ZGŁOSZENIA DO HALIKÓW

Projekty/podróże/wyprawy zgłoszone do statuetki im.Tony’ego Halika. Czekamy na Wasze zgłoszenia do 23 kwietnia 2019. Wyniki ogłosimy 18 MAJA 2019 podczas GALI przyznania statuetek. Niektórych zgłoszonych zaprosimy do Bydgoszczy (ostatecznie potwierdzimy zaprosiny do 30 kwietnia 2019), aby opowiedzieli nam swoje niesamowite historie NA ŻYWO. Zapraszamy do zakładki HALIKI.

1. Gazelą 4x4 do arktycznej Rosji- Rychłowski Michał

Gazelą 4×4 do arktycznej Rosji- Rychłowski Michał 

Towarzysze podróży:

Jacek Kędzierski , Dariusz Obst ,Łukasz Kilichowski

Rozpoczęcie podróży-  18 luty 2018; zakończenie 15 marzec 2018

Celem podróży było dotrzeć zimą za krąg polarny w arktycznej Rosji.  Wjechać na bezdroża tundry i znaleźć jej rdzennych mieszkańców Nieńców.

Bez wielkich pieniędzy i sponsorów zrealizowaliśmy szalony pomysł zimowej podróży za krąg polarny na północy Rosji. Pracując po nocach, w miesiąc przygotowaliśmy pojazd, stary rosyjski Gaz Gazela 4×4. Tym wehikułem dojechaliśmy tam gdzie nie ma już normalnych dróg, tylko czasem zdarzają się tymczasowe drogi zimowe zwane ZIMNIKAMI. Dzięki kołom niskiego ciśnienia własnej konstrukcji, przebiliśmy się przez bezdroża tundry i dotarliśmy do miejscowości NarYan Mar. Po drodze udało nam sie spotkać rdzennych mieszkańców tundry Nieńców. Działo się to w mało znanej krainie, gdzie wszyscy ludzie są bardzo przyjaźni i pomocni, a temperatura spada poniżej -40 stopni.

 

DCIM100GOPROG0209306.

dav

rychlowski (5) rychlowski (6) rychlowski (8) rychlowski (10)Szersza relacja z wyprawy : Michał Rychłowski – Gazelą 4×4 do arktycznej Rosji.

W Rosji za kręgiem polarnym byliśmy już w 2016 r. „normalnymi” samochodami terenowymi. W warunkach jakie panują w tundrze takie samochody się nie sprawdzają. Rosjanie używają tam pojazdów typu Trekol, których konstrukcja oparta jest na kołach niskiego ciśnienia. Takie koła nie zapadają się i możliwa jest jazda po głębokim śniegu. Stąd przyszedł pomysł, aby samemu zbudować taki pojazd i ruszyć w arktyczną głusz.

Budżet niewielki, więc na bazę konstrukcji wybieramy rosyjski samochód Gaz Gazela 4×4. Jest tani i awaryjny, ale w Rosji można go wszędzie naprawić. Do wyjazdu miesiąc, pracując dniami i nocami przebudowujemy Gazelę na „arktyczny kamper”. Ocieplenie, spanie dla 4 osób, niezależne ogrzewanie (piec na drewno), niezależne źródło prądu (alternator napędzany silnikiem piły spalinowej) itp. Najwięcej czasu pochłania budowa kół niskiego ciśnienia. W końcu, rosyjskim dostawczakiem ruszamy na północ.

Już sama podróż jest wyzwaniem, do zimników i tundry mamy około 4000 km. Nasza średnia prędkość to 40km/h, aby zdążyć dojechać tam gdzie chcemy decydujemy się na jazdę non-stop. Prowadzimy w systemie zmianowym, 3h za kierownicą, 3h jako pilot, 6h na spanie i tak w kółko. Dzięki temu sprawnie poruszamy się do przodu. Na granicy łotewsko-rosyjskiej spędzamy 8h, Rosjanie nie są pewni czy mogą wpuścić nas do Federacji. Pojazd jest dość egzotyczny i celnicy długo nie mogą zrozumieć co to za konstrukcja? Po co nam tyle dziwnego wyposażenia? Wszystko wypakowujemy i objaśniamy. Pokazujemy pozwolenia na wjazd do parku narodowego na Uralu…Sprawa opiera się o samego naczelnika, kolejna godzina tłumaczenia i mamy zielone światło na wjazd.

Gnamy dalej, po pięciu dniach docieramy do Uchty. To ostatnie miasto do którego prowadzi normalna droga. Decydujemy się na nocleg w hotelu i zwiedzamy miasto. Gazela wzbudza zainteresowanie i łatwo nawiązujemy kontakty. Wszyscy się cieszą, że wybraliśmy rosyjski samochód, ale mają nas za wariatów…Nie rozumiemy dla czego?

Kolejny przystanek to Peczora. Brniemy tam przez tajgę, trochę zimnikiem, trochę nowo budowaną drogą. W nocy przekraczamy lodowy most na rzece i wjeżdżamy do miasta. Zakupy, tankowanie kanistrów i ruszamy w kierunku zimnika do Inty (miasto na skraju tundry w połowie drogi do Workuty, można tam dotrzeć tylko koleją, lub zimnikiem używanym do obsługi rurociągu gazowego). Niestety szlaban wjazdowy na zimnik jest zamknięty, od miesiąca trzeba mieć specjalną przepustkę. Zawracamy do biura Gazpromu w Peczorze, aby ją wyrobić.

Rano meldujemy się w biurze i na piśmie składamy prośbę o zgodę na wjazd. Dołączmy nasze uralskie pozwolenia i plan podróży. Na zgodę musimy czekać do jutra. Nie ma problemu, ten czas wykorzystujemy na naprawy gazeli.

Następnego dnia idziemy po przepustki… Zgody jeszcze nie ma, będzie jutro. Bez paniki! Mamy jeszcze co robić przy gazeli, no i miasto pozwiedzamy…

Ponownie stawiamy się w biurze… Zgody nie ma, każą napisać dodatkowe pismo do biura w Uchcie… Mimo braku odmowy wiemy, że przepustki nie będzie…

Zmieniamy plan i postanawiamy jechać na północ w kierunku osady Warandej nad morzem Barentsa. Stamtąd przez tundrę spróbujemy przebić się do Workuty. Ruszamy w drogę, do Usinska prowadzi oblodzony asfalt, a dalej, za lodowym mostem przez rzekę Usę rozpościera się bezkresna lodowa pustynia. Tundra zimą jest niesamowicie malownicza. W dzień jak w kalejdoskopie zmieniają się kolory nieba, nocą oświetlają nas miliardy gwiazd. Co jakiś czas po niebie rozlewają się zielonkawe rozbłyski zorzy polarnej.

Na zwykłych kołach nie da się już jechać, montujemy więc koła niskiego ciśnienia. W tych warunkach nie jest to proste zadanie. Z powodu niskich temperatur (-35 / -44) od tygodnia nie gasimy silnika. Nawet gdy spaliśmy w hotelu silnik gazeli cały czas pracował. Gdyby zgasł, to po 2h nie można by go ponownie uruchomić. Koła składamy wewnątrz auta, tu jest dość ciepło (14-16 stopni w dzień i 0-2 w nocy). Złożone koło wystawiamy na dwór, pompujemy je i montujemy do samochodu. Znowu wdrażamy system zmianowy. Dwie osoby grzeją się w środku, dwie pracują na zewnątrz, po godzinie zmiana. Cała operacja zajmuje nam 2 dni.

W końcu gdy mamy już ruszać w tundrę. Zajechał nam drogę  Trekoł i z kabiny wychylił się uśmiechnięty kierowca. Wskazując palcem na naszą gazelę krzyknął: SZTO ETO ZA PARODIA!

W Trekole jechało kilka osób, kierowca Rosjanin z synem i trzech Nieńców. Po serdecznym przywitaniu i wymianie okolicznościowych podarków pytamy o drogę do Workuty. Nie ma szans odpowiadają, za kilka kilometrów jest rurociąg którego nie da się przekroczyć.

Kierowca Trekoła Nikołaj proponuje nam abyśmy skierowali się przez tundrę do NarYan Mar. On tammieszka i zaprasza nas do siebie. Przyjmujemy zaproszenie, niestety nie możemy jechać razem, fabryczny Trekoł porusza się dla nas zbyt szybko. Tak jak radzi Nikołaj skręcamy na zachód i powoli brniemy w kierunku zimnika prowadzącego do NarYan Mar. Po drodze udaje nam się odwiedzić Nieniecką wioskę wskazaną na mapie przez Nikołaja. Tam dostajemy wskazówki jak jechać dalej i w końcu docieramy do mało uczęszczanego zimnika.  Zdejmujemy koła niskiego ciśnienia  i na normalnych docieramy do celu. Przebycie 200 km zajęło nam 7 dni.

Po kilkudniowym pobycie w NarYan Mar, ruszamy w powrotną drogę do Polski.

Jadąc doNarYan Mar przebyliśmy 4000 km z tego prawie 800 po zimnikach i bezdrożach tundry.


2. Whalewatching po polsku- Kilon Dawid

Whalewatching po polsku- Kilon Dawid

Fotorelacja z projektu, którego celem było zaobserwowanie jak największej liczby gatunków waleni. Odwiedziłem dotychczas: Islandię, Wyspy Owcze, Wyspy Zielonego Przylądka, Wyspy Kanaryjskie, Azory, Maderę, Norwegię oraz Antarktydę. Gdzie poczułem oddech humbaka, a gdzie spotkałem największą istotę na ziemi – płetwala błękitnego? Na te inne pytania odpowiem podczas prezentacji zdjęć.  

Celem prezentacji jest pokazanie, że warto mieć marzenia, bo można doczekać ich spełnienia. Jestem biologiem z wykształcenia i pracuję w zawodzie jako ornitolog. Moim marzeniem było zobaczyć kiedyś wieloryba,a obecnie pracuje jako pilot wycieczek przyrodniczych, zaś na własnych podróżach poszukuje nowych dla siebie gatunków ptaków i waleni. Wieloryby fotografuje w naturalnym środowisku z lądu i z licznych rejsów, a w domu rysuje. Niedawno napisałem i zilustrowałem dwie książki o ptakach i ssakach (Gdzie ten ssak i Gdzie ten Ptak? Wydawnictwo AWM), gdzie mogłem pokazać również jakie gatunki ssaków morskich były stwierdzane na polskim wybrzeżu Bałtyku.

Antarktyda_ogonhumbaka azory Caboverde Islandia_humbak Islandia_orki

 

Whalewatchingpo polsku to fotorelacja z własnego projektu, którego celem jest zaobserwowanie jak największej liczby gatunków waleni na przestrzeni kilku lat. Odwiedziłem dotychczas: Islandię, Wyspy Owcze, Wyspy Zielonego Przylądka, Kanaryjskie, Maderę, Azory, Norwegię oraz Antarktydę. Gdzie poczułem oddech humbaka, a spotkałem największą istotę na ziemi – płetwala błękitnego? Na te inne pytania odpowiem podczas prelekcji. Tymczasem jak to się wszystko zaczęło?

„Popatrz synku jaka duża ryba”…. Powiedział ojciec do syna, spoglądając na martwe ciało morświna, wyrzuconego na plaży niedaleko Darłowa jakieś 13 lat temu. Tak rozpoczęła się trwająca przygoda ze ssakami morskimi. Kiedy byłem załogantem obozu ornitologicznego        i na krótkim spacerze znalazłem na plaży zwłoki jedynego gatunku walenia występującego w Bałtyku. Postanowiłem się nieco więcej dowiedzieć o tych zwierzętach, które dotychczas znałem jedynie z książek…

Obserwowanie waleni, a szczególnie wielorybów, dla Polaka wydaje się czymś egzotycznym. Dlatego gdy zobaczyłem pierwsze żywe morświny w Morzu Czarnym,            nie mogłem oderwać od nich wzroku (celem wyprawy był przelot bocianów!). Potem przyszła pora na dalsze podróże… Wyspy Owcze, Norwegia… wszędzie były tylko te morświny ;). Wspólnie ze znajomymi wybrałem pewnego dnia Islandię, postanowiłem obserwować wieloryby w ramach tzw. Whalewatching trip. Islandczycy gwarantują ich zobaczenie…            a gdyby się nie uda, to można płynąć raz jeszcze (aż się zobaczy). Dzień wcześniej koczując niemal nad klifem oglądaliśmy z daleka przez lunetę ogony nurkujących wielorybów                   i skaczące delfiny, ale to było za mało! W związku z tym, że język jest po to by go używać, zapytałem się firmy oferującej rejsy, czy gdy zobaczy się tylko delfina, to czy płynie się raz jeszcze? Otrzymałem informację, że dostanę jedynie wielką zniżkę, a to już coś! Płyniemy, podekscytowani, kolega mówi do mnie, że widzi delfina, na co ja stwierdzam: NIC NIE WIDZISZ, płyniemy dalej… i tak udało się przegapić delfiny (w końcu my płyniemy tam           po wieloryba ). Mija godzina i myślę…może to jednak był błąd…, byłyby chociaż delfiny….w ten nagle! Na godzinie 3 pojawia się płetwa… mała i wielkie cielsko. Kobieta przewodnik krzyczy, finwal! My mamy już gęsią skórkę z wrażenia. Po chwili słyszymy            po angielsku: przepraszam Państwa, to nie finwal, przed Państwem największa istota na ziemi: płetwal błękitny.  I tak moim pierwszym zidentyfikowanym wielorybem był największy. Najmniej oczekiwany… I to był błąd, bo okazało się, że whalewatching wciąga aż za bardzo i postanowiłem zobaczyć jak najwięcej tych pływających stworzeń. Podczas tej samej podróży udało się wykryć jeszcze orki…(nie z Majorski, a z płw. Snæfellsnes) i kilka innych gatunków waleni. Obecnie zaopatrzony w biblię whalewatchera (książka ze wszystkimi gatunkami świata, której oglądanie w samolocie jest bardzo relaksujące oraz czasem prorocze) wybieram miejsca gdzie mogę zaobserwować ciekawe gatunki ptaków  i zobaczyć jakieś nowe płetwy w wodzie, tudzież niewidziane przeze mnie zachowania już znanych gatunków. Nigdy nie zapomnę humbaka, który wyskoczył mi na zawołanie. Pierwsze dwa skoki odbył tak, że moje zdjęcia niestety nie wyszły zbyt zadawalająco (były baaardzo nieostre). Dlatego poprosiłem wtedy tego wieloryba o to by wyskoczył po raz ostatni, trzeci. I co zrobił? Chyba znał język polski, bo wyskoczył ładnie bokiem i obecnie jego zdjęcie wisi na ścianie mojego 27 metrowego królestwa. W ciągu ostatnich lat postanowiłem odwiedzić tzw. hot spoty whalewatchingu. Miejsca gdzie najłatwiej zaobserwować ssaki morskie              z brzegu i z oferowanych rejsów w obrębie Atlantyku. Dlatego właśnie odwiedziłem Maderę, Azory, Wyspy Kanaryjskie, powiększając listę zaobserwowanych gatunków. Zwieńczeniem projektu poszukiwania wielorybów miała być wyprawa na Antarktydę, po tym jak w Norwegii wybrałem się  na humbaki i zobaczyłem tylko falę…(a Dawid Podsiadło śpiewa nie ma fal…). I tak też się stało, na Antarktydzie odbiłem sobie tamtej wyjazd, choć nie sądziłem, że będzie aż tak udana wyprawa. Rejs 140 metrowym statkiem przez Cieśninę Drake-a bardziej przypominał pływanie po zatoce Puckiej w majówkę, niż te po najbardziej sztormowych terenach świata. Dlatego też wyjazd na Antarktydę okazał się najbardziej owocny, stanie      od rana do wieczora na dziobie statku przynosiło efekty. Aż 7 nowych gatunków ssaków morskich i ponad 100 humbaków zrobiło wrażenie….podobnie jak zapierające dech w piersiach krajobrazy.


3. Przygody Buchanki na Jedwabnym Szlaku- Woźniak Robert

Przygody Buchanki na Jedwabnym Szlaku- Woźniak Robert

Współtowarzysze podróży: Jarosław Derek, Sebastian Sarnecki, Adrianna Bryłka

Rozpoczęcie 13.07.2018-15.08.2018

Przejechanie trasy z Polski w Pamir i pokonanie Pamir Highway 30-letnim UAZ-em 15.000km w 33 dni przez terytorium 13 krajów.

W 2018 roku odbyliśmy wyjątkową podróż. Pokonaliśmy ponad 15 000 km przez terytorium 13 krajów w zaledwie miesiąc. Dodatkowo żeby podnieść sobie poprzeczkę zrobiliśmy to 30 – letnim UAZem 452 „Buchanka”, który nie jest ani komfortowy ani bezawaryjny. W Polsce jest jeszcze tylko kila osób, które odważyły się ruszyć UAZem w świat. Podczas naszej wyprawy przeżywaliśmy niesamowite przygody, odwiedzaliśmy egzotyczne  miejsca i spotykaliśmy wspaniałych ludzi, zarówno mieszkańców odwiedzanych krajów jak i innych podróżników.  I o tym wszystkim właśnie opowiada nasza historia „Przygody Buchanki na Jedwabnym Szlaku”.

_DSC0064 _DSC0123 _DSC0360 IMGP5993

SZERSZA RELACJA:

Nasza przygoda rozpoczęła się 13 lipca 2018 roku, o godzinie 19:00. Wraz z ekipami dwóch UAZów spotkaliśmy się na cyklicznej imprezie „Bydgoskie Klasyki Nocą”, zrzeszającej zabytkowe samochody, do których należą już nasze UAZy. Wyruszyliśmy na południe w kierunku Rumuni, która była pierwszym przystankiem na naszej trasie. Samochody te nie należą do najszybszych a tym bardziej do bezawaryjnych. Już następnego dnia na wjeździe do Częstochowy nasz samochód, po prostu odmówił posłuszeństwa. Dzięki Facebook’owi dostaliśmy namiar do mechanika, który za drobną opłatą w postaci butelki najlepszego kujawskiego bimbru pomógł nam zdiagnozować i usunąć usterkę.

Dalsza droga przez Czechy, Słowację, Węgry aż do Rumuni przebiegła bez większych przeszkód. O zmierzchu dotarliśmy do miejscowości Cartisoara, gdzie rozpoczyna się trasa Transfogarska, jedna z najbardziej lubianych przez zmotoryzowanych dróg górskich w Europie. Chcieliśmy zatrzymać się na pobliskim polu namiotowym, ale właścicielka stwierdziła, że jesteśmy za głośno i nas po prostu wyprosiła. W tej sytuacji skorzystaliśmy z aplikacji Park4U i znaleźliśmy miejsce nad pobliską rzeką gdzie mogliśmy się w spokoju rozbić z obozem. Na miejscu spotkaliśmy grupę motocyklistów z Polski, która również zamierzała przejechać tę malowniczą trasę. O ile sama trasa nie jest technicznie niczym nadzwyczajnym, o tyle miała być ostateczną próbną dla naszego auta jak poradzi sobie ze wzniesieniami Pamiru. Egzamin zdała na trójkę z plusem, co oznaczało, że musimy się bardziej przygotować zanim dojedziemy do celu.

Z Rumuni udaliśmy się do Bułgarii, gdzie przez chwile chcieliśmy poczuć się zwyczajnymi turystami i odwiedziliśmy nadmorskie kurorty Warna i Złote Paski. Okazało się niczym nadzwyczajnym. Wyglądało jak w Polsce, morze było ciepłe, ale na ulicach panował zdecydowanie większy… syf. Po krótkiej nocnej drzemce i kąpieli ruszyliśmy dalej w kierunku Turcji.

Nad ranem dotarliśmy na przedmieścia Stambułu, gdzie staraliśmy się złapać odrobinę snu i odświeżyć się przed wizytą w tym historycznym mieście. Wjazd do Stambułu, to było coś niesamowitego. Po 4 pasy w każdą ze stron, a samochody w niebywałym ścisku pędzą, mijają, trąbią a pośród tego wszystkiego trzy dziwaczne UAZy z niezbyt dobrymi hamulcami i sporą nadwagą bo każdy ważył prawie 3tony. Nawigacje ustawiliśmy na słynny meczet Hagia Sofia, nie spodziewając się, że poprowadzi nasze przerośnięte auta bez wspomagania przez sam środek starego miasta w największych korkach i ścisku przez uliczki przygotowane max na 1,5 auta. Niczym dziwnym w Stambule nie był wózek widłowy jadący w normalnym ruchu ulicznym.

Po dotarciu do centrum, nasze Panie przyodziały się w stroje, umożliwiające im wejście do świątyni. Część z nas zrezygnowana długą kolejką do wejścia postanowiła zapoznać się z okolicą i jej atrakcjami. Przeszliśmy przez park sułtana, na pobliskie targowisko, gdzie oprócz pięknych strojów sprzedawano słynne tureckie słodkie przysmaki. Jeden ze sprzedawców zaoferował nam najlepsze słodycze, stworzone specjalnie dla jednego z sułtanów, które dawały mu siły witalne przed wizytą w jego wielkim haremie. Oprócz wrażenia z samego pobytu w zabytkowym Stambule, uwagę naszą zwróciła napięta atmosfera publiczna. Wszechobecne wojsko oraz duża liczba posterunków policji oraz patroli. Przez to nie czuliśmy się zbyt bezpiecznie. Po kilku godzinnym zwiedzaniu ruszyliśmy w stronę cieśniny Bosfor. Przekraczając ją wjechaliśmy do Azji, która była naszym celem. Ze Stambułu planowaliśmy kierować się w do Kapadocji, niestety błąd kierowcy prowadzącego naszą karawanę UAZów w nocy, sprawił, że zamiast w Kapadocji, obudziliśmy się ponownie nad brzegiem morza Czarnego.

Pomimo zmiany planów ruszyliśmy w stronę następnego celu, jakim była Gruzja. Dostaliśmy info, że tuż przy granicy z Turcją, znajduje się ciekawy Hostel prowadzony przez Polkę. Skontaktowaliśmy się z nią przez Internet i zarezerwowaliśmy nocleg. Do Gonio, bo tak nazywała się ta miejscowość dotarliśmy nad ranem. Powitała nas Karolina, które poczęstowała nas lokalnym piwem i zabrała na wschód słońca nad Morzem Czarnym. Morze, plaża wyglądały zupełnie inaczej niż w Turcji czy Bułgarii. Odpoczywaliśmy tam prawie 2 dni. W tym czasie Karolina zabrała nas, między innymi do pobliskiej restauracji, której nikt z poza Gonio nie znajdzie gdyż jest zaszyta głęboko pomiędzy budynkami z dala od głównej drogi. Lokalna kuchnia bardzo przypadła nam do gustu: ostri, chaczapuri i wiele innych.

Po pobycie w Gonio dla dobra wyprawy zdecydowaliśmy się odłączyć od reszty UAZów i ruszyć dalej samodzielnie tylko jednym autem. Naszym celem w Gruzji było dotarcie do Parku Narodowego Lagodechi, założonego pod koniec XIX w. przez Polaka – Ludwika Młokosiewicza. W czasie podróży ze względu na brak lokalnej waluty szukaliśmy miejsca gdzie będziemy mogli kupić paliwo i zapłacić kartą. Niestety bezskutecznie, więc UAZ w końcu stanął. Oczywiście w najmniej dogodnym miejscu na podjeździe pod górę. Złapaliśmy stopa i ruszyliśmy po paliwo. Wymiana dolarów i zdobycie paliwa pochłonęło trochę naszego cennego czasu, ale z pozytywnym skutkiem. Wróciliśmy do auta i próbowaliśmy je odpalić. Niestety nadal bez efektów. Potrzebowaliśmy kogoś, kto nas kawałek pociągnie, przez co uruchomi zastaną pompę paliwa. Dość długo zatrzymywaliśmy auta, aż w końcu zatrzymał się elegancki Land Crusier. Mężczyzna z piękną małżonką nie znał ani angielskiego ani rosyjskiego, który my i tak znaliśmy tylko szczątkowo. Zrozumieliśmy, że nie bardzo chce nas holować w trosce o swoje nowe auto, ale powiedział, że mamy dać mu chwilę i wykonał telefon. Nie minęły 3 minuty jak pojawiły się 2 radiowozy w amerykańskim stylu, świecące  „kogutami”. Policjanci wyszli i zaczęli od salutu dla naszego nowego znajomego. Okazało się, że jest to naczelnik policji w obwodzie, w którym się znajdowaliśmy. Funkcjonariusze otrzymali rozkaz odeskortowania nas do stacji, udzielenia wszelkiej niezbędnej pomocy i nie opuszczania nas do momentu aż sami ich nie odprawimy. Co też uczynili. Do Lagodechi dotarliśmy późnym wieczorem i rozbiliśmy obóz na noc. Rankiem niestety pogoda nas nie rozpieszczała. W związku, z czym ominęły nas wodospady i ruszyliśmy po prostu dalej w stronę Azerbejdżanu.

Po przekroczeniu granicy ukazał nam się  kraj zbliżony do Ukrainy. Bardzo nas zaskoczył, ale też urzekł. Jadąc w stronę Baku, spędziliśmy noc w restauracji w której zatrzymaliśmy się na kolacje. Menager był tak gościnny że zaproponował nam darmowy nocleg i raczył nas swoimi opowieściami przy kolacji. O poranku ruszyliśmy dalej. Dojeżdżając do Baku dostaliśmy informacje, że w Baku czeka na ten sam prom co my małżeństwo z Polski.   Czekali na nas w 0 gwiazdkowym hostelu Naftalan, którego nazwa prawdopodobnie pochodziła od zapachu naftaliny unoszącego się w pokojach;). Z racji, że Monika i Janek spędzili już w Baku kilka dni zabrali nas zwiedzanie miasta, które okazało się perłą Azerbejdżanu. To co widzieliśmy za dnia było niczymy w porównaniu z tym co zobaczyliśmy w nocy. Uważam że Baku to najpiękniejsze miasto, jakie widziałem w życiu, zwłaszcza w nocy.

Po pierwszej nocy spędzonej od tygodnia w normalnym łóżku, ruszyliśmy do Portu Alat oddalonego od Baku o około 70 km. Z portu tego odpływa słynny wśród podróżników prom towarowy – Profesor Gull. Po załatwieniu wstępnych formalności poinformowano nas, że jest duża szansa na to, iż prom wypłynie jutro, a może nawet pojutrze. Aby nie marnować czasu na koczowanie w porcie udaliśmy się zobaczyć pobliską atrakcję w postaci błotnych wulkanów, gdzie spędziliśmy noc. To była ta noc… Ta noc, po którą przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów. Tylko my, UAZ i gwiazdy, które oglądaliśmy z dachu naszego wozu. No i oczywiście męskie rozmowy o życiu, śmierci i kobietach.   Rankiem obudziły nas autobusy turystów chcących zobaczyć wulkany.

Rankiem Monika i Janek, małżeństwo, które poznaliśmy w Baku pojechali do portu a my chcieliśmy jeszcze zaliczyć kąpiel w morzu Kaspijskim. Ciekawym doświadczenie jest kąpać się kilkaset metrów od platformy wiertniczej.

Sama wizyta w porcie, boarding, przeprawa i wyjście z portu to materiał na osobną historię w związku, z czym pominę tę treść.

Po 4 dniach wreszcie zakończyła się nasza przygoda na promie i wylądowaliśmy w Kazachstanie, gdzie od razu rzuciliśmy się na dystrybutor paliwa jak małe dzieci na słodycze w fabryce łakoci. Zatankowaliśmy się do pełna.. dosłownie do pełna 140 litrów paliwa w dwóch zbiornikach i czterech kanistrach za jedyne 240zł (1,69zł za litr).  Pełni i szczęśliwi ruszyliśmy w stronę granicy z Uzbekistanem. Po problemach z chłodzeniem na pustyni przyszły kolejne. Nauczeni poprzednimi doświadczeniami spodziewaliśmy się atrakcji przed granicą z Uzbekistanem, ale ostatnie 80km zaskoczyło nawet nas. Odcinek ten  pokonaliśmy drogą serwisową dla ciężarówek.  Przejechanie tego zajęło nam aż 6 godzin.

Po dotarciu do granicy samochód zmienił się całkowicie. Wyglądał jak by ktoś go strawił a potem zwrócił. Cały pokryty był pustynnym pyłem zarówno w środku jak i na zewnątrz. Granica po stronie Kazachskiej wyglądała normalnie. Natomiast granica Uzbecka to już zupełnie coś innego. Począwszy od tablicy: „uwaga malaria”,  po tłum ludzi próbujących przekroczyć granicę wyglądających jak uchodźcy próbujący przekroczyć granicę z całym dobytkiem.  Zgodnie z informacjami na stronie MSZ to miała być nasza najgorsza granica a okazała się… najmilszą. Przekroczyliśmy ją bez większych problemów poza kolejnością w rekordowym czasie. Na granicy dowiedzieliśmy się, że następne miasto jest już za 320 km i tam dopiero będziemy mogli kupić to i owo. Pokonując 320km przez pustynie na której mijaliśmy jedynie pojedyńcze ciężarówki  zakładaliśmy odnalezienie porzuconych statków, których już nieskutecznie szukaliśmy w ubiegłym roku. Tym razem poszukiwania zakończyły się sukcesem i późnym wieczorem znaleźliśmy porzucone statki i kolegów w potrzebie. Na miejscu wpadliśmy na ekipę Mongol Rally – James and Fitch, poznanych na promie w Azejberdzanie, którzy ugrzęźli swoją Micrą na dnie morza Aralskiego.  Pomoc miała do nich przyjść dopiero za 3 dni, dlatego witali nas jak zbawienie. Oczywiście nasza Buchanka spisała się jak zawsze bez zarzutu a Panowie pytali, co chcą w zamian. Jak to co? Wspólną biesiadę i opowieści.

Następnego dnia ruszyliśmy w stronę Termez, początku M41, rozstając się po drodze z Moniką i Jasiem. Trasa poprowadziła nas do granicy z Tadżykistanem i dalej do Duschanbe.  Tam uzupełniliśmy zapasy i ruszyliśmy w dalszą podróż po M41. Droga z Duschanbe do Chorog miała być asfaltowa. Niestety nie była. 500 km po szutrach, bezdrożach, przełęczach i polach minowych były niesamowite. Był to zdecydowanie jeden z najbardziej malowniczych i ciekawych odcinków naszej trasy. Zamiast 1 dnia zajął nam 2. W zamian za co otrzymaliśmy kolację u zabranego autostopowicza a potem nocleg za 12$ w towarzystwie lokalnej szefowej czerwonego półksiężyca. Następnej nocy dotarliśmy do Chorog, gdzie poszukiwaliśmy z upragnieniem zachodniej kuchni, przy okazji spotykając w naszym hostelu więcej uczestników Mongol Rally. Początek traktu pamirskiego dało nam wybór albo Highway albo Korytarz Wachański. Przygotowując się do wyprawy, Arkady Fiedler polecił nam pojechać tym drugim i naprawdę warto było. Począwszy od niestety zamkniętego targowiska na przejściu granicznym pomiędzy Afganistanem i Tadżykistanem po XIII wieczną twierdzę nieopodal świętych gorących źródeł. Po dwóch dniach podróży dotarliśmy do Murgrob gdzie spotkaliśmy kolejnego podróżnika Toma Beera w swojej życiowej wyprawie po nowego psa do Japonii. Spędziliśmy noc na 4000 mnpm. I ruszyliśmy w stronę Kirgistanu, pokonując z niewielką pomocą Polaków z Krakowa przełęcz na wysokości 4655mnpm przy okazji nabawiając się choroby wysokościowej. I tak w dużym skrócie osiągnęliśmy cel naszej wyprawy.. zdobyliśmy Pamir!


4. Pod ciemną skórą Filipin- Owsiany Tomasz

Pod ciemną skórą Filipin- Owsiany Tomasz
W ciągu samotnej ośmiomiesięcznej wyprawy poznawczej Tomasz Owsiany odwiedził sześć plemion  i wybrane społeczności Filipin we wszystkich makroregionach kraju. Nawiązał bliskie więzi z mieszkańcami i uczestniczył w ich codziennym życiu: w miasteczkach, w górach, w dżungli i nad brzegiem oceanu. Wyrabiał węgiel, uprawiał zbieractwo, orał bawołami ryżowiska i brał udział w ceremoniach. Mieszkał w kolonii karnej, poznał szamana uprawiającego czarną magię i dotarł do obozu grup paramilitarnych na Mindanao. Celem wyprawy było poznanie nieeksportowej twarzy dzisiejszych Filipin oraz znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak przeobrażają się tamtejsze rdzenne kultury pod wpływem nowoczesności.

 

Tomasz Owsiany – (1984) urodzony w Toruniu, filolog z wykształcenia i powołania. Miłośnik przyrody, odpoczywający najpełniej w lesie i na górskich szlakach. Publikował m.in. w miesięczniku „Poznaj Świat”, „Tygodniku Powszechnym” oraz „Kontynentach”. Autor książek „Madagaskar. Tomek na Czerwonej Wyspie” oraz „Pod ciemną skórą Filipin”, uhonorowanej w 2018 roku Nagrodą Magellana oraz nominowanej do Nagrody im. Beaty Pawlak. Laureat Nagrody Dziennikarzy Kolosów (za rok 2015) za wyprawę „Pod ciemną skórą Filipin”, wyróżnioną także w kategorii Podróż. Jego najnowszy projekt reporterski „Do wnętrza Gujany Francuskiej” otrzymał wyróżnienie na Kolosach (za rok) 2018.

Tomasz spędza długie miesiące w każdym z opisywanych przez siebie krajów. Przed wyjazdem uczy się również lokalnych języków. W swoich podróżach stawia na niespieszną integrację z miejscowymi społecznościami i zgłębianie istotnych tematów społeczno-kulturowych. Stara się być czynnym uczestnikiem codziennych i niecodziennych zdarzeń.

Zapraszamy na FB TOMKA:< https://www.facebook.com/towsianyautor/

 

Podciemnaskora_Filipin_okladka TOwsiany_Fil_autor2

TOwsiany_Fil_promo08

„Pod ciemną skórą Filipin” to samotna ośmiomiesięczna wyprawa poznawcza, której celem było poznanie reprezentatywnego profilu dzisiejszych Filipin poprzez integrację z wybranymi społecznościami w trzech makroregionach kraju. Cała wyprawa została zrealizowana bez zewnętrznego wsparcia. Wszystkie kontakty i kanały dojścia (w tym do zastrzeżonej części kolonii karnej w Sablayan oraz bazy grup paramilitarnych na Mindanao) zostały zdobyte samodzielnie lub dzięki znajomościom wypracowanym na miejscu. Każdy odcinek wyprawy był podjęty w pojedynkę, z własnej inicjatywy[1], poza ruchem turystycznym. Żaden z punktów nie miał charakteru komercyjnego ani pokazowego. Część celów udało się osiągnąć jedynie dzięki znajomości języka tagalskiego, opanowanego na potrzeby przedsięwzięcia. 87% noclegów miało miejsce w prywatnych domach, chatach lub na wolnym powietrzu. Kluczem do poznania poszczególnych społeczności było przyjęcie ich standardowych warunków i stylu życia od pierwszych chwil. Oto najważniejsze osiągnięcia mojej wyprawy:

W prowincji Pampanga poznałem krwawe tradycje wielkopostne od kuchni, w szerokim kontekście. Jako jedyny obcokrajowiec w 2015 roku uczestniczyłem w dzielnicy St.Lucia San Fernando w próbach z aktorami odgrywającymi drogę krzyżową zwieńczoną autentycznym krzyżowaniem. Odbyłem rozmowy z pokutnikami krzyżowanymi rokrocznie od 28 lat. Spotkałem się indywidualnie z Rubenem Enaje, prekursorem żywej Golgoty, twarzą znaną z corocznych publikacji w naczelnych mediach światowych. Spędziłem dzień z grupą biczowników, towarzysząc im w przygotowaniach i krwawych aktach pokutnych.

Na wyspie Mindanao, w strefie trwającego konfliktu zbrojnego między armią filipińską, NPA[2]oraz grupami paramilitarnymi, dostałem się do bazy grupy NIPAR[3]: po dwóch tygodniach negocjacji dzięki łącznikowi dostałem się na ziemię ludu Tigwahanon. W asyście wodza plemienia dotarłem do bazy w górach. Rozmawiałem z dowódcami oddziałów – niedawnymi oficerami NPA oraz lokalnymi władzami i mózgiem NPA (w więzieniu w Malaybalay).

W miasteczku ciemnoskórych Aytów zbierałem historie ludzi i miejsc najmocniej dotkniętych pamiętnym wybuchem góry Pinatubo w 1991. Śledziłem walkę administracyjną o integralność ziemi plemiennej i przejawy marginalizacji Aytów. Odbyłem rozmowy z rodzinami aytowskich weteranów II Wojny Światowej i przeglądałem ich prywatne archiwa.

W regionie Anda na Boholu mieszkając wśród rybaków badałem napiętą sytuację między rybakami, właścicielami ośrodków wypoczynkowych, lokalną władzą a  osobami zaangażowanymi w ochronę środowiska.

W kolonii karnej pod Sablayan odbyłem kilka godzin rozmów z mordercami, gwałcicielami i członkami gangów w strefie najwyższego nadzoru, zamkniętej dla odwiedzających. Uprawiałem pola ryżowe z więźniami pod nadzorem i bez nadzoru strażników. Poznawałem zasady funkcjonowania kolonii. Przez pięć dni w domu na ryżowiskach dzieliłem przestrzeń życiową z więźniami średniej i niskiej kategorii.

W Cagayan de Oro przez dwa tygodnie mieszkałem w rezydencji multimilionera, członka jednej z trzystu najbogatszych rodzin w kraju, zyskując wgląd w życie filipińskich elit.

Na południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy Samar spędziłem tydzień z rodzinami odbudowującymi swoje życie i domostwa zniszczone przez super tajfuny w 2013 i 2014 roku.

W nieodwiedzanym regionie Talalora szukałem praktyk czarnej magii barang i kulamoraz rytualnego znachorstwa. Korzystając z gorączki i nagłej choroby skórnej wypróbowałem na sobie uzdrawiające rytuały. Po tygodniu walki z lokalnym tabu dotarłem na wyspę Daram do szamana uprawiającego czarną magię, gdzie poznałem jego historię i „warsztat”.

Uczestniczyłem w codziennych zajęciach każdego z odwiedzanych plemion: w doglądaniu gospodarstwa, pracy na polu, zbieractwie w lasach i rzekach, konsumpcji używek, rytuałach i opowieściach. A ponadto: śledziłem z poszukiwaczem skarbów znakowane kamienie mające prowadzić do skarbu generała Yamashity i odwiedzałem zapomniane górskie tunele armii japońskiej, brałem udział w polowaniu z łukiem, wyrabiałem i transportowałem węgiel drzewny (plemię Ayta). Zalesiałem górskie zbocza w okręgu Bilao w Abra de Ilog (plemię Iraya), żyłem z rodziną szamana w wiosce Diura i uczestniczyłem w połowach (lud Ivatan), brałem udział w szokujących praktykach pogrzebowych <przewijanie zgniłych zwłok i świętowanie w mdlącym trupim fetorze> i w rytualnym czyszczeniu grobów w skalnych półkach; udokumentowałem tradycyjne rozmowy śpiewane day-en (plemię Kankanaey), byłem pierwszym „człowiekiem z zewnątrz”, którego konserwatywny wódz z Tagbak zabrał w głąb dżungli do świętych kamieni plemienia (plemię Talaandig). W dowód przyjaźni nawiązanej z częścią mieszkańców dostałem m.in. wiersz, korale zdjęte z szyi wodza czy zapewnienia, że choć „jesteś z nami dopiero pięć dni, wydaje się, jakby to było pięć lat”.

Podróż miała swój epilog po rocznej przerwie, od 23.11.2016 do 24.12.2016. Powrót służył zebraniu dodatkowego materiału, rozwiewającego wątpliwości powstałe po pierwszej, zasadniczej części podróży. Ponownie odwiedziłem partyzantów w centrum ich rewiru, a także spędziłem dwie doby w obozowisku uchodźców zaatakowanych przez grupę NIPAR.


5. Iść własną drogą-Patagonia- Szczęśniak Michał

Iść własną drogą-Patagonia- Szczęśniak Michał

Luty 2015- Grudzień 2017

Kupiłem bilet w jedną stronę do Ameryki Południowej, nie wiedziałem ile czasu mi zajmie podróżowanie. Moja mama myślała, że wrócę po trzech miesiącach, a ja wróciłem po trzech latach. Celem było poznanie kultury i odwiedzenie wszystkich krajów Ameryki Południowej gdzie ludzie mówią po Hiszpańsku. W związku z tym, że miałem najcenniejszą walutę świata czyli czas to udało mi się zrealizować mój plan nawet z nawiązką. Dodatkowo odbyłem trzy wyprawy żeglarskie jachtostopem (Antarktyda, Falklandy, wyspy Galapagos) Podróżowałem nisko budżetowo – pracowałem w różnych miejscach , przemieszczałem się busami albo za pomocą auto stopu, nocowałem głównie u lokalnych mieszkańców, których poznawałem w trakcie podróży. Przez większość podróży nie używałem telefonu komórkowego (zepsuł się)  to spowodowało, że byłem zdany tylko na siebie. Nauczyłem się używać własnej intuicji w podróży i to ona pokazywała mi kierunek. Dzięki takiej formie podróżowania udało mi się poznać wspaniałych ludzi i odwiedzić miejsca mniej turystyczne.

  1-MICHAL 2 MICHAL 3 MICHAL

DCIM121GOPRO

Szersza relacja:

Planując moją wyprawę nie wiedziałem jak długo mi zajmie moja podróż. Pozamykałem wszystkie sprawy, które mnie trzymały w Polsce i kupiłem bilet w jedna stronę do Argentyny. Podjąłem taką decyzje, bo w swojej pracy zawodowej, która jednocześnie była moją pasją już dalej się nie rozwijałem. Potrzebowałem zmiany, a że zawsze mnie fascynowała Ameryka Południowa to posłuchałem swojej intuicji i zacząłem się przygotowywać do podróży. Planowałem dłuższy wyjazd, dlatego ważne było dla mnie dokończenie projektów które miałem w Polsce i to mi zajęło najwięcej czasu.  Chciałem wyjechać z czystym umysłem aby nic mnie nie ściągało z powrotem. Zrealizowanie mojej wyprawy wymagało nakładu finansowego, jednak ze względu na to, że nie miałem dużo oszczędności to zacząłem szukać sposobów na tanie podróżowanie. Początkowo przez internet już w Polsce znalazłem portal na którym można znaleźć prace na wolontariacie za jedzenie i spanie.  W późniejszym czasie, gdy już mówiłem po hiszpańsku udawało się czasem znaleźć płatną prace.  Moim celem było podróżowanie i zdecydowanie to, co mi ułatwiło realizację mojego marzenia to praca z rękodziełem, którego nauczyłem się od ulicznych artystów. Robiłem bransoletki i wisiorki, dzięki temu mogłem podróżować i pracować w różnych miejscach. Sprzedawałem je lokalnym mieszkańcom i turystą. Było to jedno z narzędzi, aby zdobyć pieniądze na realizację moich celów. Przemieszczałem się za pomocą różnego rodzaju transportu, ale głównie był to auto stop. W taki sposób przejechałem całą Amerykę Południową od Argentyny, aż do Wenezueli. Jedne z ciekawszych dróg na mojej trasie to Carretera Austral w Chile, droga 40 w Argentynie, droga śmierci w Boliwii, panamericana, droga słońca w Ewkadorze. W każdym kraju starałem się zobaczyć najpiękniejsze atrakcje i poznać kulturę. Średnio w każdym państwie spędzałem kilka miesięcy w różnych miejscach, dzięki temu zobaczyłem niesamowite krajobrazy i zabytkowe miejsca. Byłem w takich miejscach jak: u podnóżach góry Aconcagua, lodowiec Perito Moreno w Calafate, wodospad Iguazu, park narodowy Torres del Paine w Chile, pustynia solna w Uyuni (Bolivia), jezioro Titicaca, wyspę Słońca, Machu Picchu, kanion Colca w Peru, linie Nazca, Cordillera Blanca w Huaraz, na równiku w Ekwadorze, Park Narodowy Yasuni, na farmach kawy w Kolumbii, na plażach morza karaibskiego, Medanos de Coro w Wenezueli, Park Narodowy Canaima, Roaima i wiele innych pięknych urokliwych miejsc Ameryki Południowej. Miałem okazję odbyć też trzy wyprawy żeglarskie, jako załogant. W tym przypadku łapanie okazji wymagało dużej cierpliwości i wytrwałości. Największym moim osiągnięciem to podróż na Antarktydę gdzie samo szukanie okazji na wypłynięcie zajęło mi pięć miesięcy. Wyprawa trwała jeden miesiąc. Kolejne wyczyn to rejs na Falklandy i wyspy Galapagos. W każdym przypadku cena podróży to tylko koszty eksploatacji (jedzenia)

Moim celem wyprawy było poznanie ciekawych krajów, a drugim ważnym elementem była podróż w głąb siebie.. Dlatego wybrałem opcje podróży samemu i bez ograniczeń czasowych. Odrzuciłem tradycyjny sposób podróżowania z przewodnikiem w ręku i postanowiłem zaufać swojej intuicji. W dodatku na samym początku mojej podróży zepsuł mi się telefon komórkowy i nie miałem pieniędzy, aby go naprawić. W tym przypadku byłem skazany tylko na siebie i swoją intuicje. Wjeżdżając do danego kraju wiedziałem o nim tylko podstawowe rzeczy. Bazowałem na radach lokalnych mieszkańców i zdarzeń losu. W trakcie trzech lat w Ameryce Południowej miałem okazje zmierzyć się ze swoimi słabościami i lękami. Pierwszy etap to było przełamanie bariery językowej i zaakceptowanie nowych zwyczajów. Jednak największym lękiem, z którym udało mi się zmierzyć to podróżowanie bez pieniędzy. Pamiętam jak wyjechałem z Buenos Aires bez grosza, udałem się na drogę, aby złapać stopa i wtedy zaczęła się jedna z najważniejszych prób w moim życiu, która polegała na zaufaniu do siebie samego i do wszechświata, że pozwoli mi kontynuować moją podróż. Zrozumiałem wtedy, aby pozwolić rzeczą by się działy same, w taki sposób spotykałem życzliwych ludzi. Zaczynałem trafiać do magicznych miejsc, jedno z nich znajdowało się w Misiones gdzie zamieszkałem przez trzy miesiące z pewną szamanką z Argentyny. Miałem okazję poznać świat roślin i uczestniczyć w kilku rytuałach. Był to dla mnie ważny czas gdzie mogłem zrozumieć zwyczaje i obrzędy indiańskie. Ukierunkowało to moją podróż i chęć poznania więcej indiańskich obrzędów. W Boliwii miałem okazję uczestniczyć w wielu rytuałach o nazwie „Pachamama”, które polegały na oddaniu darów dla matki ziemi. Miało to na celu wspomóc pomyślność i dać bogactwo na najbliższy czas. W Peru poznałem człowieka, który sam się nazywał starszym bratem i to on pokazał mi wiele świątyń Inków. Razem odbyliśmy kilka rytuałów z San Pedro (święty kaktus) Ta ceremonia miała na celu oczyścić moje ciało i duszę. W Ekwadorze zamieszkałem kilka dni w dżungli z rodowitymi mieszkańcami, tam odbyłem rytuał z najsilniejszą rośliną Ameryki Południowej, czyli z ayahuaską. Kończąc moją podróż ostatnim punktem była Wenezuela. Jeden z najniebezpieczniejszych krajów, gdybym słuchał swojego umysłu nigdy bym tam nie pojechał jednak moja intuicja mówiła, że nic złego mi się nie przytrafi.  Zaufałem jej i spędzając miesiąc czasu podróżując po całym kraju. Ostatnim punktem było wejście na szczyt hipnotycznej góry o nazwie Roaima jednej z najstarszych gór naszej planety. Siedząc na jej wierzchołku zrozumiałem, że gdyby nie moja konsekwentna praca nad sobą, pokonywanie swoich leków, prawdopodobnie nie spełniłbym swoich marzeń.

Jestem zwolennikiem gdzie podróż ma mniej planu i wyznaczanych celów, a więcej zaufania do siebie i do tego, co nas spotka w trakcie realizacji podróży. Na prelekcjach i w trakcie, gdy opowiadam o moich podróżach mówię o podróży intuicyjnej i o tym aby podążać za głosem serca wtedy marzenia stają się bardziej realne do spełnienia.

Podróż się zaczęła pierwszego lutego 2015 roku od wyjazdu z Polski a skończyła 18 grudnia 2017 roku wylotem z Kolumbii do Polski.  Całość została zrealizowana i sfinansowana przeze mnie poprzez różnego rodzaju prace w trakcie pobytu w Ameryce Południowej.

Więcej w temacie mojej trasy i podróży można znaleźć na mojej stronie www.podrozintuicyjna.pl


6.Pianomatyk Bike Tour - Rowerowa Trasa Koncertowa- Lapuć Paweł

Pianomatyk Bike Tour – Rowerowa Trasa Koncertowa- Lapuć Paweł

Współtowarzysz:  Karolina Gutkowska (etap II i III)

Data rozpoczęcia oraz zakończenia:

I etap:   26.05.2017 WARSZAWA-BERLIN          I etap:   11.06.2017

II etap:  31.05.2018 BERLIN-BRUKSELAII etap: 17.06.2018

III etap: 08.09.2018 BRUKSELA-PARYŻ  III etap: 15.09.2018

Przejazd rowerem przez Europę z elektronicznym pianinem w przyczepce rowerowej wypełniony różnorodnymi koncertami (oficjalnymi, domowymi oraz plenerowymi).

Projekt Rowerowej Trasy Koncertowej – Pianomatyk Bike Tour zrodził się z połączenia dwóch pasji – muzycznej i podróżniczej.

Polegał on na przejechaniu przez Europę rowerem z elektronicznym pianinem w przyczepce rowerowej tak, aby w miarę możliwości każdy dzień zakończyć występem – w zamian za nocleg i gościnę.

W trakcie projektu udało się zagrać ok. 30 niezwykle różnorodnych koncertów – zarówno oficjalnych (np. w muzeach czy centrach kultury), plenerowych (np. występ na rynku, na traktorze czy pod dębami na skraju wioski) jak i domowych (dla rodziny, sąsiadów czy znajomych osób goszczących).

Trasa została zorganizowana w 3 etapach na odcinkach Warszawa-Berlin, Berlin-Bruksela oraz Bruksela-Paryż i bazowała w znacznym stopniu na gościnności miłośników muzyki oraz jazdy na rowerze poznanych za pośrednictwem internetu.

Rowerowa Trasa Koncertowa – Pianomatyk Bike Tour

Pianomatyk Bike Tour - Antwerpia Pianomatyk Bike Tour - Berlin Pianomatyk Bike Tour - Bydgoszcz Pianomatyk Bike Tour - Vockerode

Szerszy opis:

Wymyśliłem sobie, że wyruszę w nietypową trasę koncertową – rowerem. Nic prostszego jak się gra na fortepianie. Nie tak łatwo jest jednak znaleźć kolejne miejsca do występów. Wymyśliłem sobie w takim razie, że wezmę przenośne pianinko cyfrowe i załaduję do przyczepki rowerowej. Z takim ekwipunkiem można śmiało ruszać w świat, ale mimo wszystko raczej po nizinach. Popatrzyłem na mapę i trasa ułożyła się sama: Warszawa – Berlin – Bruksela – Paryż. Jakieś 2000km.
Była idea, był cel. Pozostało znaleźć przenośny, lekki i słyszalny instrument działający bez prądu oraz przyczepkę do jego transportu, a następnie rozplanować wszystkie przystanki. Chciałem w miarę możliwości każdy dzień zakończyć występem, więc całkowicie spontaniczny przejazd nie sprawdziłby się w tej formule. Przyjąłem przy tym średni dzienny dystans ok. 70km. Czyli dość intensywnie.
Ostatecznie podzieliłem trasę na 3 etapy, przy czym w pierwszy wyruszyłem sam, a w kolejne we dwójkę:

Etap I, Warszawa-Berlin (maj/czerwiec 2017r.)

Etap II, Berlin-Bruksela (czerwiec 2018r.)

Etap III, Bruksela-Paryż (wrzesień 2018r.)
Cały projekt miał 3 wymiary – muzyczny, rowerowo-podróżniczy oraz poznawczy (jako okazja do ciekawych spotkań).
Od początku zakładałem, że już sama część muzyczna będzie nietypowa i różnorodna. Podzieliłem występy na 3 grupy – oficjalne, domowe i plenerowe. Bardziej oficjalne koncerty starałem się zorganizować tam, gdzie była możliwość znalezienia sal z akustycznymi fortepianami lub pianinami, m.in. w Pałacu w Sannikach, Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej we Włocławku, Muzeum Wodociągów w Bydgoszczy, galerii Alte Schule w Wiesenburgu, placówce Łódzkie House w Brukseli czy Bibliotece Polskiej w Paryżu. Na swoim instrumencie zagrałem za to na spotkaniu muzyczno-podróżniczym z młodzieżą szkolną w Chrzypsku Wielkim czy w sklepie z antykami w Quedlinburgu.
Drugą grupą były koncerty domowe. Czasem grałem na własnym instrumencie, czasem na dostępnym pianinie, a raz nawet gospodarze mieli w domu w amatorskie studio nagraniowe z dwoma fortepianami. Zachęcałem aby zapraszać na takie wieczory rodzinę, sąsiadów bądź przyjaciół, co tworzyło bardzo przyjemną atmosferę. Dla większości osób były to pierwsze tego typu wydarzenia muzyczne, które wzbudziły wiele pozytywnych reakcji. W Poczdamie wiolonczelista Tobias po moim koncercie dał się namówić nawet na wspólną improwizację.
Wreszcie trzecią grupą koncertów były występy plenerowe. Dzięki przenośnemu instrumentowi mogłem się zatrzymywać spontanicznie po drodze jak np. w Ciechocinku pod tężniami czy w Kostrzynie na terenie znanym z festiwalu Jurka Owsiaka. Część występów była z góry zaplanowana na świeżym powietrzu jak np. we Francji na zewnątrz małego château w miejscowości Orry-la-Ville dla pracowników regionalnego parku naturalnego mającego tam siedzibę albo pod dwoma rozłożystymi dębami dla mieszkańców niemieckiej wioski Heckenbeck.

W plenerze, w starym gospodarstwie nad Łabą odbył się też najbardziej spektakularny występ trasy. Gościli nas tam Jan z Nadine. Zastanawiając się w którym miejscu zrobić scenę wpadliśmy na pomysł, aby zagrać na… traktorze. Jan będący „złotą rączką” szybko znalazł belkę, kilka sznurków i po chwili zamontował instrument na kierownicy.

Sama trasa przejazdu była też zróżnicowana pod względem krajobrazu – w końcu przecinała znaczną część Europy. Zdarzały się zarówno tereny silnie zurbanizowane, typowo rolnicze jak i długie odcinki leśne. Bardziej strome wzniesienia trzeba było pokonać w środkowej partii Niemiec, zwłaszcza u podnóża gór Harz. Były też malownicze odcinki wzdłuż rzek np. Wisły, Warty, Odry, Haveli, Łaby, Wezery, Renu czy Sommy. W kilku rejonach, zwłaszcza w Belgii, korzystaliśmy z długich i prostych ścieżek rowerowych wzdłuż kanałów.

Na szlaku trafiło się sporo perełek turystycznych. Z samych obiektów UNESCO (poza stolicami) można wymienić średniowieczne starówki Quedlinburga, Goslar czy Torunia, kopalnię w Rammelsberg, katedrę w Amiens, ogrody Dessau-Wörlitz, domy beginek w Gandawie czy beffroi w Kortrijk, Lille i Arras. Jechaliśmy też pierwszym na świecie podwieszanym rondem rowerowym w Eindhoven, groblą przy pływających ogrodach „Les Hortillonnages” w Amiens, czy rowerową autostradą w okolicach Antwerpii.

W północnej części Francji, od Lille do Amiens przemieszczaliśmy się wzdłuż linii frontu I wojny światowej i natrafiliśmy na liczne wojenne cmentarze – zarówno żołnierzy ententy jak i niemieckich. Widać było już przygotowania do setnej rocznicy końca walk.

Wyprawa była przede wszystkim jednak okazją do niezapomnianych spotkań. Gościli nas niesamowici ludzie, których zaangażowanie w część muzyczną przerosło moje oczekiwania. Na koncerty przychodziły ciekawe osoby, a nieformalna atmosfera zwłaszcza występów domowych i ogrodowych pozwalała się wzajemnie poznać. Często zdarzało się wieczorne oprowadzanie po mieście czy poranne wspólne rozpoczęcie kolejnego odcinka trasy.

Bywały też momenty bardziej nieoczekiwane. W niemieckiej wiosce, Angielka Phoebe zaprosiła nas na wieczorną próbę trio, gdzie śpiewa po… hiszpańsku. Z kolei w Dorsten zorganizowano nam wywiad dla lokalnej gazety i zabrano na przyjęcie z okazji rocznicy ślubu znajomych.

Była to więc rowerowo-muzyczna podróż pełna magicznych chwil i inspirujących spotkań!

7. Made in China- Sławińska Dorota

Made in China- Sławińska Dorota

Współtowarzysze- Joanna Soboń i Edyta Niemczyk

Data rozpoczęcia  23 lipca 2018 r. zakończenia – 17 sierpnia 2018 r.

pandy 2 pekinOpera VICTORIA PEAK

Trzem Polkom zamarzył się roadtrip po Azji, a jako że do „Azji Express” biorą tylko celebrytów, same stworzyłyśmy sobie podróż życia. Nie było leżenia nad basenem, biura podróży, shoppingu, za to zwiedzałyśmy i poznawałyśmy jedyną w swoim rodzaju kulturę. Wybrałyśmy najtrudniejszy kraj do podróżowania w tej części świata (cenzura Internetu, brak znajomości angielskiego, olbrzymie dystanse między miastami itp.), ale za to mamy satysfakcję, że wyjechałyśmy z Polski jako turystki, a wróciłyśmy, jako podróżniczki. Plan trasy zakładał Pekin – Shaolin – Denfeng – Xi’an – Chengdu – Leshen – Hangzou – Szanghaj – Hongkong – Kanton (samymi pociągami pokonałyśmy dystans 6 tys. km, a były jeszcze inne środki transportu: riksze, samoloty, promy, skutery, autokary, taksówki, metro, rowery, autobusy, motorówki, kolejka linowa, własne nogi itp.). Jeżeli chcielibyście się dowiedzieć: czy bycie popularniejszą od Myszki Mickey męczy, jak to się stało, że nasz super szybki i elegancki pociąg zamienił się w jadący 30 godzin skład (2 noce, ponad 1900 km) z miejscami stojącymi (Mikołaj z kanału „Tymczasem w Chinach” gratulował nam: „Na prawdę dziewczyny szacun, bo wiem, jaki to hardcore.”), co to jest hot pot, czy znalazłyśmy mężów na targu swatek, jak się podróżowało stopem z wycieczką szkolną, czemu odkopano tylko 1000 żołnierzy terakotowej armii skoro jest ich 8000, ile kosztuje „selfi” z pandą wielką i wiele więcej.

https://www.youtube.com/watch?v=nuu6X_6WEL8

8. Pustynia Arabska Rowerem – czyli Oman na dwa koła- Nowacki Krzysztof

Pustynia Arabska Rowerem – czyli Oman na dwa koła- Nowacki Krzysztof 

LUTY-KWIECIEŃ 2013

Wyprawa rowerowa po pustyniach, górach, wybrzeżu Omanu.

Opowieść o pięknych pałacach Sułtana…O przeprawie przez góry i jeździe rowerem z sakwami przez pustynny interior w temperaturach dochodzących do 56 stopni. Opowieść o wyprawie w góry na pograniczu Jemenu gdzie ludzie w izolacji wytworzyli nawet swój język. Letnie pałace w Salalah, gejzery wodne i wejście w kokosowy interes. Opowieść o gościnności Arabów zarówno w apartamentach wynajętych dla mnie jaki i koczowaniu z nimi na pustyni. Unikalna muzyka, jedzenie, śpiew. Unikalne walki byków i gonitwy wielbłądów. A także samotne noce nad morzem Arabskim wśród skał i żółwi zielonych przypływających by złożyć jaja.
100_6729 100_7001 100_7092 100_7440

 

 

 

 

Portal Pomorza:.pl

Jak toczy się życie na Półwyspie Arabskim postanowił sprawdzić Krzysztof Nowacki, który przemierzył drogi i bezdroża Omanu, a uczynił to w niecodzienny sposób, bo rowerem. Wbrew najoczywistszym domysłom wybór miejsca wyprawy nie był wynikiem fascynacji kulturą arabską, ale zwykłą kalkulacją ekonomiczną. Jak opowiada Krzysztof Nowacki – dostał bilet do Omanu w bardzo atrakcyjnej cenie.

Nasz rozmówca nie miał gotowego planu podróży, na gorąco kupił mapę w Maskacie i wyznaczył sobie trasę – w praktyce okazało się, że droga momentami jest niezwykle trudna i wiedzie przez góry. Kiedy z gór zjechał do interioru temperatura na termometrze w rowerze siegała 53 stopni Celsjusza, nieznośnej dla europejczyka temperaturze towarzyszył bardzo silny wiatrz wiejący przez 20 godzin w ciągu doby. Ruszał w drogę w nocy, aby główny zaplanowany dystans osiągnąć do godziny 10 rano.

– Raz było to 20 km drogą wiodącą na zmianę pod górę i w dół, a czasami pokonywałem około 200 km. Początkowo chciało mi się płakać i zastanawiałem się gdzie trafiłem ale z czasem było coraz lepiej – opowiada podróżnik. – Tym co mnie zaskoczyło na samym początku to nowoczesność Omanu. Wydawało mi się, że to dziki kraj, a tymczasem miasto, w którym się znalazłem było bardzo bogate i nowoczesne. Omańczycy nie używają nóg i poruszają się samochodami, a mają po czym jeździć, bo tam nawet lokalna droga ma trzy pasma i bardziej przypomina autostradę niż zwykłą drogę.

Wyprawa przez Oman trwała dwa miesiące i teraz po powrocie w rodzinne strony Krzysztof tęskni już za tą przestrzenią, wolnością, prostymi realiami i serdecznością ludzi. Myśli już o kolejnej wyprawie, nie wie jeszcze gdzie.

– Chcę zwiedzić cały świat! Czy będzie to sąsiednia wioska czy kraj bardzo oddalony to czas pokaże – podsumowuje Krzysztof Nowacki.

9. Galopem do USA- Olbratowska Ewa

Galopem do USA- Olbratowska Ewa

Daty podróży- sierpień-wrzesień 2018

(opowieść jest o 3 latach spędzonych w USA na campie i 3 podróżach po Stanach)

Wyjazd do pracy na wakacje na amerykański camp jako instruktor jazdy konnej plus zwiedzanie USA przez miesiąc po zakończonej pracy (główna atrakcja wyprawy 2018 – jazda konno w Monument Valley)

image3 image4 unnamed-2 unnamed

Galopem do USA!

 

Czyli, jak spełnić swoje marzenia o podróży po Stanach Zjednoczonych, przy jednoczesnym wykorzystaniu swoich pasji i umiejętności.

Podróż do USA była jej największym marzeniem. Zamiłowanie do nauki angielskiego tylko podsycało pomysł o wyjeździe do Nowego Jorku i zobaczeniu wszystkiego co znała z filmów na własne oczy. Zawsze wyobrażała sobie, że wyjedzie tam na max 2 tygodnie, zobaczy „co trzeba” i po prostu wróci do Polski. Jednak, wszystko zmieniło się diametralnie w 2016 roku, kiedy zaoferowano jej pracę jako instruktor jazdy konnej w tajemniczym miejscu zwanym Tapawingo – czyli jednym z tysięcy campów dla dzieci w USA.

 Ewa Olbratowska – absolwentka Anglistyki na UAM, instruktor jazdy konnej, prowadząca bloga Trips On Me oraz trzykrotna uczestniczka i konsultantka programu Camp America, opowie o swoich 3 wyprawach po USA, pracy na amerykańskim campie i zdradzi swoje podróżnicze plany na sezon 2019!

Odkąd pamiętam wyjazd do USA był moim największym marzeniem. Myślę, że narodziło się ono podczas oglądania topowych amerykańskich seriali dla nastolatek takich jak Beverly Hills, Gossip Girl czy One Tree Hill. Na początku była to po prostu chęć życia tak jak ich bohaterowie. Chciałam chodzić do amerykańskiego liceum, spędzać swój czas wolny na plaży w Kalifornii, mieć chłopaka z drużyny baseballowej i może nawet być cheerleaderką (ok, w tej ostatniej kwestii trochę mnie poniosło…).

Jednak gdy moja młodzieńcza fascynacja amerykańskim stylem życia przerodziła się w pasję do języka angielskiego, postanowiłam dokształcić się w tym kierunku i pójść na filologię angielską. To właśnie na studiach rozwinęło się moje marzenie o wyjeździe do USA, zobaczeniu pięknych parków narodowych, ogromnych, zachwycających miast, które nigdy nie śpią oraz poznaniu kultury Stanów Zjednoczonych od podszewki.

Wycieczka do USA to nadal dla wielu Polaków „duże przedsięwzięcie”. Po pierwsze nadal potrzebujemy wiz, co już na początku generuje koszt ok 600 zł. Po drugie, aby wybrać się za ocean musimy mieć przynajmniej 2000 zł na bilety lotnicze, a nawet jeśli trafimy taniej to i tak nie jest to „tani lot”. Po trzecie, jak już tam jedziemy to warto przynajmniej zostać na 2 tygodnie, bo przecież po co lecieć tyle godzin, żeby „zaraz wracać”.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe punkty, jako studentka wiedziałam, że pewnie nieprędko uda mi się uzbierać wystarczająco dużo pieniędzy, aby dolecieć do USA i pozwiedzać interesujące mnie miejsca przez min. 2 tygodnie.

Jednak dzięki mnogości programów i wymian studenckich dostępnych na rynku, udało mi się spełnić to marzenie w całkiem niespodziewany sposób – pracując jako instruktor jazdy konnej na jednym z amerykańskim campów.

W 2016 roku po raz pierwszy wyjechałam na Camp Tapawingo w stanie Maine, gdzie przez 2 miesiące uczyłam jeździectwa oraz opiekowałam się dziećmi. Ta praca pozwoliła mi poznać społeczeństwo amerykańskie z zupełnie innej strony. Dowiedziałam się, że campy są wpisane w tradycję USA i że w całych Stanach Zjednoczonych istnieje kilka tysięcy takich ośrodków, na które co roku wyjeżdża większość dzieci w Stanach! Oprócz tego, stałam się częścią tej niesamowitej społeczności i przede wszystkim dostałam szansę na miesięczne zwiedzanie USA po zakończonej pracy!

Od tamtej pory, byłam już w USA 3 razy. W tym roku wybieram się na camp po raz 4. Na początku to podróż po USA była dla mnie największym „wabikiem” i motywacją do udziału w programie Camp America. Jednak szybko, uświadomiłam sobie, że praca na campie jako instruktor jeździectwa, możliwość rozwoju w tej dziedzinie oraz ludzie z którymi spędzam 2 miesiące w środku lasu, odcięta od rzeczywistości są dla mnie równie ważne jak sama podróż przez Stany.

Dlatego właśnie zawsze podkreślam, że w mojej przygodzie i podróży ważną rolę odgrywa moja  pasja i hobby – czyli konie. To właśnie dzięki mojej miłości do jeździectwa mogłam już trzy razy „pojechać” „Galopem do USA!”, zwiedzić (jak do tej pory) 18 stanów, zorganizować Road Tripa ze wschodu na wschód przez całe Stany, spać pod namiotem w parku narodowych Arches, obserwować aligatory na Florydzie, podziwiać drapacze chmur w Nowym Jorku, wypić kawę w pierwszym Starbucksie w Seattle, przejechać się konno po Monument Valley i spełnić wiele swoich podróżniczych marzeń!

Moje podróże po USA pokazują, że czasem nasze spełnione marzenie o odwiedzeniu jakiegoś miejsca może nie do końca jest zgodne z naszym wyobrażeniem, ale może być nawet lepsze niż to czego oczekiwaliśmy! I do tego właśnie chce Was przekonać w swojej opowieści o pracy na amerykańskim campie i 3 podróżach po USA!

FILMIKI: MÓJ KANAŁ NA YOUTUBE

https://www.youtube.com/channel/UC1_ErW7NugQTWgQyxTXmnjA?view_as=subscriber

10. Mentawai - drzewo życia- Gabruk Marcin

Mentawai – drzewo życia- Gabruk Marcin

Podróże w marcu 2018 oraz marzec/kwiecień 2019

Ludzie Mentawai są ze sobą na tyle blisko, że czują się jednością. Szanują się wzajemnie, są dumni ze swojej tradycji i kultury. Traktują się jak bracia, ucztują, żyją, bawią się wspólnie. Są razem w życiu codziennym i w wyjątkowych chwilach. Nie ma mowy o braku szacunku, pomocy dla innych, bo inni nie istnieją. Jesteśmy tylko my, razem. Jak jedna rodzina. Czego nam brakuje by żyć jak jedność, jak jedna rodzina ? Technologicznych nowinek ? Kiedy czujemy, że tak naprawdę żyjemy ? Gdy tworzymy więzi z innymi ludźmi czy siedząc samotnie w nowym aucie ? Fotograficzna opowieść o plemieniu Mentawajów z wyspy Siberut. Historie pisane na gorąco w rozpadającym się z wilgoci zeszycie zabiorą Państwa przez błotniste ścieżki pełne pijawek wprost do szamańskiej Umy, gdzie przy kubku gorącej herbaty i grillowanych robakach poznacie szamanów, pójdziecie zapolować na małpy, a wieczorem zasiądziecie wspólnie przy lampie naftowej pośrodku dżungli i zatopicie się w jej odgłosach wsłuchując się w szamańskie legendy czy śpiew. Opowieści o tym jak żyje się w dżungli w XXI wieku, o wierzeniach, tradycjach, o tym kto chce ich zniszczyć i dlaczego wciąż wielu opiera się cywilizacji i woli pozostać strażnikiem lasu tak jak przodkowie. Zapraszam do wspólnej podróży z Mentawajami do ich świata, świata ludzi których zdobycze cywilizacyjne myśmy odkryli 2 tyś lat temu, świata ludzi którzy hołdują wartościom o których my czasami zapominamy, świata wspaniałych wytatuowanych ludzi w gatkach z kory drzewa i nie działającym zegarkiem, a to wszystko humorystycznie z dymkiem mentawajskiego papierosa.

DSCF9956 P3130465-2 DSCF9808 DSCF9635 DSCF0093

Szersza relacja:

Niewielka społeczność na niewielkiej wyspie u wybrzeży wielkiej Sumatry. Mentawajowie. Kim zatem są, czym się zajmują, co jest dla nich ważne i w co wierzą ? Pomimo tego, że wyspa Siberut którą zamieszkują nie jest daleko od wybrzeży Sumatry, to jednak silne prądy, spore wiatry oraz rafa koralowa przez lata skutecznie uniemożliwiały sprawne przemieszczanie się pomiędzy wyspami co bezpośrednio wpłynęło na fakt bycia mocno odizolowaną społecznością aż do XX wieku. Mają swój własny język, tradycje wierzenia ale brak im własnego rzemiosła poza umiejętnością budowy prostych łodzi. Nie wymyślili nic czego my byśmy nie znali od przeszło 2 tysięcy lat. Pierwsi misjonarze docierali w początkach XIX wieku. Odzyskanie przez Indonezję niepodległości w 1945 roku spowodowało dość agresywna kampanię rządu przeciwko rdzennej ludności Siberut. Zaczęły się zakazy noszenia tradycyjnych strojów, tatuowania się, tępiono szamanizm, nazywano poganami i brutalami, rozpoczęto przesiedlenia do budowanych rządowych wiosek oraz siłowe nawracanie na chrześcijanizm lub muzułmanizm. Opór był znaczny, ludzie przenosili się wgłąb dżungli i nie poddawali się. Obecnie większość Mentawajów to chrześcijanie – tak maja w papierach, o ile je posiadają. Jednakże tradycyjne wierzenia są animistyczne i to one odgrywają główną rolę. Dla Mentawajów dżungla, czyli miejsce w którym żyją była zawsze miejscem gdzie wszystko od roślin, skał, zwierząt, drzew czy ludzi ma swoją własną duszę kina. Duchy żyją i komunikują się wszędzie i we wszystkim, w powietrzu, wodzie, drzewach czy drewnianej łódce. Dobre duchy oferują ochronę i wspierają społeczność, złe natomiast mogą zesłać na człowieka karę w postaci choroby czy kalectwa. Jak widać zatem tam nie ma żartów i dopiero życie w pełnej zgodzie z naturą i duchami jest w stanie zapewnić poprawne funkcjonowanie każdego z osobna jak i całej społeczności. Zresztą życie w zgodzie z naturą i z natury jest podstawą funkcjonowania całej społeczności. Biorą z niej tylko to czego potrzebują i w ilościach które są im niezbędne. A wszystko zaczyna się od drzewa. Tak, zwykłego drzewa. Jako takie przewija się ono we wszystkich aspektach życia plemienia i śmiało je możemy uznać za pewnego rodzaju spoiwo wszystkich aktywności. Drzewo to dom, to także ubiór czy żywność. To towar płatniczy, powód kłótni i problemów. Drzewa leczą i zabijają. Liście są podstawą każdej szamańskiej ceremonii. Drzewa są tak ważne dla społeczności, że niektórzy wiążą się z drzewem na całe życie. Takie drzewo ma go chronić, ma świadczyć o jego męstwie lub umiejętnościach, ma dodawać odwagi i upiększać. Takie drzewo jest rysunkiem. Rysunkiem na ciele. Tatuażem.

Mentawajowie są przede wszystkim znani jednak ze swoich zawiłych i szczegółowo dopracowanych tatuaży często pokrywających całe ciało.  Dla wielu sztuka tatuażu jest nie tylko wyrazem artystycznych impresji, ale również jest częścią tzw cyklu życia (tree of life) gdzie tatuaż oznacza wiek, status materialny, często profesję czy szczególne umiejętności. Sztuka tatuażu u Mentawajów jest uznawana za jedna z najstarszych na świecie. Mówi się że tatuaże były już wykonywane około 1500 BC, gdzie u Egipcjan było to dopiero około 1300 BC, zatem prawie 200 lat później. Tatuaże są niezwykle ważne, gdyż to one trzymają duszę blisko ciała. Wytatuowane ciało, przyozdobione w koraliki, kwiaty, z wyostrzonymi zębami jest niezwykle atrakcyjne dla świata duchowego i istnieje bardzo poważne zagrożenie, że dusza osób nie wytatuowanych odłączy się od ciała i zacznie wędrować w kierunku świata przodków coraz bardziej się oddalając powodując niechybną śmierć takiego nie pięknego delikwenta. Zachowanie balansu i właściwych relacji z duchami poprzez właśnie takie upiększanie własnego ciała daje Mentawajom gwarancję, że po śmierci będą mogli ze sobą zabrać swój ziemski dorobek życia. I gdy w końcu dojdzie do spotkania z przodkami to wówczas zostaną przez nich rozpoznani, bo tatuaże są ich pewnego rodzaju dowodem osobistym i potwierdzają ich dokonania w życiu ziemskim. A prozaicznie rzecz ujmując dodatkowo takie tatuaże stanowią dużą ochronę podczas wędrówek po dżungli gdzie można napotkać wałęsające się złe duchy. Tatuaż świadczy o równowadze i harmonii w świecie przyrody, dlatego też tatuowane są zwierzęta, kwiaty czy nawet formacje skalne. Ciągła troska i dbanie o prawidłowy balans pomiędzy tymi dwoma światami jest jedną z naczelnych zasad u Mentawajów. Tatuaż oznacza również przynależność do klanu, a pewnego rodzaju specyficzne oznaczenia pozwalają łatwo się zidentyfikować i poznać kto jest kim. Dla przykładu myśliwi często mają tatuowane swoje zdobycze jak ptaki, aligatory, małpy, a szamani maja na ramieniu specjalną gwiazdkę zwaną sibalu balu. Tatuaże i wzory są również mocno zregionalizowane – ludzie z tej samej wioski czy okolic mają podobne wzory, aczkolwiek zupełnie inne od tych z innych rejonów wyspy. Istnieje około 160 różnych wzorów, ale poszczególne osoby mają ich zaledwie kilkanaście i są one różne w zależności od tego kto kim jest i skąd.  Jak wspomniałem tatuaże mogą oznaczać wiele i przytoczę tu kilka przykładów.  Pierwszy tatuaż na plecach to czasem tzw outrigger canoe (łódka ze zdejmowanym takielunkiem) co symbolizuje balans między światem doczesnym a duchowym. Ramiona są wytatuowane w linie przypominające krokodyli ogon co oznacza szacunek do wodnych bóstw. Ponadto istnieje wiele innych tatuaży symbolizujących liście drzewa sagowego będącego podstawowym produktem żywnościowym czy liści młodych paproci jako świętej rośliny. Z reguły gdy dziecko osiąga wiek siedmiu lat (tradycyjnie; obecnie to jednak nastolatkowie) tatuowane są plecy. Po około dwóch latach dochodzą kolejne wzory na ramionach i dłoniach. Po kolejnym roku uda i łydki (tradycyjnie działo się to przed zawarciem związku małżeńskiego). W ostatnim etapie tatuowana jest szyja oraz klatka piersiowa. Jeśli tatuator uzna iż na ciele ma się pojawić wzór symbolizujący drzewo to na ramionach pojawiają się kolczaste łodygi palmowca, na dłoniach i kostkach wzory przypominające korę sagowca,  uda to słoje oraz pień drzewa sagowego natomiast na klatce piersiowej pojawiają się linie symbolizujące kwiat. Wierzy się, że osoba posiadająca taki tatuaż (tree of life) nigdy nie umrze, gdyż nie można umrzeć będą jednocześnie częścią „drzewa życia”. Często też tatuowane są kraby gdyż Mentawajowie uważają je za święte. Wywoływane są one podczas obrzędów mających na celu leczenie ran, bo uważa się, że krab nigdy nie umiera (choćby poprzez to, że jest w stanie odrzucić swoje dawne ciało i się kompletnie zregenerować tylko z samego odnóża). Nie zawsze jednak tatuowane jest drzewo życia – różnorodność jest duża. Zdarza się, iż na wewnętrznych stronach uda i stopach pojawiają się małe wzorki z wyglądu jak kurze łapki choć w rzeczywistości maja przypominać łapy psa – jest to wtedy tatuaż magiczny który pozwala właścicielowi podczas polowania biegać tak szybko jak jego pies. Skomplikowane wzory na klatce piersiowej i nadgarstkach mają za zadanie utrzymywać duszę blisko ciała. Podobną funkcję mają tatuaże na plecach w kształcie haka, sprawiają one że o wiele łatwiej jest łowić ryby i jest się sprawniejszym myśliwym dzięki niezwykle zwinnym dłoniom z których żadna zdobycz się nie wydostanie. Rozetki i gwiazdy na ramionach kobiet mają za zadanie odbijać zło od ciała – tak jak krople deszczu spadające na kwiat. Często też tatuaż to pamięć, a przede wszystkim pamięć o tym kto je wykonał. Zdarza się że jest to po prostu ojciec.  Obecnie starzy Mentawajowie ubolewają nad faktem że coraz mniej mieszkańców chce się tatuować. Tradycja może nie zanika ale widać wyraźnie zmniejszenie liczby chętnych. Robienie tatuaży nie jest tanie. Wiąże się to również z ceremonią przygotowawczą i szeregiem szamańskich rytuałów, a to wymaga już poświęcenia sporej liczby świń czy kurczaków. Dla rodziny tatuowanego jest to spory wydatek, proces tatuowania też jest długotrwały i regularnie co dwa lata dorabiane są nowe elementy, a więc i kolejne ceremonie i wydatki. Druga kwestią która powoduje niechęć do tradycyjnego tatuażu jest ból. Ból przez duże B. Pomimo korzystania z leczniczych roślin tamujących krwawienie i przemywania ran to cierpienie jest duże i niewielu jest w stanie sobie z tym poradzić. Aczkolwiek podobno rany goją się szybciej niż po tatuażach wykonywanych tradycyjną zachodnią maszynką. Kwestia pewnie mocno indywidualna. Jako atramentu używa się rozpuszczonej cukru z trzciny cukrowej zmieszanej z węglem drzewnym powstałym wskutek wypalenia łupiny kokosa. Ciemną cieczą najpierw rysuje się na skórze wzór – za pomocą nerwu liścia palmowego nanosi się na skórę odciski w odległości dwóch palców np. te na udach. Igła to najczęściej fragment kości,  czasem wyostrzonego nerwu liścia, ewentualnie drzewny kolec z drzewa limonki i metodą tradycyjną za pomocą uderzeń drewnianego kijka implikuje się atrament pod skórę. Proces długotrwały i dość bolesny. Ale warto cierpieć by być pięknym. Warto znosić ból by żyć w harmonii z naturą, z dżunglą i drzewami. To niezwykle ważna część tradycji Mentawajów, są z niej dumni i pielęgnują ja od setek lat.

11. Continental Divide Trail 2018 – Wędrówka Granią Kontynentu- Ozimiński Grzegorz

Continental Divide Trail 2018 – Wędrówka Granią Kontynentu- Ozimiński Grzegorz

Maciej Stromczyński towarzyszył w pierwszy 8 dniach wędrówki szlakiem.

Data rozpoczęcia 21.04.2018r / zakończenia 27.08. 2018r.

Piesza wyprawa szlakiem Continental Divide Trail w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Wyprawa „za Ocean” potrwała 129 dni, podczas których pokonałem ok. 4 750 km pomiędzy granicą USA/Meksyk i USA/Kanada. Podczas trekkingu przeszedłem przez terytoria 5 stanów od pustynnego Nowego Meksyku przez wybitnie górzyste rejony Colorado, Wyoming, Idaho i Monatana. Przez ponad 4 miesiące moim domem był namiot z którego rozpościerał się cudowny widok na bezkresne Góry Skaliste.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPODSUMOWANIE WYPRAWY:

Opowieść o kolejnej długodystansowej wędrówce w ramach projektu Terra Incognita. Tym razem Grzegorz Ozimiński i Maciej Stromczyński postanowili zmierzyć się ze „Świętym Graalem szlaków długodystansowych w USA, jakim jest mityczny Continental Divide Trail (skrót CDT). Długość szlaku według oficjalnych informacji to 3 100 mil czyli prawie 5 000 km, jednak jego rzeczywista długość to kwestia sporna uzależniona od każdego z wędrowców. Od prawie 40 lat CDT jest w ciągłej budowie, stąd na szlaku napotykamy trudności związane z jego oznaczeniem a problemy nawigacyjne to norma. Żeby tego było mało po 8 dniach wędrówki z wyprawy zrezygnował Maciek, pozostawiając Grzegorza sam na sam z tajemnicą szlaku CDT. Podczas spotkania Grzegorz opowie o wędrówce szlakiem CDT, którą rozpoczął 21 kwietnia na granicy USA/Meksyk. Samo dostanie się do punktu startowego to niemały wyczyn a później nie było wcale łatwiej. Gorące piaski Nowego Meksyku, permanentny problem z wodą i nieprzewidywalność szlaku potrafiły mocno namieszać w pierwotnym planie wędrówki. Pobyt w Kolorado i wysokich Górach Skalistych przyniósł nieco ochłody dla ciała jednak zdobywanie kolejnych szczytów i wędrówka granią na średniej wysokości 3 000 m n.p.m. okazał się najtrudniejszym etapem całej wędrówki. Ukojeniem dla ducha staje się stan Wyoming z Wielką Kotliną, bajecznym masywem gór Wind River i Parkiem Narodowym Yellowstone. Ostatni etap w stanie Montana to już regularna walka z czasem, własnym ciałem i chorobą, która dopadła Grześka na dwa tygodnie przed ukończeniem szlaku. Cała historia ma jednak „happy end” a to wszystko z przepięknymi górami Glacier National Park w tle. Pokonanie szlaku zajęło Grześkowi 129 dni pełnych przygód i pięknych widoków.

SZERSZA RELACJA

CONTINENTAL DIVIDE TRAIL – WĘDRÓWKA GRANIĄ KONTYNENTU

Wspólna wyprawa rozpoczyna się lotem z Krakowa, przez Oslo do Los Angeles, skąd pociągiem docieramy do miasteczka Lordsburg w Nowym Meksyku. Stąd 20 kwietnia stopem kierujemy się drogą nr 81 na początek żwirowej drogi, mającej nas doprowadzić do punktu startowego szlaku CDT. Po przejściu około 35 km, dnia 21.04 meldujemy się na granicy USA/Meksyk, gdzie szlak ma swój początek. Do Ameryki wybrałem się z moim dotychczasowym kompanem Maćkiem, który jednak po 8 dniach marszu był zmuszony zrezygnować z dalszej wędrówki. Maciek opuścił wyprawę w miasteczku o nazwie Silver City, skąd 1 maja wyruszyłem już sam w stronę alternatywnej drogi o nazwie Gila River, będącej przepięknym kanionem z leniwie płynąca rzeką Gila. Podczas dalszej wędrówki odwiedziłem takie miasteczka jak Pie Town, Grants czy Cuba. Udało mi się także zdobyć szczyt Mt. Taylor, znajdujący się poza szlakiem CDT. Po przekroczeniu rzeki Chama, pustynne otoczenie zastąpiły gęste lasy i coraz wyższe góry. W takim klimacie 22 maja dotarłem do przełęczy Cumbres Pass już w stanie Kolorado.

Po piaszczystym, suchym i górzystym terenie Nowego Meksyku przyszedł czas na Góry Skaliste stanu Kolorado, których średnia wysokość to 3 000 m n.p.m. Zalegający śnieg na szlaku, strome zbocza czterotysięcznych wzniesień i kilkudniowe odcinki w całkowitej samotności uczyniły ten odcinek najbardziej wymagającym pod względem fizycznym ale i psychicznym. Po pierwszych 3 dniach w górach San Juan, ze względu na kontuzję i trudne warunki na szlaku, byłem zmuszony do odbycia nieplanowanego postoju w miasteczku o nazwie Pagosa Springs. Tam przez 5 dni odpoczywałem i dochodziłem do siebie. Na szlak wracam 1 czerwca. Kolejne kilometry przychodzą już łatwiej, jednak na szlaku w dalszym ciągu zalega sporo śniegu, a oznaczenie szlaku pozostawia wiele do życzenia. Na dalszym etapie wędrówki udało mi się zdobyć najwyższy szczyt Gór Skalistych (Mt. Elbert 4401 m n.p.m.), a także pokonać 30 kilometrową grań bez dostępu do wody, której zwieńczeniem było wejście na najwyższy punkt na szlaku CDT jakim był szczyt Grays Peak (4 352 m n.p.m.). Opuszczając szlak w celu zrobienia niezbędnych zapasów odwiedziłem takie miasteczka jak Lake City, Salida, Leadville czy Steamboat Springs. Kolorado opuszczam 29 czerwca i wchodzę do kolejnego stanu o nawie Wyoming.

„Na liczniku” mam już 2 435 km szlaku CDT. Nowy stan to jakby powrót do przeszłości, a raczej rzeczywistości z początku szlaku CDT. Stało się tak za sprawą Great Divide Basin (Wielka Kotlina). Jest to część Wielkiego Działu z którego wody gruntowe i opadowe nie spływają do żadnego z oceanów. Do tego jest to obszar wybitnie pustynny z ograniczonym dostępem do wody i innych zdobyczy cywilizacji. Ten odcinek pokonałem w towarzystwie dzikich koni, mustangów i skaczących w oddali Antylop amerykańskich. Potem przyszedł czas na „Małą Patagonię” jak nazywany jest masyw górski o nazwie Wind River. Olbrzymie ściany granitu, przepiękne doliny i dzika zwierzyna tworzą unikatowy klimat górskiej wędrówki w nieznane. Kolejny etap to amerykański klasyk czyli najstarszy Park Narodowy na Świecie – Yellowstone. Kolorowe gejzery i tłumy ludzi to widok zupełnie odmienny od szlakowej codzienności, jednak bez wątpienia jest to miejsce warte uwagi. Zaraz po opuszczeniu Parku Yellowstone, przekroczyłem granicę stanów Wyoming i Idaho. Miało to miejsce 18 lipca po osiągnieciu 3 199 km szlaku. W miasteczku Rawlins żywota dokończyła moja 2 para butów, a na kolejnych etapach szlaku w stanie Wyoming odwiedziłem jeszcze takie miasteczka jak Lander, Dubois czy West Yellowstone, po opuszczeniu którego rozpocząłem wędrówkę wzdłuż granicy stanów Idaho i Montana, stanowiącą atrakcję już tylko dla wędrowców CDT.

Na szlaku spotkać można jedynie farmerów pasących bydło na olbrzymich ranczach no i same krowy będące stałym elementem szlakowej codzienności. Szlak na tym odcinku wiedzie głównie granią szczytową co oznaczało niezliczoną liczbę podejść i zejść w całkowicie odsłoniętym terenie. Lato w pełni więc wysiłek pomnożony razy dwa. Głębia stanu Montana gdzie szlak ma swój koniec to przepiękna mieszanka gór o skalistym i stromym ukształtowaniu z tymi o nieco łagodniejszych stokach i bujnym zalesieniu. Przed dotarciem na 1,5 dniowy odpoczynek do miasteczka Darby, nad górami zawisła czarna chmura dymu z okolicznych pożarów, które od lat są nieodłącznym elementem życia w tym rejonie USA. Problemy z ogniem nie ominęły i szlaku CDT, którego jeden z odcinków za miasteczkiem Helena został czasowo zamknięty. Powodowało to konieczność ominięcia zagrożonego terenu i znalezienia samodzielnie drogi alternatywnej.

Dwa tygodnie przed ukończeniem wędrówki na szlaku dopada mnie pech, który przynosi nieznośną chorobę układu pokarmowego. Na moje nieszczęście przypadła ona na 7 dniowy odcinek całkowitej dziczy obszaru Bob Marshall Wilderness. Po drodze udało mi się zobaczyć unikatową formację skalną o nazwie Mur Chiński, której widok przytłacza i zachwyca. Ostatnio odcinek to na zmianę chwile euforii i zwątpienia. Glacier National Park to chyba najpiękniejszy odcinek szlaku CDT z przepięknymi górami i malowniczymi dolinami. Najpierw ze względu na pożar byłem zmuszony zmodyfikować nieco swój punkt ukończenia szlaku żeby ostatniego dnia w ulewnie padającym deszczu, śniegu i minusowej temperaturze dotrzeć do granicy USA i Kanady. Dla mnie był to koniec 129 dniowej wędrówki, która po raz kolejny uświadomił mnie w przekonaniu, że nie cel a droga którą pokonuje jest esencją wędrówek o charakterze długodystansowym.

Zmagania ze szlakiem ukończyłem 27 sierpnia mając na liczniku około 4 700 km kilometrów górskiej wędrówki przez 5 amerykańskich stanów.

12.Iran śladami polskich uchodźców. Siuda Tomasz

Iran śladami polskich uchodźców- Siuda Tomasz

Współtowarzysz- Radosław Fiedler

Data podróży: SIERPIEŃ 2017

W 1942 roku do Iranu przybyło 116 tysięcy polskich uchodźców. 75 lat później ich śladem ruszył Radosław Fiedler z przyjaciółmi. Bardziej niż na odwiedzeniu nekropolii, zależało nam na dotarciu do świadków.

Iran kusi na wiele sposobów: dla jednych są to mniej lub bardziej wymagające szlaki w górach Zagros, dla innych sposób na poznanie obcej kultury i poszukiwanie śladów dawnej Persji. Na miłośników ciepłych kąpieli, czekają natomiast plaże Morza Kaspijskiego. Cel naszej podróży był jednak zupełnie inny. Postanowiliśmy ruszyć śladami polskich uchodźców z czasów II wojny światowej. Bardziej niż na odwiedzeniu nekropolii, zależało nam na dotarciu do świadków. Wydawało się, że po upływie 75 lat od przybycia Polaków do Iranu – będzie to karkołomne zadanie.

 ispu20170826_0143 ispu20170828_0180 ispu20170903_0321 ispu20170905_0341 ispu20170910_0423

Historia tułaczki Polaków

W 1942 r. do Iranu przybyło 116 tysięcy polskich uchodźców. Byli tam zarówno żołnierze jak i cywile, a wśród nich ponad 13 tysięcy dzieci. Polacy przybyli do Persji dwiema drogami: lądową z Samarkandy i Aszchabadu do Meszhedu a potem do Indii, oraz morską z Krasnowodzka do Pahlewi (dzisiejszy Bandar-e-Anzali) a potem przez Ahwaz na Bliski Wschód.

Jedynie dziesiątej części tych, którzy znajdowali się w Związku Sowieckim, udało się wydostać z „więzienia narodów”*. Było to możliwe dzięki staraniom generała Władysława Andersa i władz na uchodźstwie oraz zainteresowania Armią Polską rządu Wielkiej Brytanii, który wynegocjował u Stalina zgodę na ewakuację. Gdyby pozostali na „nieludzkiej ziemi”, większości groziłaby śmierć z niedożywienia i chorób.

Nie bez wyrzeczeń i zaskoczeń

Po roku przygotowań wyruszyliśmy w drogę: Radosław, Marek, Marek Oliwier Fiedlerowie, Tomasz Siuda i Piotr Baranowski. Udało nam się wpakować do wynajętego Peugeota Parsa i pokonaliśmy tym pojazdem w dwa tygodnie ponad 6 tys. kilometrów. Nie było to łatwe, ponieważ ruch drogowy w Iranie jest bardzo chaotyczny, a drogi zakorkowane.

Powszechna opinia na temat Iranu jest raczej jednostronna: fanatyzm, terroryzm, religijna dyktatura i broń jądrowa to główne skojarzenia, które zachodnie media zdają się tylko podsycać. Mile zaskoczyła nas, tak jak większość turystów i podróżników, niesamowita gościnność i życzliwość Irańczyków. Bez względu na to, czy poruszaliśmy się po zatłoczonych ulicach wielkiego Teheranu, gorącego Ahwazu czy mistycznego Meszhedu, co chwilę słyszeliśmy dookoła pozdrowienia i szereg powodowanych ciekawością pytań. Zanim zdążyliśmy opowiedzieć dokładnie kim jesteśmy i skąd przychodzimy, już po chwili byliśmy podejmowani herbatą, a jeśli spotkanie trwało dłużej niż 5 minut od razu była nam oferowana strawa, ghalyan (fajka wodna w Polsce nazywana sziszą) czy nocleg.

Więcej niż uprzejmość

Bardzo podobne spostrzeżenia mieli polscy uchodźcy 75 lat wcześniej. Żołnierz Armii Andersa Józef Czapski, zaraz po przybyciu do portu w Pahlevi zanotował: Pierwsze wrażenie Iranu, to niesłychana uprzejmość ludności, więcej niż uprzejmość – serdeczność. Wszystkie dzieci i wielu starszych machają nam rękami. W Kuczanie, gdzie się zatrzymaliśmy, by coś zjeść, przynosi nam dwóch młodzieńców winogrona za darmo. Tak bez pieniędzy przejeżdżają tu wszyscy nasi od paru tygodni, więc gesty tych ludzi są zupełnie bezinteresowne.

Po dotarciu na gościnną ziemię irańską, niektórzy postanowili zamieszkać tu na zawsze i założyć rodziny. Natomiast dla większości był to okres przejściowy, w drodze do ojczyzny. Połączonym wysiłkiem powstały szkoły i sierocińce, zakłady pracy, towarzystwa naukowe, wydawano prasę i książki.

Pomimo tych starań, wielu Polaków zmarło po dotarciu do portu kaspijskiego w Pahlevi. Blisko dwa tysiące grobów tych właśnie osób znajduje się na największej polskiej nekropolii w Teheranie, jednej z pięciu chrześcijańskich nekropolii z kwaterami polskimi. Zgodnie z zapiskami historyków, w pierwszych kilku tygodniach pobytu w Iranie polskich uchodźców trzeba było chować w kocach, ponieważ jedyna w Teheranie składnica trumien została opróżniona w ciągu pierwszych kilku dni. Jednakże bardzo gorący, a miejscami upalny Iran wraz z bezinteresownie życzliwymi i gościnnymi mieszkańcami, okazał się wybawieniem dla polskich uchodźców.

Co się zachowało?

Cmentarze to jedne z ostatnich śladów polskości w Iranie. W niektórych miejscach, jak np. w dzielnicy Khagani w polskim niegdyś Isfahanie, zachowało się jedynie kilka budynków, które służyły za sierociniec. Na ulicy Chahar Bagh zbudowana przez Polaków manufaktura tytoniu właśnie jest w trakcie remontu. W klasztorze szarytek, w którym niegdyś znajdował się Zakład nr 2 („Dwójka”) zostały już tylko dwie siostry w podeszłym wieku, a o szwajcarskich Lazarzystach niegdyś prowadzących Zakład nr 3 („Trójka”) dowiedzieliśmy się, że „bracia pomarli już dawno, a klasztor zamknięto”. Próżno tego typu miejsc szukać także w samym Teheranie. Po 75 latach świadkowie wydarzeń, o ile żyją, weszli już w dziewiątą dekadę swego życia i nie chcą rozmawiać o przeszłości.

Ambasada RP w Teheranie pomogła nam odnaleźć panią Eleonorę Barską, urodzoną w 1926 roku. Z Iranem związała się na dobre i złe. Zapytana czy nie żałuje swej decyzji o pozostaniu w Persji – odpowiedziała krótko, że nie, choć życie jej nie rozpieszczało. Koszmar sowieckich łagrów, dwa małżeństwa, śmierć dziecka oraz rozwód, a po nim samotność, to los nie do pozazdroszczenia. „Ja już nie pamiętam Polski, poza tym wszystko się zmieniło” – wyznała. Nowogródek w którym przyszła na świat jest dziś na terytorium Białorusi.

Nie każdego jednak los doświadczył tak dotkliwie. Doktor Reza Nikpour, przewodniczy Towarzystwa Przyjaźni Irańsko-Polskiej, syn pani Heleny Stelmach i Aliego Mohhameda Nikpoura, chętnie opowiadał nam o swojej zmarłej w kwietniu 2017 r. mamie.  Jej irański mąż nie ukrywał smutku  – „To była najpiękniejsza kobieta na świecie.” wyznał, trzymając w dłoni fotografię swojej ukochanej żony.

Czy pamięć przetrwa?

Nieodwołalnie odchodzi pokolenie boleśnie doświadczone wojną, deportacjami i tułaczką, trwającą niekiedy całe życie. Nie oznacza to, że ślady zacierają się bezpowrotnie. Najmilszym zaskoczeniem okazał się Ahwaz. Ponad milionowe miasto, zagłębie naftowe blisko irackiej granicy, gdzie odczuwalna temperatura wynosi 50 stopni. Okazało się, że tutejszy chrześcijański cmentarz, na którym znajduje się polska kwatera, w ostatnim roku przeszedł renowację sfinansowaną ze środków fundacji Muytabe Ghaestouniego. Przedtem nekropolia była niemal wysypiskiem śmieci. Podczas wojny w Ahwazie zorganizowano obóz tranzytowy dla Polaków, których Brytyjczycy przerzucali następnie do Afryki Wschodniej lub na Bliski Wschód (głównie Palestyna i Liban).

Cafe Polonia

Po gorącym Ahwazie, Isfahan wydaje się wręcz rajem. Prawdopodobnie ze względu na sprzyjające warunki klimatyczne to tutaj zorganizowano schronienie dla 2600 polskich dzieci. W mieście spotkaliśmy się z panem Aminem Fakharim, miejscowym animatorem kultury, który jest na dobrej drodze do odtworzenia działającej w czasie i po wojnie kawiarni polskiej „Cafe Polonia”. Przed laty było to jedno z ulubionych miejsc spotkań, a także kontaktu miejscowych Irańczyków z Polakami. Amin snuje plany, że w odtworzonym miejscu mieszkańcy Isfahanu poza zajadaniem się polskimi pączkami będą mogli oglądać wernisaże i przedstawienia teatralne. Projekt jest też okazją do współpracy między twórcami z Polski i Iranu. Inicjatywa powstała dzięki mrówczej, historycznej pracy Amina i jego współpracowników.

W Teheranie natomiast poznaliśmy niezwykle energiczną Irankę imieniem Roksana, która bada różne wątki z życia polskich wygnańców, szczególnie dziewcząt i kobiet. Interesuje ją, jak odnalazły się w Iranie i jak były odbierane w tak odmiennej kulturze. Roksana prowadzi niezależny teatr – tuż pod nosem konserwatywnych ajatollahów. Z przedstawieniami o polskich uchodźcach jeździ także do Wrocławia, Krakowa i Warszawy.

Dzięki pracy takich ludzi jak Muytaba, Amin, Roksana i Reza pamięć o Polsce i wydarzeniach które połączyły nasze narody jest wciąż żywa. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem irańskiej gościnności i zgadzamy się co do tego, że to ludzie są największym i niepowtarzalnym atutem Iranu.

13. Jachtostopem na Karaiby i dalej, przez Pacyfik- Kramarczyk Marek

Jachtostopem na Karaiby i dalej, przez Pacyfik- Kramarczyk Marek

Współtowarzysze? —> To była 3 letnia przygoda i towarzysze się zmieniali. Kapitana, z którym pływałem najdłużej- Paweł Jasica

Data rozpoczęcia  22.09.2015 i zakończenia 03.09.2018

Przygoda życia jaką miał być rejs jachtostopem na Karaiby z czasem zmieniła się w zawodową pracę na jachcie, a morska włóczęga nieoczekiwanie trwała 3 lata.

Gdy w mojej głowie zrodził się nieco szalony pomysł wyprawy jachtostopem na Karaiby, nie miałem pojęcia, że spędzę na morzu tak dużo czasu. Zachwycony przygodami w tropikach postanowiłem nie wracać do normalnego życia i znaleźć pracę na jachcie. Udało się, a moja podróż trwała dalej. Jej wielkim finałem był rejs na Pacyfik, który odbyłem jako członek załogi polskiego jachtu Ocean View.

Na prezentacji usłyszycie między innymi o tym jak bez żadnego doświadczenia żeglarskiego złapałem pierwszy jacht na stopa w 5 minut. Opowiem o żeglowaniu na Karaibach łódką, którą opiekował się inny polski jachtostopowicz. Zobaczycie jak wygląda praca na jachcie i nurkowanie z setką polujących rekinów. Dowiecie się dlaczego niemal cała populacja Żółwi z Galapagos została… zjedzona przez odwiedzających archipelag żeglarzy. Pokażę wam wyspy gdzie ludzie wyglądają jak z bajki „Moana” i kilka innych rzeczy. Wszystko to doprawione zdjęciami z miejsc, do których mało kto ma okazję zajrzeć.

Marek Kramarczyk, podróżnik i żeglarz. Nie lubi zimy i gdy tylko może, spędza ją w tropikach. Jego jachtostopowa przygoda nieoczekiwanie zmieniła się w 3-letnią włóczęgę po morzach i oceanach. Swoje przygody opisuje na stronie www.marekkramarczyk.com, na Facebooku: www.facebook.com/marekkramarczykblog/ oraz Instagramie: www.instagram.com/marek_kramarczyk

Galapagos-795-min Marek Kramarczyk NmwP - 2-min NmwP - 5-min NmwP - 22-min NmwP - 45-min Raiatea-18-min

Szersza relacja:

Po ukończeniu studiów wybrałem się w wyprawę jachtostopem na Karaiby. Początkowo miała być taka szalona przygoda, żeby odnaleźć siebie. Dlaczego szalona? A no temu, że nigdy wcześniej nie żeglowałem. Po wielu perypetiach, dwukrotnym przepłynięciu Atlantyku, pływaniu po Małych Antylach na łódce, którą opiekował się inny jachtostopowicz i wyrzucenie przez urząd imigracyjny jednej z wysp wróciłem do domu. Życie na morzu spodobało mi się bardziej niż się spodziewałem. Zamiast wracać do normalności i pracy w wyuczonym zawodzie, postanowiłem kontynuować przygodę i znaleźć robotę na jachcie. Zrobiłem kilka kursów i wkrótce ponownie byłem w drodze na Karaiby.

Poszukiwania trwały pięć miesięcy, ale w końcu się udało. Zostałem członkiem załogi polskiego katamaranu Ocean View. Wróciliśmy do Europy i spędziliśmy lato na Morzu Śródziemnym. Jesienią 2017 roku, po kilku tygodniach przygotowań, wypłynęliśmy z coraz chłodniejszej Francji. Naszym celem była Polinezja Francuska, od której dzieliło nas jakieś 9 tysięcy mil morskich. Czekał nas szmat drogi. Pierwszym przystankiem był Gibraltar. W środowisku żeglarskim znane jako miejsce, gdzie można kupić tanie paliwo. Następnie obraliśmy kurs na Wyspy Kanaryjskie, zatrzymując się w Las Palmas. To miasto nazywam „Wylotówką na Karaiby”, bo wielu żeglarzy właśnie z niego wypływa w rejs przez Atlantyk. Dla mnie miała to być już piąta przeprawa przez ten ocean.

Zimę spędziliśmy na organizacji czarterów na Karaibach, by wiosną wyruszyć w kierunku Panamy. Zanim przekroczyliśmy Kanał Panamski, odwiedziliśmy archipelag San Blas, gdzie na kilkuset małych i piaszczystych wysepkach pod palmami, mieszkają Indianie Kuna. Wielu z nich wciąż żyje w tradycyjny dla nich sposób. Po otwarciu wrót ostatniej śluzy kanału wypłynęliśmy wreszcie na wody Pacyfiku. Ocean Spokojny jest marzeniem wielu żeglarzy, a my dostaliśmy szansę na zweryfikowanie niesamowitych opowieści, krążących w portowych tawernach. Magia tego akwenu ukazywała nam się już od pierwszego dnia. Po drodze na Galapagos spotkaliśmy stada wielorybów i delfinów. A po dopłynięciu na wyspę San Cristobal zaskoczyła nas mnogość i bliskość miejscowej fauny. Zwierzęta z Galapagos w ogóle nie przejmowały się obecnością człowieka, więc można było podejść na odległość kroku. Spędziłem tam sporo czasu na fotografowaniu lwów morskich, legwanów, głuptaków o niebieskich nogach czy słynnych żółwi słoniowych.

Przyszedł czas na najdłuższy morski etap tej podróży. Dotarcie na Markizy, będące częścią Polinezji Francuskiej zajęło nam 19 dni. Na szczęście żeglarska rutyna: wachta, jedzenie, spanie sprawia, że czas się aż tak nie dłuży. Rejs urozmaicany był przez kilka owocnych połowów ryb. Zatrzymaliśmy się na jednym z najpiękniejszych kotwicowisk jakie widzieliśmy. Była nim Zatoka Dziewic na wyspie Fatu Hiva. Pływaliśmy w niej z mantami, a potem odkrywaliśmy gościnność ludzi żyjących w jednym z najbardziej odległych miejsc na ziemi. W dwóch wioskach pachnących suszoną koprą mieszka łącznie około 500 osób. Nie przeszkodziło to pierwszemu człowiekowi, z którym mogłem się dogadać po angielsku, krzyknąć: Lewandowski! Na wieść o tym, że jestem z Polski. Ostatnim postojem przed naszą destynacją były atole Tuamotu. Odwiedziliśmy dwa z nich. Na Fakaravie nurkowaliśmy z setką polujących rekinów szarych. W południowym wejściu do tego atolu żyje ich około siedmiuset. A przynajmniej tak twierdzą francuscy badacze. Natomiast atrakcją atolu Rangiroa są delfiny. Nie mogliśmy odmówić przyjemności kolejnego zejścia pod wodę.

Wszystko co dobre się jednak kończy. Końcem czerwca 2018 roku dopływamy na Tahiti, gdzie czeka nas praca przy kolejnym sezonie czarterowym. Jednak to, co zobaczyliśmy po drodze na Wyspy Towarzystwa już na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Cała załoga zgodnie stwierdziła, że opowieści o Pacyfiku nie są ani trochę przesadzone.

14.Najmłodszy sport olimpijski- Szostek Adam

Najmłodszy sport olimpijski- Szostek Adam

Współtowarzysze projektu: Organizacje wolontaryjne: SkatePal, Freedom Movement, Skatebaijan

Podróże między 2017/2018

Dzieciaki wszędzie są takie same, nie wszędzie jednak mają takie same dzieciństwo. Dla młodzieży w Polsce czy Europie deskorolka to po prostu jeden ze sposobów spędzania wolnego czasu, lecz dla ich rówieśników w Palestynie, obozach dla uchodźców w Grecji czy w Azerbejdżanie to coś znacznie więcej. Pozwala im ona przez chwilę… być dzieciakami, zapomnieć o otaczającym je konflikcie i problemach.
Jak wygląda życie młodych ludzi w miejscach, gdzie deskorolka to wciąż coś nowego i egzotycznego? O czym marzą i co chcą robić gdy dorosną? Jak można za pomocą deski zmienić (choć na chwilę) ich świat na lepszy?

Palestyna 2 - Adam Szostek Palestyna 3 - Adam Szostek Palestyna 1 - Adam Szostek Azerbejdżan - Adam Szostek Ateny - Adam Szostek

Ponad 10 lat temu pierwszy raz ruszyłem w podróż z deskorolką, padło na Indie, które pokazały mi, że moja pasja, tak powszechna w Europie, jest tam znana jedynie z reklam i filmów w telewizji. Deskorolka pozwoliła poznać dziesiątki osób, chcących pierwszy raz spróbować na niej swoich sił. W zamian otrzymałem historie, uśmiech, herbatę… bardzo wielu małych rzeczy, które na zawsze pozostają w pamięci.

Później tych podróży z deską było więcej, przez blisko rok udało się (prawie) objechać Azję dookoła, ucząc jazdy w Nepalu, Laosie, Chinach czy nawet w kolei transsyberyjskiej. Spróbowaliśmy także pokonać wybrzeże Malezji, codziennie jadąc na deskach ponad 50 km – i to też nam się całkiem nieźle nam się udało, lecz chyba nie to było w tym wyjeździe najciekawsze. Punktem wspólnym była możliwość podzielenia się swoją pasją z młodzieżą, poznanie ich ulubionych miejsc, zabaw, pasji. W zamian za kilka godzin wspólnego jeżdżenia często zyskiwaliśmy wiele więcej niż się spodziewaliśmy. Po powrocie z ostatniego wyjazdu zacząłem interesować się dydaktyczną stroną deskorolki, tym jak niesione przez nią wartości mogą pomóc dzieciakom. Zaangażowałem się w wolontariat w domu dziecka, poznawałem organizacje charytatywne, które poprzez deskorolkę pomagają młodzieży w różnych zakątkach świata. W międzyczasie deskorolka dołączyła do grona sportów olimpijskich, a ja postanowiłem odwdzięczyć się za te wszystkie piękne chwile w podróży i zacząć udzielać w wolontariatach, których podstawą jest nauczanie jazdy.
Pierwszy wyjazd odbył się do Palestyny. W miejscowości Asira, na terytorium Zachodniego Brzegu, 3 lata temu powstał pierwszy skatepark, który zmienił życie lokalnych dzieciaków. Miejsce zaczęło przyciągać nie tylko młodzież, ale także dorosłych, ciekawych postępów swoich dzieci, chętnych ćwiczyć język angielski lub po prostu podziwiać coraz to trudniejsze ewolucje młodych pasjonatów. Prawie 3 tygodnie spędzone w Asirze i okolicy pozwoliły poznać historie dzieciaków z okupowanego kraju, dla których codzienna jazda jest ucieczką od trudnej rzeczywistości, wojskowych kontroli i niepewności jutra.
Jesienią 2017 roku odwiedziłem Ateny, gdzie razem z grupą wolontariuszy uczyliśmy jazdy w obozach dla uchodźców i ośrodkach pomocy imigrantom. Czy w obozach jest w ogóle miejsce na deskorolkę? Co ona znaczy dla dzieciaków z bardzo różnych zakątków świata, które wojna, bieda lub prześladowania zepchnęły do Grecji? To były główne pytania, jakie zaprzątały mi głowę przed wyjazdem. Na miejscu, razem z kilkoma wolontariuszami, naszym mobilnym skateparkiem staraliśmy się znaleźć na to odpowiedzi. I z każdym
dniem przekonywałem się, że nasza wspólna „zabawa” jest równie ważna jak doraźna pomoc.
W zeszłym roku miałem dołączyć do grupy promującej deskorolkę w Etiopii, niestety ten plan się (jak na razie) nie udał. W zamian udało się odwiedzić Azerbejdżan, gdzie grupa Polaków pomagała dzieciom uchodźców z terenu Górskiego Karabachu. Zajecia pokazały, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, lecz zainteresowanie tym nowym sportem jest jednakowe na całym świecie. W drodze powrotnej na kilka dni udało się też pojeździć z dzieciakami w gruzińskim Tserovani, największym ośrodku dla przesiedleńców z Osetii Południowej.
Co łączy młodzież z tych miejsc? Jakie są ich marzenia? Tego dowiedziałem się dzięki
wspólnej jeździe. I chętnie o tym opowiem :)

15.Empiria. Reportaże z dwudziestu dwóch i jednej drogi na Wschód-Czermak Artur

Empiria. Reportaże z dwudziestu dwóch i jednej drogi na Wschód-Czermak Artur

 Podróż podzielona była na dwa etapy, łącznie zajęła ponad pół roku:

Pierwszy: od 15.07.2017 do 19.10.2017

Drugi: od 1.03.2018 do 17.06.2018

Życie – niczym podróże – zaskakuje. Wyruszając w samotną podróż, nie zakładałem, że zaowocuje ona napisaniem debiutanckiej książki. Pomimo tego, że rozpocząłem wyprawę zaraz po obronieniu dyplomu z dziennikarstwa, za cel stawiałem sobie po prostu poznanie ludzi oraz historii, szczególnie XX wieku, którą się interesuję. Chodziło o rzucenie się w wir młodzieńczej, autostopowej przygody, po tym jak metodą zakręcenia globusem padło na wyprawę do Iranu. Miałem wtedy 21 lat. Z czasem – przemierzając Turcję, Gruzję, Armenię oraz Azerbejdżan i właśnie kraj ajatollahów – zacząłem jednak postrzegać świat bardziej reportersko. Miałem szczęście poznać wiele osób, których życiorysy czy przyzwyczajenia pozwalały lepiej zrozumieć realia społeczne i przez ich pryzmat opowiedzieć konkretne historie. Gdy zatem po trzech miesiącach wróciłem z Iranu, wiedziałem, że niebawem pojadę tam z powrotem, by kontynuować drogę na Wschód: do Pakistanu, Indii oraz Nepalu.

W ciągu ponad pół roku przejechałem autostopem ok. 30000 kilometrów, odwiedzając 8 krajów. Poznałem takie rejony jak turecki Kurdystan, Abchazja, Beludżystan czy Kaszmir. Setki godzin rozmów i dziesiątki przygód z Irańczykami, Pakistańczykami i przedstawicielami wielu innych narodów poskutkowały zebraniem obszernego materiału – jak uznałem – reporterskiego, który postanowiłem spisać w formie debiutanckiej książki pt. „Empiria. Reportaże z dwudziestu dwóch i jednej drogi na Wschód”.

„Empiria” to poznanie zmysłowe. Jest spojrzeniem w dziesiątki par oczu płonących buntem i nadzieją lub zamglonych niespełnieniem. Słuchaniem okrzyków radości oraz szeptów złamanych żalem, a czasem po prostu wsłuchaniem się w ciszę. Miewa smak pikantnej przygody, słodkich wspomnień albo gorzkiej historii. Orzeźwia świeżym zapachem zmieszanych żywiołów, a jednocześnie dusi odorem spalin.Przekraczając granice państw, podaje rękę, by poszerzyć granice wyobraźni.

Podtytuł „Reportaże z dwudziestu dwóch i jednej drogi na Wschód” wynika z faktu, że książka ma 22 rozdziały i pisałem ją, mając 22 lata. Jedna droga odnosi się do wątku biograficznego, dotyczącego podróży jako sposobu poradzenia sobie z osobistą tragedią, która – prędzej czy później – dotknie każdego z nas. Wątek ten przewija się w kilku rozdziałach i tłumaczy moje motywacje oraz wnioski, jakie dojrzewały we mnie, młodym człowieku, wraz z kolejnymi etapami wyprawy.

W trakcie podróży zajmowałem się również działalnością charytatywną, organizując dwukrotnie – w Iranie oraz Nepalu – zbiórki pieniędzy dla dzieci w Polsce. Polegały na wysyłaniu pocztówek ze specjalnymi podziękowaniami ludziom biorących w niej udział. Zebrane środki przeznaczyłem na turnus logopedyczny dla niepełnosprawnej dziewczynki z Wrocławia oraz na zorganizowanie letnich kolonii dla dzieci z Domu Dziecka w Szklarskiej Porębie.

Książkę „Empiria” wydałem metodą self-publishingu, tzn. bez pomocy jakiegokolwiek wydawnictwa. Po jej napisaniu sam zorganizowałem ekipę redaktorów, korektorów, składaczy czy grafików. Następnie podpisałem umowę z drukarnią, określiłem metody dystrybucji czy wreszcie zająłem się promocją, finansując całość pracy z własnych środków.

Nota biograficzna:

 Artur Czermak (ur. 29.10.1995 we Wrocławiu) – podróżnik, działacz charytatywny i debiutujący reportażysta. Autor książki „Empiria. Reportaże z dwudziestu dwóch i jednej drogi na Wschód”. W 2017 roku ukończył na Uniwersytecie Wrocławskim studia licencjackie na kierunku dziennikarstwo i komunikacja społeczna. Obecnie magistrant historii w przestrzeni publicznej. W życiu przemierzył autostopem ok. 50000 kilometrów m.in. po Iranie i Pakistanie. Prowadzi bloga „Gdzie jest Czermak?”, dzieląc się z czytelnikami opowieściami spotkanych w drodze ludzi. Fotograf-amator. Od dwóch lat organizuje akcje charytatywne. Do tej pory udało się dzięki nim zapewnić m.in. leczniczy turnus logopedyczny dla dziewczynki z Wrocławia, a dzieciom z Domu Dziecka w Szklarskiej Porębie zorganizować wakacje. Prywatnie miłośnik historii Wrocławia i XX wieku, muzyki oraz życiowego minimalizmu.

9 gruzja26 p22 p58 „Empiria” to dwadzieścia dwa reportaże z drogi przez Bułgarię, Turcję, Gruzję i Armenię oraz Iran, Pakistan, Indie i Nepal, napisane przez dwudziestodwulatka poszukującego tej jednej, najważniejszej – drogi do poznania przyczyn i skutków. To historie o ludziach i ich emocjach.

Podczas prezentacji wspólnie przemierzamy tę trasę raz jeszcze. Ugości nas Kurd-marksista, cichy zwolennik organizacji terrorystycznej, po czym trafimy na posterunek policji w raju utraconym, który nie istnieje. Zaprzyjaźnimy się z holenderskim hipisem, a dla równowagi również z młodym pakistańskim komandosem-komiksiarzem o smutnym spojrzeniu. Randki z Irankami przełamią w nas kilka stereotypów, a przed długą ręką szariatu uciekniemy na Marsa. Na szyickiej ceremonii żałobnej wskoczymy w pogo, a w Pakistanie zajrzymy w oczy strachowi i radości. Później dowiemy się też, dlaczego podróż do Indii jest jak cofnięcie się w czasie do milisekundy przed Wielkim Wybuchem. Nad Gangesem przesiąkniemy zapachem palonych ciał. Szlak zakończymy na pięciu tysiącach trzystu czterdziestu metrach nad poziomem morza.

16.Rosyjskie opowieści, czyli na tropie lata za kołem podbiegunowym- Augustyn Katarzyna

Rosyjskie opowieści, czyli na tropie lata za kołem podbiegunowym- Augustyn Katarzyna

Współtowarzysze podróży: Norbert Augustyn (mąż), Julian Augustyn (syn)

Data rozpoczęcia  29-06-2017 – zakończenia 16-07-2017

Celem naszej wyprawy było poznanie codziennego życia Rosjan na dalekiej północy, a także doświadczenie specyfiki lata za kołem podbiegunowym .

Nasza wyprawa do północnej Rosji zaczęła się zwyczajnie, od Sankt Petersburga, a stawała się coraz bardziej niezwykła czym bliżej byliśmy koła podbiegunowego. Pokonaliśmy łącznie samolotami, pociągami, promami oraz samochodem blisko 8000 kilometrów docierając nad Morze Barentsa, dalej udając się na Wyspy Sołowieckie, a następnie odwiedzając przyrodnicze i architektoniczne perełki Karelii . Wynik dość imponujący biorąc pod uwagę fakt, że w wyprawie oprócz dwojga dorosłych uczestniczył także 8-latek! Doświadczyliśmy dnia polarnego, śniegu w środku lata, przemierzaliśmy bezdroża podziwiając bezkresną tundrę. Przez cały czas oprócz doświadczania rosyjskiej kultury i folkloru towarzyszyła nam ludzka gościnność naszych rosyjskich przyjaciół, którzy oczekiwali naszego przyjazdu, ale i zwykłych ludzi napotykanych po drodze.  I ciekawość – do tego stopnia, że przyszło mi zmierzyć się z rosyjską telewizją udzielając wywiadu na temat motywów podróży na północny kraniec świata.

Monastyr Sołowiecki Przez bezkresną tundrę Wezdehod Wybrzeże Morza Barentsa

Relacja z wyprawy:

 

Rosja to kraj, który podbił moje serce zanim zdążyłam go odwiedzić. Na studiach pierwszy raz zetknęłam się z językiem rosyjskim i kulturą Rosji, w której momentalnie się zakochałam. Wtedy też zaświtała mi w głowie myśl, aby pojechać do Rosji i tam zgłębiać język rosyjski. Jeszcze w trakcie studiów spełniłam swoje marzenie – wyjechałam do Moskwy, aby uczyć się rosyjskiego na słynnym uniwersytecie im. Łomonosowa. Kiedy nadszedł czas powrotu do domu, wiedziałam, że wrócę do Rosji. Nie miałam jednak pojęcia, że potrwa to tak długo, bo aż 12 lat!

Powrót był zupełnie inny niż pierwszy wyjazd. Wracałam z rodziną – mężem i 8- letnim synem. Okazją do wyjazdu miało być świętowanie z mężem 10-tej rocznicy ślubu, którą chcieliśmy spędzić w Petersburgu. Ale Petersburg stał się zaledwie początkiem naszej przygody. Nasza podróż rozrosła się do blisko 8 tysięcy kilometrów, które przebyliśmy samolotami, pociągami, samochodem, autobusem, promem i rowerem przez Półwysep Kolski i Karelię. Impulsem do rozbudowy podróżniczych planów, oprócz ciekawości świata, była znajomość z poznanymi przez Internet koleżankami, która przerodziła się w trwającą do dzisiaj przyjaźń.

Madinę z okolic Murmańska i Żenię z Pietrozawodska poznałam się przez portal społecznościowy dla osób uczących się języków obcych. Pisałyśmy do siebie maile, telefonowałyśmy, a moje koleżanki, choć nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy, zapraszały nas do siebie! Skoro i tak wybieraliśmy się do Rosji, to dlaczego nie mielibyśmy rozszerzyć nieco naszej trasy i nie pojechać na północ? To okazało się strzałem w dziesiątkę – dzięki temu mogliśmy poznać zupełnie inną Rosję – nieskomercjalizowaną, niespieszną i niesamowicie przyjazną przybyszom.

Na początek spędziliśmy kilka dni w Petersburgu, zwiedzając najpiękniejsze zabytki „Wenecji Północy” – imponujące cerkwie i sobory, największe i najbardziej znane muzea świata, w tym słynny Ermitaż, podziwiając wyjątkową architekturę miasta podczas licznych pieszych wędrówek, pływając statkiem po Newie i wspinając się na najwyższe budynki miasta, aby zobaczyć Petersburg z lotu ptaka. Udaliśmy się również za miasto, aby zachwycić się oszałamiającym bogactwem dwóch carskich pałaców – Piotra I w Peterhofie, znanego jako królestwo fontann i Katarzyny Wielkiej w mieście Puszkin, najznamienitszy przykład rosyjskiego baroku z osławioną bursztynową komnatą.

Po Petersburgu przyszedł czas na długo wyczekiwaną północ. Polecieliśmy do największego miasta za Kołem Podbiegunowym – Murmańska, położonego ok. 50 kilometrów od otwartych wód morza Barentsa w fiordzie kolskim. Ze względu na przepływający w pobliżu ciepły prąd morski Golfstrom, Murmańsk ma dość specyficzny mikroklimat – zimy są łagodniejsze – temperatury dochodzą najwyżej do -20 stopni Celsjusza, latem oscylują natomiast ok. 10 stopni Celsjusza. Jeszcze kilka tygodni przed naszym przyjazdem (początek lipca) dookoła miasta, jak i w samym mieście leżały zaspy śniegu. Nie wiedzieliśmy więc, czego mamy się spodziewać. Umówiłam się zatem z moją rosyjską koleżanką, że pożyczy nam kurtki zimowe, które nie zmieściły się do naszego bagażu podręcznego. Dostaliśmy nie tylko kurtki, ale również ciepłe swetry, szaliki, czapki, rękawica, a dodatkowo zostaliśmy ugoszczeni najlepszymi smakołykami – kawiorem, wątróbkami z dorsza i odnóżami kraba olbrzymiego. Takie przyjęcie przerosło wszelkie nasze oczekiwania – czuliśmy się jak u najbliższej rodziny. Niestety nie mogliśmy zatrzymać się u naszych znajomych, ponieważ mieszkają w jednych z tzw. miast zamkniętych, ze względu na ich strategiczne znaczenie wojskowe – stacjonują tam okręty Floty Północnej rosyjskiej marynarki wojennej. Do miast zamkniętych wstęp mają jedynie osoby związane zawodowo z Flotą Północną oraz ich rodziny. Bardzo chcieliśmy zobaczyć to, co zakazane i schowane przed wzrokiem ciekawskich – okręty atomowe. Dzięki wskazówkom znajomych, jak to zrobić, się udało! Widzieliśmy nawet jedyny rosyjski lotniskowiec – okręt Admirał Kuzniecow.
Na zgłębienie tajników miasta Murmańsk mieliśmy dużo czasu, ponieważ ze względu na panujący tu latem dzień polarny, kiedy przez dobę słońce nie chowa się za horyzont, dysponowaliśmy zarówno dniem jak i nocą, które mogliśmy wykorzystać na zwiedzanie.

Po Murmańsku przyszedł czas na eksplorację Półwyspu Kolskiego – na południu odwiedziliśmy kopalnię odkrywkową rudy żelaza, „Komsomolskij” oraz góry Chibiny, a na północy jedyną otwartą dla turystów miejscowość nad morzem Barentsa – prawie wymarłą osadę rybacką Teriberkę, w której reżyser Andriej Zwiagincew nakręcił słynny na cały świat film „Lewiatan”. Tam mąż spełnił marzenie o zamoczeniu nóg w zimnych wodach morza Barentsa, a mnie przyszło zmierzyć się z innym wyzwaniem – udzieleniem wywiadu dla rosyjskiej telewizji.

Po rozstaniu z Półwyspem Kolskim ruszyliśmy dalej na wyspę Wielką Sołowiecką na Morzu Białym. Przez kilka dni mieszkaliśmy naprzeciwko przepięknego monastyru z XV w., który stał się świadkiem najczarniejszej historii ludzkiej tragedii. To w nim w latach 1920-39 mieściło się więzienie polityczne i łagier,tzw. SŁON – Sołowiecki Łagier Specjalnego Przeznaczenia. Jednak nasz pobyt na Sołowkach był nie tylko czasem zadumy, ale też okazją do doświadczenia unikalnej przyrody i cudu natury jakim są białuchy – rodzaj ssaka z gatunku narwalowatych, który w rejon Sołowek przypływa na swoje gody.

Z Sołowek udaliśmy się do stalicy Republiki Karelii – Pietrozawodska nad Onegą, gdzie czekała na nas Żenia, Kolejne dni upłynęły nam na odwiedzaniu „perełek” Karelii – w tym skansenu architektury drewnianej na wyspie Kiży wpisanego na listę UNESCO, z ponad 80 obiektami – chatami mieszkalnymi, młynami, cerkwiami z okresu pomiędzy XIV-XIX wiekiem. Wybraliśmy się również nad wodospad Kiwacz, drugi największy wodospad równinny w Europie, a następnie pod granicę z Finlandią, do górskiego marmurowego kanionu Ruskeala, Na koniec odwiedziliśmy Ładogę, największe europejskie jezioro i wyspę Wałaam z jednym z najważniejszych prawosławnych monastyrów w Rosji. Zachwyciło nas przepiękne wybrzeże Ładogi, z licznymi  szkierami porośniętymi drzewami, kwiatami i obsiadłe ptactwem.

https://a-kind-of-adventure.blogspot.com

17.Spełniając marzenia- Islandia w 35 dni- Kyć Izabela

Spełniając marzenia- Islandia w 35 dni- Kyć Izabela

Współtowarzysz- Mariusz Turek

Data rozpoczęcia  10.07.2018 – zakończenia   14.08.2018

Jesteśmy parą harcerzy z wieloletnim stażem z Opola. Naszym wspólnym marzeniem był wyjazd na Islandię, aby sprawdzić swoje możliwości i granice. Po około pół roku przygotowań do wyprawy nasze marzenie się spełniło, wyjechaliśmy na wyspę na 35 dni z celem/ zamiarem przejścia kawałka interioru, odpoczęcia od codzienności i przede wszystkim sprawdzenia samych siebie, swoich możliwości. Z plecakami ważącymi po 15-20 kg udało nam się przejść około 500 kilometrów w niewiele ponad trzy tygodnie, kolejne 1000 przejechaliśmy stopem. Na swojej drodze poznaliśmy wielu inspirujących ludzi i odkryliśmy piękno Islandii. Teraz, z perspektywy czasu niemalże niemożliwe wydaje się takie podróżowanie, gdzie zupełnie wszystko zależy od ciebie, to gdzie i jak śpisz, co robisz…. 

38-min 100-min 10365376-min IMG_20180810_131911-min

Nasza przygoda z Islandią rozpoczęła się pół roku przed samym wyjazdem, zaczęliśmy planować trasę, dokupywać ekwipunek. Zamierzaliśmy przejść kawałek interiorioru i ogólnie mówiąc, zobaczyć wyspę. 

Na Islandii spędziliśmy 35 dni. Przez 2 pierwsze zwiedzaliśmy stolicę i kompletowaliśmy brakujące produkty. Wtedy też zaczęły się pierwsze problemy. Nie udało nam się wysłać paczek z żywnością do miejsc, do których planowaliśmy. Musieliśmy więc szukać planu B. 

13.07.2018 roku, czyli w 18. urodziny Izy rozpoczęła się ta prawdziwa podróż. Wyjechaliśmy z Reykjaviku na stację benzynową oddaloną o ok. 60 km od Egisstadir, po drodze zostawiliśmy paczkę z żywnością na jednym z pól kempingowych, do którego później dotrzemy. 

Wysiedliśmy na stacji, mieliśmy na ten dzień zaplanowane ok. 9 km, które przeszliśmy w ogromnym bólu. Akurat zaczęło padać, musieliśmy iść pod górę drogą asfaltową, a nasze plecy nie były przygotowane do noszenia takiego ciężaru (plecaki ważyły po 15-20kg). Czy mieliśmy jakiś trening przed Islandią? Nie. Stwierdziliśmy, że co ma być to będzie, a przejdziemy tyle, ile damy radę. W ten dzień rozbiliśmy się przy drodze, niedaleko zbiornika wodnego podobnego raczej do dużej kałuży (tak wyglądała większa część naszych noclegów). Tzw. “spanie na dziko” jest na Islandii legalne, jeśli nie znajdujemy się na terenie Parku Narodowego czy w pobliżu pola namiotowego, więc jeśli ma się namiot można bardzo dużo. 

Na początku nie było zbyt kolorowo, bardzo szybko się męczyliśmy, musieliśmy robić częste postoje, mijaliśmy dużo strumieni, przez które musieliśmy przechodzić co nas trochę spowalniało. Namiot należało rozstawiać bardzo ostrożnie ze względu na lawę. Nawet kiedy jej nie ma, to jest. Gdy rozbijaliśmy się na pięknej zielonej trawie musieliśmy sprawdzać każdy skrawek ziemi, na którym będzie stał namiot, żeby lawa przypadkiem go nie przedziurawiła. Przechodziliśmy, a właściwie przejeżdżaliśmy przez 2 duże rzeki, jakie pojawiły nam się na trasie. Dlaczego przejeżdżaliśmy? Za każdym razem, gdy ściągaliśmy buty, podciągaliśmy spodnie, pojawiali się turyści, którzy proponowali nam przejazd samochodem. Zgadzaliśmy się, bo takie rzeki miały po ok. 30-60 cm głębokości w najpłytszych miejscach i były bardzo rwące (żeby było ciekawiej Iza nie potrafi pływać w zwykłym basenie, a co dopiero w rwącej rzece). Takich ludzi oferujących nam pomoc spotykaliśmy bardzo dużo. Niektórzy zabierali nasze śmieci jakie wyprodukowaliśmy (idąc interiorem nie spotkamy niczego, a co dopiero kosza na śmieci); pytali czy wszystko w porządku lub proponowali wspólną podróż samochodem, na co się nie zgadzaliśmy, bo postanowiliśmy, że do pewnego odcinka idziemy piechotą. 

Chodziliśmy ścieżkami, szlakami, drogami oznaczonymi na mapach papierowych i aplikacjach na telefon, a czasem musieliśmy się nieźle nagłowić przy rozpoznawaniu oznaczeń na mapach. 

Najtrudniejsze okazało się przejście przez pole lawy w Askji. Był to moment, gdy mieliśmy do przejścia ok. 15 km po takim terenie (oczywiście w deszczu). Lawa w niektórych miejscach kruszyła się pod nogami, my upadaliśmy, szliśmy kilkanaście metrów i znowu to samo. Zbawieniem była chatka, do której zamierzaliśmy dotrzeć. Jest to bardzo dobre rozwiązanie- są one położone w miejscach, gdzie trudno czasem dojechać samochodem albo rozbić namiot. W środku znajduje się dosłownie wszystko, od ręczników po garnki, koce i poduszeczki. Odwiedziliśmy dwa takie miejsca, oba miały piece olejne, których nie umieliśmy rozpalić. Gdy mieliśmy już wychodzić do chatki przyszła grupka turystów, którzy pierwsze co zrobili to w ekspresowym tempie rozpalili w piecu- my męczyliśmy się przez prawie 2 godziny, a i tak się nam nie udało…

Po około 2. tygodniach dotarliśmy do pola namiotowego, gdzie czekał na nas depozyt z żywnością. Spędziliśmy tam kilka dni zwiedzając okolicę i w dużej mierze odpoczywając. Były to też dni, kiedy było najcieplej, bo ok. 18 st. C. Wszyscy chodziliśmy wtedy w krótkich spodenkach, koszulkach i i tak nie mogliśmy znieść gorąca (podczas wędrówki temperatura wahała się od 10 do 13 st.). 

Tutaj też rozpoczął się kolejny etap naszego pobytu na wyspie- podróż stopem. Tak zamierzaliśmy zwiedzić ogrom pięknych miejsc i zobaczyć coś innego niż lawę i żwirowe pustynie. Dzięki temu poznaliśmy wielu ludzi, którzy zaznaczali nam na mapie miejsca, do których warto zajrzeć. To też dzięki nim udało nam się zobaczyć Islandię z jeszcze innej strony, takiej której nie ma na mapie. Z niektórymi ludźmi wspólnie chodziliśmy na wędrówki, Islandczycy, gdy widzieli, że nie możemy złapać stopa zapraszali nas do siebie na herbatę i ciasto, a później odwozili do miejsc, w których będzie nam łatwiej coś złapać. 

Jednym słowem, zobaczyliśmy masę atrakcji, gorących źródeł, lawy, przeszliśmy około 500 km i przejechaliśmy około 1000 km. Dlaczego około? Bo jeszcze nie mieliśmy czasu przysiąść i dokładnie tego wszystkiego policzyć, albo uważamy, że na tę chwilę nie jest to wcale takie ważne. 

18.Milion kropel w dolinie Singnapan- Bartoszewicz Łukasz

Milion kropel w dolinie Singnapan- Bartoszewicz Łukasz

Samotna podróż między 25.08.2018-14.09.2018

Przygotowanie reportażu o życiu Tau’t Batu w czasie pory deszczowej kiedy członkowie plemienia opuszczają swoje domostwa i przenoszą się do jaskiń. Ponadto poszerzyłem wiedzę o ich animistycznych wierzeniach, które nie zmieniły się od stuleci, oraz przekonałem się jak zmienia się rola Linoka, szamana Tau’t Batu, gdy wszyscy przygotowują się do przenosin.

Po niespełna trzech latach postanowiłem wrócić do doliny Singnapan. Tym razem wśród Tau’t Batu spędziłem blisko trzy tygodnie w okresie pory deszczowej, kiedy członkowie plemienia przenoszą się do jaskiń. Podczas pierwszej części mojego pobytu w dolinie dokumentowałem przygotowania do przenosin i aktywnie uczestniczyłem w ich codziennym życiu, również w polowaniach. To niezwykle intensywny czas prac dla członków plemienia. Muszą nie tylko przygotować groty, w których będą mieszkać przez kolejne miesiące, ale także po raz ostatni zebrać ryż i zgromadzić większą ilość jedzenia. Ponownie zgłębiłem animistyczne wierzenia Tau’t Batu. A ostatnie kilka dni spędziłem w jaskini razem z rodziną Takona, jednego z najlepszych myśliwych jakich spotkałem.

Podróż ta była dla mnie niezwykłym przeżyciem i kolejną lekcją przetrwania w dżungli. Nigdy nie zapomnę tygodni spędzonych wśród Tau’t Batu.

 

1 2 3 4

SZERSZA RELACJA

W 2015 roku spędziłem miesiąc wśród plemienia Tau’t Batu ucząc się dialektu, polując i próbując zrozumieć animistyczne wierzenia, które przetrwały setki lat. Po niespełna trzech latach postanowiłem wrócić do doliny Singnapan, żeby zobaczyć co zmieniło się wśród kilku rodzin, z którymi się zaprzyjaźniłem oraz sprawdzić na własnej skórze jak wygląda pora deszczowa w dżungli.

Po dwóch dniach podróży docieram do Puerto Princesa, stolicy wyspy Palawan. Dalej jadę na południe do Ransang, wioski położonej najbliżej doliny. Ostatnie 150 km prowadzi po szutrowych drogach, ale dyskomfort wynagradzają przepiękne widoki. Na miejsce docieram późnym popołudniem.

People of the rock

Region, w którym żyją ludzie z plemienia Tau’t Batu, od stuleci stanowi schronienie dla rdzennych mieszkańców Palawanu oraz ich spuścizny kulturowej. Mój bagaż z jedzeniem waży około 40 kg, dlatego skorzystałem z pomocy Tony’ego, tragarza mieszkającego w pobliskiej wiosce.

Mimo pory deszczowej od samego rana słońce pali niemiłosiernie. Przepakowujemy bagaże i wyruszamy około 7:00. Wilgotność przekracza 90%, po kilkudziesięciu minutach jestem cały mokry, a to dopiero początek. Równie szybko jak woda, przydaje się maczeta, kupiona w Puerto. Pod koniec dnia docieramy do domu Tumihaya.

Powrót do doliny Singnapan

Następnego dnia wstajemy około piątej. Tumihay buduje nowy dom, dlatego musimy wrócić wcześniej, żeby dokończyć zaplanowane prace. Poranek spędzamy z rodziną Bankoka, najbliższymi sąsiadami. Po dwóch godzinach ruszamy na polowanie. Przez kilkadziesiąt minut przedzieramy się przez gęsto porośniętą dżunglę. Ponownie przydaje się maczeta. Po powrocie Ernissa, żona Tumihaya, gotuje na ognisku upolowane ptaki, a w międzyczasie podjadamy smażone insekty. W kolejnym dniu udaje się na samotną wędrówkę.

Po dwóch godzinach spotykam Takona. Trzy lata temu przez tydzień mieszkałem z nim i jego rodziną. To nie tylko świetny myśliwy, ale przede wszystkim jeden z najbardziej ujmujących ludzi jakich spotkałem. Raz na kilka lat członkowie plemienia muszą budować nowe domy. Wtedy przenoszą się w inne miejsce. Dopytuje co u niego słychać i jakie ma plany na najbliższe dwa tygodnie.W ciągu tygodnia zamierzam przenieść się z rodziną do pobliskiej jaskini. Natomiast wcześniej czeka mnie sporo pracy. Jeżeli masz czas i chcesz mi pomóc, możemy umówić się na jutro. -Z wielką chęcią ci pomogę – odpowiadam bez wahania.  Wcześniej tylko z opowiadań wiedziałem jak wyglądają przygotowania grot do pory deszczowej. Pod koniec dnia Takon odprowadził mnie do domu Tumihaya, przy okazji informując go o naszych planach.

Nadchodzi monsun

Jaskinia położona jest kilka godzin drogi od domu Tumihaya, dlatego na kolejne trzy dni postanowiłem przenieść się do brata Takona, który mieszka w pobliżu. Ostatnie tygodnie to niezwykle intensywny czas pracy. Członkowie plemienia muszą nie tylko przygotować groty, ale także ostatni raz zebrać ryż i przygotować większą ilość jedzenia. Następnego dnia razem Kujim, najstarszym synem Tumihaya, udajemy się na umówione spotkanie. Po krótkim przywitaniu i objedzie przyszedł czas na pracę.

W pierwszej kolejności naprawiamy drabinę prowadzącą do groty, w której Takon będzie mieszkał z rodziną. Wymieniamy bambusowe szczebelki i liany łączące poszczególne fragmenty drabiny. W kolejnym dniu przygotowujemy bambusowe podesty do spania i miejsce do gotowania. Podobne jaskinie znajdują się w całej dolinie Singnapan i stanowią idealne schronienie, gdy region nawiedzają śmiercionośne tajfuny. Jutro Takon wraca do swojej rodziny, dlatego wieczorem postanowiłem podpytać go o wierzenia i działalność misjonarzy.

Pradawne tradycje i życie w jaskiniach

Członkowie plemienia wyznają animizm. Wierzenia Tau’t Batu ograniczają się przede wszystkim do świata niewidzialnych duchów, z którymi się komunikują. Mimo braku namacalnych dowodów świadczących o animistycznych wierzeniach, np. w postaci miejsc kultu, przez stulecia ich wiara mocno zakorzeniła się w codziennym życiu i jest świadectwem ich spuścizny kulturowej. Ponadto dowiedziałem się, że pierwszą osobą, która przenosi się do jaskiń jest Linok, szaman plemienia. W tym czasie jego główną rolę jest przygotowanie duchowe Tau’t Batu do przenosin.

Takon wraca do rodziny, a ja na kilka dni przenoszę się do Dormina. Pełni on rolę rozjemcy, rozstrzygając m.in. sporne kwestie. Po dotarciu na miejsce witam się z żoną i dziećmi, dobrze mnie zapamiętali. W 2015 roku spędziłem z nimi tydzień. Dopytuję o Dormina, który jest często nieobecny ze względu na liczne obowiązki. -Panglima musiał załatwić pilną sprawę w rejonie Batu. Wróci za tydzień– wyjaśnia żona.Najbliższe dni spędzę z jego rodziną.

Pierwszego dnia polujemy na ptaki. Bardzo ważnym elementem polowania jest umiejętność naśladowania głosu zwierząt. W tej kwestii muszę się jeszcze wiele nauczyć. Natomiast coraz lepiej radzę sobie ze strzelaniem i tym razem nie wracam z pustymi rękami. Trzeciego dnia odwiedza nas Takon, który przenosi się z rodziną do jaskiń. –Jeżeli masz czas zapraszam do Limow, Limow. Nie mogę odmówić, a więc ostatnie trzy dni spędzam w jaskini.

Mieszkając w grocie w szczególności należy uważać na węże, skrywające się zakamarkach. Wszyscy śpimy na bambusowych podestach. Mój pobyt w dolinie powoli dobiega końca. Pod koniec kolejnego dnia opady ustają na kilka godzin, a wieczór to idealny czas na łowienie ryb i zbieranie ślimaków. Przeważnie łapiemy małe ryby, ale tym razem za pomocą drewnianej, ręcznie robionej kuszy, złowiliśmy kilka większych okazów. Na moją ostatnią kolacje czeka nas więc rybna uczta. Była to dla mnie niezwykła podróż. Obecnie w dużo większym stopniu doceniam niematerialne aspekty codziennego życia.