w wiosce Diura i uczestniczyłem w połowach (lud Ivatan), brałem udział w szokujących praktykach pogrzebowych <przewijanie zgniłych zwłok i świętowanie w mdlącym trupim fetorze> i w rytualnym czyszczeniu grobów w skalnych półkach; udokumentowałem tradycyjne rozmowy śpiewane day-en (plemię Kankanaey), byłem pierwszym „człowiekiem z zewnątrz”, którego konserwatywny wódz z Tagbak zabrał w głąb dżungli do świętych kamieni plemienia (plemię Talaandig). W dowód przyjaźni nawiązanej z częścią mieszkańców dostałem m.in. wiersz, korale zdjęte z szyi wodza czy zapewnienia, że choć „jesteś z nami dopiero pięć dni, wydaje się, jakby to było pięć lat”.

Podróż miała swój epilog po rocznej przerwie, od 23.11.2016 do 24.12.2016. Powrót służył zebraniu dodatkowego materiału, rozwiewającego wątpliwości powstałe po pierwszej, zasadniczej części podróży. Ponownie odwiedziłem partyzantów w centrum ich rewiru, a także spędziłem dwie doby w obozowisku uchodźców zaatakowanych przez grupę NIPAR.


5. Iść własną drogą-Patagonia- Szczęśniak Michał

Iść własną drogą-Patagonia- Szczęśniak Michał

Luty 2015- Grudzień 2017

Kupiłem bilet w jedną stronę do Ameryki Południowej, nie wiedziałem ile czasu mi zajmie podróżowanie. Moja mama myślała, że wrócę po trzech miesiącach, a ja wróciłem po trzech latach. Celem było poznanie kultury i odwiedzenie wszystkich krajów Ameryki Południowej gdzie ludzie mówią po Hiszpańsku. W związku z tym, że miałem najcenniejszą walutę świata czyli czas to udało mi się zrealizować mój plan nawet z nawiązką. Dodatkowo odbyłem trzy wyprawy żeglarskie jachtostopem (Antarktyda, Falklandy, wyspy Galapagos) Podróżowałem nisko budżetowo – pracowałem w różnych miejscach , przemieszczałem się busami albo za pomocą auto stopu, nocowałem głównie u lokalnych mieszkańców, których poznawałem w trakcie podróży. Przez większość podróży nie używałem telefonu komórkowego (zepsuł się)  to spowodowało, że byłem zdany tylko na siebie. Nauczyłem się używać własnej intuicji w podróży i to ona pokazywała mi kierunek. Dzięki takiej formie podróżowania udało mi się poznać wspaniałych ludzi i odwiedzić miejsca mniej turystyczne.

  1-MICHAL 2 MICHAL 3 MICHAL

DCIM121GOPRO

Szersza relacja:

Planując moją wyprawę nie wiedziałem jak długo mi zajmie moja podróż. Pozamykałem wszystkie sprawy, które mnie trzymały w Polsce i kupiłem bilet w jedna stronę do Argentyny. Podjąłem taką decyzje, bo w swojej pracy zawodowej, która jednocześnie była moją pasją już dalej się nie rozwijałem. Potrzebowałem zmiany, a że zawsze mnie fascynowała Ameryka Południowa to posłuchałem swojej intuicji i zacząłem się przygotowywać do podróży. Planowałem dłuższy wyjazd, dlatego ważne było dla mnie dokończenie projektów które miałem w Polsce i to mi zajęło najwięcej czasu.  Chciałem wyjechać z czystym umysłem aby nic mnie nie ściągało z powrotem. Zrealizowanie mojej wyprawy wymagało nakładu finansowego, jednak ze względu na to, że nie miałem dużo oszczędności to zacząłem szukać sposobów na tanie podróżowanie. Początkowo przez internet już w Polsce znalazłem portal na którym można znaleźć prace na wolontariacie za jedzenie i spanie.  W późniejszym czasie, gdy już mówiłem po hiszpańsku udawało się czasem znaleźć płatną prace.  Moim celem było podróżowanie i zdecydowanie to, co mi ułatwiło realizację mojego marzenia to praca z rękodziełem, którego nauczyłem się od ulicznych artystów. Robiłem bransoletki i wisiorki, dzięki temu mogłem podróżować i pracować w różnych miejscach. Sprzedawałem je lokalnym mieszkańcom i turystą. Było to jedno z narzędzi, aby zdobyć pieniądze na realizację moich celów. Przemieszczałem się za pomocą różnego rodzaju transportu, ale głównie był to auto stop. W taki sposób przejechałem całą Amerykę Południową od Argentyny, aż do Wenezueli. Jedne z ciekawszych dróg na mojej trasie to Carretera Austral w Chile, droga 40 w Argentynie, droga śmierci w Boliwii, panamericana, droga słońca w Ewkadorze. W każdym kraju starałem się zobaczyć najpiękniejsze atrakcje i poznać kulturę. Średnio w każdym państwie spędzałem kilka miesięcy w różnych miejscach, dzięki temu zobaczyłem niesamowite krajobrazy i zabytkowe miejsca. Byłem w takich miejscach jak: u podnóżach góry Aconcagua, lodowiec Perito Moreno w Calafate, wodospad Iguazu, park narodowy Torres del Paine w Chile, pustynia solna w Uyuni (Bolivia), jezioro Titicaca, wyspę Słońca, Machu Picchu, kanion Colca w Peru, linie Nazca, Cordillera Blanca w Huaraz, na równiku w Ekwadorze, Park Narodowy Yasuni, na farmach kawy w Kolumbii, na plażach morza karaibskiego, Medanos de Coro w Wenezueli, Park Narodowy Canaima, Roaima i wiele innych pięknych urokliwych miejsc Ameryki Południowej. Miałem okazję odbyć też trzy wyprawy żeglarskie, jako załogant. W tym przypadku łapanie okazji wymagało dużej cierpliwości i wytrwałości. Największym moim osiągnięciem to podróż na Antarktydę gdzie samo szukanie okazji na wypłynięcie zajęło mi pięć miesięcy. Wyprawa trwała jeden miesiąc. Kolejne wyczyn to rejs na Falklandy i wyspy Galapagos. W każdym przypadku cena podróży to tylko koszty eksploatacji (jedzenia)

Moim celem wyprawy było poznanie ciekawych krajów, a drugim ważnym elementem była podróż w głąb siebie.. Dlatego wybrałem opcje podróży samemu i bez ograniczeń czasowych. Odrzuciłem tradycyjny sposób podróżowania z przewodnikiem w ręku i postanowiłem zaufać swojej intuicji. W dodatku na samym początku mojej podróży zepsuł mi się telefon komórkowy i nie miałem pieniędzy, aby go naprawić. W tym przypadku byłem skazany tylko na siebie i swoją intuicje. Wjeżdżając do danego kraju wiedziałem o nim tylko podstawowe rzeczy. Bazowałem na radach lokalnych mieszkańców i zdarzeń losu. W trakcie trzech lat w Ameryce Południowej miałem okazje zmierzyć się ze swoimi słabościami i lękami. Pierwszy etap to było przełamanie bariery językowej i zaakceptowanie nowych zwyczajów. Jednak największym lękiem, z którym udało mi się zmierzyć to podróżowanie bez pieniędzy. Pamiętam jak wyjechałem z Buenos Aires bez grosza, udałem się na drogę, aby złapać stopa i wtedy zaczęła się jedna z najważniejszych prób w moim życiu, która polegała na zaufaniu do siebie samego i do wszechświata, że pozwoli mi kontynuować moją podróż. Zrozumiałem wtedy, aby pozwolić rzeczą by się działy same, w taki sposób spotykałem życzliwych ludzi. Zaczynałem trafiać do magicznych miejsc, jedno z nich znajdowało się w Misiones gdzie zamieszkałem przez trzy miesiące z pewną szamanką z Argentyny. Miałem okazję poznać świat roślin i uczestniczyć w kilku rytuałach. Był to dla mnie ważny czas gdzie mogłem zrozumieć zwyczaje i obrzędy indiańskie. Ukierunkowało to moją podróż i chęć poznania więcej indiańskich obrzędów. W Boliwii miałem okazję uczestniczyć w wielu rytuałach o nazwie „Pachamama”, które polegały na oddaniu darów dla matki ziemi. Miało to na celu wspomóc pomyślność i dać bogactwo na najbliższy czas. W Peru poznałem człowieka, który sam się nazywał starszym bratem i to on pokazał mi wiele świątyń Inków. Razem odbyliśmy kilka rytuałów z San Pedro (święty kaktus) Ta ceremonia miała na celu oczyścić moje ciało i duszę. W Ekwadorze zamieszkałem kilka dni w dżungli z rodowitymi mieszkańcami, tam odbyłem rytuał z najsilniejszą rośliną Ameryki Południowej, czyli z ayahuaską. Kończąc moją podróż ostatnim punktem była Wenezuela. Jeden z najniebezpieczniejszych krajów, gdybym słuchał swojego umysłu nigdy bym tam nie pojechał jednak moja intuicja mówiła, że nic złego mi się nie przytrafi.  Zaufałem jej i spędzając miesiąc czasu podróżując po całym kraju. Ostatnim punktem było wejście na szczyt hipnotycznej góry o nazwie Roaima jednej z najstarszych gór naszej planety. Siedząc na jej wierzchołku zrozumiałem, że gdyby nie moja konsekwentna praca nad sobą, pokonywanie swoich leków, prawdopodobnie nie spełniłbym swoich marzeń.

Jestem zwolennikiem gdzie podróż ma mniej planu i wyznaczanych celów, a więcej zaufania do siebie i do tego, co nas spotka w trakcie realizacji podróży. Na prelekcjach i w trakcie, gdy opowiadam o moich podróżach mówię o podróży intuicyjnej i o tym aby podążać za głosem serca wtedy marzenia stają się bardziej realne do spełnienia.

Podróż się zaczęła pierwszego lutego 2015 roku od wyjazdu z Polski a skończyła 18 grudnia 2017 roku wylotem z Kolumbii do Polski.  Całość została zrealizowana i sfinansowana przeze mnie poprzez różnego rodzaju prace w trakcie pobytu w Ameryce Południowej.

Więcej w temacie mojej trasy i podróży można znaleźć na mojej stronie www.podrozintuicyjna.pl


6.Pianomatyk Bike Tour - Rowerowa Trasa Koncertowa- Lapuć Paweł

Pianomatyk Bike Tour – Rowerowa Trasa Koncertowa- Lapuć Paweł

Współtowarzysz:  Karolina Gutkowska (etap II i III)

Data rozpoczęcia oraz zakończenia:

I etap:   26.05.2017 WARSZAWA-BERLIN          I etap:   11.06.2017

II etap:  31.05.2018 BERLIN-BRUKSELAII etap: 17.06.2018

III etap: 08.09.2018 BRUKSELA-PARYŻ  III etap: 15.09.2018

Przejazd rowerem przez Europę z elektronicznym pianinem w przyczepce rowerowej wypełniony różnorodnymi koncertami (oficjalnymi, domowymi oraz plenerowymi).

Projekt Rowerowej Trasy Koncertowej – Pianomatyk Bike Tour zrodził się z połączenia dwóch pasji – muzycznej i podróżniczej.

Polegał on na przejechaniu przez Europę rowerem z elektronicznym pianinem w przyczepce rowerowej tak, aby w miarę możliwości każdy dzień zakończyć występem – w zamian za nocleg i gościnę.

W trakcie projektu udało się zagrać ok. 30 niezwykle różnorodnych koncertów – zarówno oficjalnych (np. w muzeach czy centrach kultury), plenerowych (np. występ na rynku, na traktorze czy pod dębami na skraju wioski) jak i domowych (dla rodziny, sąsiadów czy znajomych osób goszczących).

Trasa została zorganizowana w 3 etapach na odcinkach Warszawa-Berlin, Berlin-Bruksela oraz Bruksela-Paryż i bazowała w znacznym stopniu na gościnności miłośników muzyki oraz jazdy na rowerze poznanych za pośrednictwem internetu.

Rowerowa Trasa Koncertowa – Pianomatyk Bike Tour

Pianomatyk Bike Tour - Antwerpia Pianomatyk Bike Tour - Berlin Pianomatyk Bike Tour - Bydgoszcz Pianomatyk Bike Tour - Vockerode

Szerszy opis:

Wymyśliłem sobie, że wyruszę w nietypową trasę koncertową – rowerem. Nic prostszego jak się gra na fortepianie. Nie tak łatwo jest jednak znaleźć kolejne miejsca do występów. Wymyśliłem sobie w takim razie, że wezmę przenośne pianinko cyfrowe i załaduję do przyczepki rowerowej. Z takim ekwipunkiem można śmiało ruszać w świat, ale mimo wszystko raczej po nizinach. Popatrzyłem na mapę i trasa ułożyła się sama: Warszawa – Berlin – Bruksela – Paryż. Jakieś 2000km.
Była idea, był cel. Pozostało znaleźć przenośny, lekki i słyszalny instrument działający bez prądu oraz przyczepkę do jego transportu, a następnie rozplanować wszystkie przystanki. Chciałem w miarę możliwości każdy dzień zakończyć występem, więc całkowicie spontaniczny przejazd nie sprawdziłby się w tej formule. Przyjąłem przy tym średni dzienny dystans ok. 70km. Czyli dość intensywnie.
Ostatecznie podzieliłem trasę na 3 etapy, przy czym w pierwszy wyruszyłem sam, a w kolejne we dwójkę:

Etap I, Warszawa-Berlin (maj/czerwiec 2017r.)

Etap II, Berlin-Bruksela (czerwiec 2018r.)

Etap III, Bruksela-Paryż (wrzesień 2018r.)
Cały projekt miał 3 wymiary – muzyczny, rowerowo-podróżniczy oraz poznawczy (jako okazja do ciekawych spotkań).
Od początku zakładałem, że już sama część muzyczna będzie nietypowa i różnorodna. Podzieliłem występy na 3 grupy – oficjalne, domowe i plenerowe. Bardziej oficjalne koncerty starałem się zorganizować tam, gdzie była możliwość znalezienia sal z akustycznymi fortepianami lub pianinami, m.in. w Pałacu w Sannikach, Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku, Muzeum Wodociągów w Bydgoszczy, galerii Alte Schule w Wiesenburgu, placówce Łódzkie House w Brukseli czy Bibliotece Polskiej w Paryżu. Na swoim instrumencie zagrałem za to na spotkaniu muzyczno-podróżniczym z młodzieżą szkolną w Chrzypsku Wielkim czy w sklepie z antykami w Quedlinburgu.
Drugą grupą były koncerty domowe. Czasem grałem na własnym instrumencie, czasem na dostępnym pianinie, a raz nawet gospodarze mieli w domu w amatorskie studio nagraniowe z dwoma fortepianami. Zachęcałem aby zapraszać na takie wieczory rodzinę, sąsiadów bądź przyjaciół, co tworzyło bardzo przyjemną atmosferę. Dla większości osób były to pierwsze tego typu wydarzenia muzyczne, które wzbudziły wiele pozytywnych reakcji. W Poczdamie wiolonczelista Tobias po moim koncercie dał się namówić nawet na wspólną improwizację.
Wreszcie trzecią grupą koncertów były występy plenerowe. Dzięki przenośnemu instrumentowi mogłem się zatrzymywać spontanicznie po drodze jak np. w Ciechocinku pod tężniami czy w Kostrzynie na terenie znanym z festiwalu Jurka Owsiaka. Część występów była z góry zaplanowana na świeżym powietrzu jak np. we Francji na zewnątrz małego château w miejscowości Orry-la-Ville dla pracowników regionalnego parku naturalnego mającego tam siedzibę albo pod dwoma rozłożystymi dębami dla mieszkańców niemieckiej wioski Heckenbeck.

W plenerze, w starym gospodarstwie nad Łabą odbył się też najbardziej spektakularny występ trasy. Gościli nas tam Jan z Nadine. Zastanawiając się w którym miejscu zrobić scenę wpadliśmy na pomysł, aby zagrać na… traktorze. Jan będący „złotą rączką” szybko znalazł belkę, kilka sznurków i po chwili zamontował instrument na kierownicy.

Sama trasa przejazdu była też zróżnicowana pod względem krajobrazu – w końcu przecinała znaczną część Europy. Zdarzały się zarówno tereny silnie zurbanizowane, typowo rolnicze jak i długie odcinki leśne. Bardziej strome wzniesienia trzeba było pokonać w środkowej partii Niemiec, zwłaszcza u podnóża gór Harz. Były też malownicze odcinki wzdłuż rzek np. Wisły, Warty, Odry, Haveli, Łaby, Wezery, Renu czy Sommy. W kilku rejonach, zwłaszcza w Belgii, korzystaliśmy z długich i prostych ścieżek rowerowych wzdłuż kanałów.

Na szlaku trafiło się sporo perełek turystycznych. Z samych obiektów UNESCO (poza stolicami) można wymienić średniowieczne starówki Quedlinburga, Goslar czy Torunia, kopalnię w Rammelsberg, katedrę w Amiens, ogrody Dessau-Wörlitz, domy beginek w Gandawie czy beffroi w Kortrijk, Lille i Arras. Jechaliśmy też pierwszym na świecie podwieszanym rondem rowerowym w Eindhoven, groblą przy pływających ogrodach „Les Hortillonnages” w Amiens, czy rowerową autostradą w okolicach Antwerpii.

W północnej części Francji, od Lille do Amiens przemieszczaliśmy się wzdłuż linii frontu I wojny światowej i natrafiliśmy na liczne wojenne cmentarze – zarówno żołnierzy ententy jak i niemieckich. Widać było już przygotowania do setnej rocznicy końca walk.

Wyprawa była przede wszystkim jednak okazją do niezapomnianych spotkań. Gościli nas niesamowici ludzie, których zaangażowanie w część muzyczną przerosło moje oczekiwania. Na koncerty przychodziły ciekawe osoby, a nieformalna atmosfera zwłaszcza występów domowych i ogrodowych pozwalała się wzajemnie poznać. Często zdarzało się wieczorne oprowadzanie po mieście czy poranne wspólne rozpoczęcie kolejnego odcinka trasy.

Bywały też momenty bardziej nieoczekiwane. W niemieckiej wiosce, Angielka Phoebe zaprosiła nas na wieczorną próbę trio, gdzie śpiewa po… hiszpańsku. Z kolei w Dorsten zorganizowano nam wywiad dla lokalnej gazety i zabrano na przyjęcie z okazji rocznicy ślubu znajomych.

Była to więc rowerowo-muzyczna podróż pełna magicznych chwil i inspirujących spotkań!

7. Made in China- Sławińska Dorota

Made in China- Sławińska Dorota

Współtowarzysze- Joanna Soboń i Edyta Niemczyk

Data rozpoczęcia  23 lipca 2018 r. zakończenia – 17 sierpnia 2018 r.

pandy 2 pekinOpera VICTORIA PEAK

Trzem Polkom zamarzył się roadtrip po Azji, a jako że do „Azji Express” biorą tylko celebrytów, same stworzyłyśmy sobie podróż życia. Nie było leżenia nad basenem, biura podróży, shoppingu, za to zwiedzałyśmy i poznawałyśmy jedyną w swoim rodzaju kulturę. Wybrałyśmy najtrudniejszy kraj do podróżowania w tej części świata (cenzura Internetu, brak znajomości angielskiego, olbrzymie dystanse między miastami itp.), ale za to mamy satysfakcję, że wyjechałyśmy z Polski jako turystki, a wróciłyśmy, jako podróżniczki. Plan trasy zakładał Pekin – Shaolin – Denfeng – Xi’an – Chengdu – Leshen – Hangzou – Szanghaj – Hongkong – Kanton (samymi pociągami pokonałyśmy dystans 6 tys. km, a były jeszcze inne środki transportu: riksze, samoloty, promy, skutery, autokary, taksówki, metro, rowery, autobusy, motorówki, kolejka linowa, własne nogi itp.). Jeżeli chcielibyście się dowiedzieć: czy bycie popularniejszą od Myszki Mickey męczy, jak to się stało, że nasz super szybki i elegancki pociąg zamienił się w jadący 30 godzin skład (2 noce, ponad 1900 km) z miejscami stojącymi (Mikołaj z kanału „Tymczasem w Chinach” gratulował nam: „Na prawdę dziewczyny szacun, bo wiem, jaki to hardcore.”), co to jest hot pot, czy znalazłyśmy mężów na targu swatek, jak się podróżowało stopem z wycieczką szkolną, czemu odkopano tylko 1000 żołnierzy terakotowej armii skoro jest ich 8000, ile kosztuje „selfi” z pandą wielką i wiele więcej.

https://www.youtube.com/watch?v=nuu6X_6WEL8

8. Pustynia Arabska Rowerem – czyli Oman na dwa koła- Nowacki Krzysztof

Pustynia Arabska Rowerem – czyli Oman na dwa koła- Nowacki Krzysztof 

LUTY-KWIECIEŃ 2013

Wyprawa rowerowa po pustyniach, górach, wybrzeżu Omanu.

Opowieść o pięknych pałacach Sułtana…O przeprawie przez góry i jeździe rowerem z sakwami przez pustynny interior w temperaturach dochodzących do 56 stopni. Opowieść o wyprawie w góry na pograniczu Jemenu gdzie ludzie w izolacji wytworzyli nawet swój język. Letnie pałace w Salalah, gejzery wodne i wejście w kokosowy interes. Opowieść o gościnności Arabów zarówno w apartamentach wynajętych dla mnie jaki i koczowaniu z nimi na pustyni. Unikalna muzyka, jedzenie, śpiew. Unikalne walki byków i gonitwy wielbłądów. A także samotne noce nad morzem Arabskim wśród skał i żółwi zielonych przypływających by złożyć jaja.
100_6729 100_7001 100_7092 100_7440

 

 

 

 

Portal Pomorza:.pl

Jak toczy się życie na Półwyspie Arabskim postanowił sprawdzić Krzysztof Nowacki, który przemierzył drogi i bezdroża Omanu, a uczynił to w niecodzienny sposób, bo rowerem. Wbrew najoczywistszym domysłom wybór miejsca wyprawy nie był wynikiem fascynacji kulturą arabską, ale zwykłą kalkulacją ekonomiczną. Jak opowiada Krzysztof Nowacki – dostał bilet do Omanu w bardzo atrakcyjnej cenie.

Nasz rozmówca nie miał gotowego planu podróży, na gorąco kupił mapę w Maskacie i wyznaczył sobie trasę – w praktyce okazało się, że droga momentami jest niezwykle trudna i wiedzie przez góry. Kiedy z gór zjechał do interioru temperatura na termometrze w rowerze siegała 53 stopni Celsjusza, nieznośnej dla europejczyka temperaturze towarzyszył bardzo silny wiatrz wiejący przez 20 godzin w ciągu doby. Ruszał w drogę w nocy, aby główny zaplanowany dystans osiągnąć do godziny 10 rano.

– Raz było to 20 km drogą wiodącą na zmianę pod górę i w dół, a czasami pokonywałem około 200 km. Początkowo chciało mi się płakać i zastanawiałem się gdzie trafiłem ale z czasem było coraz lepiej – opowiada podróżnik. – Tym co mnie zaskoczyło na samym początku to nowoczesność Omanu. Wydawało mi się, że to dziki kraj, a tymczasem miasto, w którym się znalazłem było bardzo bogate i nowoczesne. Omańczycy nie używają nóg i poruszają się samochodami, a mają po czym jeździć, bo tam nawet lokalna droga ma trzy pasma i bardziej przypomina autostradę niż zwykłą drogę.

Wyprawa przez Oman trwała dwa miesiące i teraz po powrocie w rodzinne strony Krzysztof tęskni już za tą przestrzenią, wolnością, prostymi realiami i serdecznością ludzi. Myśli już o kolejnej wyprawie, nie wie jeszcze gdzie.

– Chcę zwiedzić cały świat! Czy będzie to sąsiednia wioska czy kraj bardzo oddalony to czas pokaże – podsumowuje Krzysztof Nowacki.

9. Galopem do USA- Olbratowska Ewa

Galopem do USA- Olbratowska Ewa

Daty podróży- sierpień-wrzesień 2018

(opowieść jest o 3 latach spędzonych w USA na campie i 3 podróżach po Stanach)

Wyjazd do pracy na wakacje na amerykański camp jako instruktor jazdy konnej plus zwiedzanie USA przez miesiąc po zakończonej pracy (główna atrakcja wyprawy 2018 – jazda konno w Monument Valley)

image3 image4 unnamed-2 unnamed

Galopem do USA!

 

Czyli, jak spełnić swoje marzenia o podróży po Stanach Zjednoczonych, przy jednoczesnym wykorzystaniu swoich pasji i umiejętności.

Podróż do USA była jej największym marzeniem. Zamiłowanie do nauki angielskiego tylko podsycało pomysł o wyjeździe do Nowego Jorku i zobaczeniu wszystkiego co znała z filmów na własne oczy. Zawsze wyobrażała sobie, że wyjedzie tam na max 2 tygodnie, zobaczy „co trzeba” i po prostu wróci do Polski. Jednak, wszystko zmieniło się diametralnie w 2016 roku, kiedy zaoferowano jej pracę jako instruktor jazdy konnej w tajemniczym miejscu zwanym Tapawingo – czyli jednym z tysięcy campów dla dzieci w USA.

 Ewa Olbratowska – absolwentka Anglistyki na UAM, instruktor jazdy konnej, prowadząca bloga Trips On Me oraz trzykrotna uczestniczka i konsultantka programu Camp America, opowie o swoich 3 wyprawach po USA, pracy na amerykańskim campie i zdradzi swoje podróżnicze plany na sezon 2019!

Odkąd pamiętam wyjazd do USA był moim największym marzeniem. Myślę, że narodziło się ono podczas oglądania topowych amerykańskich seriali dla nastolatek takich jak Beverly Hills, Gossip Girl czy One Tree Hill. Na początku była to po prostu chęć życia tak jak ich bohaterowie. Chciałam chodzić do amerykańskiego liceum, spędzać swój czas wolny na plaży w Kalifornii, mieć chłopaka z drużyny baseballowej i może nawet być cheerleaderką (ok, w tej ostatniej kwestii trochę mnie poniosło…).

Jednak gdy moja młodzieńcza fascynacja amerykańskim stylem życia przerodziła się w pasję do języka angielskiego, postanowiłam dokształcić się w tym kierunku i pójść na filologię angielską. To właśnie na studiach rozwinęło się moje marzenie o wyjeździe do USA, zobaczeniu pięknych parków narodowych, ogromnych, zachwycających miast, które nigdy nie śpią oraz poznaniu kultury Stanów Zjednoczonych od podszewki.

Wycieczka do USA to nadal dla wielu Polaków „duże przedsięwzięcie”. Po pierwsze nadal potrzebujemy wiz, co już na początku generuje koszt ok 600 zł. Po drugie, aby wybrać się za ocean musimy mieć przynajmniej 2000 zł na bilety lotnicze, a nawet jeśli trafimy taniej to i tak nie jest to „tani lot”. Po trzecie, jak już tam jedziemy to warto przynajmniej zostać na 2 tygodnie, bo przecież po co lecieć tyle godzin, żeby „zaraz wracać”.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe punkty, jako studentka wiedziałam, że pewnie nieprędko uda mi się uzbierać wystarczająco dużo pieniędzy, aby dolecieć do USA i pozwiedzać interesujące mnie miejsca przez min. 2 tygodnie.

Jednak dzięki mnogości programów i wymian studenckich dostępnych na rynku, udało mi się spełnić to marzenie w całkiem niespodziewany sposób – pracując jako instruktor jazdy konnej na jednym z amerykańskim campów.

W 2016 roku po raz pierwszy wyjechałam na Camp Tapawingo w stanie Maine, gdzie przez 2 miesiące uczyłam jeździectwa oraz opiekowałam się dziećmi. Ta praca pozwoliła mi poznać społeczeństwo amerykańskie z zupełnie innej strony. Dowiedziałam się, że campy są wpisane w tradycję USA i że w całych Stanach Zjednoczonych istnieje kilka tysięcy takich ośrodków, na które co roku wyjeżdża większość dzieci w Stanach! Oprócz tego, stałam się częścią tej niesamowitej społeczności i przede wszystkim dostałam szansę na miesięczne zwiedzanie USA po zakończonej pracy!

Od tamtej pory, byłam już w USA 3 razy. W tym roku wybieram się na camp po raz 4. Na początku to podróż po USA była dla mnie największym „wabikiem” i motywacją do udziału w programie Camp America. Jednak szybko, uświadomiłam sobie, że praca na campie jako instruktor jeździectwa, możliwość rozwoju w tej dziedzinie oraz ludzie z którymi spędzam 2 miesiące w środku lasu, odcięta od rzeczywistości są dla mnie równie ważne jak sama podróż przez Stany.

Dlatego właśnie zawsze podkreślam, że w mojej przygodzie i podróży ważną rolę odgrywa moja  pasja i hobby – czyli konie. To właśnie dzięki mojej miłości do jeździectwa mogłam już trzy razy „pojechać” „Galopem do USA!”, zwiedzić (jak do tej pory) 18 stanów, zorganizować Road Tripa ze wschodu na wschód przez całe Stany, spać pod namiotem w parku narodowych Arches, obserwować aligatory na Florydzie, podziwiać drapacze chmur w Nowym Jorku, wypić kawę w pierwszym Starbucksie w Seattle, przejechać się konno po Monument Valley i spełnić wiele swoich podróżniczych marzeń!

Moje podróże po USA pokazują, że czasem nasze spełnione marzenie o odwiedzeniu jakiegoś miejsca może nie do końca jest zgodne z naszym wyobrażeniem, ale może być nawet lepsze niż to czego oczekiwaliśmy! I do tego właśnie chce Was przekonać w swojej opowieści o pracy na amerykańskim campie i 3 podróżach po USA!

FILMIKI: MÓJ KANAŁ NA YOUTUBE

https://www.youtube.com/channel/UC1_ErW7NugQTWgQyxTXmnjA?view_as=subscriber

10. Mentawai - drzewo życia- Gabruk Marcin

Mentawai – drzewo życia- Gabruk Marcin

Podróże w marcu 2018 oraz marzec/kwiecień 2019

Ludzie Mentawai są ze sobą na tyle blisko, że czują się jednością. Szanują się wzajemnie, są dumni ze swojej tradycji i kultury. Traktują się jak bracia, ucztują, żyją, bawią się wspólnie. Są razem w życiu codziennym i w wyjątkowych chwilach. Nie ma mowy o braku szacunku, pomocy dla innych, bo inni nie istnieją. Jesteśmy tylko my, razem. Jak jedna rodzina. Czego nam brakuje by żyć jak jedność, jak jedna rodzina ? Technologicznych nowinek ? Kiedy czujemy, że tak naprawdę żyjemy ? Gdy tworzymy więzi z innymi ludźmi czy siedząc samotnie w nowym aucie ? Fotograficzna opowieść o plemieniu Mentawajów z wyspy Siberut. Historie pisane na gorąco w rozpadającym się z wilgoci zeszycie zabiorą Państwa przez błotniste ścieżki pełne pijawek wprost do szamańskiej Umy, gdzie przy kubku gorącej herbaty i grillowanych robakach poznacie szamanów, pójdziecie zapolować na małpy, a wieczorem zasiądziecie wspólnie przy lampie naftowej pośrodku dżungli i zatopicie się w jej odgłosach wsłuchując się w szamańskie legendy czy śpiew. Opowieści o tym jak żyje się w dżungli w XXI wieku, o wierzeniach, tradycjach, o tym kto chce ich zniszczyć i dlaczego wciąż wielu opiera się cywilizacji i woli pozostać strażnikiem lasu tak jak przodkowie. Zapraszam do wspólnej podróży z Mentawajami do ich świata, świata ludzi których zdobycze cywilizacyjne myśmy odkryli 2 tyś lat temu, świata ludzi którzy hołdują wartościom o których my czasami zapominamy, świata wspaniałych wytatuowanych ludzi w gatkach z kory drzewa i nie działającym zegarkiem, a to wszystko humorystycznie z dymkiem mentawajskiego papierosa.

DSCF9956 P3130465-2 DSCF9808 DSCF9635 DSCF0093

Szersza relacja:

Niewielka społeczność na niewielkiej wyspie u wybrzeży wielkiej Sumatry. Mentawajowie. Kim zatem są, czym się zajmują, co jest dla nich ważne i w co wierzą ? Pomimo tego, że wyspa Siberut którą zamieszkują nie jest daleko od wybrzeży Sumatry, to jednak silne prądy, spore wiatry oraz rafa koralowa przez lata skutecznie uniemożliwiały sprawne przemieszczanie się pomiędzy wyspami co bezpośrednio wpłynęło na fakt bycia mocno odizolowaną społecznością aż do XX wieku. Mają swój własny język, tradycje wierzenia ale brak im własnego rzemiosła poza umiejętnością budowy prostych łodzi. Nie wymyślili nic czego my byśmy nie znali od przeszło 2 tysięcy lat. Pierwsi misjonarze docierali w początkach XIX wieku. Odzyskanie przez Indonezję niepodległości w 1945 roku spowodowało dość agresywna kampanię rządu przeciwko rdzennej ludności Siberut. Zaczęły się zakazy noszenia tradycyjnych strojów, tatuowania się, tępiono szamanizm, nazywano poganami i brutalami, rozpoczęto przesiedlenia do budowanych rządowych wiosek oraz siłowe nawracanie na chrześcijanizm lub muzułmanizm. Opór był znaczny, ludzie przenosili się wgłąb dżungli i nie poddawali się. Obecnie większość Mentawajów to chrześcijanie – tak maja w papierach, o ile je posiadają. Jednakże tradycyjne wierzenia są animistyczne i to one odgrywają główną rolę. Dla Mentawajów dżungla, czyli miejsce w którym żyją była zawsze miejscem gdzie wszystko od roślin, skał, zwierząt, drzew czy ludzi ma swoją własną duszę kina. Duchy żyją i komunikują się wszędzie i we wszystkim, w powietrzu, wodzie, drzewach czy drewnianej łódce. Dobre duchy oferują ochronę i wspierają społeczność, złe natomiast mogą zesłać na człowieka karę w postaci choroby czy kalectwa. Jak widać zatem tam nie ma żartów i dopiero życie w pełnej zgodzie z naturą i duchami jest w stanie zapewnić poprawne funkcjonowanie każdego z osobna jak i całej społeczności. Zresztą życie w zgodzie z naturą i z natury jest podstawą funkcjonowania całej społeczności. Biorą z niej tylko to czego potrzebują i w ilościach które są im niezbędne. A wszystko zaczyna się od drzewa. Tak, zwykłego drzewa. Jako takie przewija się ono we wszystkich aspektach życia plemienia i śmiało je możemy uznać za pewnego rodzaju spoiwo wszystkich aktywności. Drzewo to dom, to także ubiór czy żywność. To towar płatniczy, powód kłótni i problemów. Drzewa leczą i zabijają. Liście są podstawą każdej szamańskiej ceremonii. Drzewa są tak ważne dla społeczności, że niektórzy wiążą się z drzewem na całe życie. Takie drzewo ma go chronić, ma świadczyć o jego męstwie lub umiejętnościach, ma dodawać odwagi i upiększać. Takie drzewo jest rysunkiem. Rysunkiem na ciele. Tatuażem.

Mentawajowie są przede wszystkim znani jednak ze swoich zawiłych i szczegółowo dopracowanych tatuaży często pokrywających całe ciało.  Dla wielu sztuka tatuażu jest nie tylko wyrazem artystycznych impresji, ale również jest częścią tzw cyklu życia (tree of life) gdzie tatuaż oznacza wiek, status materialny, często profesję czy szczególne umiejętności. Sztuka tatuażu u Mentawajów jest uznawana za jedna z najstarszych na świecie. Mówi się że tatuaże były już wykonywane około 1500 BC, gdzie u Egipcjan było to dopiero około 1300 BC, zatem prawie 200 lat później. Tatuaże są niezwykle ważne, gdyż to one trzymają duszę blisko ciała. Wytatuowane ciało, przyozdobione w koraliki, kwiaty, z wyostrzonymi zębami jest niezwykle atrakcyjne dla świata duchowego i istnieje bardzo poważne zagrożenie, że dusza osób nie wytatuowanych odłączy się od ciała i zacznie wędrować w kierunku świata przodków coraz bardziej się oddalając powodując niechybną śmierć takiego nie pięknego delikwenta. Zachowanie balansu i właściwych relacji z duchami poprzez właśnie takie upiększanie własnego ciała daje Mentawajom gwarancję, że po śmierci będą mogli ze sobą zabrać swój ziemski dorobek życia. I gdy w końcu dojdzie do spotkania z przodkami to wówczas zostaną przez nich rozpoznani, bo tatuaże są ich pewnego rodzaju dowodem osobistym i potwierdzają ich dokonania w życiu ziemskim. A prozaicznie rzecz ujmując dodatkowo takie tatuaże stanowią dużą ochronę podczas wędrówek po dżungli gdzie można napotkać wałęsające się złe duchy. Tatuaż świadczy o równowadze i harmonii w świecie przyrody, dlatego też tatuowane są zwierzęta, kwiaty czy nawet formacje skalne. Ciągła troska i dbanie o prawidłowy balans pomiędzy tymi dwoma światami jest jedną z naczelnych zasad u Mentawajów. Tatuaż oznacza również przynależność do klanu, a pewnego rodzaju specyficzne oznaczenia pozwalają łatwo się zidentyfikować i poznać kto jest kim. Dla przykładu myśliwi często mają tatuowane swoje zdobycze jak ptaki, aligatory, małpy, a szamani maja na ramieniu specjalną gwiazdkę zwaną sibalu balu. Tatuaże i wzory są również mocno zregionalizowane – ludzie z tej samej wioski czy okolic mają podobne wzory, aczkolwiek zupełnie inne od tych z innych rejonów wyspy. Istnieje około 160 różnych wzorów, ale poszczególne osoby mają ich zaledwie kilkanaście i są one różne w zależności od tego kto kim jest i skąd.  Jak wspomniałem tatuaże mogą oznaczać wiele i przytoczę tu kilka przykładów.  Pierwszy tatuaż na plecach to czasem tzw outrigger canoe (łódka ze zdejmowanym takielunkiem) co symbolizuje balans między światem doczesnym a duchowym. Ramiona są wytatuowane w linie przypominające krokodyli ogon co oznacza szacunek do wodnych bóstw. Ponadto istnieje wiele innych tatuaży symbolizujących liście drzewa sagowego będącego podstawowym produktem żywnościowym czy liści młodych paproci jako świętej rośliny. Z reguły gdy dziecko osiąga wiek siedmiu lat (tradycyjnie; obecnie to jednak nastolatkowie) tatuowane są plecy. Po około dwóch latach dochodzą kolejne wzory na ramionach i dłoniach. Po kolejnym roku uda i łydki (tradycyjnie działo się to przed zawarciem związku małżeńskiego). W ostatnim etapie tatuowana jest szyja oraz klatka piersiowa. Jeśli tatuator uzna iż na ciele ma się pojawić wzór symbolizujący drzewo to na ramionach pojawiają się kolczaste łodygi palmowca, na dłoniach i kostkach wzory przypominające korę sagowca,  uda to słoje oraz pień drzewa sagowego natomiast na klatce piersiowej pojawiają się linie symbolizujące kwiat. Wierzy się, że osoba posiadająca taki tatuaż (tree of life) nigdy nie umrze, gdyż nie można umrzeć będą jednocześnie częścią „drzewa życia”. Często też tatuowane są kraby gdyż Mentawajowie uważają je za święte. Wywoływane są one podczas obrzędów mających na celu leczenie ran, bo uważa się, że krab nigdy nie umiera (choćby poprzez to, że jest w stanie odrzucić swoje dawne ciało i się kompletnie zregenerować tylko z samego odnóża). Nie zawsze jednak tatuowane jest drzewo życia – różnorodność jest duża. Zdarza się, iż na wewnętrznych stronach uda i stopach pojawiają się małe wzorki z wyglądu jak kurze łapki choć w rzeczywistości maja przypominać łapy psa – jest to wtedy tatuaż magiczny który pozwala właścicielowi podczas polowania biegać tak szybko jak jego pies. Skomplikowane wzory na klatce piersiowej i nadgarstkach mają za zadanie utrzymywać duszę blisko ciała. Podobną funkcję mają tatuaże na plecach w kształcie haka, sprawiają one że o wiele łatwiej jest łowić ryby i jest się sprawniejszym myśliwym dzięki niezwykle zwinnym dłoniom z których żadna zdobycz się nie wydostanie. Rozetki i gwiazdy na ramionach kobiet mają za zadanie odbijać zło od ciała – tak jak krople deszczu spadające na kwiat. Często też tatuaż to pamięć, a przede wszystkim pamięć o tym kto je wykonał. Zdarza się że jest to po prostu ojciec.  Obecnie starzy Mentawajowie ubolewają nad faktem że coraz mniej mieszkańców chce się tatuować. Tradycja może nie zanika ale widać wyraźnie zmniejszenie liczby chętnych. Robienie tatuaży nie jest tanie. Wiąże się to również z ceremonią przygotowawczą i szeregiem szamańskich rytuałów, a to wymaga już poświęcenia sporej liczby świń czy kurczaków. Dla rodziny tatuowanego jest to spory wydatek, proces tatuowania też jest długotrwały i regularnie co dwa lata dorabiane są nowe elementy, a więc i kolejne ceremonie i wydatki. Druga kwestią która powoduje niechęć do tradycyjnego tatuażu jest ból. Ból przez duże B. Pomimo korzystania z leczniczych roślin tamujących krwawienie i przemywania ran to cierpienie jest duże i niewielu jest w stanie sobie z tym poradzić. Aczkolwiek podobno rany goją się szybciej niż po tatuażach wykonywanych tradycyjną zachodnią maszynką. Kwestia pewnie mocno indywidualna. Jako atramentu używa się rozpuszczonej cukru z trzciny cukrowej zmieszanej z węglem drzewnym powstałym wskutek wypalenia łupiny kokosa. Ciemną cieczą najpierw rysuje się na skórze wzór – za pomocą nerwu liścia palmowego nanosi się na skórę odciski w odległości dwóch palców np. te na udach. Igła to najczęściej fragment kości,  czasem wyostrzonego nerwu liścia, ewentualnie drzewny kolec z drzewa limonki i metodą tradycyjną za pomocą uderzeń drewnianego kijka implikuje się atrament pod skórę. Proces długotrwały i dość bolesny. Ale warto cierpieć by być pięknym. Warto znosić ból by żyć w harmonii z naturą, z dżunglą i drzewami. To niezwykle ważna część tradycji Mentawajów, są z niej dumni i pielęgnują ja od setek lat.

11.Iran śladami polskich uchodźców. Siuda Tomasz

Iran śladami polskich uchodźców- Siuda Tomasz

Współtowarzysz- Radosław Fiedler

Data podróży: SIERPIEŃ 2017

W 1942 roku do Iranu przybyło 116 tysięcy polskich uchodźców. 75 lat później ich śladem ruszył Radosław Fiedler z przyjaciółmi. Bardziej niż na odwiedzeniu nekropolii, zależało nam na dotarciu do świadków.

Iran kusi na wiele sposobów: dla jednych są to mniej lub bardziej wymagające szlaki w górach Zagros, dla innych sposób na poznanie obcej kultury i poszukiwanie śladów dawnej Persji. Na miłośników ciepłych kąpieli, czekają natomiast plaże Morza Kaspijskiego. Cel naszej podróży był jednak zupełnie inny. Postanowiliśmy ruszyć śladami polskich uchodźców z czasów II wojny światowej. Bardziej niż na odwiedzeniu nekropolii, zależało nam na dotarciu do świadków. Wydawało się, że po upływie 75 lat od przybycia Polaków do Iranu – będzie to karkołomne zadanie.

 ispu20170826_0143 ispu20170828_0180 ispu20170903_0321 ispu20170905_0341 ispu20170910_0423

Historia tułaczki Polaków

W 1942 r. do Iranu przybyło 116 tysięcy polskich uchodźców. Byli tam zarówno żołnierze jak i cywile, a wśród nich ponad 13 tysięcy dzieci. Polacy przybyli do Persji dwiema drogami: lądową z Samarkandy i Aszchabadu do Meszhedu a potem do Indii, oraz morską z Krasnowodzka do Pahlewi (dzisiejszy Bandar-e-Anzali) a potem przez Ahwaz na Bliski Wschód.

Jedynie dziesiątej części tych, którzy znajdowali się w Związku Sowieckim, udało się wydostać z „więzienia narodów”*. Było to możliwe dzięki staraniom generała Władysława Andersa i władz na uchodźstwie oraz zainteresowania Armią Polską rządu Wielkiej Brytanii, który wynegocjował u Stalina zgodę na ewakuację. Gdyby pozostali na „nieludzkiej ziemi”, większości groziłaby śmierć z niedożywienia i chorób.

Nie bez wyrzeczeń i zaskoczeń

Po roku przygotowań wyruszyliśmy w drogę: Radosław, Marek, Marek Oliwier Fiedlerowie, Tomasz Siuda i Piotr Baranowski. Udało nam się wpakować do wynajętego Peugeota Parsa i pokonaliśmy tym pojazdem w dwa tygodnie ponad 6 tys. kilometrów. Nie było to łatwe, ponieważ ruch drogowy w Iranie jest bardzo chaotyczny, a drogi zakorkowane.

Powszechna opinia na temat Iranu jest raczej jednostronna: fanatyzm, terroryzm, religijna dyktatura i broń jądrowa to główne skojarzenia, które zachodnie media zdają się tylko podsycać. Mile zaskoczyła nas, tak jak większość turystów i podróżników, niesamowita gościnność i życzliwość Irańczyków. Bez względu na to, czy poruszaliśmy się po zatłoczonych ulicach wielkiego Teheranu, gorącego Ahwazu czy mistycznego Meszhedu, co chwilę słyszeliśmy dookoła pozdrowienia i szereg powodowanych ciekawością pytań. Zanim zdążyliśmy opowiedzieć dokładnie kim jesteśmy i skąd przychodzimy, już po chwili byliśmy podejmowani herbatą, a jeśli spotkanie trwało dłużej niż 5 minut od razu była nam oferowana strawa, ghalyan (fajka wodna w Polsce nazywana sziszą) czy nocleg.

Więcej niż uprzejmość

Bardzo podobne spostrzeżenia mieli polscy uchodźcy 75 lat wcześniej. Żołnierz Armii Andersa Józef Czapski, zaraz po przybyciu do portu w Pahlevi zanotował: Pierwsze wrażenie Iranu, to niesłychana uprzejmość ludności, więcej niż uprzejmość – serdeczność. Wszystkie dzieci i wielu starszych machają nam rękami. W Kuczanie, gdzie się zatrzymaliśmy, by coś zjeść, przynosi nam dwóch młodzieńców winogrona za darmo. Tak bez pieniędzy przejeżdżają tu wszyscy nasi od paru tygodni, więc gesty tych ludzi są zupełnie bezinteresowne.

Po dotarciu na gościnną ziemię irańską, niektórzy postanowili zamieszkać tu na zawsze i założyć rodziny. Natomiast dla większości był to okres przejściowy, w drodze do ojczyzny. Połączonym wysiłkiem powstały szkoły i sierocińce, zakłady pracy, towarzystwa naukowe, wydawano prasę i książki.

Pomimo tych starań, wielu Polaków zmarło po dotarciu do portu kaspijskiego w Pahlevi. Blisko dwa tysiące grobów tych właśnie osób znajduje się na największej polskiej nekropolii w Teheranie, jednej z pięciu chrześcijańskich nekropolii z kwaterami polskimi. Zgodnie z zapiskami historyków, w pierwszych kilku tygodniach pobytu w Iranie polskich uchodźców trzeba było chować w kocach, ponieważ jedyna w Teheranie składnica trumien została opróżniona w ciągu pierwszych kilku dni. Jednakże bardzo gorący, a miejscami upalny Iran wraz z bezinteresownie życzliwymi i gościnnymi mieszkańcami, okazał się wybawieniem dla polskich uchodźców.

Co się zachowało?

Cmentarze to jedne z ostatnich śladów polskości w Iranie. W niektórych miejscach, jak np. w dzielnicy Khagani w polskim niegdyś Isfahanie, zachowało się jedynie kilka budynków, które służyły za sierociniec. Na ulicy Chahar Bagh zbudowana przez Polaków manufaktura tytoniu właśnie jest w trakcie remontu. W klasztorze szarytek, w którym niegdyś znajdował się Zakład nr 2 („Dwójka”) zostały już tylko dwie siostry w podeszłym wieku, a o szwajcarskich Lazarzystach niegdyś prowadzących Zakład nr 3 („Trójka”) dowiedzieliśmy się, że „bracia pomarli już dawno, a klasztor zamknięto”. Próżno tego typu miejsc szukać także w samym Teheranie. Po 75 latach świadkowie wydarzeń, o ile żyją, weszli już w dziewiątą dekadę swego życia i nie chcą rozmawiać o przeszłości.

Ambasada RP w Teheranie pomogła nam odnaleźć panią Eleonorę Barską, urodzoną w 1926 roku. Z Iranem związała się na dobre i złe. Zapytana czy nie żałuje swej decyzji o pozostaniu w Persji – odpowiedziała krótko, że nie, choć życie jej nie rozpieszczało. Koszmar sowieckich łagrów, dwa małżeństwa, śmierć dziecka oraz rozwód, a po nim samotność, to los nie do pozazdroszczenia. „Ja już nie pamiętam Polski, poza tym wszystko się zmieniło” – wyznała. Nowogródek w którym przyszła na świat jest dziś na terytorium Białorusi.

Nie każdego jednak los doświadczył tak dotkliwie. Doktor Reza Nikpour, przewodniczy Towarzystwa Przyjaźni Irańsko-Polskiej, syn pani Heleny Stelmach i Aliego Mohhameda Nikpoura, chętnie opowiadał nam o swojej zmarłej w kwietniu 2017 r. mamie.  Jej irański mąż nie ukrywał smutku  – „To była najpiękniejsza kobieta na świecie.” wyznał, trzymając w dłoni fotografię swojej ukochanej żony.

Czy pamięć przetrwa?

Nieodwołalnie odchodzi pokolenie boleśnie doświadczone wojną, deportacjami i tułaczką, trwającą niekiedy całe życie. Nie oznacza to, że ślady zacierają się bezpowrotnie. Najmilszym zaskoczeniem okazał się Ahwaz. Ponad milionowe miasto, zagłębie naftowe blisko irackiej granicy, gdzie odczuwalna temperatura wynosi 50 stopni. Okazało się, że tutejszy chrześcijański cmentarz, na którym znajduje się polska kwatera, w ostatnim roku przeszedł renowację sfinansowaną ze środków fundacji Muytabe Ghaestouniego. Przedtem nekropolia była niemal wysypiskiem śmieci. Podczas wojny w Ahwazie zorganizowano obóz tranzytowy dla Polaków, których Brytyjczycy przerzucali następnie do Afryki Wschodniej lub na Bliski Wschód (głównie Palestyna i Liban).

Cafe Polonia

Po gorącym Ahwazie, Isfahan wydaje się wręcz rajem. Prawdopodobnie ze względu na sprzyjające warunki klimatyczne to tutaj zorganizowano schronienie dla 2600 polskich dzieci. W mieście spotkaliśmy się z panem Aminem Fakharim, miejscowym animatorem kultury, który jest na dobrej drodze do odtworzenia działającej w czasie i po wojnie kawiarni polskiej „Cafe Polonia”. Przed laty było to jedno z ulubionych miejsc spotkań, a także kontaktu miejscowych Irańczyków z Polakami. Amin snuje plany, że w odtworzonym miejscu mieszkańcy Isfahanu poza zajadaniem się polskimi pączkami będą mogli oglądać wernisaże i przedstawienia teatralne. Projekt jest też okazją do współpracy między twórcami z Polski i Iranu. Inicjatywa powstała dzięki mrówczej, historycznej pracy Amina i jego współpracowników.

W Teheranie natomiast poznaliśmy niezwykle energiczną Irankę imieniem Roksana, która bada różne wątki z życia polskich wygnańców, szczególnie dziewcząt i kobiet. Interesuje ją, jak odnalazły się w Iranie i jak były odbierane w tak odmiennej kulturze. Roksana prowadzi niezależny teatr – tuż pod nosem konserwatywnych ajatollahów. Z przedstawieniami o polskich uchodźcach jeździ także do Wrocławia, Krakowa i Warszawy.

Dzięki pracy takich ludzi jak Muytaba, Amin, Roksana i Reza pamięć o Polsce i wydarzeniach które połączyły nasze narody jest wciąż żywa. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem irańskiej gościnności i zgadzamy się co do tego, że to ludzie są największym i niepowtarzalnym atutem Iranu.

12. Jachtostopem na Karaiby i dalej, przez Pacyfik- Kramarczyk Marek

Jachtostopem na Karaiby i dalej, przez Pacyfik- Kramarczyk Marek

Współtowarzysze? —> To była 3 letnia przygoda i towarzysze się zmieniali. Kapitana, z którym pływałem najdłużej- Paweł Jasica

Data rozpoczęcia  22.09.2015 i zakończenia 03.09.2018

Przygoda życia jaką miał być rejs jachtostopem na Karaiby z czasem zmieniła się w zawodową pracę na jachcie, a morska włóczęga nieoczekiwanie trwała 3 lata.

Gdy w mojej głowie zrodził się nieco szalony pomysł wyprawy jachtostopem na Karaiby, nie miałem pojęcia, że spędzę na morzu tak dużo czasu. Zachwycony przygodami w tropikach postanowiłem nie wracać do normalnego życia i znaleźć pracę na jachcie. Udało się, a moja podróż trwała dalej. Jej wielkim finałem był rejs na Pacyfik, który odbyłem jako członek załogi polskiego jachtu Ocean View.

Na prezentacji usłyszycie między innymi o tym jak bez żadnego doświadczenia żeglarskiego złapałem pierwszy jacht na stopa w 5 minut. Opowiem o żeglowaniu na Karaibach łódką, którą opiekował się inny polski jachtostopowicz. Zobaczycie jak wygląda praca na jachcie i nurkowanie z setką polujących rekinów. Dowiecie się dlaczego niemal cała populacja Żółwi z Galapagos została… zjedzona przez odwiedzających archipelag żeglarzy. Pokażę wam wyspy gdzie ludzie wyglądają jak z bajki „Moana” i kilka innych rzeczy. Wszystko to doprawione zdjęciami z miejsc, do których mało kto ma okazję zajrzeć.

Marek Kramarczyk, podróżnik i żeglarz. Nie lubi zimy i gdy tylko może, spędza ją w tropikach. Jego jachtostopowa przygoda nieoczekiwanie zmieniła się w 3-letnią włóczęgę po morzach i oceanach. Swoje przygody opisuje na stronie www.marekkramarczyk.com, na Facebooku: www.facebook.com/marekkramarczykblog/ oraz Instagramie: www.instagram.com/marek_kramarczyk

Galapagos-795-min Marek Kramarczyk NmwP - 2-min NmwP - 5-min NmwP - 22-min NmwP - 45-min Raiatea-18-min

Szersza relacja:

Po ukończeniu studiów wybrałem się w wyprawę jachtostopem na Karaiby. Początkowo miała być taka szalona przygoda, żeby odnaleźć siebie. Dlaczego szalona? A no temu, że nigdy wcześniej nie żeglowałem. Po wielu perypetiach, dwukrotnym przepłynięciu Atlantyku, pływaniu po Małych Antylach na łódce, którą opiekował się inny jachtostopowicz i wyrzucenie przez urząd imigracyjny jednej z wysp wróciłem do domu. Życie na morzu spodobało mi się bardziej niż się spodziewałem. Zamiast wracać do normalności i pracy w wyuczonym zawodzie, postanowiłem kontynuować przygodę i znaleźć robotę na jachcie. Zrobiłem kilka kursów i wkrótce ponownie byłem w drodze na Karaiby.

Poszukiwania trwały pięć miesięcy, ale w końcu się udało. Zostałem członkiem załogi polskiego katamaranu Ocean View. Wróciliśmy do Europy i spędziliśmy lato na Morzu Śródziemnym. Jesienią 2017 roku, po kilku tygodniach przygotowań, wypłynęliśmy z coraz chłodniejszej Francji. Naszym celem była Polinezja Francuska, od której dzieliło nas jakieś 9 tysięcy mil morskich. Czekał nas szmat drogi. Pierwszym przystankiem był Gibraltar. W środowisku żeglarskim znane jako miejsce, gdzie można kupić tanie paliwo. Następnie obraliśmy kurs na Wyspy Kanaryjskie, zatrzymując się w Las Palmas. To miasto nazywam „Wylotówką na Karaiby”, bo wielu żeglarzy właśnie z niego wypływa w rejs przez Atlantyk. Dla mnie miała to być już piąta przeprawa przez ten ocean.

Zimę spędziliśmy na organizacji czarterów na Karaibach, by wiosną wyruszyć w kierunku Panamy. Zanim przekroczyliśmy Kanał Panamski, odwiedziliśmy archipelag San Blas, gdzie na kilkuset małych i piaszczystych wysepkach pod palmami, mieszkają Indianie Kuna. Wielu z nich wciąż żyje w tradycyjny dla nich sposób. Po otwarciu wrót ostatniej śluzy kanału wypłynęliśmy wreszcie na wody Pacyfiku. Ocean Spokojny jest marzeniem wielu żeglarzy, a my dostaliśmy szansę na zweryfikowanie niesamowitych opowieści, krążących w portowych tawernach. Magia tego akwenu ukazywała nam się już od pierwszego dnia. Po drodze na Galapagos spotkaliśmy stada wielorybów i delfinów. A po dopłynięciu na wyspę San Cristobal zaskoczyła nas mnogość i bliskość miejscowej fauny. Zwierzęta z Galapagos w ogóle nie przejmowały się obecnością człowieka, więc można było podejść na odległość kroku. Spędziłem tam sporo czasu na fotografowaniu lwów morskich, legwanów, głuptaków o niebieskich nogach czy słynnych żółwi słoniowych.

Przyszedł czas na najdłuższy morski etap tej podróży. Dotarcie na Markizy, będące częścią Polinezji Francuskiej zajęło nam 19 dni. Na szczęście żeglarska rutyna: wachta, jedzenie, spanie sprawia, że czas się aż tak nie dłuży. Rejs urozmaicany był przez kilka owocnych połowów ryb. Zatrzymaliśmy się na jednym z najpiękniejszych kotwicowisk jakie widzieliśmy. Była nim Zatoka Dziewic na wyspie Fatu Hiva. Pływaliśmy w niej z mantami, a potem odkrywaliśmy gościnność ludzi żyjących w jednym z najbardziej odległych miejsc na ziemi. W dwóch wioskach pachnących suszoną koprą mieszka łącznie około 500 osób. Nie przeszkodziło to pierwszemu człowiekowi, z którym mogłem się dogadać po angielsku, krzyknąć: Lewandowski! Na wieść o tym, że jestem z Polski. Ostatnim postojem przed naszą destynacją były atole Tuamotu. Odwiedziliśmy dwa z nich. Na Fakaravie nurkowaliśmy z setką polujących rekinów szarych. W południowym wejściu do tego atolu żyje ich około siedmiuset. A przynajmniej tak twierdzą francuscy badacze. Natomiast atrakcją atolu Rangiroa są delfiny. Nie mogliśmy odmówić przyjemności kolejnego zejścia pod wodę.

Wszystko co dobre się jednak kończy. Końcem czerwca 2018 roku dopływamy na Tahiti, gdzie czeka nas praca przy kolejnym sezonie czarterowym. Jednak to, co zobaczyliśmy po drodze na Wyspy Towarzystwa już na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Cała załoga zgodnie stwierdziła, że opowieści o Pacyfiku nie są ani trochę przesadzone.

13.Najmłodszy sport olimpijski- Szostek Adam

Najmłodszy sport olimpijski- Szostek Adam

Współtowarzysze projektu: Organizacje wolontaryjne: SkatePal, Freedom Movement, Skatebaijan

Podróże między 2017/2018

Dzieciaki wszędzie są takie same, nie wszędzie jednak mają takie same dzieciństwo. Dla młodzieży w Polsce czy Europie deskorolka to po prostu jeden ze sposobów spędzania wolnego czasu, lecz dla ich rówieśników w Palestynie, obozach dla uchodźców w Grecji czy w Azerbejdżanie to coś znacznie więcej. Pozwala im ona przez chwilę… być dzieciakami, zapomnieć o otaczającym je konflikcie i problemach.
Jak wygląda życie młodych ludzi w miejscach, gdzie deskorolka to wciąż coś nowego i egzotycznego? O czym marzą i co chcą robić gdy dorosną? Jak można za pomocą deski zmienić (choć na chwilę) ich świat na lepszy?

Palestyna 2 - Adam Szostek Palestyna 3 - Adam Szostek Palestyna 1 - Adam Szostek Azerbejdżan - Adam Szostek Ateny - Adam Szostek

Ponad 10 lat temu pierwszy raz ruszyłem w podróż z deskorolką, padło na Indie, które pokazały mi, że moja pasja, tak powszechna w Europie, jest tam znana jedynie z reklam i filmów w telewizji. Deskorolka pozwoliła poznać dziesiątki osób, chcących pierwszy raz spróbować na niej swoich sił. W zamian otrzymałem historie, uśmiech, herbatę… bardzo wielu małych rzeczy, które na zawsze pozostają w pamięci.

Później tych podróży z deską było więcej, przez blisko rok udało się (prawie) objechać Azję dookoła, ucząc jazdy w Nepalu, Laosie, Chinach czy nawet w kolei transsyberyjskiej. Spróbowaliśmy także pokonać wybrzeże Malezji, codziennie jadąc na deskach ponad 50 km – i to też nam się całkiem nieźle nam się udało, lecz chyba nie to było w tym wyjeździe najciekawsze. Punktem wspólnym była możliwość podzielenia się swoją pasją z młodzieżą, poznanie ich ulubionych miejsc, zabaw, pasji. W zamian za kilka godzin wspólnego jeżdżenia często zyskiwaliśmy wiele więcej niż się spodziewaliśmy. Po powrocie z ostatniego wyjazdu zacząłem interesować się dydaktyczną stroną deskorolki, tym jak niesione przez nią wartości mogą pomóc dzieciakom. Zaangażowałem się w wolontariat w domu dziecka, poznawałem organizacje charytatywne, które poprzez deskorolkę pomagają młodzieży w różnych zakątkach świata. W międzyczasie deskorolka dołączyła do grona sportów olimpijskich, a ja postanowiłem odwdzięczyć się za te wszystkie piękne chwile w podróży i zacząć udzielać w wolontariatach, których podstawą jest nauczanie jazdy.
Pierwszy wyjazd odbył się do Palestyny. W miejscowości Asira, na terytorium Zachodniego Brzegu, 3 lata temu powstał pierwszy skatepark, który zmienił życie lokalnych dzieciaków. Miejsce zaczęło przyciągać nie tylko młodzież, ale także dorosłych, ciekawych postępów swoich dzieci, chętnych ćwiczyć język angielski lub po prostu podziwiać coraz to trudniejsze ewolucje młodych pasjonatów. Prawie 3 tygodnie spędzone w Asirze i okolicy pozwoliły poznać historie dzieciaków z okupowanego kraju, dla których codzienna jazda jest ucieczką od trudnej rzeczywistości, wojskowych kontroli i niepewności jutra.
Jesienią 2017 roku odwiedziłem Ateny, gdzie razem z grupą wolontariuszy uczyliśmy jazdy w obozach dla uchodźców i ośrodkach pomocy imigrantom. Czy w obozach jest w ogóle miejsce na deskorolkę? Co ona znaczy dla dzieciaków z bardzo różnych zakątków świata, które wojna, bieda lub prześladowania zepchnęły do Grecji? To były główne pytania, jakie zaprzątały mi głowę przed wyjazdem. Na miejscu, razem z kilkoma wolontariuszami, naszym mobilnym skateparkiem staraliśmy się znaleźć na to odpowiedzi. I z każdym
dniem przekonywałem się, że nasza wspólna „zabawa” jest równie ważna jak doraźna pomoc.
W zeszłym roku miałem dołączyć do grupy promującej deskorolkę w Etiopii, niestety ten plan się (jak na razie) nie udał. W zamian udało się odwiedzić Azerbejdżan, gdzie grupa Polaków pomagała dzieciom uchodźców z terenu Górskiego Karabachu. Zajecia pokazały, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, lecz zainteresowanie tym nowym sportem jest jednakowe na całym świecie. W drodze powrotnej na kilka dni udało się też pojeździć z dzieciakami w gruzińskim Tserovani, największym ośrodku dla przesiedleńców z Osetii Południowej.
Co łączy młodzież z tych miejsc? Jakie są ich marzenia? Tego dowiedziałem się dzięki
wspólnej jeździe. I chętnie o tym opowiem :)

14.Empiria. Reportaże z dwudziestu dwóch i jednej drogi na Wschód-Czermak Artur

Empiria. Reportaże z dwudziestu dwóch i jednej drogi na Wschód-Czermak Artur

 Podróż podzielona była na dwa etapy, łącznie zajęła ponad pół roku:

Pierwszy: od 15.07.2017 do 19.10.2017

Drugi: od 1.03.2018 do 17.06.2018

Życie – niczym podróże – zaskakuje. Wyruszając w samotną podróż, nie zakładałem, że zaowocuje ona napisaniem debiutanckiej książki. Pomimo tego, że rozpocząłem wyprawę zaraz po obronieniu dyplomu z dziennikarstwa, za cel stawiałem sobie po prostu poznanie ludzi oraz historii, szczególnie XX wieku, którą się interesuję. Chodziło o rzucenie się w wir młodzieńczej, autostopowej przygody, po tym jak metodą zakręcenia globusem padło na wyprawę do Iranu. Miałem wtedy 21 lat. Z czasem – przemierzając Turcję, Gruzję, Armenię oraz Azerbejdżan i właśnie kraj ajatollahów – zacząłem jednak postrzegać świat bardziej reportersko. Miałem szczęście poznać wiele osób, których życiorysy czy przyzwyczajenia pozwalały lepiej zrozumieć realia społeczne i przez ich pryzmat opowiedzieć konkretne historie. Gdy zatem po trzech miesiącach wróciłem z Iranu, wiedziałem, że niebawem pojadę tam z powrotem, by kontynuować drogę na Wschód: do Pakistanu, Indii oraz Nepalu.

W ciągu ponad pół roku przejechałem autostopem ok. 30000 kilometrów, odwiedzając 8 krajów. Poznałem takie rejony jak turecki Kurdystan, Abchazja, Beludżystan czy Kaszmir. Setki godzin rozmów i dziesiątki przygód z Irańczykami, Pakistańczykami i przedstawicielami wielu innych narodów poskutkowały zebraniem obszernego materiału – jak uznałem – reporterskiego, który postanowiłem spisać w formie debiutanckiej książki pt. „Empiria. Reportaże z dwudziestu dwóch i jednej drogi na Wschód”.

„Empiria” to poznanie zmysłowe. Jest spojrzeniem w dziesiątki par oczu płonących buntem i nadzieją lub zamglonych niespełnieniem. Słuchaniem okrzyków radości oraz szeptów złamanych żalem, a czasem po prostu wsłuchaniem się w ciszę. Miewa smak pikantnej przygody, słodkich wspomnień albo gorzkiej historii. Orzeźwia świeżym zapachem zmieszanych żywiołów, a jednocześnie dusi odorem spalin.Przekraczając granice państw, podaje rękę, by poszerzyć granice wyobraźni.

Podtytuł „Reportaże z dwudziestu dwóch i jednej drogi na Wschód” wynika z faktu, że książka ma 22 rozdziały i pisałem ją, mając 22 lata. Jedna droga odnosi się do wątku biograficznego, dotyczącego podróży jako sposobu poradzenia sobie z osobistą tragedią, która – prędzej czy później – dotknie każdego z nas. Wątek ten przewija się w kilku rozdziałach i tłumaczy moje motywacje oraz wnioski, jakie dojrzewały we mnie, młodym człowieku, wraz z kolejnymi etapami wyprawy.

W trakcie podróży zajmowałem się również działalnością charytatywną, organizując dwukrotnie – w Iranie oraz Nepalu – zbiórki pieniędzy dla dzieci w Polsce. Polegały na wysyłaniu pocztówek ze specjalnymi podziękowaniami ludziom biorących w niej udział. Zebrane środki przeznaczyłem na turnus logopedyczny dla niepełnosprawnej dziewczynki z Wrocławia oraz na zorganizowanie letnich kolonii dla dzieci z Domu Dziecka w Szklarskiej Porębie.

Książkę „Empiria” wydałem metodą self-publishingu, tzn. bez pomocy jakiegokolwiek wydawnictwa. Po jej napisaniu sam zorganizowałem ekipę redaktorów, korektorów, składaczy czy grafików. Następnie podpisałem umowę z drukarnią, określiłem metody dystrybucji czy wreszcie zająłem się promocją, finansując całość pracy z własnych środków.

Nota biograficzna:

 Artur Czermak (ur. 29.10.1995 we Wrocławiu) – podróżnik, działacz charytatywny i debiutujący reportażysta. Autor książki „Empiria. Reportaże z dwudziestu dwóch i jednej drogi na Wschód”. W 2017 roku ukończył na Uniwersytecie Wrocławskim studia licencjackie na kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Obecnie magistrant historii w przestrzeni publicznej. W życiu przemierzył autostopem ok. 50000 kilometrów m.in. po Iranie i Pakistanie. Prowadzi bloga „Gdzie jest Czermak?”, dzieląc się z czytelnikami opowieściami spotkanych w drodze ludzi. Fotograf-amator. Od dwóch lat organizuje akcje charytatywne. Do tej pory udało się dzięki nim zapewnić m.in. leczniczy turnus logopedyczny dla dziewczynki z Wrocławia, a dzieciom z Domu Dziecka w Szklarskiej Porębie zorganizować wakacje. Prywatnie miłośnik historii Wrocławia i XX wieku, muzyki oraz życiowego minimalizmu.

9 gruzja26 p22 p58 „Empiria” to dwadzieścia dwa reportaże z drogi przez Bułgarię, Turcję, Gruzję i Armenię oraz Iran, Pakistan, Indie i Nepal, napisane przez dwudziestodwulatka poszukującego tej jednej, najważniejszej – drogi do poznania przyczyn i skutków. To historie o ludziach i ich emocjach.

Podczas prezentacji wspólnie przemierzamy tę trasę raz jeszcze. Ugości nas Kurd-marksista, cichy zwolennik organizacji terrorystycznej, po czym trafimy na posterunek policji w raju utraconym, który nie istnieje. Zaprzyjaźnimy się z holenderskim hipisem, a dla równowagi również z młodym pakistańskim komandosem-komiksiarzem o smutnym spojrzeniu. Randki z Irankami przełamią w nas kilka stereotypów, a przed długą ręką szariatu uciekniemy na Marsa. Na szyickiej ceremonii żałobnej wskoczymy w pogo, a w Pakistanie zajrzymy w oczy strachowi i radości. Później dowiemy się też, dlaczego podróż do Indii jest jak cofnięcie się w czasie do milisekundy przed Wielkim Wybuchem. Nad Gangesem przesiąkniemy zapachem palonych ciał. Szlak zakończymy na pięciu tysiącach trzystu czterdziestu metrach nad poziomem morza.

15.Rosyjskie opowieści, czyli na tropie lata za kołem podbiegunowym- Augustyn Katarzyna

Rosyjskie opowieści, czyli na tropie lata za kołem podbiegunowym- Augustyn Katarzyna

Współtowarzysze podróży: Norbert Augustyn (mąż), Julian Augustyn (syn)

Data rozpoczęcia  29-06-2017 – zakończenia 16-07-2017

Celem naszej wyprawy było poznanie codziennego życia Rosjan na dalekiej północy, a także doświadczenie specyfiki lata za kołem podbiegunowym .

Nasza wyprawa do północnej Rosji zaczęła się zwyczajnie, od Sankt Petersburga, a stawała się coraz bardziej niezwykła czym bliżej byliśmy koła podbiegunowego. Pokonaliśmy łącznie samolotami, pociągami, promami oraz samochodem blisko 8000 kilometrów docierając nad Morze Barentsa, dalej udając się na Wyspy Sołowieckie, a następnie odwiedzając przyrodnicze i architektoniczne perełki Karelii . Wynik dość imponujący biorąc pod uwagę fakt, że w wyprawie oprócz dwojga dorosłych uczestniczył także 8-latek! Doświadczyliśmy dnia polarnego, śniegu w środku lata, przemierzaliśmy bezdroża podziwiając bezkresną tundrę. Przez cały czas oprócz doświadczania rosyjskiej kultury i folkloru towarzyszyła nam ludzka gościnność naszych rosyjskich przyjaciół, którzy oczekiwali naszego przyjazdu, ale i zwykłych ludzi napotykanych po drodze.  I ciekawość – do tego stopnia, że przyszło mi zmierzyć się z rosyjską telewizją udzielając wywiadu na temat motywów podróży na północny kraniec świata.

Monastyr Sołowiecki Przez bezkresną tundrę Wezdehod Wybrzeże Morza Barentsa

Relacja z wyprawy:

 

Rosja to kraj, który podbił moje serce zanim zdążyłam go odwiedzić. Na studiach pierwszy raz zetknęłam się z językiem rosyjskim i kulturą Rosji, w której momentalnie się zakochałam. Wtedy też zaświtała mi w głowie myśl, aby pojechać do Rosji i tam zgłębiać język rosyjski. Jeszcze w trakcie studiów spełniłam swoje marzenie – wyjechałam do Moskwy, aby uczyć się rosyjskiego na słynnym uniwersytecie im. Łomonosowa. Kiedy nadszedł czas powrotu do domu, wiedziałam, że wrócę do Rosji. Nie miałam jednak pojęcia, że potrwa to tak długo, bo aż 12 lat!

Powrót był zupełnie inny niż pierwszy wyjazd. Wracałam z rodziną – mężem i 8- letnim synem. Okazją do wyjazdu miało być świętowanie z mężem 10-tej rocznicy ślubu, którą chcieliśmy spędzić w Petersburgu. Ale Petersburg stał się zaledwie początkiem naszej przygody. Nasza podróż rozrosła się do blisko 8 tysięcy kilometrów, które przebyliśmy samolotami, pociągami, samochodem, autobusem, promem i rowerem przez Półwysep Kolski i Karelię. Impulsem do rozbudowy podróżniczych planów, oprócz ciekawości świata, była znajomość z poznanymi przez Internet koleżankami, która przerodziła się w trwającą do dzisiaj przyjaźń.

Madinę z okolic Murmańska i Żenię z Pietrozawodska poznałam się przez portal społecznościowy dla osób uczących się języków obcych. Pisałyśmy do siebie maile, telefonowałyśmy, a moje koleżanki, choć nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy, zapraszały nas do siebie! Skoro i tak wybieraliśmy się do Rosji, to dlaczego nie mielibyśmy rozszerzyć nieco naszej trasy i nie pojechać na północ? To okazało się strzałem w dziesiątkę – dzięki temu mogliśmy poznać zupełnie inną Rosję – nieskomercjalizowaną, niespieszną i niesamowicie przyjazną przybyszom.

Na początek spędziliśmy kilka dni w Petersburgu, zwiedzając najpiękniejsze zabytki „Wenecji Północy” – imponujące cerkwie i sobory, największe i najbardziej znane muzea świata, w tym słynny Ermitaż, podziwiając wyjątkową architekturę miasta podczas licznych pieszych wędrówek, pływając statkiem po Newie i wspinając się na najwyższe budynki miasta, aby zobaczyć Petersburg z lotu ptaka. Udaliśmy się również za miasto, aby zachwycić się oszałamiającym bogactwem dwóch carskich pałaców – Piotra I w Peterhofie, znanego jako królestwo fontann i Katarzyny Wielkiej w mieście Puszkin, najznamienitszy przykład rosyjskiego baroku z osławioną bursztynową komnatą.

Po Petersburgu przyszedł czas na długo wyczekiwaną północ. Polecieliśmy do największego miasta za Kołem Podbiegunowym – Murmańska, położonego ok. 50 kilometrów od otwartych wód morza Barentsa w fiordzie kolskim. Ze względu na przepływający w pobliżu ciepły prąd morski Golfstrom, Murmańsk ma dość specyficzny mikroklimat – zimy są łagodniejsze – temperatury dochodzą najwyżej do -20 stopni Celsjusza, latem oscylują natomiast ok. 10 stopni Celsjusza. Jeszcze kilka tygodni przed naszym przyjazdem (początek lipca) dookoła miasta, jak i w samym mieście leżały zaspy śniegu. Nie wiedzieliśmy więc, czego mamy się spodziewać. Umówiłam się zatem z moją rosyjską koleżanką, że pożyczy nam kurtki zimowe, które nie zmieściły się do naszego bagażu podręcznego. Dostaliśmy nie tylko kurtki, ale również ciepłe swetry, szaliki, czapki, rękawica, a dodatkowo zostaliśmy ugoszczeni najlepszymi smakołykami – kawiorem, wątróbkami z dorsza i odnóżami kraba olbrzymiego. Takie przyjęcie przerosło wszelkie nasze oczekiwania – czuliśmy się jak u najbliższej rodziny. Niestety nie mogliśmy zatrzymać się u naszych znajomych, ponieważ mieszkają w jednych z tzw. miast zamkniętych, ze względu na ich strategiczne znaczenie wojskowe – stacjonują tam okręty Floty Północnej rosyjskiej marynarki wojennej. Do miast zamkniętych wstęp mają jedynie osoby związane zawodowo z Flotą Północną oraz ich rodziny. Bardzo chcieliśmy zobaczyć to, co zakazane i schowane przed wzrokiem ciekawskich – okręty atomowe. Dzięki wskazówkom znajomych, jak to zrobić, się udało! Widzieliśmy nawet jedyny rosyjski lotniskowiec – okręt Admirał Kuzniecow.
Na zgłębienie tajników miasta Murmańsk mieliśmy dużo czasu, ponieważ ze względu na panujący tu latem dzień polarny, kiedy przez dobę słońce nie chowa się za horyzont, dysponowaliśmy zarówno dniem jak i nocą, które mogliśmy wykorzystać na zwiedzanie.

Po Murmańsku przyszedł czas na eksplorację Półwyspu Kolskiego – na południu odwiedziliśmy kopalnię odkrywkową rudy żelaza, „Komsomolskij” oraz góry Chibiny, a na północy jedyną otwartą dla turystów miejscowość nad morzem Barentsa – prawie wymarłą osadę rybacką Teriberkę, w której reżyser Andriej Zwiagincew nakręcił słynny na cały świat film „Lewiatan”. Tam mąż spełnił marzenie o zamoczeniu nóg w zimnych wodach morza Barentsa, a mnie przyszło zmierzyć się z innym wyzwaniem – udzieleniem wywiadu dla rosyjskiej telewizji.

Po rozstaniu z Półwyspem Kolskim ruszyliśmy dalej na wyspę Wielką Sołowiecką na Morzu Białym. Przez kilka dni mieszkaliśmy naprzeciwko przepięknego monastyru z XV w., który stał się świadkiem najczarniejszej historii ludzkiej tragedii. To w nim w latach 1920-39 mieściło się więzienie polityczne i łagier,tzw. SŁON – Sołowiecki Łagier Specjalnego Przeznaczenia. Jednak nasz pobyt na Sołowkach był nie tylko czasem zadumy, ale też okazją do doświadczenia unikalnej przyrody i cudu natury jakim są białuchy – rodzaj ssaka z gatunku narwalowatych, który w rejon Sołowek przypływa na swoje gody.

Z Sołowek udaliśmy się do stalicy Republiki Karelii – Pietrozawodska nad Onegą, gdzie czekała na nas Żenia, Kolejne dni upłynęły nam na odwiedzaniu „perełek” Karelii – w tym skansenu architektury drewnianej na wyspie Kiży wpisanego na listę UNESCO, z ponad 80 obiektami – chatami mieszkalnymi, młynami, cerkwiami z okresu pomiędzy XIV-XIX wiekiem. Wybraliśmy się również nad wodospad Kiwacz, drugi największy wodospad równinny w Europie, a następnie pod granicę z Finlandią, do górskiego marmurowego kanionu Ruskeala, Na koniec odwiedziliśmy Ładogę, największe europejskie jezioro i wyspę Wałaam z jednym z najważniejszych prawosławnych monastyrów w Rosji. Zachwyciło nas przepiękne wybrzeże Ładogi, z licznymi  szkierami porośniętymi drzewami, kwiatami i obsiadłe ptactwem.

https://a-kind-of-adventure.blogspot.com

16.Spełniając marzenia- Islandia w 35 dni- Kyć Izabela

Spełniając marzenia- Islandia w 35 dni- Kyć Izabela

Współtowarzysz- Mariusz Turek

Data rozpoczęcia  10.07.2018 – zakończenia   14.08.2018

Jesteśmy parą harcerzy z wieloletnim stażem z Opola. Naszym wspólnym marzeniem był wyjazd na Islandię, aby sprawdzić swoje możliwości i granice. Po około pół roku przygotowań do wyprawy nasze marzenie się spełniło, wyjechaliśmy na wyspę na 35 dni z celem/ zamiarem przejścia kawałka interioru, odpoczęcia od codzienności i przede wszystkim sprawdzenia samych siebie, swoich możliwości. Z plecakami ważącymi po 15-20 kg udało nam się przejść około 500 kilometrów w niewiele ponad trzy tygodnie, kolejne 1000 przejechaliśmy stopem. Na swojej drodze poznaliśmy wielu inspirujących ludzi i odkryliśmy piękno Islandii. Teraz, z perspektywy czasu niemalże niemożliwe wydaje się takie podróżowanie, gdzie zupełnie wszystko zależy od ciebie, to gdzie i jak śpisz, co robisz…. 

38-min 100-min 10365376-min IMG_20180810_131911-min

Nasza przygoda z Islandią rozpoczęła się pół roku przed samym wyjazdem, zaczęliśmy planować trasę, dokupywać ekwipunek. Zamierzaliśmy przejść kawałek interiorioru i ogólnie mówiąc, zobaczyć wyspę. 

Na Islandii spędziliśmy 35 dni. Przez 2 pierwsze zwiedzaliśmy stolicę i kompletowaliśmy brakujące produkty. Wtedy też zaczęły się pierwsze problemy. Nie udało nam się wysłać paczek z żywnością do miejsc, do których planowaliśmy. Musieliśmy więc szukać planu B. 

13.07.2018 roku, czyli w 18. urodziny Izy rozpoczęła się ta prawdziwa podróż. Wyjechaliśmy z Reykjaviku na stację benzynową oddaloną o ok. 60 km od Egisstadir, po drodze zostawiliśmy paczkę z żywnością na jednym z pól kempingowych, do którego później dotrzemy. 

Wysiedliśmy na stacji, mieliśmy na ten dzień zaplanowane ok. 9 km, które przeszliśmy w ogromnym bólu. Akurat zaczęło padać, musieliśmy iść pod górę drogą asfaltową, a nasze plecy nie były przygotowane do noszenia takiego ciężaru (plecaki ważyły po 15-20kg). Czy mieliśmy jakiś trening przed Islandią? Nie. Stwierdziliśmy, że co ma być to będzie, a przejdziemy tyle, ile damy radę. W ten dzień rozbiliśmy się przy drodze, niedaleko zbiornika wodnego podobnego raczej do dużej kałuży (tak wyglądała większa część naszych noclegów). Tzw. “spanie na dziko” jest na Islandii legalne, jeśli nie znajdujemy się na terenie Parku Narodowego czy w pobliżu pola namiotowego, więc jeśli ma się namiot można bardzo dużo. 

Na początku nie było zbyt kolorowo, bardzo szybko się męczyliśmy, musieliśmy robić częste postoje, mijaliśmy dużo strumieni, przez które musieliśmy przechodzić co nas trochę spowalniało. Namiot należało rozstawiać bardzo ostrożnie ze względu na lawę. Nawet kiedy jej nie ma, to jest. Gdy rozbijaliśmy się na pięknej zielonej trawie musieliśmy sprawdzać każdy skrawek ziemi, na którym będzie stał namiot, żeby lawa przypadkiem go nie przedziurawiła. Przechodziliśmy, a właściwie przejeżdżaliśmy przez 2 duże rzeki, jakie pojawiły nam się na trasie. Dlaczego przejeżdżaliśmy? Za każdym razem, gdy ściągaliśmy buty, podciągaliśmy spodnie, pojawiali się turyści, którzy proponowali nam przejazd samochodem. Zgadzaliśmy się, bo takie rzeki miały po ok. 30-60 cm głębokości w najpłytszych miejscach i były bardzo rwące (żeby było ciekawiej Iza nie potrafi pływać w zwykłym basenie, a co dopiero w rwącej rzece). Takich ludzi oferujących nam pomoc spotykaliśmy bardzo dużo. Niektórzy zabierali nasze śmieci jakie wyprodukowaliśmy (idąc interiorem nie spotkamy niczego, a co dopiero kosza na śmieci); pytali czy wszystko w porządku lub proponowali wspólną podróż samochodem, na co się nie zgadzaliśmy, bo postanowiliśmy, że do pewnego odcinka idziemy piechotą. 

Chodziliśmy ścieżkami, szlakami, drogami oznaczonymi na mapach papierowych i aplikacjach na telefon, a czasem musieliśmy się nieźle nagłowić przy rozpoznawaniu oznaczeń na mapach. 

Najtrudniejsze okazało się przejście przez pole lawy w Askji. Był to moment, gdy mieliśmy do przejścia ok. 15 km po takim terenie (oczywiście w deszczu). Lawa w niektórych miejscach kruszyła się pod nogami, my upadaliśmy, szliśmy kilkanaście metrów i znowu to samo. Zbawieniem była chatka, do której zamierzaliśmy dotrzeć. Jest to bardzo dobre rozwiązanie- są one położone w miejscach, gdzie trudno czasem dojechać samochodem albo rozbić namiot. W środku znajduje się dosłownie wszystko, od ręczników po garnki, koce i poduszeczki. Odwiedziliśmy dwa takie miejsca, oba miały piece olejne, których nie umieliśmy rozpalić. Gdy mieliśmy już wychodzić do chatki przyszła grupka turystów, którzy pierwsze co zrobili to w ekspresowym tempie rozpalili w piecu- my męczyliśmy się przez prawie 2 godziny, a i tak się nam nie udało…

Po około 2. tygodniach dotarliśmy do pola namiotowego, gdzie czekał na nas depozyt z żywnością. Spędziliśmy tam kilka dni zwiedzając okolicę i w dużej mierze odpoczywając. Były to też dni, kiedy było najcieplej, bo ok. 18 st. C. Wszyscy chodziliśmy wtedy w krótkich spodenkach, koszulkach i i tak nie mogliśmy znieść gorąca (podczas wędrówki temperatura wahała się od 10 do 13 st.). 

Tutaj też rozpoczął się kolejny etap naszego pobytu na wyspie- podróż stopem. Tak zamierzaliśmy zwiedzić ogrom pięknych miejsc i zobaczyć coś innego niż lawę i żwirowe pustynie. Dzięki temu poznaliśmy wielu ludzi, którzy zaznaczali nam na mapie miejsca, do których warto zajrzeć. To też dzięki nim udało nam się zobaczyć Islandię z jeszcze innej strony, takiej której nie ma na mapie. Z niektórymi ludźmi wspólnie chodziliśmy na wędrówki, Islandczycy, gdy widzieli, że nie możemy złapać stopa zapraszali nas do siebie na herbatę i ciasto, a później odwozili do miejsc, w których będzie nam łatwiej coś złapać. 

Jednym słowem, zobaczyliśmy masę atrakcji, gorących źródeł, lawy, przeszliśmy około 500 km i przejechaliśmy około 1000 km. Dlaczego około? Bo jeszcze nie mieliśmy czasu przysiąść i dokładnie tego wszystkiego policzyć, albo uważamy, że na tę chwilę nie jest to wcale takie ważne. 

17.Milion kropel w dolinie Singnapan- Bartoszewicz Łukasz

Milion kropel w dolinie Singnapan- Bartoszewicz Łukasz

Samotna podróż między 25.08.2018-14.09.2018

Przygotowanie reportażu o życiu Tau’t Batu w czasie pory deszczowej kiedy członkowie plemienia opuszczają swoje domostwa i przenoszą się do jaskiń. Ponadto poszerzyłem wiedzę o ich animistycznych wierzeniach, które nie zmieniły się od stuleci, oraz przekonałem się jak zmienia się rola Linoka, szamana Tau’t Batu, gdy wszyscy przygotowują się do przenosin.

Po niespełna trzech latach postanowiłem wrócić do doliny Singnapan. Tym razem wśród Tau’t Batu spędziłem blisko trzy tygodnie w okresie pory deszczowej, kiedy członkowie plemienia przenoszą się do jaskiń. Podczas pierwszej części mojego pobytu w dolinie dokumentowałem przygotowania do przenosin i aktywnie uczestniczyłem w ich codziennym życiu, również w polowaniach. To niezwykle intensywny czas prac dla członków plemienia. Muszą nie tylko przygotować groty, w których będą mieszkać przez kolejne miesiące, ale także po raz ostatni zebrać ryż i zgromadzić większą ilość jedzenia. Ponownie zgłębiłem animistyczne wierzenia Tau’t Batu. A ostatnie kilka dni spędziłem w jaskini razem z rodziną Takona, jednego z najlepszych myśliwych jakich spotkałem.

Podróż ta była dla mnie niezwykłym przeżyciem i kolejną lekcją przetrwania w dżungli. Nigdy nie zapomnę tygodni spędzonych wśród Tau’t Batu.

 

1 2 3 4

SZERSZA RELACJA

W 2015 roku spędziłem miesiąc wśród plemienia Tau’t Batu ucząc się dialektu, polując i próbując zrozumieć animistyczne wierzenia, które przetrwały setki lat. Po niespełna trzech latach postanowiłem wrócić do doliny Singnapan, żeby zobaczyć co zmieniło się wśród kilku rodzin, z którymi się zaprzyjaźniłem oraz sprawdzić na własnej skórze jak wygląda pora deszczowa w dżungli.

Po dwóch dniach podróży docieram do Puerto Princesa, stolicy wyspy Palawan. Dalej jadę na południe do Ransang, wioski położonej najbliżej doliny. Ostatnie 150 km prowadzi po szutrowych drogach, ale dyskomfort wynagradzają przepiękne widoki. Na miejsce docieram późnym popołudniem.

People of the rock

Region, w którym żyją ludzie z plemienia Tau’t Batu, od stuleci stanowi schronienie dla rdzennych mieszkańców Palawanu oraz ich spuścizny kulturowej. Mój bagaż z jedzeniem waży około 40 kg, dlatego skorzystałem z pomocy Tony’ego, tragarza mieszkającego w pobliskiej wiosce.

Mimo pory deszczowej od samego rana słońce pali niemiłosiernie. Przepakowujemy bagaże i wyruszamy około 7:00. Wilgotność przekracza 90%, po kilkudziesięciu minutach jestem cały mokry, a to dopiero początek. Równie szybko jak woda, przydaje się maczeta, kupiona w Puerto. Pod koniec dnia docieramy do domu Tumihaya.

Powrót do doliny Singnapan

Następnego dnia wstajemy około piątej. Tumihay buduje nowy dom, dlatego musimy wrócić wcześniej, żeby dokończyć zaplanowane prace. Poranek spędzamy z rodziną Bankoka, najbliższymi sąsiadami. Po dwóch godzinach ruszamy na polowanie. Przez kilkadziesiąt minut przedzieramy się przez gęsto porośniętą dżunglę. Ponownie przydaje się maczeta. Po powrocie Ernissa, żona Tumihaya, gotuje na ognisku upolowane ptaki, a w międzyczasie podjadamy smażone insekty. W kolejnym dniu udaje się na samotną wędrówkę.

Po dwóch godzinach spotykam Takona. Trzy lata temu przez tydzień mieszkałem z nim i jego rodziną. To nie tylko świetny myśliwy, ale przede wszystkim jeden z najbardziej ujmujących ludzi jakich spotkałem. Raz na kilka lat członkowie plemienia muszą budować nowe domy. Wtedy przenoszą się w inne miejsce. Dopytuje co u niego słychać i jakie ma plany na najbliższe dwa tygodnie.W ciągu tygodnia zamierzam przenieść się z rodziną do pobliskiej jaskini. Natomiast wcześniej czeka mnie sporo pracy. Jeżeli masz czas i chcesz mi pomóc, możemy umówić się na jutro. -Z wielką chęcią ci pomogę – odpowiadam bez wahania.  Wcześniej tylko z opowiadań wiedziałem jak wyglądają przygotowania grot do pory deszczowej. Pod koniec dnia Takon odprowadził mnie do domu Tumihaya, przy okazji informując go o naszych planach.

Nadchodzi monsun

Jaskinia położona jest kilka godzin drogi od domu Tumihaya, dlatego na kolejne trzy dni postanowiłem przenieść się do brata Takona, który mieszka w pobliżu. Ostatnie tygodnie to niezwykle intensywny czas pracy. Członkowie plemienia muszą nie tylko przygotować groty, ale także ostatni raz zebrać ryż i przygotować większą ilość jedzenia. Następnego dnia razem Kujim, najstarszym synem Tumihaya, udajemy się na umówione spotkanie. Po krótkim przywitaniu i objedzie przyszedł czas na pracę.

W pierwszej kolejności naprawiamy drabinę prowadzącą do groty, w której Takon będzie mieszkał z rodziną. Wymieniamy bambusowe szczebelki i liany łączące poszczególne fragmenty drabiny. W kolejnym dniu przygotowujemy bambusowe podesty do spania i miejsce do gotowania. Podobne jaskinie znajdują się w całej dolinie Singnapan i stanowią idealne schronienie, gdy region nawiedzają śmiercionośne tajfuny. Jutro Takon wraca do swojej rodziny, dlatego wieczorem postanowiłem podpytać go o wierzenia i działalność misjonarzy.

Pradawne tradycje i życie w jaskiniach

Członkowie plemienia wyznają animizm. Wierzenia Tau’t Batu ograniczają się przede wszystkim do świata niewidzialnych duchów, z którymi się komunikują. Mimo braku namacalnych dowodów świadczących o animistycznych wierzeniach, np. w postaci miejsc kultu, przez stulecia ich wiara mocno zakorzeniła się w codziennym życiu i jest świadectwem ich spuścizny kulturowej. Ponadto dowiedziałem się, że pierwszą osobą, która przenosi się do jaskiń jest Linok, szaman plemienia. W tym czasie jego główną rolę jest przygotowanie duchowe Tau’t Batu do przenosin.

Takon wraca do rodziny, a ja na kilka dni przenoszę się do Dormina. Pełni on rolę rozjemcy, rozstrzygając m.in. sporne kwestie. Po dotarciu na miejsce witam się z żoną i dziećmi, dobrze mnie zapamiętali. W 2015 roku spędziłem z nimi tydzień. Dopytuję o Dormina, który jest często nieobecny ze względu na liczne obowiązki. -Panglima musiał załatwić pilną sprawę w rejonie Batu. Wróci za tydzień– wyjaśnia żona.Najbliższe dni spędzę z jego rodziną.

Pierwszego dnia polujemy na ptaki. Bardzo ważnym elementem polowania jest umiejętność naśladowania głosu zwierząt. W tej kwestii muszę się jeszcze wiele nauczyć. Natomiast coraz lepiej radzę sobie ze strzelaniem i tym razem nie wracam z pustymi rękami. Trzeciego dnia odwiedza nas Takon, który przenosi się z rodziną do jaskiń. –Jeżeli masz czas zapraszam do Limow, Limow. Nie mogę odmówić, a więc ostatnie trzy dni spędzam w jaskini.

Mieszkając w grocie w szczególności należy uważać na węże, skrywające się zakamarkach. Wszyscy śpimy na bambusowych podestach. Mój pobyt w dolinie powoli dobiega końca. Pod koniec kolejnego dnia opady ustają na kilka godzin, a wieczór to idealny czas na łowienie ryb i zbieranie ślimaków. Przeważnie łapiemy małe ryby, ale tym razem za pomocą drewnianej, ręcznie robionej kuszy, złowiliśmy kilka większych okazów. Na moją ostatnią kolacje czeka nas więc rybna uczta. Była to dla mnie niezwykła podróż. Obecnie w dużo większym stopniu doceniam niematerialne aspekty codziennego życia.

18.Santiago de Compostela - droga, z której nigdy się nie wraca- Józefowicz Jędrzej

Santiago de Compostela – droga, z której nigdy się nie wraca- Józefowicz Jędrzej

Współtowarzysze : Jakub Ojcieszak i Roman Deiksler

Data rozpoczęcia  05.08.2017 / zakończenia: 09.09.2017

Celem wyprawy było przede wszystkim dotarcie do Santiago de Compostela – miejsca spoczynku Św. Jakuba Większego.

Począwszy od Lourdes, przez Pireneje, Góry Kantabryjskie aż do Santiago i „km 0” w Cabo Fisterra, każdy z nas dążył do celu, mierząc się ze swoimi słabościami i ograniczeniami, a jednocześnie karmiąc się wspaniałymi chwilami. Ludzie z każdego zakątka świata, piękne wschody i zachody słońca, ulewy, burze, upały, spanie pod gołym niebem lub w schronisku, to i wiele innych rzeczy sprawiło, że tę drogę zapamiętamy do końca życia.

Trzech przyjaciół, trzy różne charaktery i podejścia do życia, lecz jedna droga, jeden cel – Santiago de Compostela. Opowieść o drodze, z której nigdy się nie wraca, na której opadają wszelkie maski, na której każdy jest równy. Cały dzień o bagietce z dżemem, momentami z wypadniętym barkiem, w ucieczce przed psami, w postoju przez krowy. Opowieść o drodze, która jest oazą, a jednocześnie szlakiem cierpień, miejscem cudownych historii i spotkań, ale również chęcią ucieczki od wszystkiego i wszystkich. Różnorodność klimatu, krajobrazu, zdarzeń, zakończona euforią i padnięciem na kolana w miejscu, do którego przez miesiąc się podążało.

DSCN0409-min DSCN1290-min DSCN3241-min

Szersza relacja z wyprawy:

Nie zapomnę do końca życia jak w 2013 roku przygotowując się do Bierzmowania na jednym ze spotkań nasz ksiądz opowiadał o swojej pielgrzymce do Santiago de Compostela. Podczas tego spotkania powiedziałem w głębi serca, że też tam kiedyś pójdę. Nie pomyślałbym jednak, że te słowa nabiorą takiej siły, że faktycznie znajdę się na szlaku św. Jakuba.

4 lata później dostaję wiadomość od Romka z pytaniem, czy chciałbym wyruszyć w drogę, która całkowicie zmieni moje życie – Santiago de Compostela.

Jak mogła brzmieć moja odpowiedź? No jasne!

Zaczęły się przygotowania. Zbieranie funduszy, zdobywanie wiedzy, kupienie i testowanie sprzętu, praca nad kondycją. Kiedy wszystko mieliśmy dopięte prawie na ostatni guzik, pomyśleliśmy nad trzecią osobą, która dołączyłaby do naszego duetu. Trafiło na Kubę, który na dniach wrócił z Francji.

Wyruszyliśmy. W pierwszej kolejności pociągiem ze Środy Wielkopolskiej do Krakowa, a z Krakowa samolotem do Lourdes.

Po dwudniowej wizycie w Lourdes i kilku lekcjach życia od siostry Franciszki w Polskiej Misji Katolickiej wyruszyliśmy w drogę, która miała nam zająć miesiąc.

Każdy z nas miał swój powód, dla którego wyruszył, byliśmy w różnym stanie fizycznym i psychicznym. Jednak to co nas łączyło to wspólny cel, którym było Santiago de Compostela.

Pamiętam, że od początku ta droga była dla mnie miejscem cudów. Zaczynając od pewnej francuski, która załatwiła nam nocleg w Asson – miejscowości, w której nie było widać żywej duszy oprócz niej, stojącej pod drzewem – wyglądała tak jakby czekała za nami, ponieważ potem od razu sobie poszła. Nie zapomnę też momentu, gdy kończyły mi się pieniądze i bałem się, że nie będę miał za co zjeść, chwilę później w jednej z uliczek trafiłem na stolik z jedzeniem i kartkę z napisem: „ jeśli nie masz pieniędzy, bierz to co potrzebujesz”.

Wiele osób po Santiago podziwiało nasz wyczyn, lecz znaleźli się też tacy, dla których bezsensem było pójście w tak długą trasę: „bo co tam robić, jeśli się tylko idzie?”

To właśnie sprawia, że szlak św. Jakuba jest tak wyjątkowy. Jedyne co musisz zrobić to wstać rano, założyć buty, torbę na plecy i iść. Nic więcej. Tyle wystarczy, aby przeżyć przygodę życia.

Nasz dzień wbrew pozorom wyglądał bardzo rutynowo. Wczesna pobudka, śniadanie, praca w postaci wędrowania, przerwa, dotarcie do kolejnego schroniska, szybki prysznic, pranie, kolacja, a po niej spać. O rutynie jednak zapominaliśmy, gdy na naszej trasie spotykaliśmy fantastycznych, ale też i szalonych ludzi. Pana Piotra, który do Santiago wędrował z Częstochowy, Charlotte, która początek swojej pielgrzymki miała w Szkocji. Francuza Rene, który ostatnie 90 kilometrów szlaku pokonał z lampką na czole idąc dzień i noc. Faceta z Singapuru, który do Santiago zmierzał na deskorolce prosto z Holandii, Alejandro, dla którego dzień na szlaku bez butelki wina w plecaku, był dniem straconym lub profesora informatyki z  USA, który był wolontariuszem w jednym ze schronisk i sprawiał, by nasz pobyt był jak najprzyjemniejszy. Miejsce jakim jest „Camino de Santiago” pokazało mi, że każdy jest równy. Nie idziesz tu jako profesor lub bogacz, albo jako człowiek małej lub dużej wiary, tutaj każdy jest dla siebie „amigo” i w każdej chwili możesz usłyszeć „buen camino” tzn. szczęśliwej drogi.

Podczas naszej wędrówki doświadczyliśmy wiele trudu, cały ten szlak był odzwierciedleniem życia. Momentami szliśmy pod górę, po kamienistej i nieprzyjemnej nawierzchni, gdzie słońce paliło nasze karki i nogi, by po pewnym odcinku wyjść na prostą i delektować się lekkim wietrzykiem muskającym od boku nasze ciała. Mimo gorszych chwil, każda z tych historii kończyła się dobrze, nawet wtedy gdy Romek zgubił bieliznę – niezwykły Niemiec dzielnie niósł na parasolce zgubę Romka, po czym wręczył ją z uśmiechem na ustach.

Relacja z naszej drogi zasługuje na książkę. Czas na szlaku św. Jakuba był czasem różnorodnym. Pełnym rozmów, spotkań, pięknych widoków i historii, cudownych chwil, ale też i czasem milczenia, samotności, umartwienia, przemyśleń nad tym co w życiu ważne i ważniejsze. Czas na szlaku pokazał nam, że nie wiele potrzeba, aby być szczęśliwym. Momentami nie mieliśmy ciepłej wody, wygodnego łóżka, pysznego jedzenia, dostępu do Internetu, czystych ubrań, za to mieliśmy siebie nawzajem, w chwilach, gdy wybuchaliśmy śmiechem, lub gdy Romanowi wypadł bark i przez kilka dni nie mógł nieść bagażu.

Jeśli masz dosyć swojej aktualnej sytuacji, nie masz na siebie pomysłu, chcesz odpocząć, odciąć się od tego co zatruwa Twój umysł i przeżyć coś nowego, a może przemyśleć dotychczasowe życie i odkryć siebie lub innych ludzi od innej strony – Camino de Santiago jest właśnie dla Ciebie.

19.Panamex Trip- Gajos Krzysztof

Panamex Trip– Gajos Krzysztof 

Współtowarzysz: Łukasz Sawicki 

Data rozpoczęcia podróży 24.01.2019- zakończenia 15.02.2019

Na początku 2019 roku odbyliśmy podróż do Ameryki Centralnej. PanaMex Trip – taką nazwę nosiła nasza wyprawa. W ciągu trzech tygodniu przejechaliśmy z Panamy do Meksyku odwiedzając 7 krajów Ameryki Łacińskiej: Panamę, Kostarykę, Nikaraguę, Salwador, Gwatemalę, Belize i Meksyk. Celem było poznanie krajów tej części świata w formule wyprawy „road trip” – podróży o napiętym grafiku, ale mającej na celu zobaczenie miejsc, które zawsze nas fascynowały (m.in. Tikal, Nikaragua, Mexico City), poznanie nowych kultur i zwyczajów,  spotkanie z drugim człowiekiem na drugim końcu świata, kilkanaście tysięcy kilometrów od domu.

Przygody Chilli Ogórka: https://www.facebook.com/ChilliOgorek/
Chris ma aparat: https://www.facebook.com/helmixphoto/

Celem naszej wyprawy było odwiedzenie 7 krajów Ameryki Środkowej – zaczynając w Panamie, poprzez Kostarykę, Nikaraguę, Salwador, Gwatemalę, Belize i w Meksyku kończąc. Pretekstem do naszego wspólnego, amatorskiego i koleżeńskiego wyjazdu były Światowe Dni Młodzieży w Panamie – międzynarodowe święto i spotkanie z Papieżem Franciszkiem. Naszą podróż chcieliśmy zakończyć w mieście Meksyk, aby w Guadalupe podziękować za wspólny wyjazd. Nasza grupa liczyła w sumie 12 osób. Szóstka z nas odbyła całą podróż, część z naszej ekipy musiała już wcześniej (z Cancun) wrócić do Europy. Niemniej jednak zaraz po zakończeniu Światowych Dni Młodzieży w Panama City, udaliśmy się dalej w trasę, aby odkrywać wspólnie niezwykłe kraje Ameryki Środkowej.

Wyjazd w sumie planowaliśmy przez około rok – weekendowe wieczory, co miesięczne spotkania, gdzie omawialiśmy trasę i miejsca, które chcemy zobaczyć, tworzenie bazy noclegowej, nawiązywanie kontaktu z kierowcami, właścicielami łódek etc. – dokładny research i poświęcony czas był niezbędny aby dobrze przygotować nasz trip – byliśmy „ograniczeni” przez czas (ponad 3 tygodnie) a plan mieliśmy ambitny. Wiele osób mówiło, że nie damy rady, że nie wykonamy planu. Na naszej trasie nie raz słyszeliśmy, że jesteśmy locosi crazy. Podczas naszej podróży przemieszczaliśmy się „na stopa”, wynajętym busem z lokalnym kierowcą, łódkami, quadami i chicken bus-ami.

Ale się udało – plan wykonaliśmy w 100%!

Haliki_PanaMexTrip (1)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DCIM100GOPROG1287587.

DCIM100GOPROG0086867.

Szersza relacja:

Ponad 3 tygodnie, 7 państw, ponad 4 tys. km, setki zdjęć, dziesiątki spotkanych ludzi, tysiące niezapomnianych sytuacji – PanaMex Trip, tak nazywał się projekt, w którym brali udział Łukasz Sawicki i Krzysztof „Chris” Gajos. Trasa niezwykłej podróży przebiegała z Panamy do Meksyku, przez w sumie siedem państw Ameryki Środkowej – Panamę, Kostarykę, Nikaraguę, Salwador, Gwatemalę, Belize i Meksyk.

Czy mieszkańcy byli otwarci na grupę szalonych Polaków? Czy łatwo jest zorganizować taką podróż? Czy byłą to spontaniczna wyprawa i low budget trip? Skąd znali się wszyscy członkowie wyprawy (w sumie w projekcie wzięło udział 12 osób). Wejście na wulkan, który wybuchł dzień wcześniej i jazda z policją na stopa – o tym wszystkim i wiele więcej usłyszmy na prelekcji!

PANAMA

Pilot zapowiada lądowanie w Panama City na międzynarodowym lotnisku Tocumen. Lot z Amsterdamu minął dosyć szybko i wygodnie (9 h bezpośredniej  podróży, a w sumie 16h z przesiadką).  Po chwili widać przez okno samolotu wieżowce, charakterystyczne dla stolicy  tego najbogatszego kraju Ameryki Środkowej, z których niektóre mają nawet po 200 czy 300 metrów wysokości. Po wyjściu z terminala lotniska czujemy parne powietrze i wilgoć. Temperatura sięga 32 stopni, a jest już godzina 17 czasu lokalnego. Zakładamy klapki, bierzemy Ubera i jedziemy do centrum Panama City. Szybki kwaterunek w hotelu  (który znajduje się tuż przy wejściu na sektory mszy otwarcia Światowych Dni Młodzieży) i ruszamy na miasto.

Następnego dnia odwiedzamy park narodowy lasów tropikalnych Soberania, znajdujący się w pobliżu jednego z najwybitniejszych i najbardziej znanych wymysłów współczesnej inżynierii –kanału Panamskiego.   W drodze podziwiamy wielkie kontenerowce płynące dostojnie przez kanał.

Kanał Panamski przynosi Panamie ogromne zyski (pół miliarda dolarów czystego zysku rocznie, przeciętny statek płaci Panamczykom ok 50 000 $).
W Panamie realizujemy jedno z naszych marzeń – podróż na stopa na pace pickupa w Ameryce Centralnej. I to jeszcze w jakim wydaniu – całą naszą ekipę na stopa zabrała…policja! J11 osób siedzących w terenowej toyocie, która jeszcze do tego wiozła nas na sygnale – niesamowite przeżycie!

Panama to oczywiście ważne dla nas wydarzenie –   kulminacyjny moment każdych Światowych Dni Młodzieży, czyli nocne czuwanie z Papieżem.  To niezwykłe doświadczenie gdzie setki tysięcy młodych ludzi z całego świata modlą się tworząc jedną wielką wspólnotę. Następnego dnia rano byliśmy gotowi na ostatni punkt programu ŚDM – czyli  Mszę Posłania. Papież Franciszek powiedział na niej dużo ważnych i mądrych słów. Te które najbardziej zapadły nam w pamięć to mówiące, abyśmynie żyli przyszłością tylko teraźniejszością, tu i teraz realizując swoje powołanie.
Po tych wszystkich pięknych chwilach, nasza znajoma z Gwatemali zaprosiła nas na niedzielny obiad do panamskiej rodziny. Mogliśmy doświadczyć gościnności i ciepła Panamczyków oraz spróbować tradycyjnego panamskiego jedzenia, w tym pieczonych bananów   Były to dwa dni pełne wrażeń i na pewno na długo pozostaną w naszych sercach. Naładowani energią szykowaliśmy się już na kolejny kraj na naszej trasie  – nocą jechaliśmy z Panama City do Kostaryki, na karaibskie wybrzeże.

KOSTARYKA

 Całą noc jedziemy autobusem. Wcześnie rano dojeżdżamy do granicy z Kostaryką. Granicę przekraczamy piechotą przechodząc starym, drewnianym i skrzypiącym mostem dzielącym dwa państwa. W Kostaryce wita nas mocne słonce. Choć jest 8 rano to upał daje o sobie znać, podobnie jak kilkunastokilowe plecaki na naszych plecach.
Kostaryka to zupełnie inny klimat niż Panama. Zatrzymujemy się w małej miejscowości Cahuita nad morzem Karaibskim. Panuje tutaj iście karaibska atmosfera – ludzie nigdzie się nie spieszą, chodzą uśmiechnięci, a pani na kasie w miejscowym sklepiku naliczając produkty, podśpiewuje pod nosem ulubioną piosenkę . W knajpkach przy głównym deptaku słychać hity Boba Marleya. Jednym słowem KARAIBY!
Nam atmosfera też się udziela i cały dzień spędzamy leniuchując na plaży. Plaże w Kostaryce są przepiękne. Palmy, biały piasek, błękitna woda i mocne słońce. Jedna z atrakcji są też szopy, które podkradając się zabierają turystom ubrania i jedzenie. Następnego dnia zwiedzamy park narodowy, którego obszar ciągnie się wzdłuż rajskiego wybrzeża. W Kostaryce znajduje się ponad 300 tysięcy różnych gatunków roślin i zwierząt. Podziwiamy małpki skaczące po drzewach, bananowce, kakaowce i całą dżunglę. Udaje nam się także spotkać symbol fauny tego kraju – leniwca! W lokalnych knajpkach smakujemy owoców morza, popijając świeżo wyciśniętymi sokami z owoców.

Przez Kostarykę przemieszczamy się wynajętym busem wraz z lokalnym kierowcą. Jest to wygodny sposób i stosunkowo szybki. Tego dnia do przejechania mieliśmy 400km co zajęło blisko 12 godzin. Dlaczego tak długo? Wszystko z powodu dróg które są nie najlepszej jakości.  Często mają dużo zakrętów i stromych wzniesień. Asfalt potrafi się nagle skończyć. A progi zwalniające na wąskiej krętej drodze pod górę to norma…. Po drodze zatrzymujemy się w miejscowości La Fortuna i oglądamy monumentalny wulkan Arenal. Choć ostatnią większą erupcję miał 1968 roku to jest to najbardziej aktywny wulkan Kostaryki. Z jego wnętrza cały czas wydobywa się para. Od ostatniego wybuchu wchodzenie na jego szczyt jest zabronione. W pobliżu znajduje się park narodowy o tej samej nazwie, w którym spędzamy trochę czasu. Przechadzamy się po mostach linowych zawieszonych wysoko ponad koronami drzew lasu deszczowego. Widoki są nieziemskie. Małpy skaczące po drzewach, małe ptaszki wydające szeroką gamę dźwięków i przepiękne wodospady. A przede wszystkim wszechobecna zieleń. Dzień kończymy w hotelu w pobliżu granicy z Nikaraguą.

NIKARAGUA
Jadąc do granicy z Nikaraguą z miejscowości La Cruz, gdzie spędzaliśmy ostatni nocleg w Kostaryce, widzimy ciągnącą się kolejkę tirów, czekającą na wjazd do kraju rządzonego przez Daniela Ortegę. Na granicy czekamy około 1h – kontrola paszportowa – celnicy dziwią się, że w Polsce nie mamy palm, ani kokosów! Macie morze i nie macie palm? Dziwne… – mówi mi celnik, który sprawdza nam dokumenty. Po krótkiej rozmowie i pozwoleniach jesteśmy już na terytorium kolejnego kraju na naszej trasie. Tutaj czeka już na nas Camillo – nasz kierowca i przewodnik, który będzie nam towarzyszył przez najbliższe 72 godziny, które spędzimy w tym kraju. Po krótkiej podróży, przesiadamy się na prom którym płyniemy na wyspę Ometepe na której spędzimy najbliższą noc.
Po drodze podziwiamy dwa wulkany które górują nad wyspą. Jeden z nich jest aktywny i cały czas wypuszcza kłęby dymów. Po dopłynięciu na wyspę kwaterujemy się w bardzo fajnym hotelu prowadzonym przez małżeństwo Kanadyjczyków. Domki pod palmami, hamaki, basen, dużo zieleni. Jak powiedzieli nam w rozmowie Kanadyjczycy „Mamy tu wszystko czego potrzebujemy, żyjemy szczęśliwie i w spokoju”.Rzeczywiście na wyspie jest bardzo spokojnie i mamy wrażenie, że jesteśmy tam jedynymi turystami. Ludzie, żyją tu bardzo skromnie. Dzieci na ulicy proszą o pieniądze. Domy zazwyczaj są bez okien. Mniej uczęszczane rejony wyspy, gdzie docieramy wynajętymi quadami, przypominają mi krajobrazy Rwandy, którą odwiedziłem kilka lat temu.  Wchodzimy do jednego z domów i rozmawiamy z mieszkańcami. Jest to starsze małżeństwo mieszkające w pobliżu małego rynku. Zainteresował nas obraz Matki Boskiej z Guadalupe i zdjęcie ze ślubu wiszące na ścianie jednopokojowego domku. Starszy mężczyzna powiedział, że mieszkańcy Nikaragui bardzo lubią rozmawiać i poznawać nowych ludzi. Choć  żyją skromnie to są szczęśliwi. Zapytany o Polskę, powiedział, że na wyspie nigdy nie spotkał Polaków. Dzień zakończyliśmy oglądając przepiękny zachód słońca na plaży.Wulkaniczna wyspa Ometepe z pewnością zostanie jednym z ulubionych miejsc naszej wyprawy.
Nasz drugi dzień w Nikaragui rozpoczynamy o świcie. Budzimy się wcześnie aby zdążyć na jeden z pierwszych promów powrotnych na ląd. Choć jest godzina 8 rano to słońce już daje o sobie znać a koszulki na naszym ciele stają się wilgotne od upału. Jeszcze ostatnie spojrzenie na malownicze wulkany na wyspie i wsiadamy do busa. Pierwszy przystanek Granada. Jest to jedno z pierwszych miast założonych przez hiszpańskich konkwistadorów w Ameryce Centralnej.  Na rynku dominuje piękna zabudowa kolonialna. Zwiedzamy miasto, próbujemy lokalnych przysmaków i odwiedzamy miejscowy targ.
Kolejnym miejscem, które zobaczymy w Nikaragui jest wulkan Masaya – wciąż aktywny, na którego szczyt można wjechać autem! Podchodzimy do krawędzi szczytu wulkanu i zaglądamy w jego krater. To niezwykłe doświadczenie. Zewsząd wydobywają się kłęby pary o intensywnym zapachu siarki. W głębi krateru widzimy rozgrzaną do czerwoności lawę A gdy zamknie się oczy i wytęży słuch, słychać jak lawa przemieszcza się wewnątrz wulkanu. Coś jak szum fal z głębi ziemi. Robimy zdjęcia i wracamy na dół ponieważ z powodu aktywności wulkanu nie można na jego szczycie przebywać dłużej niż 10 minut. Ruszamy dalej w trasę. Późnym wieczorem dojeżdżamy do Leon. Zwiedzamy miasto i wracamy na kolację do hotelu. Okazuje się, że tego dnia jest koncert na żywo połączony z imprezą. Dzień kończymy na parkiecie w latynoskich rytmach.

SALWADOR

Dziesiąty dzień naszej wyprawy przez Amerykę Centralną niewątpliwie był pełen wrażeń. Zaczęliśmy od wczesnego śniadania, ponieważ tego dnia czekała nas przeprawa z Nikaragui do Salwadoru.  Ale nie była to zwykła przeprawa, jak poprzednie. Tego dnia po raz pierwszy przekroczyliśmy granicę drogą morską.  Po śniadaniu jedziemy na północno-  zachodnie wybrzeże Nikaragui. W pewnym momencie droga się skończyła i jechaliśmy po piachu i kamieniach w bardzo wolnym tempie. Po drodze przejeżdżamy przez małe wioski. Dojeżdżamy do mini portu w Potosi. Na miejscu czeka już na nas Mario, nasz przewodnik który przywiezie nas motorówka do Salwadoru. Odprawa celna na wybrzeżu trochę się przedłużyła, ale warto było czekać. Wsiadamy na naszą łódź. Plecaki kładziemy na dziobie motorówki i przykrywamy plandeką aby nie zmokły. Chwilę później nasz przewodnik uruchamia silnik i już suniemy po pięknej tafli wody Pacyfiku. Płyniemy przez zatokę Fonseca,  w której łączą się granicę trzech państw: Nikaragui, Hondurasu i Salwadoru. Jest pięknie. Słońce mocno przygrzewa a delikatna bryza wytwarzana przez motorówkę, przyjemnie chłodzi nasze ciała. Po drodze odwiedzany wyspę na której gniazda mają pelikany. Cały rejs trwa blisko 2 godziny. Docieramy do miejscowości La Unión, małego portu już na terenie Salwadoru. To ciekawe uczucie stawiać pierwsze korki w nowym państwie schodząc z małej łódki na brzeg. Od razu udajemy się do punktu migracyjnego. Po dopełnieniu wszystkich formalności ruszamy do miejsca w którym spróbujemy pupusas– tradycyjnego dania w Salwadorze. Ta małe placki kukurydziane z nadzieniem okazują się bardzo smaczne. Na koniec dnia czeka nas jeszcze jedna atrakcja. Wjazd na wygasły już wulkan Conchagua. W oczekiwaniu na kierowcę nasz przewodnik opowiadał nam jak działa mafia w Salwadorze i dlaczego jest jedną z najniebezpieczniejszych na świecie. Sam Salwador jest również uznawany za mało bezpieczny. Z przewodnikiem czujemy się jednak pewniej- wiele osób na drodze wita się z nim i pozdrawia go. W pewnym momencie przyjeżdża samochód, którym wejdziemy na wulkan. Jego wygląd wywołuje na naszych twarzach małe zdziwienie. Myślałem, że po jeździe na pace policyjnego pickupa już nas nic nie zaskoczy. A jednak ta podróż na długo pozostanie w naszej pamięci. Ciężarówka nie ma w środku siedzeń a jadąc trzeba trzymać się sznurków. Jak powiedział nasz kierowcą czeka nas aventuraczyli przygoda. Z niemałą ekscytacją wsiadamy na pakę ciężarówki i chwytamy się linek.
Jazda tym pojazdem dostarczyła nam wiele wrażeń. Wjazd na wulkan trwał prawie 40 minut a momentami trasa była tak stroma ze silnik ledwo dawał radę na pierwszym biegu. Dodatkowo droga prowadziła po wybojach i trzeba było uważać na wystające gałęzie, aby nie oberwać którąś po głowie.

Jesteśmy na szczecie. Chwiejnym krokiem schodzimy z ciężarówki, a naszym oczom ukazuje się widok zapierający dech w piersiach. Z czubka wulkanu idealnie widać zatokę, którą płynęliśmy rano. Dodatkowo zachodzące słońce oświetla małe zielone wysepki co dodaje jeszcze większego uroku. Właściciel tego miejsca powiedział, że na szczycie można rozbić namiot i spędzić tu noc za jedyne 7 dolarów! Dodatkowo poczęstował nas wyrobami z kukurydzy i pokazał mała wystawę z obrazami miejscowych artystów. Po nacieszeniu wzroku przepięknym zachodem słońca i  krótkiej medytacji wracamy ciężarówką na dół. Podróż powrotna też była klimatyczna, dookoła gęste drzewa i krzewy, światła ciężarówki przed nami, głośno pracujący silnik, zapach spalonych klocków hamulcowych i miliony gwiazd nad naszymi głowami, które podziwialiśmy podczas jazdy.
Nasz pobyt w Salwadorze wypadł akurat w wybory prezydenckie w tym kraju. Wszędzie były widocznie flagi i plakaty wyborcze a po drodze mijaliśmy kolejki Salwadorczyków, którzy czekali aby oddać swój głos.

Ciekawostka: ‚Salvador’ po hiszpańsku znaczy „Zbawiciel”.  Drugi dzień w kraju Zbawiciela rozpoczynamy na plaży Pacyfiku. Hotel w którym spaliśmy znajduje się 200 metrów od plaży. Rano obudził nas szum fal i pianie kogutów. Temperatura w Salwadorze tego dnia wynosiła 40 stopni. Cały dzień zaplanowaliśmy, aby spędzić na salwatorskich plażach – odpowiednio w El Cuco i El Tunco. Obie miejscowości są popularne szczególnie wśród mieszkańców USA oraz Kanady. Mogliśmy także uraczyć się pysznymi owocami morza i rybami, w cenach o wiele niższych i jakości lepszej niż te, które znamy z Europy. Odnieśliśmy wrażenie że przyjezdny, gość z innego kraju to dla miejscowych amigo, a nie tylko klient i typowy turysta, którego można naciągnąć na wysokie ceny. Piękne zakończenie pobytu w Salwadorze – zachód słońca w El Tunco.
Następnego dnia odwiedziliśmy urokliwe miasteczko na wschodzie Salwadoru –  Concepción de Ataco. Wąskie uliczki, niska zabudowa, wulkany na horyzoncie i wszechobecne kolorowe murale. To wszystko tworzy niepowtarzalny klimat tego miasteczka. Mieszkańcy nigdzie się nie spieszą. Leniwie rozstawiają stragany z owocami i ręcznymi wyrobami. Tutaj czas jakby zwolnił. W Ataco można poczuć prawdziwy klimat Salwadoru. Po wizycie w Ataco ruszamy w kierunku Gwatemali. Po drodze nasz kierowca proponuje odwiedzenie ciekawego miejsca. Mowa o naturalnych gorących źródłach znajdujących się pośrodku dżungli i plantacji kawy, na zboczach wulkanu Santa Ana. Wody termalne św. Teresy bo taką noszą nazwę, mają temperaturę od 38 C do 52 C stopni. Do źródełek wchodzi się stopniowo. Pomimo kilku prób do najgorętszego nie daliśmy rady wejść…Zatrzymanie się w tym miejscu było strzałem w dziesiątkę! Najpierw zażyliśmy masażu błotnego, później spacer po gorących kamieniach, a na koniec relaks w ciepłych, siarkowych źródłach. Po ostatnich atrakcjach i małej ilości snu, taka chwila zatrzymania była nam potrzebna. Zrelaksowani ruszamy dalej. Szybka odprawa na granicy i już jedziemy mostem nad rzeką łączącym dwa państwa: Salwador i Gwatemale.

GWATEMALA

Do stolicy kraju dojeżdżamy wijącą się pomiędzy wzgórzami drogą, która przecież jest jedną z najsłynniejszych wiodących od Alaski po Ziemię Ognistą w Chile – mowa tutaj o Panamericanie.
Stolica Gwatemali wita nas ogromnymi korkami. Czasem narzekamy na korki w Warszawie – ale tutaj? Mięliśmy wrażenie, że korki w Ciudad de Guatemala nigdy się nie kończą. Nie ważne czy są popołudniowe godziny szczytu czy 5:30 rano. Miasto już porusza się żółwim tempem. Naszą uwagę zwracają również wielkie, amerykańskie, stare autobusy szkolne zwane chicken busktóre są podstawowym i tanim środkiem transportu w Gwatemali. Warto dodać, że dzięki ciekawym barwom i tuningowi są przepiękne.
Późną nocą przejeżdżamy do naszej przyjaciółki mieszkającej w stolicy Gwatemali. Wieczór spędzamy na opowieściach i kosztowaniu tradycyjnych potraw.
Następnego dnia wczesnym rankiem ruszyliśmy na wulkan. Mowa tutaj o wulkanie Pacaya, który ostatnią erupcję miał…dzień przed naszym przyjazdem. Na szczęście wycieczka na wulkan nie jest zagrożona, udało nam się skontaktować z naszym przewodnikiem, który zagwarantował nam bezpieczny trekking.

Gwatemala jest krajem wulkanów. W swoich granicach posiada ich aż 37, z czego 3 są aktywne . Rozpoczynamy wspinaczkę. Początkowo podejścia są łatwe z czasem robi się coraz stromiej. Po drodze dochodzimy na punkt widokowy z którego idealnie widać trzy kolejne wulkany: Aqua, Acatenangoi Fuego. Ten trzeci ostatnią erupcję miał w czerwcu 2018 roku,  podczas której zginęło blisko 200 osób. Teraz obserwujemy z oddali jak groźnie wypuszcza kłęby dymu co kilka minut. Ruszamy dalej. Po 1.5h trekkingu jesteśmy w pobliżu szczytu wulkanu. Chodzimy po zastygłej lawie. W niektórych miejscach widać mini kratery,  z których wydobywa się para a wewnątrz panuje wysoka temperatura.  Idziemy dalej. W pewnym momencie docieramy do punktu w którym znak stanowczo informuje że po jego przekroczeniu idzie się na własną odpowiedzialność. Z tego miejsca widać w oddali czerwoną magmę spływającą po krawędzi wulkanu. Po krótkiej naradzie, kilku śmiałków z naszej grupy postanawia podejść bliżej krateru. Serce zaczyna bić szybciej. Stoimy chwilę i podziwiamy to imponujące zjawisko przyrody. W głowie pojawiają się różne myśli. W takich momentach czujesz respekt do natury z którą stoisz dosłownie twarzą w twarz. Później dowiedzieliśmy się, że w miejscu do którego doszliśmy dzień wcześniej dopłynęła podczas erupcji magma…
Schodzimy z wulkanu i kontynuujemy naszą podróż przez Gwatemale. Późnym wieczorem docieramy do Panajachel, miasteczka położonego nad jeziorem Atitlan. Jezioro przez wielu uznawane jest za najładniejsze w Ameryce Centralnej.
Następnego dnia udało nam się wstać na wschód słońca. Nieprawdopodobne jest to jak jezioro i jego otoczenie zmienia barwy. Początkowo są to odcienie ciemnego niebieskiego i szarości. Na drugim brzegu jeziora widzimy 3 duże wulkany w kolorze granatowym. Wyglądają jakby uśpione. Z upływem minut słońce powoli wyłania się zza otaczających jezioro szczytów, nieśmiało kolorując wulkany na pomarańczowo. Po śniadaniu wsiadamy w motorówkę i razem z naszym przewodnikiem Pablo, ruszamy odwiedzić majańskie wioski leżące nad Atitlanem. Jezioro jest pochodzenia wulkanicznego. Prawdopodobnie to wielki krater super wulkanu wypełniony wodą. Jest bardzo głębokie, jak informuje nas przewodnik w najgłębszym miejscu ma nawet 300 metrów! Co ciekawe na głębokości 22 metrów znajduje się zatopione miasto Majów. W Santiago de Atitlan odwiedzamy Maximóna.Aby dotrzeć do miejsca, gdzie obecnie przebywa posąg zaklętego wg. legendy w kawałek drewna szamana, trzeba o nie zapytać miejscowych, ponieważ Maximon co roku zmienia miejsce swojego przebywania. Rodzina, w której domu w danym roku przebywa, nie pracuje, dbając o to, aby Maximon miał dobrze – przebiera go, daje mu cygara czy stawia obok niego dobry alkohol. W domu unosi się woń najróżniejszych ziół i kadzideł. Łączenie kultów nie przeszkadza miejscowym – w procesji rezurekcyjnej w Wielkanoc zaraz za Zmartwychwstałym kroczy właśnie Maximon, który po Świętach zmienia swoje lokum.  Po odwiedzeniu Santiago de Atitlan a także innych miejscowości, ruszyliśmy na tradycyjny gwatemalski bazar, aby kupić pamiątki dla naszych bliskich. Gwatemala znana jest z kolorowych ręcznie plecionych ubrań, torebek, bransoletek czy obrusów. Wyroby różnią się kolorami i wzorami, w zależności od wioski w której je kupujemy. Gubimy się w gęstych uliczkach miejscowego bazaru. Wieczorem jedziemy do Antigua Guatemala- dawnej stolicy Gwatemali, gdzie spędzimy noc.

Antigua jest jednym z tych miejsc w Gwatemali, które po prostu trzeba odwiedzić. Obok wulkanów, jeziora Atitlan i Tikal to takie must seeGwatemali. Antigua nie jest duża. Składa się z kilkunastu ulic przecinających się pod kątem prostym. Jej klimat tworzą brukowe uliczki, niska zabudowa postkolonialna i wulkany górujące nad miastem. Kiedyś było to najważniejsze miasto hiszpańskich konkwistadorów. Niestety w wyniku silnych trzęsień ziemi miasto zostało zniszczone w XVIII wieku. Władze postanowiły częściowo je odbudować jednocześnie przenosząc stolicę w inne miejsce. Wiele kościołów nie zostało odbudowanych do dnia dzisiejszego. Na ulicy można dostrzec kobiety ubrane w tradycyjne gwatemalskie stroje, oferujące turystom swoje plecione wyroby. Na małych ruchomych wózkach za równowartość kilku PLN możemy nabyć siateczkę świeżych pokrojonych owoców: ananasa, mango, papai czy pomarańczy. Są bardzo smaczne, a po ich zjedzeniu dostajemy więcej energii niż po wypiciu gwatemalskiej kawy .
Wieczorem wracamy do obecnej stolicy Gwatemali.
Po ostatnim wieczorze w stolicy, ruszyliśmy w całodniową podróż na północ kraju, do regionu Peten, największego obszaru administracyjnego Gwatemali, ze stolicą we Flores, w której to znaleźliśmy urokliwy hotelik w samym centrum (tańszy niż nocleg w Sanoku). Naszym celem pobytu w tej części państwa pełnego drzew (bo to oznacza w języku Majów właśnie słowo Gwatemala – Cuauhtēmallān)jest dotarcie do Tikal. To ukryty w sercu gwatemalskiej dżungli, kompleks świątyń i jeden z głównych ośrodków cywilizacji Majów i największe świadectwo tej pięknej kultury w Ameryce Centralnej. Park Narodowy Tikal na którego terenie znajdują się te wspaniałe budowle,  obejmuje 57 600 hektarów terenów podmokłych, sawann, tropikalnych lasów liściastych i palmowych z tysiącami architektonicznych i artystycznych pozostałości cywilizacji Majów. W odkryciu Tikal i jego popularyzacji dużą rolę odegrali polscy archeologowie, a puszcza tropikalna rozciągająca się na granicy Gwatemali, Meksyku i Belize skrywa jeszcze wiele tajemnic JOstatnie badania wskazują na około 60 tys. piramid, pałaców i innych budowli połączonych siecią dróg i ścieżek, w których mogło żyć nawet 20 mln ludzi (sic!), które mogą być ukryte jeszcze w lasach. Tikal miał być tylko „Manhattanem” cywilizacji Majów. 

BELIZE

W tym kraju byliśmy tylko ponad 40h, najkrócej podczas całej wyprawy (w porównaniu z 5 dniami w Gwatemali). Cały pobyt w tym raju na Karaibach, bo tak spokojnie możemy nazwać tą ostatnio kolonię brytyjską w Ameryce Centralnej, spędziliśmy na Caye Caulker – koralowej wyspie, będącej przystanią dla ludzi kochających piękne, błękitne morze, palmy i spokojną atmosferę Karaibów. Udało nam się popływać w  ciepłym morzu, pokarmić pelikany, a także porozmawiać o historii Belize ze starszym księdzem, jezuitą z USA.

MEKSYK

Do Meksyku dotarliśmy z Belize po długiej podróży autobusem z kilkoma przesiadkami. Pierwszym punktem wyjazdu było Tulum, pięknie położona miejscowość na wybrzeżu Karaibów. Miejscami, które chcieliśmy odwiedzić były ruiny w Cóba – ukryte w dżungli budowle Majów, nie tak dobrze odbudowane i jeszcze nie do końca odkryte, w których mogliśmy poczuć się jak Indiana Jones. Wisienką na torcie była kąpiel w podziemnych jeziorach – cenotes – które są zbawieniem podczas gorących dni w Meksyku. Kolejny dzień w Meksyku to odwiedziny Cancun, w którym niestety zastała nas deszczowa pogoda.
Koniec wyjazdu widoczny był już na horyzoncie naszej podróżniczej mapy. Zwieńczeniem wyjazdu, całego PanaMex Trip były odwiedziny w stolicy, Mexico City, do którego przylecieliśmy z Cancun. Miasto Meksyk, ogromny organizm miejski, całe megalopolis liczy 20 mln mieszkańców. Korki to standard, ale trzeba przyznać, że chyba sobie miasto jakoś z tym radzi. Niegdyś kultowe zielone taksówki garbusy zostały obecnie zastąpione przez różowe nissany. Będąc w stolicy, udaliśmy się do sanktuarium w Guadalupę, gdzie podziękowaliśmy za 3 tygodnie wspaniałej podróży. Udało nam się wejść na  Torre Latinoamericana, wieżowiec o wysokości 182 metrów. Będąc na jego szczycie jest się na wysokości ponad 2400 m. n p.m, gdyż samo miasto gigant leży na wysokości 2240 m.n.p.m, czyli tyle co średnie szczyty naszych Tatr.

20.Wolontariat i przygody w Azji Południowo-Wschodniej- Siódmiak Dawid

Wolontariat i przygody po Azji Południowo-Wschodniej- Siódmiak Dawid

Współtowarzysz: Katarzyna Bulsa 

Data rozpoczęcia podróży 9/07/2018 – zakończenia 06/09/2018 

Oprócz niesamowitych wspomnień i pamiątek z podróży -warto dać coś od siebie. 2 miesięczna podróż po Azji Południowo-Wschodniej dostarczyła nam niesamowitych wrażeń. Podróżując autostopem, skuterami i motorami eksplorowaliśmy Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. Przed i w trakcie naszej podróży przeprowadziliśmy zbiórkę pieniędzy na budowę jednej ze szkół w Takeo (Kambodża). Dodatkowo spróbowaliśmy wolontariatu i próbowaliśmy poprzez zabawę oraz inne techniki nauczyć dzieci angielskiego. Przez część wyjazdu mieszkaliśmy u „lokalsów” poznając przy tym ich kulturę i zwyczaje. W Wietnamie kupiliśmy motor i ruszyliśmy z Sajgonu do Hanoi, pokonując przy tym ponad 2000 kilometrów. Przemierzając pierwsze metry na motorze w mojej jednośladowej karierze. Poznaliśmy wiele wspaniałych osób, doświadczając i poznając nowe krańce świata. Z humorem i pozytywnym nastawieniem, ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu przygód. 

111 222 34276596_1576973589098595_8258317912218009600_n 53608548_10211993450145409_432071468004671488_n

[caption id="attachment_4360" align="alignleft" width="150"]DCIM100GOPROG0404397. DCIM100GOPROG0404397.[/caption]

IMG_20180729_095651

Cel: Że warto podróżować, ale warto zadziałać w drugą stronę. Można pomóc i podróżować jednocześnie. 

Robiąc m.in. bańki mydlane na rynku w Poznaniu, następnie sezon w Kołobrzegu i tak uzbieraliśmy fundusze na naszą przygodę w Azji. Bilety zakupione w na sezon wakacyjny. Wylecieliśmy 9 lipca, a wróciliśmy 7 września, dałoby się dłużej, ale miałem już tylko 20 godzin na przepakowanie plecaka i na wyruszenie w kolejną podróż. Z Azji do Polski i następnie na pół roku do Włoch z wymiany studenckiej Erasmus+. 

Zwiedziliśmy Bangkok od tej części mniej turystycznej. Uciekając od typowego „Getta Turystycznych” , szlakiem m.in. murali i StreetArt’u. Podziwiając przepiękną sztukę uliczną. 

Po kilku dniach nie mogliśmy już wytrzymać w Tajlandii (Za dużo białych i all-inclusive turystów), zależało nam na poznawaniu tego kawałka świata od tej strony nieturystycznej. Dlatego ruszyliśmy do Kambodży, z przejściem granicznym od razu poczuliśmy ulgę. Następnie przejazd do Angkoru, by ujrzeć niesamowitą cywilizację i architekturę. Oczywiście starając się w jak najmniej turystycznym stylu. Zatem nielegalnie wynajęliśmy skuter i ruszyliśmy zwiedzać „Święte miasto” na własną rękę. Robiąc, krótkie przerwy od palącego słońca wśród lokalnych mieszkańców, którzy chcieli pogadać z nami przy chłodnym Angkorze(Piwku). 

Następnie, stolica Phnom Penh. Pierwsze problemy z organizmem i dwukrotna wizyta w szpitalu, który miał lepsze standardy, niż są w Polsce, a to wszystko w cenie 100 złotych za roczne ubezpieczenie. Pierwszy przypadek to moja alergia, drugi było to oparzenie od silnika na łydce u mojej dziewczyny. 

Później przygarnął nas znajomy, który pomógł nam zorganizować akcję i dotrzeć do szkoły, do której są potrzebne pieniądze na budowę nowej oraz zapotrzebowanie na wolontariuszy do nauki języka angielskiego. Z moim językiem polskim i angielskim na A1 :), próbowałem tego, co mnie studia nauczyły (Turystyka i rekreacja), poprzez zabawę i inne środki próbowałem uczyć dzieci angielskiego. Było raz lepiej, raz gorzej. Jak na pierwszy wolontariat poszło całkiem nieźle, a w naszej akcji zebraliśmy prawie 1700 zł, które poszło na materiały budowlane oraz materiały szkolne. W zamian, za pomoc podesłaliśmy kartki pocztowe i inne upominki. Po tej akcji zaraz ruszyła pomoc od innych organizacji i wolontariuszy oraz dołożyło swoją cegiełkę wojsko polskie. Pierwsze misja pokojowa ONZ, w której uczestniczyło 700 polskich żołnierzy. Nieprzygotowanych na takie warunki i na taką akcje, musieli bronić się przed atakami Czerwonych Khmerów na rządów Pol Pota. Polski rząd nie bardzo chwali się tą akcją, wręcz jest wymazana z kart historii, lecz stowarzyszenie Zabujanych w Kambodży, czyli już obecnie weterani tejże misji, działają i próbują rozgłośnić swoje istnienie oraz przekazać prawdę jak to wyglądało rzeczywiście. 

Następnie zwiedziliśmy południową część Kambodży i autostopem uciekliśmy do Wietnamu. W Ho Chi Minh, kupiliśmy „lewy” motor (Tak, pierwszy raz uczyłem się jeździć na manualu dopiero tam). Po 15 minutowym treningu ruszyliśmy po prostu przed siebie zatrzymując się w ciekawych i niesamowitych miejscach. Znajdując „polską” nutellę, zwiedzając farmy pieprzu, taplając się czasem w błocie z motorem i bagażami. W Da Lat, gdzie prawie zamarzliśmy z zimna. W gościnie u mieszkańców, którzy częstowali nas swoją kuchnią oraz lokalnym piwkiem. Do Hoi An, z polskim akcentem. Po Cat Ba i przepiękne widoki na Ha Long Bay. Czy jadąc w najwyższe partie gór swoim motorkiem, który ledwo dawał radę i pokonaliśmy niesamowitą pętle Ha Giang. Unikając przede wszystkim turystycznych miejsc (Oczywiście zwiedzaliśmy te najciekawsze), ale jednak natura i życie z lokalnymi nauczyło nas bardzo wiele. Podróż podobnie jak po Indiach, otworzyła nam oczy na problemy świata, na jego zrozumienie, a tym bardziej nakręciła nas na kolejną akcję wsparcia do następnej podróży. :) Bo chyba o to chodzi w tym wszystkim. Trzeba nauczyć się dzielić i z pełną świadomością podróżować. 

21.Kirgistan na wyciągnięcie kciuka-Derkowska Paulina i Włodarczyk Artur

Kirgistan na wyciągnięcie kciuka-Derkowska Paulina i Włodarczyk Artur

Data rozpoczęcia podróży 26.04.2018- zakończenia 12.05.2018

W Kirgistanie ludzie są tacy bardziej swojscy i chętni do rozmowy. I tutaj ma się wrażenie, że niezależnie od sytuacji zawsze wszystko skończy się dobrze. Jak trzeba będzie przejść 25 kilometrów pod górę, to przejdziesz, a w schronisku dostaniesz miskę zupy z soczewicy. Jak masz katar, to babcia, u której nocujesz każe ci włożyć czosnek w nos ze łzami w oczach wspominając Czterech Pancernych. Jak zatrzymasz się na punkcie widokowym, to nie musisz wypić tradycyjnych „pięćdziesięciu gram”, ale wypijesz. Jeśli ktoś powie, że dowiezie cię nad jezioro, to dosłownie cię dowiezie, parkując samochodem w wodzie. A potem nie pozostaje nic innego jak wezwać na ratunek Kamaza, aby wyciągnąć auto.

 

Film podsumowujący wyprawę – https://www.youtube.com/watch?v=Dg3-9NaLlls

kirgistan-1 kirgistan-2 kirgistan-3 kirgistan-4

Szersza relacja:

Kirgistan. Dolecieliśmy do Kirgistanu. Dzisiaj, walcząc z jet-lagiem, powałęsaliśmy się po bazarze Osh, gdzie zrobiliśmy niezbędne zakupy. Rzecz jasna starając się uszczknąć coś z ceny. Doświadczyliśmy też niezwykłej otwartości, ciekawości i gościnności lokalnych ludzi. A w szczególności pracowników pewnego zakładu fryzjerskiego. Potem poszliśmy szerokim traktem w stronę centrum, gdzie po kolei mijaliśmy te wszystkie monumentalne budynki, co rusz przystając na przestronnych placach i zza kubka z kwasem obserwując dynamiczny spektakl składający się na piąteczek w Biszkeku.

Wow! Wow! I jeszcze raz wow! Dzisiejszy dzień obdarowałby spokojnie kilka innych wolumenem przygód. Najpierw, wchodząc do złego autobusu, skazaliśmy się na jazdę w korkach. Jak już wydostaliśmy się ze stolicy, to zajechaliśmy zobaczyć malowniczo położoną wieżę w Buranie. Potem przyszedł czas na pierwszy autostop, któremu zawsze towarzyszy niepewność. Jak to będzie? Kto nas weźmie? Jak się tutaj jedźdz? Pytania przesuwały się jak obracany kalejdoskop. Mielśmy to szczęście, że podróżowaliśmy w doborowej kompanii Denisa i Ashkee, którzy zawieźli nas nad jezioro Isyk-Kul. Zawieźli nas dosłownie, bo samochód jednym kołem zaparkował w wodzie. Potem nie mógł wyjechać i za koło (bo tak się zdarzyło, że nie było haka) wyciągnął nas zbawca-wybawca biały Kamaz. Na końcu się okazało, że Denis i Ashkee wcale nie mieli zamiaru jechać w naszą stronę, ale postanowili nas mimo wszystko zawieść, aby mile spędzić czas. No co za kolesie! Noc kończymy czajem w małej wioseczce nad jeziorem.

Przygody nadal się nas imają. Dzisiaj pomagałem kopać basen gospodarzom, podczas gdy połowa pracowników była już niezbyt władna (a była dopiero dziesiąta) po wódce zagryzanej szczypiorkiem. Zobaczyliśmy też jeziorny kurort made in Kirgistan i poszliśmy trochę w góry, gdzie ujrzeliśmy Kirgizów pędzących na koniach. Co więcej, widzieliśmy jak pewien pan, bez żadnej ochronnej odzieży, meblował pszczołom ul. Jeden z owadów wkręcił się Paulinie we włosy, ale uratowałem sytuację przy pomocy widelca. Okazało się też, że zostawiłem kurtkę u naszych poprzednich gospodarzy. Po trekkingu zostało nam jeszcze trochę czasu, więc po uraczeniu się czajem ruszyliśmy paputkom (autostopem) na odsiecz kurtce. Po drodze spotkaliśmy mnóstwo ciekawych ludzi, a misja zakończyła się pełnym sukcesem. Jeszcze nigdy nie jechaliśmy tą samą drogą trzy razy tego samego dnia. A na sam finał nocujemy w domu modlitwy, dzięki temu, że przygarnął nas lokalny prawosławny misjonarz. Super człowiek.

Pożegnaliśmy się z naszym gospodarzem i jego rodziną, po czym ruszyliśmy hen niedaleko – 30 kilometrów dalej. Wśród owiec i dzieciaków pędzących na koniach doszliśmy do kompleksu gorących źródeł, gdzie ochoczo mogłem dać nura. Potem było mi strasznie ciepło, a Paulina spaliła sobie uszy. W końcu dojechaliśmy do Karakolu, zobaczyliśmy co wskazuje złoty Władimir Iljicz (jego sylwetka zawsze coś wskazuje) i zrobiliśmy zakupy na jutrzejsze wyjście w góry. Plecaki zapakowane, jajo na twardo ugotowane – jutro w dół nie schodzimy!

Co to były za bogate w widoki dwa dni. Najpierw, podążając malowniczą trasą wzdłuż rzeki, doszliśmy do doliny Ałtyn-Araszan. Mimo zmęczenia poszliśmy jeszcze na mały spacer brzegiem tejże rzeki, aż doszliśmy do miejsca, gdzie pasterze wypasają owce. Nocą spadł śnieg i pod tą pierzynką dolina wyglądała zupełnie inaczej. Ranem wdrapaliśmy się jeszcze bardziej do góry, gdzie jak na dłoni zobaczyliśmy ośnieżone szczyty. Wiatr to przywiewał, to przewiewał mgłę, więc widok z każdą minutą był inny. Potem jeszcze trzeba było zejść w dół. Jednak 47 kilometrów górskich traktów i bezdroży to nie tylko sporo emocji, ale też sporo trudu. Teraz przychodzi upragniony czas odpoczynku w łóżku.

Ach te marszrutki. W turystycznym Karakolu przeszliśmy mistyczny rytuał.

– Ile do Tosoru?

– 150 som za człowieka.

– Ale tam nam powiedzieli, że 150 to taksówka kosztuje.

– No, ale macie plecaki. To za 130.

– No co ty, nigdy nie płaciliśmy za plecaki, weźmiemy na kolana.

– Ale one są ciężkie.

– Nie są, już tak podróżowaliśmy, dawaj za 100.

– No dobra, wkładajcie je do bagażnika i jedziemy.

Na miejsce dojechaliśmy zagadywani przez jednego Kirgiza. Plecaki zostawiliśmy w wiejskim sklepie i poszliśmy w kierunku kanionu. Gdy tak sobie szliśmy ścieżką obok czarnej skały, ni z tego, ni z owego głaz powstał i zamienił się w pijanego Kirgiza. Pan bełkotał niezrozumiale po kirgisku, ale w miarę jak alkohol ustępował, przypominał sobie pojedyncze rosyjskie słowa. Na koniec okazało się, że idziemy złą trasą. Po krótkim autostopie i normalnie długim marszu dotarliśmy do kolorowego kanionu Skazka. Spotkaliśmy tam Polaków, trochę się powspinaliśmy, aby z góry podziwiać barwne formacje. Wróciliśmy do Tosoru, gdzie dzisiaj w nocy strzegą nas dwa tygrysy.

Siedzę sobie na poduchach na podłodze, oparty plecami o ścianę. Z czosnkiem wetkniętym w piekący nos oglądam francuski film z dubbingiem po rosyjsku. Obok mnie Paulina gra z Maksem w lokalną wersję tryktraka. Na kanapie świeżo upieczona babcia kołysze w drewnianej kołysce swojego wnuczka. To ona namówiła na tą kurację. A zaczęło się to tak. Rano obudziłem się z katarem i kaszlem. Po pożywnym ryżu na mleku i obowiązkowym czaju poszliśmy na spacer nad jezioro. Mimo naprawdę zimnej wody, dwóch śmiałków zaczęło się kąpać. Leniwie spakowaliśmy plecaki i ospale zaczęliśmy łapać stopa. Samochodów na drodze jak na lekarstwo. W końcu zatrzymał się Maks z mamą. Tak sobie rozmawialiśmy i od słowa, do słowa zaprosili nas do siebie do domu na noc. Po drodze mijaliśmy łyse, pustynne skały, zielone wzgórza, hordy owiec i mieliśmy okazję spróbować czegoś na podobieństwo rabarbaru rosnącego w górach. Siedząc przy zawsze bogato zastawionym stole, spróbowaliśmy specjałów lokalnej kuchni oraz zostaliśmy zaślubieni po kirgisku. Dzień zakończyliśmy grając w gry i oglądając telewizję.

Dzisiaj prawdziwy dzień drogi. Najpierw Maks, lawirując zręcznie pomiędzy samochodami w stolicy, dosłownie zapakował nas do marszrutki do Kara-Bałta. Gdy zmęczeni wysiedliśmy, od razu zaspokoiliśmy potrzeby picia oraz jedzenia i poczęliśmy dalej łapać. Zatrzymał się Sierżot, który podwoził jeszcze jednego chłopaka. I tak w uzbecko-polskiej grupie zaczęliśmy podróż przez cztery pory roku. W Kara-Bałcie lato w pełni. Gdy łada zaczęła się wspinać, trochę się ochłodziło i zaczął wiać wiatr. W końcu serpentynami dojechaliśmy do ośnieżonych gór, potem jeszcze tunel, a na jego drugim końcu pada śnieg – zima w pełni. Zjeżdżamy na dół i robi się deszczowo jak na jesieni. Podjeżdżamy pod kolejny masyw, a tutaj ośnieżone wierzchołki bajecznie połyskują w słońcu. I znowu zaczęliśmy zjeżdżać, tym razem w zieloną, szemrzącą strumieniem wiosnę. A wszystko to podlewane rozmowami i różnymi głupotami. W końcu dotarliśmy do położonego nad jeziorem Toktogul. Znaleźliśmy ostatnią otwartą knajpę i zamówiłem brizol, czyli mięso w omlecie. Poszliśmy jeszcze na spacer i zobaczyliśmy niebieski spektakl nad jeziorem. Jutro kolejna przeprawa przez góry.

Ciąg dalszy przeprawy przez góry na wypasie, cieszącą oczy drogą Biszkek-Osz. Załadowani pożywnym śniadaniem w formie jajca i kaszy ruszyliśmy dalej na drogę. Najpierw jeden pan podwiózł nas wokół jeziora, w krajobrazie przeważały trawiasto – zielone pagórki. Na górę zaczęliśmy wspinać się już w ciężarówce załadowanej 32 tonami towaru i w towarzystwie dwóch Kirgizów. Dotarliśmy do Kara-kul i w aucie pękła opona. Przeszliśmy sobie przez malownicze miasto, kupiliśmy chleb prosto z pieca i zjedliśmy co nieco na obiad w lokalnej stołówce, która była tak ukryta, że trudno było się jej dopatrzeć. Potem trójka chłopaków pokazała nam po drodze piękną rzekę Naryn, w miejscu gdzie turkus miesza się z błotem naniesionym przez dopływ. Następnie kontynuowaliśmy podróż wzdłuż tego turkusu z kirgiską rodzinką. Zza płotu zobaczyliśmy Uzbekistan, a potem marszrutką dojechaliśmy do malowniczo położonego Arslanbobu. Jutro znowu w góry! Jakże prościej i szybciej byłoby pokonać tą trasę samolotem albo marszrutką, ale na szczęście my mamy czas.

Można być w ciągłym ruchu w podróży, ale po jakimś czasie przychodzi zmęczenie. I właśnie owe wycieńczenie nas sukcesywnie dopada. Dzisiaj, choć na chwilę, zatrzymaliśmy się w uzbeckiej wiosce Arslanbob. Mieścina jest trochę turystyczna ze względu na malownicze położenie. Ludzie są super, pan w restauracji powie, że sałatka się skończyła, a po chwili skoczy na bazar po warzywa i jednak ją przygotuje. Kierowca bezinteresownie podwiezie cię po nierównym terenie. Tutaj odpowiadanie dzieciakom „hello” i przybijanie piątek nie nuży, gdy widzi się uśmiech i radość w ich oczach. A na wszystko to, jakby z milczącym uznaniem, sędziwie spoglądają okoliczne wierzchołki.

Poranną marszrutką dotarliśmy do Osz. Nad miastem dominuje góra o pięciu wierzchołkach. Z Sulaiman-Too rozpościera się panoramiczny widok na całe miasto. Jutro dzień wolny, zatem ludzie spędzają czas w parku, gdzie gości mały lunapark. Można wsiąść na diabelski młyn, co akurat czynimy, pojeździć na autodromie, postrzelać do celu, sprawdzić się w boksera, pograć w ping ponga albo szachy. Zanurzamy się też w bazar, na którym można kupić dosłownie wszystko: chińskie piżamy, czapki z daszkiem, obuwie, chemię z Niemiec, słodycze, przyprawy, a jak się coś popsuje, to są też stoiska od naprawy. Tutaj też nie wychodzimy z niczym. Całe to żywe i zielone miasto wywarło na nas wielce pozytywne wrażenie.

Dzisiaj postanowiliśmy podążyć sławną Pamir Highway, która zaczyna się w Osz. Najpierw przedarliśmy się przez góry Ałajskie. Z barwnym pejzażem w tle minęliśmy kilka tabunów owiec poganianych po głównej arterii i zobaczyliśmy trochę pasterskich jurt. Po górskich przeprawach wylądowaliśmy w małej mieścinie Sary-Tash. Poszliśmy coś zjeść i jak tylko usiedliśmy w drewnianych ławach poczuliśmy małe sensacje w głowie i nogach. Rozrzedzony tlen robi swoje – wszakże jesteśmy na 3200. Po posiłku zaczęliśmy łapać stopa na prawie pustej drodze i tak, z tadżycką rodziną, dotarliśmy do Sary-Mogul. Tutaj dzięki pomocy bandy dzieciaków od razu znaleźliśmy nocleg i poszliśmy na spacer po wiosce. W tle majaczą spowite w chmurach siedmiotysięczniki Pamiru.

Ranek wita nas bezchmurną i sielankową pogodą. Jak na dłoni widać panoramę białych siedmiotysięczników. Podobno po raz pierwszy w tym roku można dostrzec najwyższu szczyt Kirgistanu, czyli Pik Lenina. Co więcej, okazuje się, że dzisiaj jest dzień targowy. Do Sary Mogul zjechali się mieszkańcy okolicznych wiosek i odbywa się targ zwierząt, który tak bardzo chciałem zobaczyć. Można sobie kupić kozła albo baranka. Później idziemy sobie na spacer po wiosce, aby zobaczyć góry z trochę szerszej perspektywy. Podczas przechadzki zakolegowujemy się z pewnym osłem – ależ one mają wielkie głowy! Po obiedzie wracamy z powrotem do Osz. Gdy zatrzymujemy się, żeby sobie zrobić zdjęcie na przełęczy, rodzina Kirgizów zaprasza na normatywne „50 gram”.

22.Indochiny- Wnuk Piotr

Indochiny- Wnuk Piotr 

Podróż między 3.01-26.03.2019

Celów tej podróży było kilka. Najważniejsza była dla mnie wizyta w wiejskiej szkole im. Polskich Żołnierzy w Kambodży, gdzie przez dwa tygodnie pracowałem jako wolontariusz. Drugim z kolei było poznawanie lokalnych zwyczajów i podpatrywanie prostego wiejskiego życia w laotańskich wioskach. 

Szersza relacja:

W tym roku odbyłem kolejną, trzymiesięczną wyprawę do Indochin. Celów było kilka. Najważniejsza była dla mnie wizyta w wiejskiej szkole im. Polskich Żołnierzy w Kambodży, gdzie przez dwa tygodnie pracowałem jako wolontariusz. Drugim z kolei było poznawanie lokalnych zwyczajów i podpatrywanie prostego wiejskiego życia w laotańskich wioskach. 

Po kilku dnia aklimatyzacji w przygranicznym tajlandzkim miasteczku Trat wyruszyłem do nieodległego miasteczka Koh Kong w Kambodży. Kilkanaście kilometrów nieopodal znajdują się zjawiskowe, przecudnej urody lasy namorzynowe. Momentami ma się wrażenie, że las kroczy razem z nami w półmroku. 😀 Dobre wrażenie psuje niestety wycinka lasów w górach kardamonowych, niedaleko Bokum Sakor. Jest ona tak zaawansowana, że można odnieść wrażenie,  że to równina, a nie dżungla. Nie to jest jednak najgorsze. W tej okolicy napotkać można szpetne, kilkupiętrowe, szare silosy, które pełnią funkcję pułapek na ptaki. W każdym zainstalowany jest duży głośnik, który imituje ptasie odgłosy, aby zwabić je do środka. Nie wylatuje żaden. Udało mi się ustalić, że potem przerabiane są na bardzo drogi napój popularny w Chinach. Efekt jest taki, że tam gdzie są te pułapki, ptaka nie uświadczy się na przestrzeni kilkunastu kilometrów. Zafrasowany jadę dalej. Po drodze zatrzymuję się w małym miasteczku Sre Ambel i to, co najbardziej mnie zaskakuje to ogromny przepych i rozmach nowo powstającej świątyni. Ilość ozdobników i posągów (ponad stu khmerskich wojowników na schodach!!!) bardzo mocno kontrastuje z przeogromną biedą, którą można zobaczyć w rybackiej wiosce nieopodal, oraz w całej Kambodży. 

4 5 6 7 19 35

Docieram do miejscowości Takeo, gdzie korzystam z gościnności osiadłego tam rodaka Pawła, dzięki któremu dowiedziałem się o istnieniu wyżej wspomnianej wiejskiej szkoły. Paweł opowiada mi o oddziale polskich żołnierzy, patronów owej szkoły, którzy stacjonowali w Kambodży w latach 1992-1993 i odpowiedzialni byli za zabezpieczenie logistyczne i inżynieryjne ONZ-towskich sił pokojowych. Podczas swojej misji stoczyli kilka zwycięskich potyczek z czerwonymi khmerami. Moje obowiązki jako wolontariusza sprowadzały się do robienia wszystkiego co było potrzebne do prowadzenia szkoły. Zajmowałem się prostymi pracami budowlanymi, malowaniem klas, ławek. Uczyłem też dzieciaki języka angielskiego. W przerwach pomiędzy zajęciami wsiadałem na rower i jeździłem po okolicznych wioskach. Niejednokrotnie podczas takich wycieczek dzieciaki krzyczały za mną „Hello Teacher!”. Najbardziej lubiłem grać z nimi w piłkę nożną. Grali wszyscy razem, dziewczęta razem z chłopakami. Wielu bez butów. Podróżowanie to bardzo często hedonistyczne doznania, ale poprzez taki wolontariat i bezinteresowną pomoc podróżowanie staje się pełniejsze. 

Po opuszczeniu szkoły przez chwilę zatrzymuję się w stolicy, która stała się metropolią i nadal się  rozbudowuje. Przeraża mnie sposób w jaki to osiągnięto. Koszty tej rozbudowy ponoszą najbiedniejsi. Jeżeli gdzieś mają powstać jakieś nowe biurowce lub budynki, to mieszkających tam ludzi są po prostu wyrzucani przy pomocy opłaconej policji oraz wojska. Bez żadnej rekompensaty i odszkodowania. Cegielnie pracują pełną parą. A w nich dzieci oraz dorośli bez żadnych zabezpieczeń socjalnych. Jeżeli komuś przytrafi się wypadek, nie ma co liczyć na pomoc. Stawki za katorżniczą pracę są głodowe. 

Okrężną drogą, poprzez region Mondulkiri docieram do granicy i wjeżdżam do Laosu. Celem jest pobliski płaskowyż Bolaven, słynący z uprawy kawy i przeogromnej urody wodospadów. Zostaję na kilka dni w animistycznej wiosce i dowiaduję się wiele o lokalnych zwyczajach od mojego gospodarza, którego wuj jest szamanem. Mam okazję zobaczyć jak wyglądają przygotowania do wesela, i jak składa się ofiarę z młodego byka. Pewnego dnia, razem z rodziną, u której mieszkałem, łapiemy wieczorem pasikoniki, które potem wspólnie przyrządzamy i zjadamy. Razem z moim gospodarzem jem też czerwone mrówki. Są orzeźwiające i smakują jak limonka. Opowiem o wielu lokalnych przesądach, jak choćby o tym, że nie wolno zapukać do czyjegoś domu, bo sprowadza się wtedy na ten dom nieszczęście. Aby je odwrócić, gospodarze muszą złożyć ofiarę z byka. Ten, który zapukał musi za tego byka zapłacić. 

Kilka dni mieszkałem też w wioseczce Ban Na w Laosie Północnym i eksplorowałem pobliskie tereny. Łowiłem z moim gospodarzem ryby, rzucając siecią, uczyłem się jak przyrządzać lokalne posiłki, myłem się razem z nim w pobliskiej rzece. Podpatrywałem jak wyrabia się cegły chałupniczym sposobem oraz jak wytwarza się lokalny bimberek laolao. Opowiem też w jaki sposób mieszkańcy wiosek pozyskują prąd z lokalnej rzeki przy użyciu prostych urządzeń mechanicznych. 

Zapraszam wszystkich na opowieść o prostym życiu zwykłych ludzi, o wszechobecnej biedzie i o niezwykłej serdeczności prostych ludzi napotykanych codziennie. 

23.Highway 101 to nie droga to stan umysłu!- Matysiak Daniel

Highway 101 to nie droga to stan umysłu!- Matysiak Daniel 

Samotna podróż

Data rozpoczęcia podróży 21.11.2018 – zakończenia 24.12.2018

To będzie miesięczna rowerowa wyprawa po Ameryce Północnej wzdłuż Zachodniego Wybrzeża, od Vancouver w Kanadzie po San Francisco w USA. Podróż która odbyła się w ramach projektu Bike Jamboree, które to szerzy ideę przyjaźni, braterstwa oraz wartości harcerskich.

Będą to perypetie piątki ludzi którzy poznali się dopiero na trasie, a każde z nich ma zupełne inne doświadczenie, ale jeden cel. Mieć na swojej drodze wiele przygód, dobrze się bawić i złapać jak najmniej gum w rowerze.

Jest to opowieść o Stanach, które często inaczej są pokazywane w telewizji, pokonaniu własnych słabości, poznawaniu każdego dnia wielu nowych ludzi oraz przemierzania dzień w dzień wielu kilometrów wiedząc, że zima jest zaraz za rogiem.

2 3 4 5

 

Szersza relacja:

Pod koniec 2018 roku brałem udział w niesamowicie ciekawym projekcie Bike Jamboree. Jest to pierwsza w historii sztafeta rowerowa dookoła świata. W skład której wchodzą ludzie z całego świata (głównie z Polski), którzy często się nie znają, a chcą obyć niesamowitą przygodę w swoim życiu. Projekt ma na celu szerzenia idei przyjaźni, braterstwa oraz wartości harcerskich. W skrócie sztafeta z miesiąca na miesiąc zmienia zespół, a rowery jadą dalej.

Tak więc zadania zostały podzielone, fundusze pozyskane, trasa wyznaczona, pozostało nam jedynie spotkać się w Vancouver w Kanadzie, odebrać sprzęt od poprzedniego etapu i ruszyć w drogę do San Francisco. Zanim jednak wyruszyliśmy w drogę musieliśmy jeszcze oficjalnie wymienić się między zespołami naszą pałeczka sztafetową, czyli jedną wielką mapą całej trasy, naprawić rowery i wymienić w nich niektóre części. Dzięki uprzejmości Kasi, kuzynki Olgi – uczestniczki naszego etapu, mieliśmy zakwaterowanie na kolejne kilka dni i miejsce do przygotowania rowerów do drogi.

Kiedy dotarliśmy na przejście graniczne ze Stanami spodziewaliśmy się długiej i wnikliwej kontroli. Raczej nie często pięciu rowerzystów z Polski przekracza granicę i mówi że startuje w sztafecie dookoła świata. Obawialiśmy się również czy czasem nie zatrzymają nas za przetransportowanie jakiegoś jedzenia, które mogło być niedozwolone przy przekraczaniu granicy. Na szczęście kontrola przeszła bardzo szybko i zostaliśmy sprawdzeni przed całym sznurem czekających samochodów. Jedynie co powiedział funkcjonariusz słysząc nasz plan podróży po stanach było sarkastyczne: „Czyj to był wspaniały pomysł podróży zimą?”.

Jednym z naszych gospodarzy podczas tej wyprawy była Laura, która słysząc o naszym projekcie zorganizował nawet spotkanie z lokalną grupą skautów. Kiedy dotarliśmy na miejsce byliśmy mocno spóźnieni na owe spotkanie, jednak cała grupa harcerska czekała tylko i wyłączeni na nas z rozpoczęciem spotkania i kolacją którą dla nas przygotowali. Odbył się uroczyste ślubowanie wśród amerykańskich skautów, marsz z flagą i setki trafnych i mądrych pytań związanych z historią i polityką naszego kraju. W podziękowaniu Karolina z Emilią jako harcmistrzynie zakończyły spotkanie w stylu polskich harcerzy.

Pewnego dnia dotarliśmy do Quinault z zamiarem nocowania na pobliskim kampingu. Kiedy robiliśmy zakupy w miasteczkowym markecie, ekspedientka zapytała gdzie planujemy spędzić noc. Kiedy usłyszała o naszym pomyśle, od razu sięgnęła po telefon i zadzwoniła do pastora. Ten długo się nie zastanawiał i zaprosił nas do swojego kościoła.

W Aberdeen mieliśmy wcześniej ustalony dzień wolny. Nasi gospodarze, zabrali nas na ognisko do swoich znajomych. Dzięki czemu nawiązaliśmy kolejne kontakty na przyszłość. Wystawili na stół wielkie wiadro gotowanych krabów, dużo piwa i sałatek. Po raz kolejny mogliśmy opowiedzieć o naszej przygodzie co zawsze wzbudzało zainteresowanie i zachwyt. Wieczorne ognisko nie było końcem naszych przygód. Nasza gospodyni postanowiła nas zabrać jeszcze do opery w Grays Harbor College na przedstawienie Jaś i Małgosia. Nie będę ukrywał, pierwszy akt cały przesłuchałem, niestety dwa kolejne przespałem. Na szczęście nie byłem sam. Wszyscy prócz Łukasza przespali resztę przedstawienia.

Tym samym zakończyliśmy nasz pierwszy tydzień, a wiele przygód czekało jeszcze przed nami.

24.Czarnobyl — Sarkofag Przeszłości-Hrynkiewicz Aleksandra

Współtowarzysz- Jędrzej Józefowicz

Data rozpoczęcia podróży  — 16 marca 2018 roku – zakończenia — 17 marca 2018 roku

 

Cel wyprawy — Czarnobylska Strefa Wykluczenia.

Był 26 kwietnia 1986 roku, godzina 1:23 w nocy, kiedy Prypeć napiętnowano radioaktywnym promieniowaniem, jednak wraz z wybuchem reaktora jądrowego ucierpiały tysiące mieszkające poza granicami dzisiejszej Zony, na którą mroczna sława opadła wraz ze śmiercią, bólem oraz wyobcowaniem. Ponoć aby coś zrozumieć, należy to lepiej poznać — tak zrodziła się ta wyprawa, której celem była podróż do miejsca przeklętego, opuszczonego i budzącego w człowieku skrajne uczucia; od lęku po smutek, a nawet fascynację. Próba zrozumienia, dlaczego jeden ludzki błąd tak wiele kosztował.

Podróż do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, gdzie wszystko zaczęło się od ludzkiego błędu. Odkrywanie tajemnic miejsca, o którym mówi się, że jest przeklęte — czy to prawda? A może to Piołun sprowadził zagładę tak, jak zapowiedziano? 142 tabliczki wbite w ziemię, na nich imiona 142 miejscowości, z których wiele już nie istnieje. Zrównane z ziemią, opuszczone, wymarłe. Wśród nich stoją Prypeć i Czarnobyl skazane na śmierć, która przyszła trzydzieści trzy lat temu.

6 46 58 60

SZERSZA RELACJA

Czarnobyl. 26 kwietnia 1986 roku. Godzina 01:23. Noc.

Reaktor nr 4. Seria wybuchów. Kilka sekund — tyle wystarczyło, by życie tysięcy ludzi zmieniło się w czarno-białą egzystencję przepełnioną bólem, strachem oraz śmiercią, której żniwa trwały wcale nie dniami czy tygodniami, ale długimi miesiącami a nawet latami od wybuchu elektrowni atomowej. Właśnie tak zaczęła się historia tego miejsca.

W życiu każdego kto podróżuje i podróżnikiem chce się nazywać, przychodzi taki moment, kiedy przestają cieszyć wyjazdy, by coś zobaczyć. W człowieku rodzi się pragnienie, by przeżyć oraz doświadczyć czegoś więcej od zachwytu nad krajobrazami, kuchnią czy kulturą samą w sobie — doświadczyć nie tyle oczami, co sercem i duszą.

Takim pragnieniem były właśnie Czarnobyl i Prypeć.

Ludzki błąd, który nie powinien się wydarzyć, a który skazał te niegdyś tętniące życiem miejsca na powolne, bezgłośne konanie w oparach radioaktywnego pyłu i promieniowania przenikającego budynki, ziemię oraz ludzkie ciała. Gdyby nie tragedia sprzed ponad trzydziestu lat, dzisiaj prawdopodobnie nikt nie organizowałby wycieczek do Zony ani nawet o tym miejscu nie słyszał. Wszystko toczyłoby się powolnym rytmem, mieszkańcy wiedliby normalne życie, a świat nie odczułby skutków wybuchu, do jakiego doszło w elektrowni jądrowej 26 kwietnia 1986 roku.

Zacznijmy jednak od początku.

16 marca wyruszyliśmy samolotem w podróż do Kijowa, który był punktem drugorzędnym na naszej podróżniczej mapie. Głównym celem wyprawy była całodniowa wizyta w mieście widmo, jak można określić Prypeć — całkowicie wyludniona, zarośnięta drzewami, tajemnicza i cicha pozostałość po ludziach, którzy niegdyś żyli tutaj w cieniu jądrowych reaktorów. 17 marca w niedzielę rano wyruszyliśmy busem wraz z szóstką innych podróżujących do Prypeci. Czekała nas około dwugodzinna podróż, co niemal wszyscy wykorzystaliśmy na spanie (odsypiając sobotni lot) i dopiero przed Strefą spędziliśmy trochę czasu na rozmowach z naszym przewodnikiem, który w momencie wybuchu był kilkuletnim dzieckiem, ale do dziś wspomina sznur kijowskich autobusów, jakie wysłano do ewakuowania mieszkańców. Smutne, że ewakuację ogłoszono dopiero dzień po wybuchu.

Po załatwieniu wszystkich formalności, zaczęła się nasza podróż. Droga, która niegdyś wiodła do Czarnobyla, była niezwykle szeroka i jednocześnie opustoszała, całkowicie wymarła. Mijaliśmy martwe, obracające się w ruinę domostwa oraz milczące lasy skażone przed laty radiacją tak silną, że liczniki Geigera zaczęły wydawać niepokojące dźwięki, mimo iż dookoła pozornie niczego nie było. Droga do dziesięciokilometrowej strefy upływała w milczeniu, dopóki na horyzoncie nie pojawiły się pierwsze zabudowania niegrożące natychmiastowym zawaleniem; ponoć niektóre budynki zamieszkiwali i wciąż zamieszkują samosioły, czyli ci, którzy nie wyjechali podczas ewakuacji bądź wrócili nielegalnie, ponieważ tylko w tym miejscu czują się jak w domu.

Jeśli tak jest, dom ten musi być miejscem wyjątkowo ponurym, smutnym i przytłaczającym — właśnie tak poczułam się po wyjściu z samochodu, a każdy kolejny krok pieszej wędrówki przez ruiny Prypeci utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Pierwszym doświadczeniem była nienaturalna cisza, która opadała na człowieka. A później?

Sarkofag przeszłości.

Tysiące potłuczonych marzeń. Podręczniki deptane podeszwą. Skradzione dzieciństwo. Wymarłe sale gimnastyczne. Bezimienne groby. Ściany naznaczone bliznami czasu. Kartki wyrwane z książek. Rozkradzione meble. Porzucone ulice pożerane przez drzewa. Milczące korytarze. Powybijane okna. Diabelski młyn, który nigdy nie ruszył. Kawałki szkła. Radiacja. Piołun. Śmierć. Na samym końcu sarkofag — pod nim wrak reaktora jądrowego nr 4.

Śmierć.