ZGŁOSZENIA DO HALIKÓW

Projekty/podróże/wyprawy zgłoszone do statuetki im.Tony’ego Halika. Czekamy na Wasze zgłoszenia do 06 kwietnia 2018. Wyniki ogłosimy 21 kwietnia 2018 podczas GALI przyznania statuetek. Niektórych zgłoszonych zaprosimy do Bydgoszczy (ostatecznie potwierdzimy zaprosiny do 11 kwietnia 2018), aby opowiedzieli nam swoje niesamowite historie NA ŻYWO. Zapraszamy do zakładki HALIKI.

1. Reszkowska Aleksandra- Dziecko z Laosu zwiedza Oman

 Podróż offroadowym autem po północnym i środkowym Omanie z roczną córeczką i synkiem w brzuchu. Noclegi na dziko, w namiocie. Głównym zamysłem było odwiedzenie najciekawszych przyrodniczo miejsc, tj: wadi, góry, pustynia oraz poznawanie lokalnej kuchni i obcowanie z ludnością.

Podróż do Omanu była naszą drugą podróżą, z roczną wtedy córeczką Nataszą. Był to również mój pierwszy wyjazd w ciąży, z nienarodzonym jeszcze synkiem. Przemieszczaliśmy się przez prawie 3 tygodnie offroadowym autem po Omanie, śpiąc w namiocie, samochodzie i korzystając z gościnności lokalsów. Jako że prowadzę bloga (dzieckozlaosu.pl) i zajmuję się fotografią, byliśmy najbardziej nastawieni na outdoorowe atrakcje i piękne krajobrazy. Wszystko to znaleźliśmy w licznych kanionach, górach i na pustyni. Staraliśmy się także poznać kulturę i kuchnie mieszkańców. W tym celu byliśmy otwarci na ich gościnność, a także mieliśmy okazję przybliżyć sobie obraz kraju z punktu widzenia Polaków mieszkających tam od 5 lat. Podczas prelekcji chcielibyśmy zaprezentować najciekawsze odwiedzone miejsca na fotografiach oraz opisać nasz wyjazd z dzieckiem i w ciąży od logistycznej strony – tak, aby przekazać informacje, jak można zorganizować wyjazd do Omanu – kraju, który ciągle jest jeszcze mało znany.

DSC00202 DSC00555 DSC00956

DCIM101GOPRO

Dłuższy opis:

Druga podróż z Nataszą za nami. Tym razem porwaliśmy się na nieco więcej, bo wyjechaliśmy na 22 dni do Omanu, zahaczając przy okazji o Dubaj (na 3 dni). Kolejny raz wróciliśmy w pełni zadowoleni, zarówno jeśli chodzi o przeżycia związane z samym krajem, jak i podróżowanie z dzieckiem. Natasza w podróży skończyła roczek i dzielnie stawiała swoje pierwsze kroki na tej obcej ziemi.

Wielu z Was pół żartem, pół serio wspominało, że czeka na informacje, czy jest jakieś „dziecko z Oma-nu”. Musimy wszystkich rozczarować. Już przed wyjazdem wiadomo było, że nie będzie „dziecka z Omanu”, bo w podróż pojechaliśmy już z naszym – jak się potem okazało- synkiem w brzuchu! Byłam wówczas w 11-14 tygodniu ciąży, więc będę mogła się podzielić wrażeniami także z podróżowania w tym szczególnym stanie.

O samym Omanie można by wiele opowiadać, szczególnie dlatego, że jest on tak mało znany wśród Polaków. Większość wie, że to jedyne państwo na literę „O”, jednak prawie każdy na wieść, że tam jedziemy, pytał: „gdzie to jest?”

Zacznijmy więc od początku. Oman leży na Półwyspie Arabskim i graniczy z Arabią Saudyjską, Jeme-nem i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Jest państwem typowo arabskim, jednak wśród turystów postrzegany jest jako wyjątkowo bezpieczny. W mediach nazywany jest nawet „oazą spokoju na Bli-skim Wschodzie”. Niejako odcina się od jakichkolwiek powiązań z terroryzmem i jest postrzegany za jeden z najspokojniejszych krajów świata arabskiego. Według wpisu na portalu internetowym dzieje się tak dlatego, że wszędzie tam dominuje najbardziej liberalny odłam islamu.

Drugim powodem jest fakt, że krajem rządzi niepodzielnie Sułtan Kabus, który wprowadził dużo nowo-czesnych i liberalnych reform, odmieniając całkowicie wizerunek kraju na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Gdy przejmował rządy po swoim ojcu 42 lata temu, to kraj wyglądał mniej więcej tak, że znajdował się w nim 1 szpital i 3 szkoły, a ludzie mieszkali w lepiankach. Sułtan sprawuje całkowitą władzę, po-siada duży szacunek wśród narodu i nie angażuje się w konflikty wojenne. Taka sytuacja może oczywi-ście ulec zmianie w każdej chwili, jednak na razie dla nas turystów może to być idealny kierunek, jeśli chcemy poczuć arabski klimat oraz trochę egzotyki i dzikości w bezpiecznym wydaniu.

Ludzie wszędzie byli bardzo mili. Z reguły pozdrawiali nas na ulicy. Zostaliśmy nawet zaproszeni przez jednego wyjątkowo miłego Omańczyka i spędziliśmy z nim 2 dni, zostając u niego na noc. Z drugiej strony jednak kraj ciągle jest mało turystyczny i mało przystosowany pod turystów. Oczywiście, w sto-licy i większych miastach znajdziemy każdą potrzebną infrastrukturę, jednak będąc w małych miastecz-kach często borykaliśmy się z problemem braku zwykłego spożywczaka. Czymś wyjątkowym był dla nas fakt, że przy większości topowych przyrodniczych atrakcji kraju nie spotykaliśmy prawie w ogóle turystów.

Mając do dyspozycji 3 tygodnie w Omanie zdecydowaliśmy się na zorganizowanie samochodu z napę-dem 4×4 (na większą część podróży) oraz na spanie przeważnie w namiocie. Są to dwie rzeczy, na które warto postawić w tym kraju. Drogi do większości atrakcji prowadzą przez konkretne offroadowe trasy, a w większości odwiedzonych przez nas miejsc nawet nie było ani jednego hotelu. Ta baza noclegowa, która jest – bywa przeważnie dosyć droga. Mając te rzeczy na uwadze, większość osób właśnie w ten sposób organizuje sobie wyjazd. Nam się taki model bardzo sprawdził i szczerze mówiąc – nie widzi-my możliwości na inne zwiedzanie Omanu.

Będąc tam 3 tygodnie, dokładnie zwiedziliśmy północną i środkowo-wschodnią część kraju. Zaczęliśmy od okolic miejscowości Nizwa, ponieważ właśnie tam mieszkali Polacy, od których pożyczaliśmy sa-mochód. Spędziliśmy z nimi trochę czasu, dowiadując się przy tym sporo niekoniecznie przychylnych rzeczy o Omanie i ruszyliśmy w naszą objazdówkę. Zwiedziliśmy liczne forty, czyli zabudowę obron-ną, która w tych rejonach wspaniale wpisuje się w krajobraz surowych skał lub gajów palmowych. Do najbardziej znanych należą: Bahla, Jabrin, Al. Rustaq i Nkhal. W starych miejscowościach, takich jak Al. Hamra, Misfah, Birkat i Izk podziwialiśmy bardzo starą, często już zrujnowaną zabudową z cegły mułowej, nierzadko wkomponowaną w skalne ściany. W tych można było spotkać także bardzo charak-terystyczny dla Omanu system nawadniający faladż.

Przyjemnością samą w sobie okazało się być przemieszczanie się autem po kraju. Pokonując solidne offroadowe trasy, przejechaliśmy przez wąwóz Wadi Bani Awf, podjechaliśmy do górskiej wioski Wa-kan oraz wjechaliśmy na prawie sam szczyt najwyższej góry kraju – Jabel Shams, skąd dalej przeszli-śmy szlak Balkony Walk we Wielkim Kanionie Arabii. Udając się wzdłuż wybrzeża bardziej na połu-dnie, w środkowy rejon kraju, spędziliśmy kilka dni na plaży i w malowniczym, rybackim mieście Sur, zaprzyjaźniając się z mieszkańcem. W tym rejonie Omanu kontynuowaliśmy zwiedzanie topowych przyrodniczych atrakcji, tj. Wadi Bani Khalid i Wadi Shab. Są to formy dolin/kanionów okresowo lub stale zalewanych wodą, otoczonych górami, które można przemierzać, przejeżdżać lub w nich się kąpać. Udało nam się również wjechać na wydmę, na sam zachód słońca, i spędzić bardzo zimną noc na pusty-ni Szarkijji. Dwa dni spędziliśmy również w stolicy kraju – Muskacie, a trzy ostatnie w Dubaju.

Z podróży przywieźliśmy wiele ciekawych zdjęć, udało nam się również nakręcić krótki filmik. Czuje-my, że dosyć dobrze poznaliśmy kraj i największe atrakcje turystyczne. Przede wszystkim cieszymy się, że po raz drugi mogliśmy spędzić czas w podróży całą rodziną i wspólnie przeżywać przygody i groma-dzić wspomnienia na całe życie. Cudownie oglądało się naszą roczną córeczkę jak stawiała swoje pierwsze kroki w tym egzotycznym miejscu i jak dobrze odnajdywała się w drodze i adaptowała się do różnych zmian.

 

2. Dos Gringos- Papua Zachodnia zaginione pokolenia


Czerwiec 2017r. spędziliśmy na Papui Zachodniej podążając śladami ostatnich ‘dzikich’ plemion. Wiele z rdzennych ludów Papui zostało już dotkniętych procesem cywilizowania, jednak nadal żyją oni według zasad wytyczonych przez swoich przodków, ale są też takie, które nie poddały się ‘ucywilizowaniu’ w ogóle. Nie są to co prawda całe plemiona, bo co oczywiste, ludzie młodzi jak najbardziej opowiadają się za lepszym, łatwiejszym życiem i przenoszą się do wiosek i miast, jednak starsi nadal wiodą życie takie, jakie było udziałem wszystkich jeszcze nawet 50~60 lat temu. Mówimy tutaj o byłych kanibalach i łowcach głów jak np. Korowaje czy Asmaci, ale także o plemionach, które prowadziły łowicko- rolnicze życie jak na przykład Dani

-:wizyta u ostatnich rdzennych plemion, które żyją w sposób taki, jak ich pradziadowie. Chcieliśmy poznać bliżej ich zwyczaje, wierzenia i sposób w jaki postrzegają świat. Planowaliśmy spędzić z nimi jakiś czas, spojrzeć na świat ich oczami, chcieliśmy dotrzeć do najbardziej odległych zakątków Papui Zachodniej, tam, gdzie horyzont łączy się z Ziemią, bo tam właśnie żyją, według swoich prastarych zasad, ostatni przedstawiciele Asmatów czy Korowajów. Chcieliśmy nawiązać z nimi taki kontakt, żeby zachcieli opowiedzieć nam o swoim życiu, wyjaśnić genezę kanibalizmu, bo wiedzieliśmy, że na tamtych terenach występuje kilka rodzajów ludożerstwa: głodowe, magiczne, rytualne, sądowe czy kilka innych. Byliśmy ciekawi, które z nich występuje u Asmatów, a które u Korowajów.

-Chcieliśmy dowiedzieć się też o co chodzi u Asmatów z procesem adopcji. Wiedzieliśmy, że istnieją dwa różne typy adopcji z żalu i z zemsty. Adopcja z zemsty występowała tylko u Asmatów, nigdzie indziej na świecie. Co to było i o co w niej chodziło? Jednym z celów wyprawy była właśnie odpowiedź na to pytanie.

-Kolejną sprawą, która nas nurtowała jeszcze bardziej, była rzecz nad wyraz intrygująca. O Asmatach świat dowiedział się już w 1623 roku, kiedy to zobaczył ich ze swojego statku kupiec holenderski Jan Carstensz. Od tego czasu, na przestrzeni wieków, podejmowane były liczne próby nawiązania z nimi kontaktu i poznania ich. Niestety, Asmaci wszystkich nowoprzybyłych skutecznie wyganiali ze swojego terytorium i nie dopuszczali do siebie nikogo z zewnątrz. Dlatego wkrótce w świecie zyskali reputację jednego z najbardziej mściwych i żądnych krwi plemion, które zdecydowanie lepiej omijać z daleka. Dotrzeć do nich udało się dopiero misjonarzom w drugiej połowie XX w. Kilka lat później, ci groźni kanibale przyjęli Chrześcijaństwo. Chcieliśmy się dowiedzieć jak to możliwe, że przez taki czas nikt nie mógł do nich się nawet zbliżyć, a misjonarze w tak krótkim czasie ich ochrzcili?

-Następnym celem było poznanie Asmatów od innej strony, tej łagodniejszej. Chcieliśmy przyjrzeć się z bliska ich twórczości. Asmaci są uważani za najwspanialszych rzeźbiarzy Pacyfiku i okolic. Chcieliśmy dowiedzieć się jak zostać mistrzem rzeźbiarstwa ( ‘wowipits’ – w języku Asmatów ), dlaczego, pomimo tego, że od kanibalizmu już dawno odeszli, antropofagia jest tak silnie zakorzeniona w ich kulturze. Nie wiedzieliśmy dlaczego wyrzeźbione głowy ptaków takich jak papuga kakadu czy dzioborożec są symbolami kanibalizmu. Tego mogliśmy się dowiedzieć tylko na miejscu, od nich samych.

– Chcieliśmy tez popłynąć na miejsce zaginięcia Rockefellera w 1961r i porozmawiać w Agats, z tym, który pomagał w akcji ratunkowej i ratował jego holenderskiego kolegę. Mężczyzna miał oficjalne zaświadczenie, że brał udział w akcji. Niestety zmarł na trzy lata przed naszym przybyciem.

-Chcieliśmy też zobaczyć co Asmaci robią obecnie, jak wygląda ich życie codzienne na Wybrzeżu Kazuaryn, na terenie tak nieprzyjaznym człowiekowi, gdzie przeważają mangrowce, bagna i grzęzawiska. Na terenie, gdzie jest największe na świecie skupisko potężnych, dochodzących od 5 metrów długości krokodyli różańcowych. Chcieliśmy zobaczyć jak cywilizacja wpłynęła na ich życie. Chcieliśmy poznać tę krainę znajdującą się na drugim końcu kuli ziemskiej, krainę kiedyś krwią i zemstą, a obecnie śmieciami i biedą płynącą.

cel osiągnięty w stu procentach. Spędziliśmy pośród plemion Asmatów, Korowajów i Dani dość czasu aby zrozumieć ich sposób życia, oraz dowiedzieć się wiele rzeczy, o których nie pisze żadna książka i nie opowiada żaden film.

173 56a DSC_0531

Szersze informacje:

PAPUA ZACHODNIA: OSTATNIE POKOLENIA

Czerwiec 2017r. spędziliśmy na Papui Zachodniej podążając śladami ostatnich ‘dzikich’ plemion. Wiele z rdzennych ludów Papui zostało już dotkniętych procesem cywilizowania, jednak nadal żyją oni według zasad wytyczonych przez swoich przodków, ale są też takie, które nie poddały się ‘ucywilizowaniu’ w ogóle. Nie są to co prawda całe plemiona, bo co oczywiste, ludzie młodzi jak najbardziej opowiadają się za lepszym, łatwiejszym życiem i przenoszą się do wiosek i miast, jednak starsi nadal wiodą życie takie, jakie było udziałem wszystkich jeszcze nawet 50~60 lat temu.

Mówimy tutaj o kanibalach i łowcach głów jak np. Korowaje czy Asmaci ale także o plemionach, które prowadziły łowicko- rolnicze życie jak na przykład Dani.

Każde z tych plemion zamieszkuje inny region Papui, ma inne zwyczaje i wierzenia, ale każde z nich potrafi być tak samo niebezpieczne ale też niezwykle ciekawe. Spędziliśmy pośród tych plemion wiele dni i mieliśmy niepowtarzalną okazję przyglądać się ich życiu, uczestniczyć w kilku bardzo ważnych dla nich obchodach oraz brać udział w niektórych czynnościach dnia codziennego.

Staraliśmy się zrozumieć ich świat, ich sposób patrzenia na życie. Dzięki wspaniałemu przewodnikowi, mieliśmy możliwość poznania ich zwyczajów i wierzeń, ale przede wszystkim mogliśmy się w nie zagłębić i poznać ich genezę. A zdecydowanie było co poznawać.

W Dolinie Baliem odwiedziliśmy kilka wiosek Dani. Jedna z nich jest oddalona od Wameny o 7 km. Żyją tam cztery klany. Jest to wioska, do której turyści nie docierają, pomimo tego, że jest tak blisko od miasta. Dlaczego? Gdyż wszyscy chcą pojechać trochę dalej, do innej wioski ( 12km) tam, gdzie znajduje się około 350 letnia mumia wodza plemienia Kurulu. Tutaj turyści są taką rzadkością, ze małe dzieci płakały na nasz widok. Spędziliśmy czas ze starszyzną, która opowiadała nam o swoich zwyczajach i swoim życiu. Aż trudno uwierzyć, że w samym centrum cywilizacji może skrywać się taka perełka. Kolejną odwiedzona przez nas wioską była oddalona od Wameny o 11km, miejsce już zdecydowanie bardziej cywilizowane, z dostępem do telefonów komórkowych i prądu. Tutaj jednak mogliśmy zobaczyć, jak cywilizacja powoli wdziera się do ich kultury, ale jak mimo wszystko zostaje wypierana jeszcze przez ich zwyczaje. Prąd, z którego nikt nie korzysta, rozpalając ogniska w tzw hunila, czyli kuchni, telefon komórkowy, muzyka z którego, kołysze do snu dziecko umieszczone w nokenie, siatce wyplatanej przez kobiety z włókien kory specjalnego drzewa. Zaobserwować tu mogliśmy zderzenie dwóch światów, i jak Dani nieporadnie radzą sobie z rzeczywistością narzuconą przez białego człowieka, głównie misjonarzy. Wiemy też dlaczego Dani, jako jedyni na całej Papui nigdy nie byli kanibalami. Odpowiemy na pytanie co to jest etai lub edai. Dlaczego niektórzy misjonarze uparcie twierdzą, że Dani to kanibale, i dlaczego Dani jednak kanibalami nigdy nie byli.

Doszliśmy też do Korowajów, ludzi drzew, żyjących głęboko w dżungli. Tutaj weszliśmy już do świata byłych ludożerców. Ostatni przypadek kanibalizmu miał miejsce w 2012r, głęboko w dżungli. Powody, z których był zjadany drugi człowiek wcale nie są takie oczywiste jak do tej pory przypuszczaliśmy. Potrafimy wytłumaczyć na czym polegał cały proces zjadania człowieka. Każdy fragment zabitego był bowiem zjadany według specjalnych wytycznych i pozycji w klanie. Obecnie Korowajowie nie lubią, kiedy nazywa się ich kanibalami. Dlaczego? To również możemy wyjaśnić.

Większość Korowajów obecnie zeszła z drzew i żyje już na ziemi. Organizacje rządowe zbudowały dla nich wioski przy rzece Sirets. W lesie, na drzewach pozostali już głównie ludzie starsi, niektóre kobiety i dzieci. Ci, co pozostali żyją jednak według zasad wyznawanych z dziada pradziada. Wiele dni spędzonych w różnych klanach, pozwoliły nam na poznanie ich życia, zwyczajów i wierzeń. Pomogło też bardzo zrozumieć podłoże ich kanibalizmu. Klanów obecnie pozostających na drzewach jest 28 a w każdym klanie jest średnio 5~6 osób. Zdobyliśmy tu bezcenną wiedzę i doświadczenia, których nigdy nie zapomnimy. Powiemy dlaczego Korowajowie nie smucili się zjadając np. najbliższego przyjaciela czy członka rodziny. I wyjaśnimy dlaczego do Korowajów rocznie dochodzi dużo mniej osób niż np. na Mount Everest.

Kolejne plemię to Asmaci. Byliśmy w Atsy, odwiedziliśmy też między innymi wioski Omandesep i Pirien, oraz spędziliśmy jakiś czas w Agats, gdzie zobaczyliśmy Muzeum Kultury i Sztuki Asmatów. Obecnie są oni najbardziej cywilizowani ze wszystkich trzech wymienionych plemion, żyją w miastach, a właściwe w niedużych miasteczkach i malutkich wioskach na brzegach rzek. Domki zbudowane są na drewnianych palach i połączone drewnianymi pomostami. Tutaj również pozostaliśmy w świecie byłych ludożerców. Co prawda ostatni przypadek zjedzenia człowieka w tym plemieniu miał miejsce pod koniec lat 70tych, ale ludożerstwo nadal jest silnie zakorzenione w ich kulturze. Mieliśmy okazję przekonać się, że nadal pozostają oni ludem bardzo prymitywnym, wręcz krwiożerczym, z bardzo niskimi pobudkami. Pierwszy raz świat o nich dowiedział się w 1623 roku, ale dopiero w drugiej połowie XX w udało się ludziom z zewnątrz dotrzeć do nich, wejść do wiosek i poznać ich. Byli to holenderscy misjonarze. Po kilku krótkich latach to najbardziej krwiożercze plemię świata przeszło na chrześcijaństwo. Jak to się stało? Jakim cudem misjonarze ich przekonali? Wiemy też, co to jest proces adopcji, jak ją postrzegają, kto może być adoptowany i po co oraz kiedy ten proces następuje. Dlaczego głowy ptaków są tutaj symbolami ludożerstwa? Asmaci są bardzo utalentowanymi rzeźbiarzami. Ich prace w drewnie słynne są na cały świat. Twórczość tego plemienia w całości opiera się na symbolice związanej z ludożerstwem. Kanibalizm jest bardzo silnie zakorzeniony w ich umysłach, pomimo tylu lat nazwijmy to ‘wstrzemięźliwości’ Temat ludożerstwa u Asmatów jest bardzo szeroki i głęboki, podobnie jak rzeki otaczające ich tereny.

Pozdrawiamy

Alicja Kubiak, Jan Kurzela

3. Dzik Grzegorz- Samotny trawers półwyspu Skandynawskiego

„NAJDZIKSZA SKANDYNAWIA-5000 KM. SAMOTNEGO TRAWERSU”

Grzegorz Dzik jest Polakiem, który samotnie przemierzył Półwysep Skandynawski, pokonując dystans 5000km przez Norwegię, Szwecję i Finlandię w ciągu jednej wyprawy i sile własnych mięśni. Spędził na zewnątrz ponad rok, żyjąc w namiocie od czerwca 2016 do końca sierpnia 2017 roku.

Swoją wyprawę relacjonował we wpisach z pięknymi zdjęciami na swoim blogu „Gdzie jest Dzik”. Było to pierwsze przejście Półwyspu Skandynawskiego w historii i jak do tej pory jedyne.

06 15 18

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

IMG_9161

Wyprawę zacząłem planować w styczniu 2016 roku. Początkowym założeniem był jedynie trawers Norwegii na trasie Lindsenes – Nordkinn i pokonania dystansu około 3000 km. Po miesiącu przygotowań postanowiłem jednak przedłużyć trasę i przemierzyć również Finlandię na całej długości kraju i zakończyć wyprawę w Helisinkach.
Z tym celem i założeniem po miesiącach przygotowań i planowanie wyruszyłem.
Szedłem bezdrożami, unikając szlaków turystycznych i dróg publicznych. Spałem w namiocie przez praktycznie cały rok wyprawy. Mimo, iż należałem do norweskiego stowarzyszenia turystycznego, która obejmuje sieć chat dla wędrowców w całej Norwegii otwierane  za pomocą jednego klucza, musiałem je omijać, gdyż uzależniony od snu w namiocie, nie mogłem spać w tego typu przytułkach. Czasem bywałem zapraszany przez lokalnych mieszkańców, jednak odmawiając gościny, musiałem odmawiać noclegu z powodu cierpienia na bezsenność w zamkniętym pomieszczeniu.
Dodatkowym założeniem było stworzenie  dokumentacji filmowej przy użyciu profesjonalnej kamery do realizacji filmu. Wróciłem z pełnym dokumentem, nad którym obecnie trwają prace.
Poszczególne punkty na trasie zaznaczałem przy użyciu lokalizatora SPOT oraz nawigacji Garmin, jednak po awarii urządzenia zaznaczałem jedynie swoją pozycję zrzutami ekranu w telefonie oraz na etapie fińskim – na nawigacji.
Przeżyłem niejedno zatrucie pokarmowe, hipotermię, zatopienie części sprzętu, rany otwarte, połamanego kciuka po upadku na nartach, kiedy to w środku zimy w północnej Szwecji przyszła nagle odwilż a następnie mróz, zamieniając wszystko w bardzo zdradliwy lód. Latem pleśń z powodu obfitych deszczów i wilgoci stała się normalnością. Rozprzestrzeniła się na plecaku, śpiworze, ubraniach. Zużyłem kilka par obuwia (trekkingowego i narciarskiego), 3 plecaki, 3 namioty. Przeżyłem kilkadziesiąt sztormów i zamieci śnieżnych. Przejście Parku Narodowego Sarek było jednym z najtrudniejszych odcinków wyprawy, kiedy codziennie wpadałem do zamarzniętych rzek przy temperaturach -8/-22/-35. Nigdy jednak ni zapadłem w chorobę czy przeziębienie. Niektóre zatrucia pokarmowe były spowodowane nieczystościami w wodzie. Ostatnie zatrucie jakie pamiętam dostałem w Laponii w dniu swoich 33 urodzin w lutym przy temperaturze -28C. Biegunka i wymioty trwały tydzień Odwodniony i osłabiony straciłem wówczas na wadze 3 kilogramy.
Po przejściu Parku Narodowego Sarek miałem wypadek. Wpadłem między dwa kamienie,w  których utknęła mi stopa a ciało poleciało do przodu. Doznałem urazu naderwania mięśnia krawieckiego, odpowiedzialnego za podnoszenie kończyny dolnej. W dość ciężkim stanie dotarłem do drogi, kilka kilometrów od miejscowości Gallivare w północnej Szwecji. Stamtąd zostałem zabrany przez ambulans. Spędziłem w szpitalu kilka dni, po czym zostałem przetransportowany do Narviku a następnie do Tromso. Po 2 miesiącach rekonwalescencji wróciłem w to samo miejsce by kontynuować wyprawę. Przerwa trwała od 6.12.2016 do 7.02.2017. Po ponad 8 miesiącach (10 miesiącach od wyruszenia)n dotarłem na kraniec północny kontynentu pod koniec kwietnia 2017.
Z Nordkinn zawróciłem na południe wciąż jeszcze poruszałem się na nartach (aż do czerwca 2017) i pierwsze 200 km przebyłem pokrywając tę samą trasę do Finlandii. Szedłem na nartach ażprzyszła wiosna i skończył się śnieg. Kolejne 200 km przebyłem pieszo lasem do miejscowości Vuotso skąd kontynuowałem wyprawę wiosłując w kanadyjce. Przespłynąłem w ten sposób jezioro Tekojarvi i wypływającą z niego rzekę, kierując się do Kemijarvi, następnie w stronę Parku Narodowego Oulanka i rzeki Oulankajoki, W tamtym czasie spotkała mnie przykrość i zostałem okradziony ze sprzętu wyprawowego. Bez możliwości kontynuowania wyprawy rzekami wschodniej Finlandii postanowiłem przebiec ostatnie 900km trasy, pokonując maraton dziennie, bez wsparcia, śpiąc na zewnątrz w lekkim śpiworze, jedyny przykryty folią NRC. Mój plecak do biegania ważył jedynie 3 kg. Aby zjeść musiałem biec do najbliższego miejsca takiego jak stacja benzynowa czy przydrożne bary…Czasem jednak nie miałem szansy na posiłek po wyczerpującym maratonie….

4. Henning Sebastian- Aventura Azja 2017

Celem wyprawy było dotarcie głównie autostopem do Nepalu (z użyciem samolotów czy promów między wyspami i kolei Transsyberyjskiej przez Rosję). Motywem przewodnim było sprawdzenie bezinteresowności ludzkiej pomocy, mimo różnic kulturowych i religijnych,poznanie samych siebie, przejechanie w trójkę jak największej ilości kilometrów stopem oraz odkrycie nowych doznań i smaków kulinarnych.Ruszyliśmy z Polski przez 23 kraje, docierając do Indii. Przeżyliśmy trekking w górach Chamar Daban, spędziliśmy z Polonią w Seulu Dzień Flagi Narodowej Rzeczypospolitej Polski, całkiem przypadkiem poznając zaraz po wypadku Tomka Golloba jego siostrę podczas obchodów w Korei. Jeden z członków wyprawy  przeszedł przewlekłe zapalenie oskrzeli w Malezji, inny zaś  złamał rękę we Wietnamie. Przeżyliśmy  także  walki o miejsce w pociągu w Indiach.

Ruszyliśmy z Polski przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Rosję, Japonię, Koreę Południową, Chiny, Hong Kong, Makau, Tajwan, Filipiny, Brunei, Malezję, Indonezję, Singapur, Tajlandię, Kambodżę, Wietnam, Laos, docierając do Indii. Jednak z uwagi na złamaną we Wietnamie rękę Sebastiana, odzywające się problemy z kręgosłupem Mateusza i powodzie błotne w Nepalu, zdecydowaliśmy się zakończyć wyprawę w Dehli.

Biorąc pod uwagę zaplanowane cele podczas podróży to w zasadzie oprócz dotarcia do samego Nepalu spełniliśmy wszystkie cele. Pokonaliśmy trasę Moskwa-Irkuck-Władywostok koleją Transsyberyjską, odbyliśmy trekking na Syberii, jedliśmy Omule nad samym Bajkałem, widzieliśmy kwitnące wiśnie w Japonii, poznaliśmy Polonię w Seulu, nurkowaliśmy z rekinami wielorybimi na Filipinach, na Borneo spotkaliśmy orangutany i nosacze sundajskie, dotarliśmy na wyspę Koh Rong w Kambodży, byliśmy w Paradise Cave we Wietnamie i przeżyliśmy całonocną podróż przepełnionym indyjskim pociągiem.

2017-08-09-12-07-55 20170402_205025

DCIM100GOPROGOPR0149.JPG

hdr_00305_normal

Szersza relacja:

Naszym celem było dotarcie aż do Nepalu, głównie autostopem przejeżdżając przez 23 państwa.

20 Marca Ruszyliśmy autostopem do Wilna, gdzie przeprowadziliśmy prezentację podróżniczą dla polskiej młodzieży, zwiedziliśmy miasto. Następnie była Ryga, później Tallin skąd płynęliśmy do Helsinek. Oprócz zapoznania się ze Starówką nie obyło się bez fińskiej sauny zakończonej kąpielą w zamarzniętym jeziorze. Następnie kierowaliśmy się do Rosji.Sankt Petersburg,Moskwa i Kolej Transsyberyjska, która okazała się fantastyczną przygodą.Przystanek nad Bajkałem i dalej do Władywostoku.Polecieliśmy do Tokio, a w całej Japonii spędzilismy równe dwa tygodnie. Zwiedziliśmy co się dało i promem przedostaliśmy się do Pusan(Korea Południowa). Odbyliśmy trekking na Deadusan i pojechaliśmy na Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polski, organizowany przez polską ambasadę w Seulu. Dzięki życzliwości księdza Jarka(Pallotyna) przedostaliśmy się ekspresowo samolotem do Pekinu. W Chinach zobaczylismy stolicę,Terakotową armię, Zhangjiajie Park Narodowy,Kanton,Hongkong,Makau i stamtąd polecieliśmy na Taiwan.Dwa tygodnie na Filipinach poświęciliśmy wyspie Cebu. Pływaliśmy z rekinami wielorybimi,żółwiami morskimi,sardynkami podziwiając rafę koralową. Masa wodospadów i świetnej zabawy.Następnie było Borneo i poszukiwanie Orangutanów w naturalnym środowisku, które zakończone było sukcesem. Kolejne magiczne miejsca to Kuala Lumpur i Singapur skąd lecieliśmy do Tajlandii.

Właśnie tam spędziliśmy najwięcej czasu. Przez miesiąc czasu zwiedziliśmy Bangkok,najpiękniejsze wyspy ,odbyliśmy trening muay-thai i rozkoszowaliśmy się tajskim jedzeniem. Gdy miesięczna zmierzała ku końcowi pojechaliśmy do Kambodży.Angkor Wat i wyspa Koh Rong zostaną na zawsze w naszej pamięci. Kolejne Państwa to Wietnam,Laos i ostatni przystanek Indie.

Przygodę w Indiach rozpoczęliśmy w Kalkucie. Nie obyło się bez modlitwy nad grobem św.Matki Teresy.Następnie Waranasi i rzeka Ganges,Agra i Taj Mahal a ostatnim przystankiem w Azji było New Delhi.

Polecieliśmy do Wiednia skąd stopowaliśmy do Polski, zahaczając Czechy. Pierwszym naszym celem po powrocie do kraju była Jasna Góra i wspólna modlitwa z wcześniej wspomnianym Ks. Jarkiem z Seulu przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej w podziękowaniu za bezpieczny powrót do domu.

Nie spodziewaliśmy się aż tylu przygód, poznanych niesamowitych ludzi i odwiedzonych magicznych miejsc.

Przejechaliśmy długość równika a nasz wynik to 45379 kilometry.

5. Wiśniewski Piotr- Wakacje za jeden grosz

Rezygnujemy z zagranicznych podróży wakacyjnych ze względów finansowych. Własnym przykładem udowodniam, że niewielkim nakładem środków można eksplorować. Mój pomysł jest adresowany do nieograniczonego kręgu odbiorców. Podczas moich podróży oprócz samotnych wilków spotykałem rodziny z małymi dziećmi przewożone w przyczepkach, osoby w podeszłym wieku znudzone siedzeniem w domu a także pary, małżeństwa i grupy przyjaciół spędzające wspólnie wakacje. A może czas żebyś Ty dołączysz do nas? Przecież za niewiele można tak wiele …
Od pięciu lat trzymamy się razem – ja i mój rower. Samotniczość (proszę nie mylić z samotnością ) to przestrzeń wyłącznie dla mnie. Stoję na stanowisku, że państwo w trosce o dobro swoich obywateli powinno wprowadzić nakaz dla każdej osoby pełnoletniej spędzenia kilku dni w samotności z daleka od domu.

Cel wyprawy-

Przekroczyć krąg polarny. Z Gdańska samolotem do miejscowości Turku, skąd kierowałem się do Rovaniemi (gwóźdź programu wizyta w muzeum poświęconym Arktyce ), następnie Szwecja gdzie z miejscowości Nynashmn wróciłem promem do Polski. Czas trwania 20 dni, 2320 km zmagań z przyrodą i samym sobą. Była to dotychczas moja najdłuższa wyprawa, 19 dni spędzonych w podróży, jeden dzień przymusowej przerwy. Podczas wyprawy nie korzystałem z innych środków lokomocji.

Postawienie celów i ich konsekwentna realizacja. Mój pomysł polegał na zbieraniu po drodze śmieci podlegających segregacji i zwrot do najbliższego punktu skupu. Narodził się on już podczas mojej pierwszej samotnej wyprawy Bydgoszcz – Haga (Holandia). Jadąc rowerem doświadcza się i spostrzega rzeczy dookoła siebie, a że w znakomitej większości poruszam się po drogach, jestem naocznym świadkiem ilości śmieci znajdujących się w pasie drogowym. Pytanie, dlaczego pozostawiamy różne przedmioty tkwiło w mojej głowie ( dla mnie jest rzeczą nie do pomyślenia, żeby jadąc rowerem wyrzucać śmieci gdzie popadnie ). Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w niektórych krajach jest prawo, które nakłada na sklepy obowiązek prowadzenia recyklingu. Przez przypadek dowiedziałem się o tym podczas wyprawy rowerowej do Norwegii. Wtedy pomyślałem a może wyprawa 2w1? Od tego czasu minęło 3 lata i w końcu postanowiłem, że ze „sprzątania” uczynię jeden z celów podróży. W ten sposób chciałem wyrazić szacunek dla Planety. Postrzegam siebie jako obywatela Ziemi a nie konkretnego państwa dzięki czemu wszędzie czuje się jak u siebie w domu. Nie było to przedsięwzięcie proste do zrealizowania. Choćby kwestie takie jak bezpieczne zatrzymanie roweru, żeby zabrać pojemniki i ruszyć w dalszą drogę lub gdzie je umieścić, gdy sakwy rowerowe są spakowane po brzegi. Nie bez znaczenia był fakt, że szklane butelki są ciężkie a jazda na rowerze opiera się wyłącznie na sile własnych mięśni. O tym m.in. chce opowiedzieć podczas prezentacji. Realizując swój plan miałem także dodatkowe fundusze do dyspozycji. Wyprawa miała dać mi odpowiedź na pytanie, które zarazem stanowi moje największe marzenie podróżnicze „czy jest możliwa do zrealizowania daleka wyprawa do innego państwa bez pieniędzy, kart kredytowych za to z wiarą w ludzi i samego siebie” ( nie wkluczam również w przyszłości wyprawy gdzie całość środków finansowych uzyskanych ze zbierania śmieci przeznaczę na cel społeczny lub charytatywny a poprzez rozpropagowanie pomysłu w mediach społecznościowych zwrócę się z prośbą o wsparcie ).

Poza tym podjąłem starania, żeby nie płacić za noclegi. W ten sposób byłem pewien, że wyprawa będzie obfitowała w niespodzianki. Nie pomyliłem się. Pomimo, że od wyprawy minęło kilka miesięcy jestem w stanie z pamięci odtworzyć w porządku chronologicznym miejsca, w których nocowałem ( np. szatnia klubu piłkarskiego, chata turystyczna w górach, nieczynna szkoła podstawowa, plac zabaw, park, plaża, nad brzegiem jeziora, rzeki, przystań wodna).

Gdy tylko złożę rower na lotnisku mam przewodnią myśl „I’m coming home”. Oznacza to, że wybieram najkrótszą trasę pozbawioną turystycznych atrakcji. Staram się także na ile jest to możliwe bez nakładania trasy wybierać drogi lokalne. Wiadomo, że czym mnie pojazdów mechanicznych szczególnie ciężarowych tym lepiej, przyjemniej i bezpieczniej.

20170807_124937

Szerszy opis:

Była to moja piąta samotna wyprawa rowerowa. Poprzednie 4 w kolejności alfabetycznej to : Bydgoszcz- Haga ( Holandia ), Girona ( Hiszpania ) – Couvin ( Belgia ), Bergen ( Norwegia ) – Lubeka ( Niemcy ), Rzym ( Włochy ) – Żywiec ( Polska ). Mieszkam i pracuję w Bydgoszczy. Jestem mężem i szczęśliwym ojcem 5 letniej Kai i 6 letniego Ksawerego. Przed wyprawą obieram sobie punkt, do którego chce dotrzeć. Pomaga to w kontynuowaniu podróży pomimo licznych przeszkód. Powtarzam sobie noga za nogą – do przodu. Zazwyczaj chcę przekroczyć granicę. To stanowi moją motywację. Myślę, że granica ma pewne symboliczne znaczenie. Z założenia nie korzystam z żadnych innych środków transportu choć niekiedy okoliczności faktyczne wymuszają koniczność zmiany planów ( np. Kiedy mam wykupiony bilet powrotny i wiem, że na rowerze nie dotrę na czas). Na co dzień nie jeżdżę rowerem brak chęci i czasu. Jazdę na rowerze łącze z realizacją pasji do podróży. Lubię aktywny tryb życia. Z czasem wykułem motto „the harder the better” ( czym trudniej tym lepiej ). Jest to szkoła przetrwania. Umartwiam swój organizm wierząc, że w ten sposób, jestem w stanie wyjść na inny poziom życia duchowego (przez cierpienie do oświecenia ). Dla mnie jest to przede wszystkim okazja wglądu w samego siebie i przezwyciężenie słabości i wewnętrznych lęków. Wracam to źródła, kiedy to podporządkowuje cały wysiłek i umiejętności w zaspokojeniu podstawowych potrzeby życiowych. Wówczas rozumiem, że do szczęścia wystarczy tak niewiele. Jestem spełniony, kiedy po całym dniu w drodze znajdę miejsce, gdzie czuje się bezpiecznie, jest mi ciepło, jestem najedzony i mogę zregene. Jest to mój rodzaj medytacji. Szukam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Gdy wyjeżdżam mam wiele negatywnych emocji do siebie, ludzi i otaczającego świata. Śpiąc w główniej mierze w namiocie przez 24 h jestem w bliskim kontakcie z naturą. W ten sposób oczyszczam ciało i umysł. Mam wrażenie, że wracam lepszym człowiekiem. Dom stanowi prawdziwe królestwo. Po powrocie doceniam i zauważał rzeczy, na które przed wyjazdem nie zwracałem uwagi.

Nie bez znaczenia jest także poznanie nowych miejsc poza utartymi szlakami turystycznymi. Wszelkie inspirację czerpię z wnętrza siebie. Podświadomość kieruje moim postępowaniem. Nikogo nie kopiuje, nie naśladuję. To, że kierują się własną intuicją daje mi dodatkowego „kopa”. Tam żyją właśnie fantastyczni ludzie, którzy zostają na zawsze w mojej pamięci. Bez wątpienia oni stanowią źródło mojej energii. Kiedy doświadczam bezinteresownej pomocy chcę zwrócić to z nawiązkom innym potrzebującym mojej pomocy. Jest to łańcuch, który łączy ludzi dobrej wolni niezależnie od ich przekonań religijnych i światopoglądowych. Dzięki życzliwości staję się bardziej wrażliwy i obecny.

 

Podczas tego rodzaju wypraw przekraczam własne granice. Przed wyprawą, gdyby ktoś mnie spytał, czy miałbym odwagę zapukać do drzwi pierwszego lepszego domu i poprosić o nocleg powiedziałby, że to jest poza moje sprawcze możliwości. Myliłem się. Okoliczności faktyczne ( zmierzch, niekorzystne warunki atmosferyczne, pęknięty pałąk do namiotu uniemożliwiający jego postawienie, zimno, brak suchych ubrań zmęczenie ) wzbudziło we mnie uczucie strachu o własne życie. Gdy doświadczyłem tego wszedłem na inny poziom myślenia. Wówczas dokonałem rzeczy wcześniej niemożliwej. W obcym państwie ( Szwecja ) zapukałem do drzwi najbliższego domu i poprosiłem o pomoc. Jest to trudny moment. Jednakże po czasie uważam, że jeszcze trudniejszy dla osób, których postawiłem w takiej sytuacji. dzięki temu zdarzeniu już wiem, że gdy nasze życie lub zdrowie jest zagrożone dokonujemy rzeczy niemożliwych. Naprawdę warto. Dzięki mojemu „przełamaniu się” doświadczyłem cudownych chwil. Z gospodarzami rozmawiałem do późnych godzin a noc spędzona w salonie w czystej, pachnącej pościeli – niezapomniane przeżycie.

 

Co widzimy jak wyjeżdżamy w daleką podróż w nieznane? Uważam, że nastawienie jest kluczem do sukcesu. Mam tutaj na myśl nie tylko rzeczy spostrzegane przez nasze zmysły ale także co widzimy w naszej wyobraźni. Tam powstają obrazy i wymyślone zdarzenia. Nie inaczej ma się rzecz z obserwacją teraźniejszości. Przedmiot, człowiek, zdarzenie, dźwięk, ciemność – wszystko jest doświadczaniem życia. Czy mam strach przed tym co mnie czeka czy pełen nadziei oczekuje bliskiej przyszłości? Jak rozpoczynałem swoją przygodę z samotnymi wyprawami świat zagrożeń wydawał się niezniszczalny. Potężniejszy ode mnie. W pierwszą samotną wyprawę wyruszałem z przymusu. Kompan, z którym wcześniej wyjeżdżaliśmy, w ostatniej chwili zrezygnował. Wydawało się, że wyprawa rowerowa jest mi niepisana. Nigdy wcześniej nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym samotnie podróżować na rowerze. Gdy już wreszcie odważyłem się i podjął decyzję, że wyruszam, spóźniłem się na samolot ( nie miało znaczenia, że mieszkałem 5 km od lotniska ). Nie poddałem się. Wyruszyłem z duszą na ramieniu. Przed wyjazdem spełniłem „obowiązki” charakterystyczne dla samobójców (modlitwa, spowiedź, szczery żal za grzechy, dokończenie od dawna niezakończonych spraw). Wtedy miałem motywację, że potrzebuje zmiany w swoim życiu. Jeszcze raz sprawdziło się, że strach ma wielkie oczy a wyprawa choć bardzo wymagająca pod każdym względem, okazała się fantastycznym przeżyciem. Wystarczy powiedzieć, że przez cały rok nie mogłem doczekać się kolejnej z tym, że już tym razem w pełni świadomie wybranej samotnej wyprawy

 

Obecnie po przejechaniu około 9 tys. km myślę, że szklanka jest do połowy pełna. Wychodzę z założenie, że widocznie „ta” trasa jest moją trasą i dla mnie jedyną właściwą. Przekładam to na codziennie życie, gdzie podobnie często zastanawiamy się czy musiało do tego dojść. Nauczyłem się wierzyć, że widocznie musiało, skoro doszło. Jadę po naukę. To co mnie spotyka jest „Moje” niepowtarzalne. Staram się być obecnym wszystkimi zmysłami.

Podczas moich podróży uczę się „być” a nie oceniać. Mam tu m.in. na myśli pokonywanie drogi przy różnych warunkach atmosferycznych. Bardzo dużo czasu zajęło mi zanim zrozumiałem o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Nauczycielem moim okazał się wiatr i deszcz. Dni, kiedy poruszałem się zmarznięty z prędkością 10 – 15 km/h były wyjątkowo trudne. Stawiałem sobie wtedy pytanie, po co ja to właściwie robię. Czy to moje rozdmuchane ego steruje moją ambicją. Dopiero, gdy zrozumiałem, że walka z żywiołem pozbawiona jest sensu znalazłem siłę do dalszej drogi. Jedyne co mogłem zrobić to zaakceptować i „zaprzyjaźnić się” z siłami przyrody. Nie twierdzę, że nie bywa, że mamy siebie czasami serdecznie dosyć. Kłócimy się, dyskutujemy nawet obrażamy, ale już nie myślę „O mój Boże – wiatr, deszcz, zimno. Dlaczego właśnie mnie to spotkało?!

Dlaczego wyprawy w pojedynkę? Przede wszystkim dlatego, że inne zmysły uruchamiamy. Podstawą oczywiście jest przyjemność z jazdy na rowerze (zajmuje to około 7 godzin w ciągu dnia ). Wysiłek w pokonywaniu trasy porównałbym do balona wypełnionego powietrzem, z którego w miarę pokonywania trasy ono uchodzi. Można powiedzieć, że wyprawy mają różne etapy – gdy balon jest wypełniony i kiedy jest zupełnie pusty. Wtedy szukam energii z zewnątrz niekiedy wewnątrz siebie. Energii, która da mi siłę. Wtedy dobrze spotkać kogoś na swojej drodze i podłączyć się. Zjawisko „wyłączonego prądu: najgorszy moment.

Czy to przypadek, że najcudowniejszy moment doświadczyłem po najtrudniejszym etapie podróży? Nie wydaje mi się!!! Przez pełne dwa dni padał deszcz. Ziemia była nasiąknięta wodą do tego stopnia, że drogi gruntowe były nieprzejezdne. Pozostawały drogi asfaltowe. Ale jak to w życiu zazwyczaj bywa coś za coś. Pęd przejeżdżającego pojazdu sprawiał, że po chwili cały byłem mokry. Dodatkowo napotkałem na duże natężenie ruchu. Jakby tego było mało poruszałem się w górach. Znaczy to nie mnie nie więcej, że z góry jeździe się 15 min a pod górę wjeżdża około 45 min. Nie będę się szczegółowo rozpisywał, że sakwy rowerowe nasiąknięte wodą są parę kg cięższe a po nocy spędzonych w namiocie stracił on cechy reklamowane przez producenta jako ultralekki. Cały zmarznięty i mokry zamierzałem nie poddawać się i kontynuować jazdę na rowerze. Zresztą nie miałem wyjścia. Gdy się bowiem powoli rozglądałem za pociągiem okazało, że w Szwecji nie wolno przewozić rowerów pociągami. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że widocznie muszę ważnego coś przerobić. Szybko jednak traciłem energię. Byłem u kresu wytrzymałości. Uratował mnie wierszyk, który czytałem mojemu 2 – letniemu dziecku a w zasadzie stwierdzenie „w walce z górą ten coś wskóra gdy się stanie sam jak góra”. Obsesyjnie powtarzałem to setki razy, jak majaczenie w gorączce. Nie wiem jakby to się skończyło, gdyby pod koniec drugiego dnia nie przestało padać. Kiedy na wpół żywy rozglądałem się za noclegiem a znajdowałem się wówczas w górach, spostrzegłem daleko, na szczycie jednej z gór, przebijające się promyki światła. Nawet nie miałem odwagi sądzić, że może „przyjść” do mnie. Z uwagi na późną godzinę droga była pusta. Nastała cisza. Słońce coraz odważniej przebijało się przez gęste chmury. Gdy w końcu to się stało i promienie słońca oświetliły moją twarz doświadczyłem oświecenia. Zrzedłem z roweru, klęknąłem i zacząłem płakać. To nie był jednak zwykły płacz. To był najcudowniejszy moment w moim życiu. Płacz niósł ze sobą oczyszczenie. Wtedy zrozumiałem jak wielką potęgą jest słońce i czym jest dla życia na Ziemi. Pomyślałem, że słońce świeci zawsze tylko niekiedy przysłaniają je chmury. Analogię stanowi życie ludzkie. Można całe życie widzieć tylko chmury (ludzkie troski, ambicję, dążenia, rozczarowania itd.). Pochłaniają one całą naszą energię. Są to sprawy które odciągają nas od istoty Istnienia. Jednak gdy się wydarzy coś niezwykłego lub dramatycznego i ujrzymy słońce, które ogarniemy wszystkimi naszymi zmysłami to dla tej jedej chwili warto żyć.

Odnośnie zbierania pojemników to pomysł jest ciekawy i możliwy do zrealizowania choć na tej wyprawie stanowił jedynie aspekt dodatkowy. Okazało się, że trasa którą zamierzam przejechać jest zbyt daleka, żeby zbierać wszystkie odpady pozostawione przy drodze tak jak sobie to pierwotnie założyłem. Wyposażony w dodatkowy plecak początkowo zbierałem wszystkie pojemniki. Jednak było to zbyt męczące. Poruszałem się rowerem z skawami ważącymi 16 – 20 kg ( pojemniki to extra obciążanie). Obrazowo można przyrównać wykonywanie manewrów drogowych takim rowerem do pojazdu ciężarowego. Problem rodził się już na początku, gdy spostrzegłem obiekt i podjąłem decyzję o jego zabraniu ze sobą gdyż byłem już kilka metrów dalej. Następnie kwestia zatrzymaniem roweru, gdy poruszam się drogami wiążę się to z moim bezpieczeństwem i w końcu wykonanie manewru zawracania. Sprawę komplikował fakt, że nierzadko pas drogowy jest obniżony lub podwyższony względem ukształtowania terenu. Zaparkować bezpiecznie rower, żeby udać się po butelkę nie było możliwe gdyż zazwyczaj drogi nie posiadają pobocza lub pęd pojazdów wytwarzał podmuch który mógł przewrócić mój pojazd a upadek z ciężkimi sakwami mógł spowodować jego uszkodzenie. Jedyna możliwość to prowadzić rower ze sobą. Zajmowało mi to kilka chwil i wybijało z rymu pedałowania. Gdy się zważy, że dziennie jechałem 130 – 160 km potrzebowałem pełnej koncentracji. W konsekwencji musiałem zdecydować co jest dla mnie ważniejsze dojechać do koła podbiegunowego i wrócić zaplanowaną trasą czy zbierać pojemniki. Przeznaczyłem na wprawę 2 tygodnie (w rezultacie zajęła mi 3 tygodnie). Podjąłem decyzję, że ważniejsze jest osiągnąć cel. Od tego momentu pojemniki zbierałem w wolnym czasie (wyjątek czyniłem dla pojemników najlepiej płatnych he,he). Potrafiłem zebrać dziennie 30 pojemników.

Co zawdzięczam wyprawom? Przede wszystkim uczą mnie kierować się zasadą, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W każdej trudnej sytuacji, warto pomyśleć, że szklanka jest do połowy pełna. Gdy mamy otwarty umysł możemy minusy zamienić w plusy. W filmie poliskim „Miś” pojawia się stwierdzenie: „Pamiętajcie, żeby plusy nie przysłoniły wam minusów. Podczas ostatniej wyprawy byłem na siebie zły, że znowu wyjechałem bez należytego zabezpieczenia w sprzęt do ładowania urządzeń elektronicznych. Bez wątpienia stanowi to ujemny aspekt nocowania poza kampingami. Wtedy pomyślałem, że połączę przyjemnie z pożytecznym. Od tego czasu zwracałem się do lokalnych mieszkańców z prośbą o naładowanie baterii. Ten czas zamierzałem wykorzystać na posiłek lub odpoczynek. Pomysł przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że stanowi to doskonały pretekst do rozpoczęcia rozmowy. Zazwyczaj w takich momentach miałem okazję „opowiedzieć swoją historię” . Mówię na to historia życia w 5 minut. Jeżeli spodobała się chętnie zapraszano mnie do domu, częstowano jedzeniem, przedstawiano sąsiadom ( nieoczekiwanie stawałem się królem chwili ). Jeszcze suchy prowiant na drogę. To zainspirowało mnie dla lansowania tezy

„wakacje za jeden grosz”.

6.Leszczyński Stanisław- Rowerem przez Amerykę Południową

Data rozpoczęcia: 30.09.2016.  Data zakończenia: 27.02.2017

  • TRASA: BOGOTA, Kolumbia – USHUAIA, Argentyna: dystans około 11 000km.
  • Planowałem głównie jechać górami żeby w jak największym stopniu poznać najdłuższe pasmo na świecie – Andy
  • Kraje: Kolumbia, Ekwador, Peru, Boliwia, Argentyna, Chile
  • Miejsca: przede wszystkim Góry! Im wyżej tym lepiej! Bardzo mi zależało na przejechaniu w Peru przełęczy Punta Olimpica 4732m npm, zwiedzenia Machupichu, eksploracja Atacamy, Patagonii i Ziemi Ognistej.

CEL WYPRAWY

Planowany :

1) poznanie kultury krajów Latynoamerykańskich – to ludzie spotkani na trasie czynią wyprawę tak niesamowitą!,

2) zjedzenie świnki morskiej i lamy

3) przejechanie rowerem całego kontynentu, wjechanie na jedne z najwyższych przełęczy a Andach,

4) przejechanie Pustyni Atacama (między Argentyna a Chile)

5) przejazd całej Carretera Austral – jednej z najwspanialszych widokowo dróg na świecie w Chilijskiej Patagonii,

6) zobaczenie niesamowitej góry Fitz Roy,

7) pogadanie z pingwinami na Cabo Vergines,

8) dojechanie do mega odizolowanego Parku Narodowego Karukinka na Ziemi Ognistej no i….

9) dotarcie w jednym kawałku do KOŃCA ŚWIATA czyli Ushuaia

Szerszy opis:

Kiedy w lipcu 2016r kupiłem bilet na trasie: Berlin – Bogota, Ushuaia – Berlin wiedziałem że klamka zapadła i nie ma odwrotu! Jadę na największą przygodę życia! Rowerem przez cały kontynent Południowo Amerykański! Na przygotowania nie miałem praktycznie czasu. Pracuję jako serwisant rowerowy i do końca września jest cały czas dużo pracy. Ledwo zdążyłem wszystko spakować, przygotować a już siedziałem w samolocie do Bogoty! Bardzo się bałem. Wiedziałem że po wylądowaniu mogę liczyć tylko na siebie.

Kolumbia wcale nie okazała się taka straszna jak postrzegamy ja w Europie. Ludzie byli mega przyjaźni. Doświadczyłem tego już 1 dnia pedałowania. Będąc ponad 100km za Bogotą nagle zatrzymała się przede mną wielka Toyota Land Crusier. Kierowca machał mi żebym do niego podjechał. Pytał zaciekawiony skąd jestem, gdzie jadę. Kiedy dowiadział się, że jestem z dalekiej Poloni i jadę z Kolumbii na Ziemie Ognistą – Tierra de Fuego to… chwila konsternacji i… pyta gdzie to jest. Spokojnie wytłumaczyłem że to jeszcze za Patagonią, czyli na prawdziwym końcu świata!

Tak mu się spodobało moje przedsięwzięcie że zaprosił mnie do siebie i to… na 6 dni! W weekend organizował wyścig kolarski i nie mogło mnie oczywiście na nim zabraknąć! Przed zawodami też miałem co robić. Razem z jego ziomkami przygotowywałem trasę i zajmowałem się sprawami porządkowo – organizacyjnymi wyścigu. Zdecydowanie najfajniejszy był kontakt z tubylcami, zwłaszcza Paulą. Mimo braku profesjonalnego roweru wyścigowego zająłem tam wysoką lokatę i wygrałem kategorie dla zawodników zagranicznych. Jak wspaniale było odebrać nagrodę – czek 300 000 kolombijskich peso. VIVA LA COLOMBIA! Uwielbiam ten kraj! Dalsza trasa obfitowała w równie ciekawe spotkania, piękne tereny i premie górskie.

Na granicy Ekwadorskiej hardo wyglądający policjanci zapytali tylko czy… nie przewożę narkotyków. Moja odpowiedz, że to zbyt dużo lat w więzieniu skutecznie zniechęcała ich przed drobiazgową kontrolą. Zdecydowałem się jechać przez wschodnie tereny tego kraju, porośnięte dżunglą. Roślinność była niesamowita! Nie przewidziałem tylko jednego. W tych miejscach wyjątkowo często pada i wcale nie było tak ciepło jak mogłem się spodziewać. Jazda po górskiej, strome drodze z wieloma zakrętami w ulwie była równie ekscytująca jak i przerażająca. Zwłaszcza że w takich warunkach było wyjątkowo ślisko i ledwo co widać.

W Peru musiałem często zmagać się nie tylko z wrednymi pasami próbującymi mnie ukąsić ale również z problemami żołądkowymi… Poziom higieny jest tam bardzo niski. Na większości marketach gdzie się stołowałem – w garkuchniach nawet nie było bieżącej wody! Trudny ucieczek przed wygłodniałymi psami wynagradzały piękne górskie widoki. Tam pojęcie pod gorę nabiera innego wymiaru. 20,30,40, 50 km podjazdu to dzień jak co dzień. Do tego bardzo duże wysokości n.p.m skutecznie utrudniają oddychanie. Już tam zdałem sobie sprawę że bardzo cieżko będzie przebyć cały dystans rowerem. Dlatego dość długi odcinek – z Limy do Cuzco, około 1050 km przejechałem autobusem. To bagatela 24h jazdy po krętych górskich drogach. Dodając do tego delikatnie mówiąc nie do końca odpowiedzialnego kierowcę była to kolejna wielka przygoda!

Będąc w tym kraju nie mogłem przegapić odwiedzenia Machu Picchu. To stare miasto Inków schowane głęboko w dżungli na stoku góry. Wygląda jak by się unosiło w chmurach. Robi niesamowite wrażenie. Do tej pory nie wiadomo dokładnie jak zostało zbudowane. Nawet przy dzisiejszej technice nie było by to łatwe a miejsce to ma już ponad pół tysiąclecia lat!

Po przebyciu dalszych paruset kilometrów dojechałem do granicy Peruwiańsko – Boliwijskiej. Długo towarzyszył mi tam widok na jezioro Titi Caca. Jest to największe wysokogórskie, żeglowne jezioro na świecie. Tafla jeziora położona jest na niebagatelnej wysokości 3812 m n.p.m. a samo jezioro ciągnie się przez ponad 160 km. W La Paz podjąłem decyzję że resztę Boliwii, około 850 km pokonam autobusem. Byłem w tym kraju rok temu. Udało mi się sporo zwiedzić. Po dojechani do Argentyńskiej granicy w La Quiaca znów zacząłem mozolne pedałowanie.                                Jednym z moich głównych celów wyprawy był przejazd przez Atakamę. Pierwotnie zakładałem przejazd przez w miarę uczęszczane przejście graniczne między Argentyną a Chile – Paso de Jama. Jednak jazda po asfalcie wydała mi się mało porywająca. Parę set kilometrów na południe na mapie widniała taka malutka, oznaczona na biało droga. Prowadziła ona przez Tolor Grande aż do przejścia granicznego Socompa. Po wygooglowaniu niesamowitych zdjęć tamtych terenów postanowiłem że jadę tamtędy. Jeszcze nigdy przedtem nie jeździłem po tak bezludnych miejscach. Ruch był tam praktycznie zerowy. Do tego okazało się że przejście jest jedynie… pociągowo, pieszo, rowerowe! Z powodu że jest one na tak trudnym terenie – pustynia wcale nie jest tam płaska, trzeba przejechać przez liczne góry, wysokie przełęcze po bardzo złej drodze postanowiono że samochodów tam się po prostu nie odprawia. Kiedy Argentyńczycy zobaczyli mnie na granicy, samego, jadącego rowerem bardzo się zdziwili. Od razu zaproponowali mi nocleg i powiedzieli żebym daje jechał następnego dnia. Dalsza drogo w Chile była jeszcze bardziej bezludna. Po 2 dnia dojechałem do ogromnej kopalni – Mina Escondida. Ochroniarze pilnujący kopalni zaprosili mnie do siebie. Ostatnie 160km do Antafagasty było już po asfalcie i z górki. Dosłownie. Kopalnia usytuowana jest na ponad 3000m n.p.m a miasto do którego się wybierałem leży nad samym Pacyfikiem.

Pustynia dała mi porządnie w kość. Przez ponad 600 km nie było asfaltu. Droga czasem była tak parszywa że musiałem prowadzić. Z noclegiem bywało różnie. Czasem namiot, nie raz opuszczony budynek a 3 razy udało mi się zatrzymać w policyjnym areszcie. Tam było zdecydowanie najmilej zwłaszcza, że rano bez żadnych konsekwencji mogłem go opuścić. In bardziej odizolowane miejsce, niedostępne tym ludzie są sympatyczniejsi i pomocni. Doceniałem bardzo tę pomoc bo w nocy na pustyni temperatura spadała grubo poniżej zera.

Czas gonił jak zwykle, zostało mi jeszcze dużo do przejechania i mało porywający odcinek między Antafagastą a La Serena – 865 km przejechałem busem. Tutaj nie było tak swojsko jak w Boliwii. Sapali że roweru to nie biorą, że tak nie można itp… w końcu się udało i po 12h dojechałem do pięknej miejscowości La Serena. Chwila na regeneracje i już kolejne wyzwanie – bardzo długi podjazd. Z poziomu oceanu miałem wjechać na 4780 m n.p.m na przełęcz Agua Negra – granica między Chile a Argentyną. Było to jedno z najpiękniejszych miejsc. Wysokie ośnieżone szczyty, olbrzymie przestrzenie a na końcu wspaniały zjazd po bardzo krętej drodze.

Już przed miejscowością Mendoza zaczęło się pojawiać coraz więcej plantacji winogron. Region ten słynie z produkcji doskonałych win. Nie raz miałem okazje je skosztować. Bardzo miło wspominam moją Argentyńską koleżankę z coughtsurfing która gościła mnie w Mendozie. Ciężko było wpasować mi się w miejscowe zwyczaje. Do klubu wychodzi się tam nie wcześniej niż druga w nocy. Mimo namów nie udało mi się wytrzymać nawet do tej godziny.

Dalsze kilometry przez centralną Argentynę były bardzo bezludne. Są to obszary półpustynne. Uwielbiam takiej miejsca. Minimalny ruch samochodowy, nieograniczona przestrzeń, mało ludzi. Mimo tego i tak zostałem tam dwukrotnie zaproszony do domu miejscowych. Najfajniejsza zawsze jest kolacja. Argentyna słynie z przepysznej wołowiny. Moi gospodarze przyrządzali ją wyborną.

Przed miejscowością San Martin de los Andes zrobiło się zdecydowanie zieleniej i bardziej górzysto. Obszar ten nie co przypomina nasze tarty. Przejazd drogą: Rota de siete Lagos obfitował w piękne górskie widoki. Minusem tego miejsca są ceny. Nawet głupie pole namiotowe kosztowało tu nawet 57 zł! Jak zwykle spałem w namiocie, na dziko schowany gdzieś w lesie. Jeśli to możliwe staram się wybrać miejsce nad jeziorem, rzeką, strumieniem.

Po paruset kilometrach jazdy na południe z powrotem wróciłem do Chile. Chciałem wjechać na sławną Carretere Austral – drogę wybudowaną stosunkowo niedawno przez Augusto Pinocheta. Ma ona 1240km długości. Jest uważana za jedną z najbardziej widokowych dróg świata. Od paru lat Chilijczycy namiętnie ją asfaltują ale na szczęście jeszcze większa połowa została dalej z ripio – pokruszonej frakcji skalnej. Tereny te obfitują w góry, lasy, rzeki, lodowce. Nie ma żadnego przemysłu, jest bardzo czysto i bezpiecznie. Najbardziej podobały mi się ostatnie 230 km tej drogi. Jest to najnowszy odcinek, oddany do użytku dopiero w 2000r! Po drodze niema żadnych miast, sklepów, stacji benzynowych. Po prostu dzicz! Ostatnią osadą jest Villa O”Higgins. Jest to jakby ślepa uliczka. Stamtąd przedostać się do Argentyny można tylko pieszo lub rowerem przepływając łodzią bardzo długie jezioro. Samochody nie są zabierane. Po II stronie jeziora pozostaje do przebrnięcia paręnaście kilometrów trudnego terenu żeby znaleźć się na stronie Argentyńskiej. Tam zaczyna się imponujący Parque Nacional de los Glaciares z górującym nad nim szczytem Fitz Roy. Zrobiłem tam jednodniowo trekking. Było to bezwątpienia jedno z najpiękniejszych miejsc na trasie. Góra mimo że niespecjalnie wysoko – 3375m robi niesamowite wrażenie. U jej podnóża znajduje się jezioro w którym przy słonecznej pogodzie wszystko się odbija.

Z El Chalten, małej miejscowości u stup tej góry wyruszyłem do oddalonego o 455 km Rio Galliegos. Po parunastu kilometrach krajobraz zmienił się nie do poznania. Z bujnej, zielonej roślinności, która towarzyszyła mi przez całą Carretere Austral nie zostało nic. Zaczęła się półpustynia z trawami koloru kawy z mlekiem. Był to obszar stosunkowo płaski. Jednak zdarzały się i góry. Najmilej wspominam zwłaszcza jeden podjazd. Niby tylko 14 km ale z wiatrem w twarz myślałem że tam nie wjadę nigdy. Zajął mi bardzo dużo czasu. Wiedziałem że tego dnia muszę dojechać do jedynej cywilizacji tego dnia – punktu pomocy drogowej. Tam byłem pewien że dostanę wodę której miałem już po II dniu jazdy niebezpiecznie mało. Dojechałem tam dopiero przed północą. Jazda nocą była niesamowita. Ruch w nocy jest praktycznie zerowy. Na tak olbrzymiej, pozbawionej drzew przestrzeni światła bardzo rzadko mijanego samochodu są widoczne z wielu kilometrów. Liczyłem, że będę mógł robić koło tego budynku namiot a tu proszę – Argentyńczycy zaprosili mnie do środka i dali własny pokuj z łóżkiem.

Rio Galliegos okazało się najbrzydszym miastem jakie w tym kraju widziałem. Było tam tak paskudnie że nawet jednego zdjęcia nie zrobiłem. Jednak nie ono było moim celem. Musiałem w nim tylko uzupełnić zapasy i dalej kierowałem się na najdalej wysunięty na południowy zachód kraniec kontynentu przylądek Cabo Vergines. Jest tam ogromna kolonia pingwinów. Co najlepsze wstęp do nich jest bezpłatny! Sam przejazd do nich był mega przyjemny. Znośna gruntowa droga, wiatr w plecy znacznie ułatwiały szybkie połykanie kilometrów. W takich miejscach zawsze zastanawiam się gdzie ja będę spał. Zazwyczaj tereny te są całkowicie bezleśne i znalezienie osłoniętego miejsca na namiot do łatwych nie należy. A w Patagonii lubi wiać… Jak zwykle miałem mega szczęście. Na przylądku tym znajduje się latarnia morska której pilnuje marynarka wojenna Argentyny! Chłopaki zaprosiły mnie Do siebie! Następnego dnia pojechałem do pingwinów. Jakie one śmieszne! Szkoda tylko że nie oswojone i się mnie bały. Wojskowi zadbali o mój zasób słownictwa i nauczyli mnie paru nieparlamentarnych Argentyńskich słów. Mi najbardziej spodobało się określenie Carajo (czyt. Karacho). Pierwotnie znaczyło bocianie gniazdo ale potem zaczęło znaczyć co innego…

Ostatnie kilometry na kontynencie Amerykańskim to walka z wiatrem i deszczem. Zrobiło się też zimno. Znów musiałem przekroczyć granicę i znalazłem się z powrotem w Chile. Bardzo ucieszyło mnie że prom na Ziemie Ognistą rowerzystów zabierał gratis. Po drugiej stronie Cieśniny Magellana wcale nie przestało padać. Wręcz przeciwnie. Nie było tam żadnego hostelu czy sensownego miejsca na namiot. Zostało tylko pedałowanie do oddalonej o 41km miejscowości Cerro Sombrero. Jest to mała miejscowość po środku niczego. Ponad połowa jej populacji są to osoby przyjezdne wysłane tu przez firmy wydobywające ropę naftową. Mi udało się znaleźć hostel w którym zostałem 2 noce czekając na poprawę pogody. Tam miałem wątpliwą przyjemność poznać Pana z Dominikany który widząc moją kolorową koszulkę z Woodstocku stwierdził że pewnie jestem gejem i zaproponował homoseksualną przygodę… Wielu rzeczy bym się spodziewał na końcu świata ale pedzia z akwenu Morza Karaibskiego na pewno nie. Mimo odmów podchodził mnie przekonując: Skoro nie próbowałeś to skąd wiesz że nie lubisz…

Z ulgą opuściłem to miasteczko i udałem się wschodnim wybrzeżem do Porvenir. To największa miejscowość po Chilijskiej stronie wyspy. Tam zrobiłem bardzo duże zakupy bo sam dokładnie nie wiedziałem na ile dni będą musiały mi starczyć. Po drodze aż do Rio Galliegos – 330 km miało nie być żadnego sklepu a miałem nadzieję jeszcze zboczyć z trasy i odwiedzić Parque Nacional Karukinka. Dobrze wiedziałem że nie powinienem tam jechać bo po prostu nie mam na to czasu ale nie chciałem odpuścić tego miejsca będąc tak blisko. Jasne, że tam skręciłem i jak zwykle dopisało mi szczęście. Zabrała mnie na stopa Chilijska rodzinka. Jechali cudowną Toyota Hi Lux i przestrzeni dla siebie i roweru miałem na pace aż nadto. W paru miejsca chwilę pochodziliśmy, poobserwowaliśmy przyrodę i w 1 dzień udało mi się choć liznąć te miejsca. Rowerem po tak górzystym terenie w dwie strony było by to pewnie ze 4 dni. Dojazd do Rio Grande poszedł już sprawnie. Stamtąd miałem jeszcze 2 dni jazdy do Ushuaia. Była to już główna, asfaltowa droga. Po całym dniu jazdy w deszczu, zimnie dojechałem do Tolhuin. Znajduje się tam sławna piekarnia przyjmująca cyklistów. Nocleg w budynku, możliwość wzięcia prysznica zawsze jest luksusem zwłaszcza w tak paskudne dni. Do tego cudowny zapach chleba i ciastek. Mniam!

Ostatni etap, nieco ponad 100 km jechałem z mieszanymi uczuciami. Jeśli miał bym możliwość zrobienia w tył zwrot zawrócił bym od razu żeby jechać z powrotem do Bogoty. Przez te 5 miesięcy wydarzyło się tak wiele. Tyle spotkanych wspaniałych ludzi, wszystkie te niesamowite miejsca… Żal było wracać. Zwłaszcza że tego dnia pogoda była cudowna, słonecznie i dość ciepło. Droga prowadziła przez góry, długo jechałem też wzdłuż przepięknego jeziora Lago Fagnano. Widząc bramę wjazdową z wielkim napisem Ushuaia aż oniemiałem! Na liczniku wybiło dokładnie 8808km! Nie wierze! Udało się! Zwycięstwo! Nie dałem się wszystkim przeciwnością i w jednym kawałku przejechałem przez cały kontynent Południowo Amerykański.

W Ushuaia zatrzymałem się u Nico i jego rodziny. Świetny gość, poznany przez coughtsurfing. Pomógł mi w zdobyciu kartonu na rower i nawet mnie na samolot zawiózł. Jak bardzo szkoda było mi opuszczać Amerykę! Wiedziałem że w raz z powrotem do Polski czeka mnie dużo pracy i już nie będzie tej codziennej adrenaliny. Wiem na pewno że nie jest to moja ostatnia wyprawa na ten kontynent. Jeszcze tyle jest miejsc do odkrycia. Trzeba się tylko odważyć, spakować rower w karton i polecieć.

7.Wnuk Piotr-Włóczęga po Indochinach

Celów było kilka. Najważniejszym była chęć zobaczenia prawdziwego życia mieszkańców w Wietnamie, Kambodży, Laosie i Birmie. Kolejnym celem była chęć zobaczenia jakże innej i różnorodnej przyrody oraz próba poznania lokalnych zwyczajów i wierzeń.

Chciałbym opowiedzieć o swojej wyprawie do Indochin (Wietnam, Laos, Kambodża, Birma), która trwała prawie cztery miesiące i zakończyła się w 2016 r.. Przez ponad trzy miesiące przejechałem około 20 tysięcy kilometrów lokalnym transportem (autobusy i pociągi), autostopem, motorem oraz rowerem. I wiele kilometrów przebyłem piechotą. Chciałbym opowiedzieć zarazem o swoich przygodach jak też o rzeczach istotnych, ważnych, trudnych i bardzo często przez to niepopularnych. Chciałbym też spróbować przybliżyć dominującą w tym rejonie świata religię jaką jest buddyzm oraz bardzo mocno zakorzeniony animizm.

Zapamiętałem ze swojego wyjazdu kilka przygód, m.in. to, jak w Laosie mrówki wygryzły podłogę i weszły w nocy do mojego namiotu oraz jak podczas podróży łodzią po rzece Nam Ou, wraz z moim kompanem z Syberii Dmitrijem, wywróciła nam się łódka i musieliśmy być wyciągnięci na brzeg przez mieszkańców okolicznych wiosek. Opowiem, o tym, że nie warto wypożyczać chińskich motorów, bo kończy się to wywrotką (Wietnam), opowiem jak przy granicy z Kambodżą złapałem autostop, którym była młocarnia i mogłem zaobserwować jak wykorzystują ją rolnicy, powiem jak wyglądała moja podróż koleją w Birmie i dlaczego przejazd 160 km trwa 10 godzin. Powiem jak smakuje betel i czy warto go spróbować. Wspomnę też o więzieniu w Takeo (Kambodża), którego brama stała otworem, nie było przed nią strażnika, a więźniowie wcale nie kwapili się aby uciekać.

Ale chce też powiedzieć o tym, że Wietnam staje się miejscem bardzo komercyjnym i niestety nieprzyjaznym dla podróżnika. W wielu dużych miastach i popularnych miejscach przybysz staje się „chodzącym portfelem”. Miejscowi nie chcą poznać go jako człowieka, tylko zarobić na nim jak najwięcej. Próby wymuszeń i oszustw stają się nagminne. Jak nie będziesz chciał zapłacić w autobusie dziesięć razy więcej niż kosztuje bilet, to Cię z tego autobusu wyrzucą. Umówisz się z kierowcą tuk-tuka na określoną kwotę za przejazd, to potem będzie chciał trzy razy więcej. Na szczęście w małych niekomercyjnych miejscowościach ludzie są wspaniali i bezinteresowni. I ten kontrast chciałbym pokazać.

17 24 40 41 75a

Chciałbym też opowiedzieć o strasznym zjawisku masowej prostytucji wśród młodych dziewczyn oraz dzieci w Kambodży. I o tym, że niewiele się robi aby przeciwdziałać temu zjawisku, ponieważ jest bardzo wielu chętnych, którzy przyjeżdżają z zamożnych krajów tylko po to, żeby mieć możliwość „kupna na własność” na kilka dni młodej kobiety. Chcę powiedzieć także o niewolniczej, wielogodzinnej pracy za grosze kambodżańskich dzieciaków w szwalniach, które produkują odzież dla wielu „topowych” marek.

Chcę pokazać co jest przyczyną zapóźnienia gospodarczego i ekonomicznego Laotańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Jaki wpływ na ten stan rzeczy miał kolonializm zapoczątkowany pod koniec XIX w., ośmioletnia wojna indochińska oraz dwudziestoletnia wojna domowa, podczas której na Laos zrzucono około dwóch milinów bomb, które w większości zalegają w dżungli jako niewypały, a koszt ich usunięcia wyniósł by klika milionów dolarów.

Chcę opowiedzieć o Birmie, której „biali” przybysze z zachodu wyrządzili dużo krzywd, a mimo to jej mieszkańcy są nieprawdopodobnie gościnni i podchodzą do przybysza na ulicy, żeby mu pomóc, wskazać drogę, zaprowadzić na autobus. I wszystko to bezinteresownie, bez chęci otrzymania za to jakiegokolwiek wynagrodzenia. Chcę opowiedzieć o ogromnej biedzie, która towarzyszy większości mieszkańców tego kraju, pomimo tego, że jest on w posiadaniu ogromnej ilości cennych kruszców oraz złóż różnorodnych wartościowych surowców. Chciałbym też opowiedzieć o Chińskiej dominacji w tym regionie świata.

Ale przede wszystkim chciałbym opowiedzieć też o tych wszystkich wspaniałych rzeczach, których udało mi się doświadczyć podczas mojej podróży. O wspaniałych, bezinteresownych, ciężko pracujących ludziach. O zjawiskowej, dzikiej naturze. O wspaniałej jakże odmiennej architekturze. A także o towarzyszącej mi na każdym kroku odmienności od tego co znane i pozostawione tutaj u siebie na miejscu

8. Dziura Iwona-Rumunia i Mołdawia bez trzymanki aka Rumunia i Mołdawia, jakich się nie spodziewałam!

Cel wyprawy-

Początkowo: przeżycie spontanicznej, backpackerskiej przygody.

Po wypadkach dnia pierwszego: po prostu przeżycie.

Podróż po bezdrożach i drożach Rumunii i Mołdawii doświadczała Ślązaczkę na różne sposoby, stawiając w nieoczekiwanych, komicznych sytuacjach. Wrodzona pogoda ducha oraz niekonwencjonalne metody pomagały jej wybrnąć z jednych tarapatów, by zaraz pchnąć w kolejne.

Wyprawa rozpoczęła się mocnym akcentem zaginięcia całego bagażu ze środkami finansowymi włącznie gdzieś w bliżej nieokreślonej europejskiej przestrzeni powietrznej.

 

Po nieudanej próbie zapanowania nad sytuacją w imprezowym Bukareszcie organizatorka, a zarazem jedyna uczestniczka wyprawy salwowała się ucieczką na odległą rumuńską prowincję. W dostaniu się na miejsce pomagał jej podejrzany posiadacz kremowej łady romskiej proweniencji.

 

W pełnej folkloru Transylwanii najęła się do pracy na roli i spędziła kilka tygodni w fikuśnym i pstrokatym świecie drewna, bimberku oraz lokalnego disco-polo. Tamże z głodu niemal utonęła w nikomu niepotrzebnych, wielkich i brudnych porach.

 

Kolejnym etapem podróży była Mołdawia, gdzie organizatorka wyprawy w okresie zaledwie kilku tygodni zdołała:

 

– uczestniczyć w śmierci, a następnie nabożeństwie pogrzebowym miejscowych gryzoni,

 

– niemalże przyjąć oświadczyny kilku mołdawskich dziadków,

 

– oślepić byłego francuskiego komandosa i być może przyczynić się do wtrącenia go do kiszyniowskich lochów.

 

Wszystko to niechcący, przypadkiem i z mocnym postanowieniem poprawy.

Podsumowanie:

Wyprawa zakończyła się ostateczną ucieczką w popłochu poza granice opisanych państw. Owoce wyprawy:

– wesoła książka napisana ku przestrodze, ale i inspiracji początkujących podróżników,

– adrenalina strawiona ze smakiem i pożytkiem dla autorki.

1 Cygan 2 Pory 3 Chomicza stypa 4 Mołdawkie oświadczyny

Szersza relacja:

Preludium do wyprawy stanowiła moja wieloletnia praca zawodowa w branży turystycznej, a bezpośrednim bodźcem doświadczenie i wiedza nabyte w hostelu Greg & Tom w Krakowie (wielokrotny zdobywca prestiżowych nagród przyznawanych m.in. przez portal hostelworld.com).

To tam zapoznałam się z szerzej nieznanym w Polsce zjawiskiem backpackingu. Z czasem sama nabrałam chęci do przeżycia backpackerskiej przygody oraz opisania jej w książce.

Moim celem było objaśnienie oraz szersze rozpropagowanie idei backpackingu, a także zainspirowanie innych do wojażowania w ten sposób — wszystko na przykładzie własnej, pierwszej i spontanicznej podróży po Rumunii i Mołdawii.

Przygotowania do wyprawy objęły sprzedaż wszystkich posiadanych dóbr doczesnych w celu zgromadzenia niezbędnych funduszy finansowych.

 

Podróż rozpoczęła się mocnym akcentem zaginięcia całego bagażu ze środkami finansowymi włącznie gdzieś w bliżej nieokreślonej europejskiej przestrzeni powietrznej.

Pomimo nieudanej próby odzyskania karty kredytowej, zdołałam w konstruktywny sposób spędzić kilka dni w Bukareszcie. Wszystko dzięki zawsze chętnym do pomocy tubylcom, a w szczególności pracownikom miejskiej komunikacji publicznej, którzy byli uprzejmi pozwalać mi jeździć na gapę między zabytkami i innymi atrakcjami stolicy.

 

Z przedłużającego się braku perspektyw na odzyskanie płynności finansowej, salwowałam się ucieczką na odległą rumuńską prowincję. W dostaniu się na miejsce skutecznie pomagał mi podejrzany posiadacz kremowej łady romskiej proweniencji.

W pełnej folkloru Transylwanii (Siedmiogród to szerokie pojęcie, a więc konkretniej: we wsi Breb w regionie Maramuresz) najęłam się do pracy na roli na zasadach wolontariatu (5 godzin pracy dziennie w zamian za wikt i opierunek). Dzięki temu udało mi się spędzić kilka tygodni w fikuśnym i pstrokatym świecie drewna, bimberku oraz lokalnego disco-polo. W wyniku własnego mieszczuchowego niedorajdztwa było to jednak nieustanne życie na krawędzi. Dysponując ledwie nikomu niepotrzebnymi kilogramami brudnych porów, niemalże doprowadziłam siebie oraz innych wolontariuszy do stanu poważnego niedożywienia. Nijak nie umiałam zamieniać zielonych badyli na pełen węglowodanów chleb w transakcjach barterowych zastępujących na wsi znane mi z miasta standardowe zakupy.

W poszukiwaniu przygody (oraz nowych rynków zbytu dla wspomnianych porów) dotarłam m.in. na jedyny w swoim rodzaju wesoły cmentarz w Europie, gdzie żywi modlą się za dusze zmarłych nad fikuśnymi, dowcipnie skonstruowanymi nagrobkami w różnych odcieniach błękitu.

Z prowincji znowu wylądowałam w stolicy, w której bulwersowałam się kolejno drugim największym budynkiem na świecie oraz podziemnym miastem skrywającymi mroczne tajemnice dyktatury Causescu, brutalnej przemiany ustrojowej i innych nieszczęść nawiedzających Bukareszt — miasto, które przeraża i zachwyca jednocześnie.

Kolejnym, szczęśliwszym dzięki odzyskaniu zaginionego bagażu wraz z całą zawartością etapem podróży była Mołdawia. Zakotwiczywszy na parę tygodni w wyjątkowo oryginalnej bazie backpackerów w Kiszyniowie, uskuteczniałam całodniowe wycieczki we wszystkie strony kraju.

Odwiedziłam Soroki — mołdawską stolicę Cyganów, gdzie po raz kolejny okazało się, że nie taki Cygan straszny, jakim go malują. Pojechałam do Komratu — stolicy mołdawskich Turków, gdzie jako turkolog z wykształcenia ubolewałam nad wypraniem orientalnego ludu Gagauzów z barwnego niegdyś folkloru. Wyprawiłam się do Naddniestrza — państwa w państwie, do którego jeździć odradzają wszystkie ambasady świata. Tam przekonałam się na żywo, jak funkcjonują w obiegu kartonowe monety i jak daleko sięgają macki rosyjsko-ukraińskiej mafii rządzącej tym niepozornym, ale ekonomicznie kluczowym dla rejonu skrawkiem terytorium.

Dodatkowo w samym Kiszyniowie w okresie zaledwie kilku tygodni zdołałam:

– uczestniczyć w śmierci, a następnie nabożeństwie pogrzebowym miejscowych gryzoni,

– omyłkowo niemalże przyjąć oświadczyny kilku mołdawskich dziadków,

– oślepić byłego francuskiego komandosa i być może przyczynić się do wtrącenia go do kiszyniowskich lochów.

Wszystko to niechcący, przypadkiem i z mocnym postanowieniem poprawy.

Wyprawa ostatecznie zakończyła się ucieczką w popłochu poza granice opisanych krajów. Najważniejszym jej owocem jest wesoła książka pt. „Dziura w podróży” napisana ku przestrodze, ale i inspiracji początkujących podróżników.

Nieodpowiedzialna, ale pełna wrażeń przygoda zgodnie z oczekiwaniami dostarczyła mi pokaźnych dawek adrenaliny strawionej ze smakiem i pożytkiem dla ducha i ciała.

9.Woźniak Robert-Na UAZach do Kirgistanu – 23 dni przygody

Współtowarzysze:

Katarzyna Kryczyk,  Natalia Łosiak, Tomasz Brzyski, Karol Lewandowski, Mateusz Padykuła, Tomasz Leczkowski, Katarzyna Łakomska

 

Przejazd samochodami produkcji wschodniej, wyprodukowanymi w okresie PRL z Polski, przez

Ukrainę, Rosję, Kazachstan do Kirgistanu.

Nasza przygoda, a właściwie nierówna walka z kapryśnymi UAZami oprócz wielu niesamowitych

wspomnień przyniosła jeszcze jeden bardzo ważny skutek – pomoc finansową dla Paulinki. Plan był

prosty – wyruszamy 30 letnimi UAZami i starą Skodą do oddalonego o 6 tys. kilometrów Kirgistanu.

Firmy, w zamian za wsparcie finansowe dla fundacji Pomorze Dzieciom, umieszczały swoje logo na

samochodach.

UAZy chodź wyglądają groźnie i solidnie, to wyprawa nimi do łatwych nie należy i można ją uznać za

sport ekstremalny. Wyjątkowe pojazdy nie pozwalały zapominać o tym, że to one są główną atrakcją

eskapady. W większości przypadków ich sprawność decydowała o długości pokonywanych tras i wyborze

miejsca postoju, psując się w najmniej oczekiwanym momencie.

Droga do granicy Kzachastan Rosja 2017 - 2 Granica Rosyjsko - Kazachska Ozinki 2017 IMGP7092 Noc na stepie Kazachskim 2017 Sudża Rosja 2017

Szersza relacja:

Do samego startu trwała walka z uruchomieniem jednego z UAZów. Z godzinnym opóźnieniem Wiceprezydent Bydgoszczy oraz przedstawiciel Automobilklubu oficjalnie zainaugurowali naszą wyprawę. Rozpoczęła się przygoda, ale niestety szczęście nie trwało zbyt długo. Czarny UAZ był znacznie przeładowany, przez co pierwszy postój serwisowy mieliśmy już pod Bydgoszczą. Z małymi problemami udało się dostać i zamontować mocniejsze sprężyny i „już” po 4 godzinach byliśmy znów w drodze (w drodze, to znaczy, że jedziemy ze średnią prędkością 50 km na godzinę). Pierwszy nocleg był dopiero trzeciej nocy. Spaliśmy na stacji benzynowej nieopodal miejscowości Sudża. Z samego rana drobna naprawa UAZa , która zapowiadała się tylko na 20 min… skończyła się około południa, dnia następnego. Oznaczało to, że z 4 dni przeznaczonych na przejechanie Rosji, już 2 z nich wykorzystaliśmy na naprawy. Na przejechanie 1200 km zostało nam tylko 36 godzin, a jednej z uczestniczek wyprawy niedługo kończyła się wiza. Po 20 godzinach jazdy dojechaliśmy do Saratowa. Niestety rosyjskie fatum nas prześladowało i na obwodnicy tego miasta nasza Skoda miała poważna kolizję z tirem, która wykluczyła ją z dalszej wyprawy. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale pojawił się kolejny problem. Musieliśmy przeładować bagaże ze Skody oraz jej pasażerów, co spowodowało że UAZy były jeszcze bardziej obciążone. Ustalenie okoliczności wypadku, sprawy formalne z policją, sprzedaż wraku Skody oraz przepakowanie rzeczy zabrało nam kolejne cenne godziny. Mieliśmy jeszcze zapas, który przeznaczyliśmy na zwiedzanie Saratowa, które okazało się być pięknym i rozległym miastem, położonym nad rzeką Wołgą, granicą Europy z Azją. Zaliczyliśmy obowiązkową kąpiel i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do przejechało zostało 250 km do granicy z Kazachstanem i 5 godzin. Do granicy dotarliśmy w rozpadających się autach. Kolejnym zaskoczeniem była zmiana strefy czasowej. W ferworze podróży nie przestawiliśmy naszych zegarków. Byliśmy mocno zdziwieni, kiedy strażnik poinformował nas, że dotarliśmy na przeprawę graniczną spóźnieni o 20 minut.

Niestety, w związku z tą niespodzianką, wiza naszej współtowarzyszki wygasła. Ponad godzina negocjacji nic nie dała, trzeba było wracać do Saratowa. Camping rozbiliśmy pod miejscowością Ozinki, określaną przez jej mieszkańców jako koniec świata. Pei-Wen z Tomkiem ruszyli taksówką do Saratowa załatwić wizę, a reszta zajęła się reanimacją UAZów. Do naszego campingu zaczęli schodzić się lokalni mieszkańcy, a także policjanci zaciekawieni naszą obecnością. Zastał nas wieczór, nasi kamraci jeszcze nie wrócili, a ich telefony nie odpowiadały, przez co czuć było delikatne napięcie. Miejscowi zaproponowali nam wspólną biesiadę, częstując nas lokalnymi specjałami. W pewnym momencie został już tylko jeden z gości- Ruslan. O 23 rozpoczęliśmy tańce. Tomasz z Pei-Wen byli bardzo zdziwieni, gdy wrócili na już całkiem dobrze rozkręconą imprezę po środku niczego. Niestety nie udało się załatwić przedłużenia wizy i Pei-Wen musiała jechać po nową do Ambasady w Moskwie. Rankiem ruszyliśmy w drogę do Kazachstanu, gdzie celnik powitał nas słowami „Welcome to Saint Tropez”. Kolejne naprawy UAZ w małej fabryce okien.Tuż za granicami Uralska zatrzymali nas policjanci, którzy zaoferowali nam swoją pomoc. Ile osób eskortowane jest przez policję na sygnałach przez miasto? Do Aralska wjechaliśmy późnym wieczorem. Bardzo głodni ruszyliśmy na poszukiwania jedzenia. Następnie wylądowaliśmy w najlepszym klubie w mieście. Stanowiliśmy tam niemałą atrakcję dla lokalnych. Znaleźliśmy tam „przewodnika”, który miał nam pokazać opuszczone kutry na wyschniętej części jeziora, lecz 80 km jazdy po pustyni nic dało. Wróciliśmy do hotelu i po chwili regeneracji ruszyliśmy w kolejny rajd do granicy z Kirgistanem. Radość z przekroczenia granicy i osiągnięcia celu spowodowała, że sobie trochę bardziej pozwoliliśmy z prędkością i „niezawodny” UAZ na pierwszej większej dziurze dał o sobie znać. Doholowaliśmy się w najdalsze miejsce w jakie daliśmy radę i rozbiliśmy obóz. Wraz ze wschodem słońca odkryliśmy, że UAZ wybrał na camping taras widokowy na zaporę Kirov. Wspaniały widok, który rozpościerał się po horyzont przedstawiał wielką zaporę z lazurową wodą, z twarzą Lenina wykutą w oddali na budynku tamy. Wokół nas wyrastały same góry. Po porannej kawie konieczne było rozdzielenie się grupy. Grupa pierwsza ruszyła po części do naszych aut, a grupa druga miała za zadanie zrobić zapasy w najbliższym miasteczku. Wieczór spędziliśmy przy ognisku, by rano z kolejną bezinteresowną pomocą miejscowych naprawić UAZy i ruszyć dalej. Kilkadziesiąt kilometrów później, ciemną nocą na jednym z podjazdów UAZ się zbuntował i jak zawsze zadecydował o rozbiciu obozu na podjeździe na przełęcz Otmok. Noc była bardzo zimna, do tego stopnia, że spędziliśmy ją w autach. Rano spotkała nas kolejna niespodzianka. Po otwarciu zabunkrowanych drzwi samochodów naszym oczom ukazała się piękna dolina. Rozproszone stada koni i kóz pasły się wzdłuż strumienia. Zostaliśmy ugoszczeni przez małżeństwo pasterzy w jednej z okolicznych jurt. Tuż po wejściu podano nam kumys. Nie wszystkim przypadł on do gustu. Gospodyni zademonstrowała i nawet pozwoliła nam spróbować wydoić klacz. Część z nas mogła pojeździć konno i pozwiedzać okolicę. W czasie kiedy jedni jeździli na koniach, inni słuchali opowieści Kirgizów. Wybraliśmy się na wyprawę górską. Pobliska góra okazała się mieć 3772 m n.p.m.! Zdobycie jej nie było takie proste, jak wcześniej przypuszczaliśmy. Ten wieczór i noc spędziliśmy w Mountain Hostel oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od poprzedniego obozu, jedynym zalążku cywilizacji w usianych serpentynami górach. Ten dzień był tym, po co przyjechaliśmy do Kirgistanu i wszystkie nasze trudny zostały zrekompensowane. Uznaliśmy to miejsce za metę naszego rajdu i po 16 dniach ruszyliśmy w drogę powrotną przez Biszkek.

10. Hałaszkiewicz Piotr- Trapez afrykański w ramach projektu Trapezowe Wojaże

Współtowarzyszka- Anna Pacholczyk

Celem naszej wyprawy był kontynent afrykański, a konkretnie Afryka Zachodnia, gdzie punktem zwrotnym miało być Wybrzeże Kości Słoniowej. Wyruszając na tą wyprawę chcieliśmy zrealizować nasze marzenia, ale również zachęcić innych do podróży, pokazać, że można to zrobić nawet takim samochodem jak nasz.

Wyruszyli w podróż życia, do Afryki. Historia jakich wiele. Jednak niewielu decyduje się na realizację takiego planu przy użyciu samochodu bez napędu 4×4. Z ograniczonym budżetem. Niewielu również decyduje się, żeby odbyć taką podróż Polonezem. W trakcie prelekcji dowiecie się, jak Anita i Piotr przygotowali się do wyprawy na Wybrzeże Kości Słoniowej, jak przebiegała trasa, czego nauczyli się w trakcie i po niej. Będzie to krótka opowieść o tym, że marzenia są po to, by je realizować.

DSC07121 DSC07397 DSC08076

Szersza relacja:

Trapez afrykański, czyli Polonezem na Wybrzeże Kości Słoniowej.
Pewnego dnia, w grudniu 2016 Piotr miał już dosyć śniegu i mrozu. Pojawił się pomysł na kolejną zimę- trzeba ją spędzić w cieplejszym, niż polskim, klimacie. Wybór był prosty- trzeba było znaleźć takie miejsce, gdzie można dojechać samochodem, a jednocześnie uda się to zrobić bez pomocy sponsorów. Padło na kontynent afrykański.

Po wyborze kontynentu trzeba było doprecyzować trasę- pierwotnie zakładał, że Dakar będzie głównym celem podróży, jednak w trakcie planowania pojawiła się wizja wizyty w Ghanie. Plany ewoluowały, ostatecznie wybrał Wybrzeże Kości Słoniowej, jako kraj, do którego relatywnie łatwiej dotrzeć. Po drodze mieli z Anitą odwiedzić jeszcze Maroko, Mauretanię, Mali, Senegal, Gambię, Liberię, Sierra Leone, Gwineę, Gwineę Bissau. Dosyć ambitny plan, trzeba przyznać.

Do realizacji takiego planu potrzeba oczywiście odpowiednich środków. Ani Piotr, ani Anita ich nie posiadali. Trzeba było szybko te pieniądze zdobyć. Szukanie sponsora nie wchodziło w grę, ponieważ projekt Trapezowe Wojaże był nieznany, nie było również żadnej gwarancji, że uda się Polonezem do Afryki dojechać i wrócić. Co w takim wypadku robi zdeterminowany podróżnik? Rusza do pracy na budowę w Szwecji J Po kilku miesiącach wytężonej pracy udało się zdobyć wystarczającą ilość pieniędzy na realizację wyprawy. Można było wracać do Polski i rozpocząć przygotowania do wyjazdu.

Oprócz tego, że należało odpowiednio przygotować środek transportu, trzeba było zadbać o siebie, wykonać szczepienia, zrobić profilaktyczne badania, dopełnić formalności związane z ubezpieczeniem. Było sporo pracy, sporo wydatków. Podczas, gdy samochód był u mechanika, Piotr i Anita robili listę wyposażenia, które musi się znaleźć na pokładzie. Zakładali, że Polonez stanie się ich domem na czas wyprawy, gdyż zgromadzone pieniądze nie pozwoliłyby na korzystanie z hoteli. Do Poloneza udało się zakupić Domobil, czyli namiot dachowy, święty graal fanów Poloneza. Miejsce do spania już było. Należało pomyśleć również o miejscu do gotowania i prysznicu. Stara przyczepka towarowa, Niewiadów N260c posłużyła jako baza do stworzenia kuchni. Przechowywali tam również części zapasowe do samochodu, narzędzia, jedzenie, słodycze z Polski, ubrania i składaną kabinę prysznicową. Przygotowanie tego wszystkiego zajęło więcej czasu, niż Piotr początkowo zakładał.

20 listopada 2017 wyruszyli w trasę. Pierwszego dnia dotarli z Anitą do północnych Włoch, do rodziny Piotra. Ze względu na temperatury w Europie, chcieli jak najszybciej dotrzeć na jej południowe wybrzeże. Z okolic Udine przejechali przez riwierę liguryjską, Lazurowe Wybrzeże, Monte Carlo, Hiszpanię, aż do hiszpańskiego Algeciras, skąd udali się promem do Ceuty. Zabawa zaczęła się przy przekraczaniu granicy Ceuta- Maroko. Czekali 11 godzin na granicy, jakiś wyjątkowy dzień… Pierwszy tydzień w trasie minął już na terytorium Maroka. Jechali na południe, wzdłuż wybrzeża Atlantyku. Po dotarciu do Rabatu przyszedł czas na załatwianie formalności wizowych. Pierwotny plan zakładał, że w Rabacie uda się wyrobić wizy do wszystkich państw, które mieli zamiar odwiedzić. Poprzestali na zorganizowaniu wizy do Mali, uznając, że więcej frajdy sprawi im pozyskiwanie wiz w kolejnych państwach. Wizę mauretańską można zdobyć na granicy kraju, szybciej, taniej i łatwiej niż w ambasadzie. Po wyjeździe z Rabatu ruszyli dalej w drogę, aż do Nawakszut, jadąc ciągle wzdłuż malowniczego wybrzeża atlantyckiego. Po drodze odwiedzili takie perełki jak As- Sawira, Ad Dakhla czy Nawazibu.

W Nawazibu zaczęły się problemy techniczne. Najpierw uszczelniacz półosi, następnie hamulce. Drobne problemy, które mogłyby doprowadzić do zatrzymania ich pojazdu w najmniej oczekiwanym momencie. Wtedy również dowiedzieli się, że nei warto korzystać w pomocy miejscowych mechaników, a wszelkie naprawy należy wykonywać samemu, ze względu na znikomą wiedzę wyżej wspomnianych. Po uporaniu się z tym problemem udało się przejechać bezproblemowo kolejne kilka tysięcy kilometrów, aż w drodze powrotnej, na granicy WKS i Mali, w Manankoro, okazało się, że samochód nie chce odpalić. Sytuacja podbramkowa, brali pod uwagę najczarniejsze scenariusze, włącznie z pozostawieniem samochodu w Mali. Na szczęście udało się nawiązać kontakt przez Internet z grupą pasjonatów FSO, którzy pomogli zdiagnozować problem i usunąć usterkę. Cóż za wspaniałe czasy! Od Manankoro Anita i Piotr mieli już spokój, aż do Ad Dakhla, gdzie awarii uległ rozrusznik, moduł zapłonowy, cewki i kilka pomniejszych elementów, na szczęście mieli te wszystkie części ze sobą.

Święta Bożego Narodzenia spędzili w Bamako, w miejscu, które nazywa się The Sleeping Camel. Miejsce o niesamowitej atmosferze, gdzie spotykają się pracownicy placówek dyplomatycznych, wolontariusze ONZ, najemnicy, pracownicy czerwonego krzyża i podróżnicy. Każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia. Właśnie tam Anita i Piotr dowiedzieli się, że dalszy wjazd na północ Mali jest w tej chwili niebezpieczny. Wtedy postanowili, że Sylwestra spędzą już na plaży. Po świętach udało się zdobyć wizę na Wybrzeże Kości Słoniowej, dokąd wyruszyli 27 grudnia. Po wjechaniu do WKS przypomnieli sobie, że ich wiza jest ważna dopiero od 31 grudnia. Był 28 grudnia, ale w trakcie kontroli, nawet na przejściu granicznym nikt nie zwrócił uwagi na wizy. 31 grudnia dotarli do Abidżanu, po czym ruszyli na wschód, na plażę w Assinie. Spędzili tam kilka dni, podczas których obserwowali, jak wygląda życie w tej miejscowości. Ta plaża to był punkt zwrotny wyprawy. Już wiedzieli, że nie starczy im pieniędzy na to, żeby odwiedzić wszystkie kraje, które planowali odwiedzić. Ruszyli w drogę powrotną, przez drogę La Cotiere, która prowadzi z Abidżanu do San Pedro. Po drodze zatrzymali się jeszcze na kilka dni na plaży w Lateko, wiosce położonej niedaleko Sassandry. To było niesamowite doświadczenie, poznali wielu ciekawych ludzi, dowiedzieli się jak wygląda ich życie, jakie mają problemy i marzenia.

Droga do domu była długa. Świadomość tego, że już nieubłagalnie zbliża się koniec tej pamiętnej wyprawy była dla nich przytłaczająca. Mimo to, myśl o tym, że znów zobaczą swoich bliskich była pocieszająca. Z racji tego, że musieli zrezygnować z części swoich dotychczasowych planów, trasa przebiegała podobnie na odcinku Bougouni- Agadir. Dopiero za Agadirem skręcili w stronę marokańskiej pustyni. Odwiedzili takie miejscowości jak Zagora, Hassi Labied czy Meknes. Ucieczka przed zimą nie udała się. Dopadła ich już w Maroko, w górach Atlas i u ich podnóża, w Ait Ben Haddou. Wrócili do domu 2 miesiące przed planowanym terminem, ale szczęśliwi, bo pomimo różnych przeciwności udało im się spełnić marzenie o Afryce, a przy okazji udowodnili, że do ich realizacji nie trzeba wielkich pieniędzy.

11. Dziadek Agnieszka-Przejście Appalachian Trail

Celem wyprawy było pokonanie samotnie i bez wsparcia długodystansowego szlaku pieszego Appalachian Trail o długości 3523 km, prowadzącego przez 14 stanów USA, od Georgii (Springer Mountain) do Maine (Mount Katahdin). W trakcie wyprawy miałam możliwość poznania różnorodności przyrodniczej i kulturowej przemierzanego obszaru. Wypróbowując swoją odporność fizyczną i psychiczną chciałam też zachęcić inne osoby do podejmowania podobnych wyzwań.

Zaplanowane cele osiągnęłam w 100%, ponadto według oficjalnych danych jestem pierwszą osobą z Polski, której udało się pokonać Appalachian Trail.

Długodystansowy szlak Appalachian Trail, który pokonałam samotnie w 122 dni ma długość 3523 km I wiedzie przez 14 stanów USA, od Georgii po Maine. Trasa biegnie wzdłuż głównego grzbietu Appalachów, początkowo przez dość łagodne wzniesienia, porośnięte gęstą puszczą, dalej na północ góry nie są bardzo wysokie, ale ich szczyty pokryte są gładkimi skałami, a podejścia po zwaliskach głazów są bardzo strome. Moja wyprawa zaczęła się wiosną, więc mogłam podziwiać łany różnobarwnych kwiatów. Spotkałam wiele dzikich zwierząt, w tym 16 czarnych niedźwiedzi. Końcowy odcinek szlaku prowadzi przez 100 Mile Wilderness, usianą licznymi jeziorami. Wędrówkę wieńczy zdobycie szczytu Mount Katahdin.

DSC00530 DSC02016 DSC02647 DSC02978

Szersza relacja:

Appalachian Trail prowadzi przez 14 stanów wschodniej części USA, od Georgii po Maine, wzdłuż głównego grzbietu Appalachów.

Szlak zaczyna się na szczycie Springer Mountain w Georgii, a kończy na Mount Katahdin w Maine. Liczy 2189,8 mili, czyli 3500 km. Ten szlak to swego rodzaju amerykańska instytucja kultury. Został wytyczony w latach 20. i 30., kiedy w amerykańskich metropoliach nastała moda na ucieczkę od cywilizacji. Obecnie jest najbardziej popularnym szlakiem długodystansowym na świecie.

Swoje przejście rozpoczęłam 29 marca 2017 ze szczytu Springer Mountain. U podnóża góry znajduje się dyrekcja Parku Stanowego Amicalola Falls, gdzie rozpoczynający wędrówkę hikerzy wpisują się do rejestru. Otrzymałam numer 1359.

W Georgii i Północnej Karolinie klimat jest wyraźnie ciepły , lecz ponieważ była jeszcze wiosna nie obyło się bez wędrówki w śniegu. Spotkałam wielu innych hikerów, bo wszyscy wyruszyli mniej więcej w tym samym momencie aby dotrzeć do końca przed nadejściem zimy. Około 300-nej mili znacznie się już przerzedziło. Statystyki mówią, że 25% wędrowców rezygnuje już po 4 dniach.

W Parku Narodowym Great Smoky Mountains znajduje się najwyższy szczyt na szlaku Clingmans Dome (2025 m n.p.m.). Rejon ten słynie z niepogody, a jednak na moje ich przejście przypadł akurat długi okres pięknej, słonecznej aury. Dalej przez dłuższy czas szlak biegnie wzdłuż granicy z Tennessee. W czasie mojego przejścia w Tennessee nastąpiła powódź.

Następny stan, Virginia, jest najdłuższy na szlaku, ma 553 mile, a jego przejście zajęło mi prawie miesiąc. Z tygodnia na tydzień rozkwitały kolejne wiosenne kwiaty i krzewy: rododendrony, azalie i kalmie. Do tej części szlaku najbardziej pasuje określenie „zielony tunel”. Dla mnie przejście takim tunelem było niezwykle fascynujące. Tu pierwszy raz spotkałam czarne niedźwiedzie. Na całym szlaku widziałam ich 16. Nie są groźne, dopóki się nie dobiorą do ludzkiego jedzenia. Na szlaku obowiązuje nakaz wieszania zapasów jedzenia na drzewach lub chowania w żelaznych skrzynkach.

W Zachodniej Virginii, niedługo za 1000ną milą znajduje się dyrekcja szlaku, Appalachian Trail Conservancy. Pracownicy robią wędrowcom zdjęcia, które zostają w archiwach. Dotarłam tam 25 maja, jako 368 wędrowiec podążający w kierunku północnym.

Trasa w Maryland jest wąskim korytarzem prowadzącym między najbardziej zurbanizowanymi terenami na szlaku. Nad licznymi tu autostradami przeprowadzono kładki.

Maryland jest ostatnim stanem Południa. Dalej jest Pennsylvania, zwana przez wędrowców Rocksylvanią, ponieważ szlak jest pełen ostrych, sterczących kamieni. Wędrówka po tym stanie jest monotonna i frustrująca. Na tym etapie wszyscy są już zmęczeni i lekko znudzeni. Tu też wypada połowa szlaku, a dla mnie była też porą wymiany podartych butów na nowe. W Pennsylvanii dopadła mnie grypa żołądkowa i 12 dni deszczu pod rząd. Będąc w kiepskim nastroju przyspieszyłam kroku i w 4 dni przeszłam 100 mil, czyli 160 km. Pobiłam też swój dzienny rekord robiąc 49 km w jeden dzień.

W stanie New Jersey napotkałam pierwsze naturalne jezioro, zapowiedź zmiany krajobrazu na polodowcowy. Tu zaczęła się fala upałów, która ciągnęła się przez cały stan Nowy Jork. W tym stanie przeszłam rzekę Hudson, która oddziela Appalachy Północne od Południowych.

W Connecticut, następnym małym stanie, wędruje się przez dłuższy czas doliną rzeki Hausatonic. Stan ten zaskakuje dużą ilością stromych skał.

Massachusetts to pierwszy stan Nowej Anglii. Tu było coraz więcej jezior, a teren zaczął się wznosić.

W stanie Vermont pokonałam pasmo Green Mountains. Tam po raz pierwszy zaczął dominować północny las świerkowy.

White Mountains w stanie New Hampshire mają alpejski charakter i stanowią największe wyzwanie na całym szlaku. Wybitny masyw wznosi się ponad górną granicę lasu, a jego najwyższy szczyt Mount Washington słynie z najgorszej pogody w całych Stanach. Nie inaczej było podczas mojego zdobywania tego szczytu – deszcz i gęsta mgła nie pozwoliły cieszyć się widokami, a nadchodząca burza zmusiła mnie do biegu po piargach. Przejście White Mountains to często wspinaczka po pionowych ścianach i wielkich skałach.

Podobnie jest w Maine. Tutaj znajduje się najtrudniejsza mila Appalachian Trail, Mahoosuc Notch – labirynt wśród odłamów skał, w którym trzeba czołgać się, pełzać i zsuwać ze skał. Przejście zajęło mi 2h 50min, ale utrudniał mi je lodowaty deszcz. Ze szczelin skalnych wiało chłodem, leżał tam jeszcze śnieg.

Południowa część Maine bardzo mnie zmęczyła, a to jeszcze nie był koniec. Przede mną była 100 Mile Wilderness. Jest to odcinek, który uchodzi za najdzikszy na szlaku. Był on wyjątkowo piękny z powodu licznych jezior, w których można się kąpać. Po wyjściu z wody trzeba było się oganiać się od milionów komarów.

Na tym etapie wędrowców ogarnia radość. Z jednego ze szczytów po raz pierwszy na horyzoncie pojawia się Katahdin, koniec szlaku, ale tylko dla najwytrwalszych. Do końca dociera około 20-25% wędrowców.

Finiszowałam w 122 dniu wyprawy, zdobywając szczyt Mount Katahdin, najwyższą górę stanu Maine. Przed wejściem zarejestrowałam się jako 191 wędrowiec kończący przejście na Katahdinie. Podejście było trudne, trzy razy musiałam zdjąć plecak i podsadzić go na skałę żeby móc się następnie po niej wspiąć. Na szczycie, z którego roztacza się piękny, rozległy widok na całą krainę gór i jezior, znajduje się tablica oznaczająca koniec szlaku.

 

12. Wiśniewska Karolina-Na zakręcie życia: rowerem przez Stany

W maju 2017r. bez kasy w portfelu (z wyboru), z dwiema bluzkami w sakwach (z przypadku) i jedną nadprogramową protezą tlenową na bagażniku (z konieczności) wyruszyłam w samotną, 5-miesięczną podróż rowerową przez Stany Zjednoczone. Zamiast zakupów w sklepach, towary wyławiałam w śmietnikach przemysłowych. Zamiast pieniądza, do wymiany gospodarczej używałam barteru, humoru i hazardu. Kiedy nie byłam w stanie na szczyt wjechać, pod górkę po prostu wchodziłam.

Bo każdy z nas może: bez kasy, zdrowia, sławy czy urody. Przeciwności losu nie są bowiem przeszkodą na drodze życia. Są częścią tej drogi.

Na początku były wymówki.

Potem była choroba. Rower okazał się lekiem na wszystkie bolączki.

Po 3 latach choroby, w desperackim akcie pogoni za zdrowiem, Karolina postanowiła wprowadzić w życie maksymę, że rower to odpowiedź na wszystkie problemy.

W maju 2017r., bez kasy w portfelu (z wyboru), z dwiema bluzkami w sakwach (z przypadku) i jedną nadprogramową protezą tlenową na bagażniku (z konieczności), Karolina wyruszyła w samotną 5-miesięczną podróż rowerową przez Stany Zjednoczone. Zamiast zakupów w sklepach, towary łowiła w śmietnikach przemysłowych. Zamiast pieniądza, do wymiany gospodarczej używała barteru, humoru i hazardu. Kiedy nie była w stanie na szczyt wjechać, pod górkę po prostu wchodziła.

W sumie wykręciła 9000 kilometrów, przejechała 15 stanów, spędziła w siodełku 105 dni, wydała 0 dolarów, uratowała przed śmietnikiem góry jedzenia, nakarmiła dziesiątki podróżników, zdarła 6 opon, zapoznała setki życzliwych ludzi (i żadnego mordercy),

przespała jedno trzęsienie ziemi, zrobiła tysiące zdjęć, zużyła na podpałkę kilka recept lekarskich, zebrała na organizacje feministyczne 1000 euro i zadarła z policją tylko raz.

Karolina chciała udowodnić – sobie i innym – że strach przed nieznanym i trudnym to często wygodne wymówki. Przeszkody i problemy to bowiem nic innego jak barierki wzbogacające nasz bieg życia o ekscytujące przygody. A świat nie taki straszny jak się wydaje.

DSCF4538_2 ETNT2350 IMG_8792 INCR4214 TransAm

Przebieg wyprawy:

Od San Francisco przez część trasy rowerowej Pacific Coast Route (stan California i Oregon przez drogę 101) do Florence, Oregon – następnie całość trasy rowerowej Trans America (przez stany Oregon, Idaho, Montana, Wyoming /parki Yellowstone, Grand Tetons, góry Rockies/, Colorado, Kansas, Missouri /bolesne górki i pagórki Ozarks), Illinois, Kentucky /góry Appalachians/, Virginia) do Yorktown, Virginia, następnie przez część tras rowerowych Potomac Route i Atlantic Coast Route + własna trasa (stany Maryland, Pennsylvania, New Jersey, New York) do Nowygo Jorku, NY.

Słowo od autorki:

Wiem, ze poniższy tekst to nie typowa „relacja z wyprawy”. Prezentuję w nim zaledwie kilka *idei*, które przyświetlały mi w czasie drogi, motywowały mnie na przód i którymi pragnę podzielić się z każdym, kto zechce posłuchać. Poza tym – przyznaję bez bicia – jestem zdecydowanie lepszą rowerzystką (i fotografką) niż pisarką. Pisanie jest dla mnie tak ciężkie, jak wjechanie pod górkę jest wyzwaniem dla zasiedziałego palacza…

Jeśli można, to w zamian proponuję krótki zwiastun filmowy czyli zajawkę wizualną zamiast tej tekstualnej:

A jeśli nie można to poniżej zamieszczam obowiązkowy (a urodzony w bolączkach) tekst.

Pracuję w dziale finansowym paryskiego domu mody a wyjechałam przejechać się rowerem przez Stany Zjednoczone bez pieniędzy w kieszeniach, z dwiema koszulkami w sakwach i jedną protezą tlenową w nadbagażu. No bo, w sumie, czemu nie? Przez tą wyprawę chciałam udowodnić i podzielić się, tym, że:

1. Każda kobieta może być solo-„kimkolwiek tylko zapragnie” (facet niepotrzebny).

Jedno z najbardziej poruszających odkryć dokonanych w czasie mojej podróży, to fakt, że ludzie boją się… LUDZI! A prawda taka, że większość z nas jest dobra. Podróżując samotnie, rzadko kiedy pozostawieni jesteśmy sami sobie, gdyż nie żyjemy na bezludnych wyspach a ludzie to nie potwory. Nikt nie pozostawi umierającego na poboczu drogi. Ludzie są z natury dobrzy a podróżujące samotnie kobiety często adresatkami szczególnej życzliwości i troski.

2. Większość z nas może realizować marzenia, niezależnie od kondycji czy innych przeszkód.

Ja sama zdecydowałam się na wyjazd po 3 latach choroby, która zrujnowała mi zdrowie, życie i zostawiła z 40-kilogramową nadwagą oraz protezą powietrzną CPAP, którą muszę podłączać co noc do prądu. Trasę zaczęłam pokonywaniem jedynie 30 km dziennie. Kiedy nie dawałam rady wjeżdżać na górki i pagórki to po prostu na nie wchodziłam… A maszyna, która wydawała się być dużym utrudnieniem, ostatecznie otworzyła mi wiele dodatkowych drzwi, gdyż ludziom włączał się najzwyczajniej odruch „pomocy słabszemu”. Więc jeśli ja, otyła i schorowana 30-latka mogłam: Ty też możesz. Zaakceptuj i pokochaj swoje słabości i RUSZAJ!

3. Pieniądze to nie wszystko.

Aby rowerowanie przez tysiące kilometrów nie było za łatwe, podjęłam się dodatkowego wyzwania i postanowiłam nie posługiwać się w ciągu wyprawy żadnymi środkami pieniężnymi. Z San Francisco wyjechałam z zerową ilością kasy i w ciągu 4 i pół miesięcy pieniędzy wydałam 0$/£/€. Zawodowo pracuję w finansach, i pierwsza dobrze wiem, że w życiu nie ma nic za darmo. Jednak pieniądze to też nie wszystko.

Przez tez czas żyłam zarówno z ludzkiego marnotrawstwa jak i ludzkiej szczodrości. Światowy problem marnotrawstwa jedzenia jest kwestią dla mnie ważną i uprawiając ‘dumpster diving’ dawałam świadectwo temu, iż produktami wyrzucanymi na śmieci można wykarmić całe narody. Oprócz tego wierzę w zwykłą ludzką dobroć a ta – potwierdzam – jeszcze nie umarła! Rower zaś kupiłam za 100 dolarów w kolektywie z San Francisco. Był trochę za mały i nie miał odpowiednich przerzutek, no ale kto powiedział, że pod górkę nie można bicyklu po prostu wepchać…? Przez lata odkładałam rzeczy “na później”: aż będę lepsza, bogatsza, piękniejsza i miała super sprzęt. Aż tu nagle zachorowałam… Moje życie zatrzymało się i byłam niedaleka by je zakończyć definitywnie. Mam więc teraz ochotę krzyczeć z dachów: koniec z odkładaniem życia na później! Realizujmy marzenia, na przekór światu, jeśli trzeba! To tym optymizmem i tą energią chciałabym się podzielić z uczestnikami festiwalu.

www.thatcyclingchick.com

 

13. Tokarski Wojciech-W cieniu Kanczendzongi - Nepal Wschodni

Wyprawa została podzielona na 2 części:

  1. Dolina Kathmandu i Miasta Królewskie,
  2. W cieniu Kanczendzongi – Nepal Wschodni.

W wyprawie uczestniczyły 2 osoby: oprócz mnie był to kolega mieszkający na stałe w Szwecji. Naszym przewodnikiem był Nepalczyk, Mani Katchiwada. Co ciekawe, ten Nepalczyk mówi także po polsku.

Wystawa i prezentacja zgłoszona na VIII Festiwal Podróżników w Bydgoszczy, to właśnie ta druga część Nepalu. Obie części zaczęły się w Kathmandu, gdzie akurat odbywało sie święto Happy Holi. Z powodu trudności komunikacyjnych musieliśmy wcześniej opuścić stolicę i udać się samochodem do miasta Itakari. Już po pobycie w górach Nepalu Wschodniego powróciliśmy do stolicy oraz pozostałych miast królewskich: Bactapuru i Patanu.

Najciekawsza część wyprawy, czyli góry Nepalu Wschodniego będzie prezentowana na Festiwalu. Ta część przygody rozpoczęła się pobytem w rodzinnym domu Maniego w Itakari. Byliśmy tam 2 dni przed wyruszeniem w góry i 2 dni w drodze powrotnej. Mieliśmy dużo szczęścia, bo akurat w dniu naszej wizyty, miała też miejsce wizyta szamana, który z reguły odwiedza rodziny co 1/2 roku.

Dalsza część wyprawy to wędrówka (częściowo samochodem, a częściowo na nogach) przez Himalaje, do stóp Kanczendzongi. Ostatecznie dotarliśmy do wysokości ponad 4000 m.n.p.m. Spaliśmy w tzw. logiach (?) oraz u rodzin nepalskich. Uczestniczyliśmy w świętach, poznaliśmy sposób życia w tak ekstremalnie trudnym terenie. Rozmawialiśmy z nimi o ich codziennych kłopotach i problemach w dłuższej perspektywie czasu. Często byli to młodzi, dobrze wykształceni ludzie, którzy z powodu braku pracy w miastach pozostawali w rodzinnych wioskach i uprawiali swoje tarasowe poletka, przez wieki wyrywane surowym górom. Dowiedzieliśmy się skąd czerpią wodę konieczną do upraw i do codziennych czynności w gospodarstwie, a także jak pozyskują energie elektryczną. Nie mogliśmy pojąć jak można żyć w chatkach, gdzie stropy (dachy) nie są izolowane, a światło prześwituje między blachą, kiedy zimą temperatura spada do kilkunastu stopni minus.

Tereny Himalajów Wschodnich nie są tak mocno skomercjalizowane jak zbocza Annapurny czy Montewewrestu. Tak naprawdę, to w ogóle nie są skomercjalizowane. Brak hoteli i restauracji, a jeżeli jakaś się trafi, to na pewno nie przypomina w żaden sposób tego typu lokali występujących np. w stolicy Nepalu.

Wyprawa zakończyła się miesiąc przed tragicznym trzęsieniem ziemi, które głównie dotknęło Kathmandu i Patan oraz okolice. Część sfotografowanych zabytków architektury już nie istnieje. Zostały zrujnowane. Także okolice Nepalu Wschodniego ucierpiały na skutek trzęsienia ziemi.

Cel wyprawy, to pozyskanie dobrych zdjęć, które można by prezentować z powodzeniem na wystawach, a także poznanie kultury i obyczajów tego tak niezwykle ciekawego, a jednocześnie ubogiego kraju. Nepal jest jednym z 3 najbiedniejszych krajów świata.

W prezentacji ujęto podstawowe informacje dotyczące historii i gospodarki kraju oraz zwyczajów, wierzeń i kultury. Główny trzon prezentacji to opowiadanie o pobycie w wysokich górach bogato ilustrowane zdjęciami.

IMG_1160-1-2 IMG_1280-1m IMG_1435-HDR-2m IMG_1455-HDR-2m IMG_1514-HDR-2m

Szersza relacja:

 

 

Wyprawa rozpoczęła się w Katmandu. W dniu kiedy lądowaliśmy w stolicy Nepalu, padał rzęsisty deszcz. O tej porze roku takie zjawisko jest niezwykle rzadko spotykane. Ale deszcz padał tylko niecałą godzinę i pokazało sie słońce. Natomiast w drugim dniu samolot tych samych linii lotniczych, którymi my przylecieliśmy usiłował lądować w gęstej mgle. Lotnisko z oporami wydało pozwolenie na lądowanie. Niestety skończyło to się niezbyt dobrze, bo airbus 230 zjechał z pasa i zarył dziobem w piasku. Oprócz kilku osób przestraszonych nikomu nic sie nie stało. Wypadek miał jednak znaczenie dla naszych dalszych planów. Tak duży samolot może podnieść tylko specjalny dźwig, a takowego w Nepalu nie posiadają. Trzeba go było ściągnąć z Indii i trwało to prawie tydzień.

W tym czasie nie mogły startować żadne samoloty, także te linii śródlądowych. W związku z tym dalszą drogę, 450 km musieliśmy odbyć samochodem. Z jednej strony to spowodowało skrócenie pobytu w Katmandu, gdzie akurat odbywało sie święto Happy Holi, a z drugiej jazda samochodem pozwoliła na zarejestrowanie pięknych pejzaży górskich. Po drodze do Itakari odwiedziliśmy posterunek policji, którym dowodzi brat naszego przewodnika, Maniego. Przyjęto nas tam tradycyjnym posiłkiem zwanym dalbat. W Itakari mieszkaliśmy przez 2 dni w rodzinnym domu Maniego. Mani Katchiwada pochodzi z rodziny braminów. Poznaliśmy jego rodziców, a także kuzynów. Akurat tak sie złożyło, że ich dom rodzinny odwiedził szaman. Jest to taki człowiek, który przepowiada rodzinie najbliższą przyszłość, ocenia dotychczasowe postępowanie i daje zalecenia na następne pół roku. Pozwolono nam robić zdjęcia, ale bez używania lampy błyskowej. Atmosfera była niesamowita i przeżycie też. Potem rodzina zgromadziła sie w jednym pokoju i spożywała posiłek. Można było robić zdjęcia. Nepalczycy są raczej pozytywnie nastawieni do osób fotografujących. Jest to naród prawie zupełnie pozbawiony agresji. Pobyt w rodzinnym nepalskim domu bardzo dużo nam dał. Byliśmy tu jeszcze w drodze powrotnej. Tam też dowiedzieliśmy się, że jaszczurka – gekon jest pożądanym zwierzęciem w domu. Ich obecność świadczy o przychylnej atmosferze i dobrym klimacie rodzinnym. Jednocześnie spełniają pożyteczną rolę wyjadając insekty i komary.

Przed wyruszeniem w góry zostaliśmy uroczyście „pobłogosławieni” prze panią domu. Oczywiście oznak błogosławieństwa nie usuwaliśmy przez cały dzień. Było by to źle widziane.

Rano dołączyło do nas dwóch tragarzy. Potocznie nazywa się ich szerpami, ale nie każdy tragarz jest szerpem i odwrotnie. Szerpowie to jedna z licznych grup etnicznych w Nepalu. Przybyli z Tybetu i zamieszkują tereny na wysokości około 6000 mnpm. Predysponuje to ich do prowadzenia wysokogórskich wypraw, bo w rozrzedzonym powietrzu czują się jak ryba w wodzie. Obecnie tragarstwem trudni się wielu Nepalczyków. Jest to intratne zajęcie. Wsiadamy w terenowy samochód marki machindra (koncern TATA) i ruszamy po niezbyt dobrych drogach w kierunku gór. Po drodze trafiamy na uroczystości religijne hinduistów. Jest to „odnowienie ducha domu”. Co pewien czas każde gospodarstwo jest odwiedzane przez kapłana, który odprawia modły. Modły są odprawiane bez przerwy przez 10 godzin. Taka uroczystość gromadzi większość mieszkańców wsi, a już na pewno uczestnikami są najbliżsi sąsiedzi oraz rodzina. To bardzo uroczysty dzień. Panie są ubrane w odświętne stroje i ozdobione tradycyjną biżuterią. Najbardziej charakterystyczne są zielone naszyjniki zrobione z drobnych koralików. Panowie obowiązkowo mają na głowach topi, narodowe nakrycie Nepalczyków. Oczywiście wszyscy są na boso. Takie są wymogi dobrego wychowania i uświęconego miejsca jakim jest dom. Nasz przewodnik określa takich uczestników pojęciem: Nepalu babu, czyli dobrze wychowany Nepalczyk. Po małym posiłku i po zarejestrowaniu na matrycy co ciekawszych ujęć ruszamy dalej.

Dojeżdżamy na nocleg do miasta Basantpur. Tu będziemy mieszkali w hotelu. Jako atrakcję przewodnik serwuje nam alkoholizowany napój z tomby. Jest to sfermentowany zacier zrobiony z kaszy gryczanej. Wysokie drewniane naczynia są stawiane przed każdym biesiadnikiem, a do tego serwowana jest suszona soczewica. Cały zestaw nie bardzo nas zachwyca. Soczewica jest bardzo twarda, a napój sączy się przez bambusową trzcinkę wielokrotnego użycia. Trochę nas to odstrasza, a ponieważ nasi towarzysze bardzo zachwalają ten napój wyskokowy, to też wciągamy. Nie ma wyjścia. Po zakwaterowaniu w pokoju używamy bardziej europejskiego trunku i to nas podtrzymuje na duchu oraz przy zdrowiu.

Wcześnie rano penetracja miasteczka z aparatem w dłoni. Sporo młodzieży oraz normalnych mieszkańców , dla których jesteśmy niecodzienną atrakcją. W tych okolicach turysta i to z Europy, to rzadkość. Opuszczamy Basantpur i nadal samochodem wjeżdżamy w coraz bardziej niedostępne tereny. Te drogi można przemierzać tylko samochodem 4×4 lub jeszcze lepiej traktorem. Jazda jest makabryczna. Balansujemy nad przepaściami, szczególnie jak trzeba się minąć z innym pojazdem. Kłęby dymu wyrzucane z rury wydechowej naszej machindry przedostają się z łatwością do wnętrza auta. Samochód niemiłosiernie trzęsie i przewala się z boku na bok. W środku nami rzuca jak piłeczkami tenisowymi. Rozbijamy sie o metalowe części pojazdu. W tych samochodach nadmiaru okładzin czy tapicerki się nie uświadczy. Poruszamy sie w żółwim tempie. W końcu docieramy do większej polanki z pięknymi widokami górskimi. Jesteśmy już dość wysoko, bo chmury przewalają się przez okoliczne zbocza gór. To będzie miejsce postoju z ewentualnym posiłkiem, nie obiadem. Robi się coraz zimniej.

Składamy zdecydowany wniosek do Maniego: nie chcemy dalej jechać samochodem. Lepiej iść na pieszo. Nie wiem czy to był dobry pomysł, ale został zrealizowany. Po drodze piękne widoki oraz pojedyncze zabudowania i ich mieszkańcy. Oprócz tego może ze dwa sapiące i plujące ropą landrowery wyprawowe i głucha cisza. Po kilku godzinach docieramy do wioski położonej powyżej 3500 mnpm. Na granicy wsi jest nawet na pordzewiałej blasze mapa szlaków górskich oraz instrukcja jak należy postępować z niemowlętami i jak karmić piersią. Robimy zdjęcie, może sie przydać. Te porady na razie są nam zbędne, ale mapę szlaków oglądamy z uwagą. Mamy tutaj zjeść obiad. Jednak okazuje się, że pani, która prowadzi restaurację nie wie jak ugotować kurę. Może to śmieszne, ale my się już nie dziwimy. Spokojnie zajmujemy się robieniem zdjęć. To w końcu nie nasz problem. Nasi opiekunowie wpadają na pomysł, że to oni tą kurę przyrządzą. W ruch idzie nóż bojowy Gorkhów (grupa etniczna słynna z waleczności) i kura, która jeszcze przed chwilą biegała po drodze wydaje ostatni krzyk. Jak wyglądała „restauratorka” i jej lokal nie da się opowiedzieć. To trzeba zobaczyć na zdjęciach. Niestety, po zabiegach kulinarnych towarzyszących nam Nepalczyków mięso jest twarde i gumiaste. Jesteśmy głodni i dlatego próbujemy to ugryźć, ale się nie daje. Dobrze, że kura była przynajmniej z ryżem.

Po dłuższej przerwie ruszamy w dalszą drogę, która pnie się pod górę. Do hotelu (?) docieramy późną nocą. Zbyt późno aby było bezpiecznie. Znalazły się latarki, trochę świecimy telefonami. Co trochę słychać porykiwania jaków. Jaki są zwierzętami jucznymi, bardzo cenionymi przez miejscową ludność. Żyją na wysokościach od 3500 do 6000 mnpm. Są to zwierzęta nerwowe i raczej trzeba się od nich trzymać z daleka. Żyją też w górach w stanie dzikim. o pewnie te dzikie ryczały. Docieramy do hotelu zwanego przez miejscowych loggią. No bo trudno ten przybytek nazwać hotelem. Brak wody do umycia i prądu, a miejsca do spania to drewniane prycze z narzuconym kocem w bliżej nieokreślonym kolorze oraz czasokresie używalności bez prania. Do zestawu przynależy jeszcze kołdra. Trochę wilgotna i ze śladami wieloletniego używania. Nie dało by się w tym wyspać gdyby nie nasze śpiwory kupione zresztą w Nepalu. To też inna historia. Zamiast upragnionej herbaty, bo jak ugotować jak energia z paneli obsługuje jedynie słabe oswietlenie, strzelamy lufę i idziemy spać.

Rano wszyscy są podziębieni. Mój zegarek wskazywał 7 st. C, a do tego należy dołożyć jeszcze wilgoć. Nasi Nepalczycy mocno zmarznięci. Nie dysponowali śpiworami, to wskoczyli razem do jednego łóżka, ale i tak nie pomogło. Mani ma temperaturę. Aplikuję mu antybiotyk i uprzedzam, że jak będzie u lekarza, to ma podać jego nazwę. Patrzy na mnie jakoś głupio. Szybko się orientuję dlaczego tak zareagował. Wstajemy w złych humorach. Ja jeszcze walę głową w belkę stropową. Cóż, Nepalczycy są niżsi. Dobrze, że nie kojarzą co krzyczę. W tym momencie z dołu dobiega rozentuzjazmowany głos: Mount Everest, Mount Everest. To jeden z naszych drze się na całego. Zbiegamy i w tym momencie spada z nas cała złość spowodowana niewygodami. W dali widać w ostrym słońcu ośnieżone pasmo gór, przed nami koza przed chwilą urodziła małe, jeszcze połączone pępowiną, a nad naszymi głowami fruwają 2 potężne orły, a może orłosępy? Takie widoki mogą wprawić w euforię każdego.

Dalej trasa wiedzie do małego miasteczka oddzielonego od drogi wąską kładką zawieszoną na linach, przez którą mieszkańcy muszą przenosić całe zaopatrzenie na własnych plecach. Akurat trafiamy na transport towarów do miejscowych sklepów. Do tego miasteczka dojechaliśmy traktorem. Żaden samochód nie dał by rady. Jazda była makabryczna, bo to po czym się poruszaliśmy to w najlepszym wypadku trakt, a po drodze jeszcze trzy rzeki, które mostów nie widziały. Dalej poruszamy się znowu samochodem, aż docieramy do miasta Taplejung. Ciekawe obserwacje folkloru miejskiego, handlu i małomiasteczkowego biznesu. Zaliczyliśmy następny ślub (poprzedni w Katmandu). Dłuższy postój mamy w miejscowości Suketar. To taki zestaw pawilonów hotelowych reklamujący się jako Hilton Resort – Hotel e Lodge. Tu już spanie w bardziej cywilizowanych warunkach. Można sie nawet umyć, ale o natrysku nie ma nadal mowy. Jest też lotnisko. Tutaj spędzamy dwa dni fotografując o świcie Kanczendzongę, tzw. „zapalanie szczytów”.

Dalsza droga to wyłącznie na nogach, bo poruszamy się tylko po ścieżkach. Żadna droga nie istnieje. Idziemy zafascynowani wysokogórskimi widokami. Wstępujemy do dwóch szkół podstawowych. W jednej założonej przez fundację, której prezesem jest Polak zabawiliśmy cały dzień. Z pokorą patrzymy w jakich warunkach dzieci się uczą. Szkolnictwo podstawowe nie jest obowiązkowe. Państwo nie dokłada do edukacji. Szkoły powszechne z reguły są płatne. Wysoko w górach jest ich bardzo mało. Niejednokrotnie dzieci dochodzą do szkoły 4 i więcej kilometrów. Na moje pytanie Mani odpowiedział: nie mogą być dowożone, bo tutaj nie ma dróg.

Aby się dostać do szkoły podstawowej trzeba zdać trudny egzamin z pisowni języka nepalskiego i angielskiego, który trwa 7 dni. Nauka wstępna w tzw. pre-school trwa dwa lata. W dużych miastach prywatnych szkół jest sporo, ale są drogie. Analfabetyzm sięga 60% i jest znacznie większy wśród kobiet. Rozdałem dzieciom długopisy i mazaki, które specjalnie zabrałem w podróż. W ten sposób stałem się w oczach dzieci „darczyńcą” W Nepalu bardzo źle jest widziane dawanie dzieciom słodyczy.

Ruszamy w drogę aby dotrzeć do dłuższego postoju. Zmęczenie daje nam się we znaki. Przed zmierzchem Mani decyduje , że nocujemy w innym gospodarstwie niż zaplanowano. I pewnie było to dobre posunięcie, bo ludzie byli nieprzygotowani, a przez to bardziej autentyczni. Mieszkała tam rodzina czteropokoleniowa. Najstarsza była prababcia, a najmłodszy 2-3 letni bąk, który w ciągu dnia często spędzał czas w skrzynce po coli. Pokój nam udostępniła – sądząc po gadżetach, które pozostawiła – młoda dziewczyna. Pościel oczywiście nie była wymieniona, ale nas ratowały śpiwory. Tutaj spędziliśmy trzy dni. Zwiedziliśmy okolice, dowiedzieliśmy sie skąd mają energię i dlaczego nie z sieci państwowej. Jak wyglądają randki miejscowej młodzieży oraz dlaczego przy paniach nie pali sie papierosów no i co jest główną rozrywką kiedy dyskoteki nie istnieją. Mogliśmy się też wreszcie gruntownie umyć, mimo, że łazienka to kawałek betonu o wymiarach 2×2 m, ale za to w urokliwym, zielonym ogrodzie. Niemałym zaskoczeniem był „system wodociągowy” w tym gospodarstwie położonym nad urwiskiem skalnym. Otóż woda jest ujmowana wężami z potoków spływających z lodowca i rozdzielana na poszczególne domy. Co prawda zanim spłynie trochę niżej, to słońce ją ogrzewa i to był pozytywny element naszej toalety.

Znowu mordercza trasa górskimi ścieżkami. Wpadamy z wizytą do wujka Maniego. Mani się w tym domu urodził i opowiada nam to czego dowiedział się od rodziców. Nocleg mamy u jednego z naszych tragarzy, który nas tutaj opuszcza. Jest on miejscową personą, bo pełni rolę sołtysa, jest także przewodniczącym jakiegoś odłamu partii politycznej. Z tego miejsca pojedziemy już samochodem, ciągle w dół. Ale jeszcze przed wyruszeniem w podróż powrotną szykują dla nas „przyjęcie” czyli wieczorną kolację. Trzeba pamiętać, że kuchnia jest miejscem świętym w domu. Koniecznie przebywa się w niej na boso i nie wypada dopytywać kiedy będzie posiłek. Należy też pochwalić panią domu za jakość przygotowanych potraw, ale nigdy za urodę. Tu można się mocno narazić mężowi. Nie grozi to wybuchem gniewu czy objawieniem agresji, ale wyraźnie pokaże swoje niezadowolenie. Nepalczycy są społeczeństwem prawie pozbawionym agresji. Nie raz widzieliśmy w miastach kolizje drogowe, które u nas kończą się karczemną awanturą. Tutaj takich zachowań nie zauważyłem. Niezwykle rzadko w rozmowie zaprzeczają. Jest to objaw złego wychowania. Również prowadzenie dyskusji wymaga umiaru i źle jest widziana żywa gestykulacja lub podnoszenie głosu.

W tym domu dowiedzieliśmy się jak wygląda mechaniczna obróbka wstępna ryżu. Byłem zaskoczony jak otrzymałem foliowy woreczek z ryżem dopiero co zebranym. Z samego rana zostaliśmy przywitani kubkami mleka. Ani ja, ani mój kolega nie lubimy mleka. Wręcz go nie tolerujemy. Dlatego ja oddałem kubek grzecznie dziękując, a Paweł zrobił jeszcze gorzej, bo wyłowił kożuch i strzepnął go na ziemię. Nie wiem czy to było mleko od świętej krowy czy od bawołu wodnego, ale jak by nie było popełniliśmy dużą niegrzeczność.

Przed wyjazdem otrzymaliśmy śniadanie, które było reklamowane przez Maniego jako „jedzenie biedoty”, a zostało wykonane na bazie mleka i kukurydzy. Miała być to atrakcja. Niestety, mnie ten posiłek nie przypadł do gustu i w połączeniu z niezwykle krętą i wyboistą drogą spowodował sensacje żołądkowe. Źle się to skończyło. Tu należy wyjaśnić, że tradycyjna potrawa nepalska to dal-bat, czyli ryż i rozgotowana soczewica. Oni jedzą to rękoma i nie ma znaczenia czy robią to w domu czy w restauracji. Nie specjalnie mi to smakowało, ale najczęściej otrzymywaliśmy taką potrawę w górach. Lepsze są pierożki momo nadziewane mięsem kozim lub drobiem. Jest to potrawa tybetańska, rozpowszechniona także w Nepalu i Indiach.

Droga powrotna była męcząca. Kierowca jechał szybko, za szybko jak na stan drogi. W tym kraju jest ruch lewostronny, a w górach wygląda to tak, że przed każdym zakrętem samochód zjeżdża na stronę przeciwną i uruchomiony zostaje klakson. Wszyscy mają nadzieję, że z drugiej strony nikt nie jedzie, a jak już jedzie, to pewnie słyszy nasz sygnał. Ja wątpię czy słyszy, ale jakoś dojechaliśmy szczęśliwie. No może nie zupełnie szczęśliwie, bo po drodze odpadło nam tylne koło. Samochód dość skutecznie zablokował drogę. Inne pojazdy musiały się przeciskać między ścianą skalną , a naszą machindrą. Jednak nikt nie zbluzgał kierowcy, który rozłożył warsztacik i ze spokojem zabrał się do naprawiania auta. Proszę sobie wyobrazić co by się działo w podobnej sytuacji w Polsce. Dalej już jechaliśmy bez przygód aż do miejscowości Ilam w prowincji Darjeeling, która słynie z produkcji znanej na całym świecie herbaty. Tutaj zanocowaliśmy w zupełnie przyzwoitym hotel, a rano pognaliśmy robić zdjęcia na plantacjach. Produkcja herbaty daje trochę miejsc pracy. Przy zbiorach głównie pracują kobiety, około 75%. Herbata z tej prowincji niczym nie ustępuje wyrobom indyjskim.

Jedna z pracujących kobiet, prawdopodobnie brygadzistka poinformowała właściciela, że robimy zdjęcia. Przyjechał motorem. Niestety nie mógł nam pokazać zakładu przetwórczego, ponieważ był akurat w remoncie.

To w zasadzie koniec tej części wyprawy. Wróciliśmy autem do Itakari do rodziny Maniego. Po dwóch dniach udaliśmy się na lotnisko i małym samolotem odrzutowym przelecieliśmy nad Himalajami do Katmandu. Pilot specjalnie tak pilotował maszynę aby można było obejrzeć góry.

14.Sobańska Natalia Sobańska, Kotkowski Bartłomiej-Urbex Japan Trip

Wyprawa miała na celu odwiedzenie oraz dokumentację strefy wykluczenia katastrofy w Fukushimie oraz opuszczonych miejsc w całej Japonii.

Japonia. Swoisty raj dla fanów opuszczonych miejsc. Ten kraj, pod katem urbexu , zawsze był w sferze marzeń, przede wszystkim ze względu na kondycje opuszczonych miejsc. Kultura Japończyków wyklucza kradzieże, plądrowanie czy dewastacje tego typu miejsc, szacunek do cudzej własności jest na niesamowicie wysokim poziomie co w efekcie pozwala na zachowanie miejsc w takim stanie w jakim zostawił je właściciel -dotknięte jedynie zębem czasu.

 

Zgloszenie7 Zgloszenie8 zgłoszenie1 zgłoszenie2 zgłoszenie3Przeglądając zdjęcia Japończyków odwiedzających opuszczone miejsca, aż oczy nam się świeciły. Do tej pory przez kilka lat, widzieliśmy wiele opuszczonych szpitali, teatrów, hoteli czy kościołów, natomiast nigdy nie były to aż tak wyposażone miejsca. Nawet nam nie mieściło się w głowie jak można zostawić tak po prostu w pełni wyposażony szpital czy cały hotel łącznie z lekami czy komputerami? Nie zabierając kompletnie nic, nawet automatów z napojami czy papierosami? Jak to możliwe, że nikt tego nie rozkradł przez 20 lat od opuszczenia? Zadawaliśmy sobie te pytania, dalej odwiedzaliśmy miejsca w Europie i marzyliśmy. Marzyliśmy o tym, że kiedyś zjedziemy Japonie wzdłuż i wszerz odwiedzając wszystkie interesujące nas obiekty właśnie tam.

 

Maj 2017 roku, stoimy na parkingu pod Ikeą, rozmawiamy o planowanym wyjeździe do Szwecji, w międzyczasie bez większego zainteresowania, mechanicznie przeglądam facebooka. Nagle milknę co naprawdę rzadko mi się zdarza i wpatruje się w świecący ekran telefonu. Bartek zaintrygowany podchodzi i zagląda mi przed ramie. Teraz obydwoje stoimy bez ruchu i wpatrujemy się w ekran, na którym widzimy ogrom pajęczyn, łączących sklepowe półki uginające się pod ciężarem zakurzonych butelek z Jackiem Danielsem. To było zdjęcie opuszczonego supermarketu w prefekturze Fukushima. Popatrzyliśmy na siebie i nie musieliśmy nic mówić. Tego dnia podjęliśmy decyzje, że jedziemy do Japonii.

 

Przygotowania do wyjazdu zaczęliśmy od razu poprzez zbieranie funduszy, wstępny szacunek kosztów, przygotowanie mapy opuszczonych miejsc oraz logistyka. Najbardziej intensywny był pod tym kątem styczeń. Codziennie po pracy, spędzaliśmy po 6h-8h aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Znalezienie opuszczonych hoteli na japońskich stronach nie było aż tak trudne jak znalezienie tablic opłat za przejazdy autostradą, aby móc oszacować możliwy koszt.

Dużym utrudnieniem był czas dojazdu na miejscu, max dopuszczalna prędkość na autostradzie w Japonii to 100km/h, a samochód był dla nas niezbędny ponieważ żaden transport publiczny nie dowiózł by nas na miejsca, które mieliśmy na mapie. Koszty autostrad też nie należały do najniższych tak więc, aby dostać się do Nagasaki czy Sapporo gdzie odległość wynosiła 800 km z Tokio było samochodem po prostu nieopłacalne w porównaniu do przelotu. Czynnikiem decydującym o wszystkim było przede wszystkim światło słoneczne. Robiliśmy zdjęcia tylko w świetle zastanym więc zależało nam aby maksymalnie wykorzystać każdy promień słońca więc żadna strata czasu nie wchodziła w grę. No cóż, nie po to jedzie się na drugi koniec świata aby się wysypiać.

W połowie lutego udało się, skończyliśmy plan. Zaplanowaliśmy trasy przejazdów, zakupiliśmy bilety na przeloty krajowe, zarezerwowaliśmy hotele i wypożyczenie aut. Pozostało tylko czekać na 14.03 – nasz lot to Tokio.

 

 

Kiedy już nastąpiła ta środa, ekscytacja osiągnęła poziom maksymalny, ale przerażała mnie perspektywa 10-ciu godzin w samolocie. Nie jestem typem, który potrafi zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu, Bartek natomiast znacząco przewyższa wzrost średniego obywatela, co również nie wróżyło wygodnej podróży. Jak to mówią nie można mieć wszystkiego, więc bez marudzenia, oglądając filmy, których LOT ma sporo w swojej ofercie przetrwaliśmy ten lot. Byliśmy spokojni, bo nasz plan był wręcz doskonały.

 

15.03 czwartek, Tokio Narita, godzina 11:00. Siedzimy w autku, jak zwykle jestem kierowcą, z tym, że siedzę na miejscu pasażera. Ajć.. teraz mój największy strach, lewostronny ruch uliczny. Dobrze, że skrzynia biegów jest automatyczna, dzięki czemu moja koncentracja jest w pełni skupiona na tym, aby nie wjechać nigdzie pod prąd. Czuje się jak uczniak, który pierwszy raz prowadzi samochód. Liczę, że szybko się przyzwyczaję, powoli zmierzamy do pierwszego miejsca. Mamy 75 km., google maps pokazuje, że to 2,5h jazdy. Ehhh, do tego też trzeba będzie się przyzwyczaić.

 

Pierwszym odwiedzonym miejscem była świątynia znana pod nazwą Temple of Liars, ponieważ była to przykrywka dla szemranych interesów właścicieli. Obiekt został porzucony wtedy kiedy właściciele zostali aresztowani za przekręty. Bardzo malowniczy krajobraz, miejsce otoczone przez szereg małych wiosek, wysokie góry i wąskie leśne drogi. Dotarliśmy, a naszym oczom ukazały się niesamowicie wysokie schody, bardzo wąskie i bardzo długie. Kiedy, od ponad doby jesteś na nogach to nie był szczyt marzeń, ale na pewno był to szczyt, na którym była świątynia. Oprócz świątyni był jeszcze piętrowy budynek, zapach rozkładu czuć było z niego już na schodach. Uwielbiam ten zapach ponieważ zwiastuje naprawdę dobry plan zdjęciowy. Tak było i tym razem, sypiące się sufity, wiszące spleśniałe pergaminy, łuszczące się ściany i dywanik z mchu, oprócz tego świątynia z zapadniętą podłogą. Bardzo ładny początek.

 

Zgodnie z planem zmierzaliśmy maksymalnie na północ Japonii, wiedzieliśmy, że będzie tam zimno, ale kilkumetrowe zaspy mimo wszystko były dla nas sporym zaskoczeniem. Raptem 300 km, a różnica w temperaturze to aż 200 stopni i kilka metrów śniegu. W planie hotel z częścią basenową przykrytą szklanymi sufitami, które z duchem czasu częściowo sie wytłukły co przez lata pozwoliło na rozwój roślinności. Kompleks basenowy nie wyglądał już jak hotelowe SPA, a szklarnie pod którymi rozwijał się dziki ogród. Perspektywa piękna, natomiast nie mieliśmy pojęcia czy obiekt jeszcze w ogóle istnieje ponieważ ostatnie zdjęcia stamtąd były z przed ładnych paru lat. Po dojechaniu na miejsce wiedzieliśmy, ze bujny ogród może być ,,lekko” przeprószony śniegiem. Nie spodziewaliśmy się jednak, że hotel będzie wyremontowany i uruchomiony ponownie. No cóż zdarza się, baseny jednak nadal stały, szklana kopuła zdecydowanie nie wyglądała na odnowioną. Niestety z poziomu parteru wszystkie możliwe wejścia były zabite dwumetrowymi dyktami. Odbiliśmy się, + 2,5h do zaoszczędzonego czasu, zgodnie z planem mieliśmy wyjechać stamtąd o 11:00, a była 7:15.

Ruszyliśmy do kolejnego miejsca miał to być park wodny. Po dojechaniu na miejsce nie było już śladu po zaspach, ani grama śniegu. Tutaj tez odebraliśmy swój zyskany wcześniej czas. Obok parku rozrywki odkryliśmy dwie lokalizacje o których nie mieliśmy pojęcia pomimo spaceru jeszcze w Polsce na street view po tej okolicy. Było to lodowisko, a po drugiej stronie ulicy hotel. Lodowisko było przysypane liśćmi, które wlatywały przez otwarte na oścież drzwi, trochę potłuczonego szkła. Hotel natomiast nas całkowicie zaskoczył, był nienaruszony. Przez moment zastanawialiśmy się czy on nie jest po prostu zamknięty poza sezonem, a ktoś zapomniał zamknąć drzwi, ponieważ z pozoru nie było żadnego śladu opuszczenia. Tutaj byliśmy lekko przestraszeni czy to na pewno eksploracja, a nie włamanie? Czy nie przekraczamy granicy? To było takie nowe! Z każdym kolejnym pomieszczeniem jednak nasze wątpliwości malały, a mgłę wątpliwości rozwiała hotelowa kuchnia. Owszem, tutaj nadal wszystko było nienaruszone, chochle nadal wisiały na bolcach, garnki stały na palnikach, szafki uginały się od naczyń, na suficie była dziura, a na podłodze gigantyczna kałuża. I liście. Sumarycznie znaleźliśmy 3 czy 4 pary otwartych drzwi co stanowiło niemały kontrast w zestawieniu z perfekcyjnie czystymi pokojami czy zalanym korytarzem na piątym piętrze.

 

Później stopniowo wracaliśmy do Tokio, zwiedzając po drodze również inne opuszczone miejsca. Z Tokio mieliśmy lot krajowymi liniami do Sapporo. Głównymi atrakcjami tego wyjazdu był szpital górniczy opuszczony z 95 roku oraz park rozrywki.

Szpital ze względu na dziury w dachu był zalany wodą. Ze względu na niskie temperatury woda ta zamarzła. Sumarycznie mieliśmy więc jako plener w pełni wyposażony szpital, którego podłoga była zalana wodą na głębokość około 12 cm, co było pokryte centymetrową warstwą lodu. Dużo widziałam do tej pory jeżeli chodzi o naturalny rozkład, ale tyle wody na pierwszym piętrze podłogi szpitala po raz pierwszy.

 

Kolejne również zamarznięte miejsce to park rozrywki pośrodku niczego. W linii prostej jakieś 500 metrów od drogi. Niby mało, ale definicja odległości zmienia się w zależności od warunków. Było to bowiem 500 metrów przedzierania się przez miejscami ponad metrowe warstwy mokrego i ciężkiego śniegu. Nie było łatwo, pod koniec nie mieliśmy siły iść. Ostatnie kilkanaście metrów czołgaliśmy się na brzuchach, aby rozłożyć ciężar ciała i nie zapadać się w śniegu. Było to pierwsze miejsce do którego naprawdę było warto się czołgać. W pełni wyposażony hotel, natomiast całkowicie zgniły. Mech, pleśń, grzyby, lód. To było przepiękne. Swoją drogą sala restauracyjna i balowa należała do jednych z najpiękniejszych jakie miałam przyjemność oglądać.

 

Po powrocie z zaśnieżonego Sapporo na lotnisku spotkaliśmy się z naszymi znajomymi Brytyjczykiem Charliem oraz Litwinem Sarunasem, z którymi w planie mieliśmy wspólną eksploracje stref wykluczenia po awarii elektrowni Fukushima.

 

Pierwszego dnia zwiedzaliśmy strefy zielone i pomarańczowe, na ich terenie można legalnie przebywać natomiast wejście do budynków, nawet jeżeli stoją otworem, jest absolutnie zakazane. Byliśmy więc bardzo ostrożni aby nikt nie zauważył. Sytuacja w domach nie wyglądała dobrze, strefy częściowo zostały oczyszczone więc odkąd możliwy był wjazd zaczęły się również kradzieże. Nawet w Japonii są złodzieje. Domy więc wielokrotnie były rozszabrowane, szuflady wywrócone do góry nogami, szafy opróżnione. Był to naprawdę smutne patrząc z perspektywy mieszkańców. Najpierw tragedia związana z tsunami, później awaria reaktora atomowego i błyskawiczna ewakuacja. Ludzie w kilka minut musieli zostawić wszystko, dorobek życia, a ktoś później wdzierał się i kradł co popadnie. Poruszająca świadomość. Po wizycie w kilku domach odwiedziliśmy również supermarket, w którym panował ogromny smród zepsutej żywności. Szczury zrobiły swoje, jedzenie zrzucone z półek, natomiast dział agd czy alkohol nadal stały na swoich miejscach To był widok, na który czekałam. Pomimo radości, z faktu że tu jestem wisiał nade mną cień wydarzeń, które się tu rozegrały. Nie pozostało więc nic jak udokumentować na zdjęciach, w 7 rocznice awarii.

W strefie odwiedziliśmy też dwie szkoły, pierwsza podstawowa, przy stolikach nadal wisiały plecaki dzieci czy worki z butami. W drugiej szkole natomiast uruchomiliśmy cichy alarm. Uświadomiliśmy sobie, ten fakt dopiero kiedy byliśmy otoczeni przez policje. Sumarycznie, przyjechało 12 radiowozów, aczkolwiek policja była bardzo miła, na nasze szczęście dwóch z 24ech policjantów mówiło po angielsku.

 

Po bliższym poznaniu z japońską policją, kolejnego dnia okroiliśmy nasz plan z odwiedzenia czerwonych stref. Za samo przebywanie tam grozi więzienie, więc gdyby ktokolwiek zauważył nas chociażby na ulicy mogłoby się to skończyć więzieniem, a Japonia nie ma podpisanej umowy z Polską dotyczącej możliwej deportacji aresztantów. Pojechaliśmy więc do strefy żółtej najbardziej zniszczonej przez tsunami. Widok był poruszający. Puste pole, dookoła pojedyncze resztki domów. Świadomość dramatu, który się tu rozegrał, był przytłaczający. Odwiedziliśmy szkołę, która na parterze była prawie całkowicie zniszczona, brak okien , całych ścian, na piętrze natomiast stoliki nadal stały w rzędzie jakby czekały na uczniów. Jedynym śladem był kurz, korozja oraz ślad na ścianie wskazujący dokąd sięgała woda. Przy szkole zostaliśmy zauważeni przez patrol, dlatego też musieliśmy w miarę szybko wyjechać z tej strefy co nie pozwoliło na udokumentowanie większej ilości miejsc z rejonu dotkniętego powodzią, czego ogromnie żałuje. Tam musimy jeszcze wrócić.

 

BARTEK

 

Po wizycie w strefach Fukushimy udaliśmy się do Tokyo. Podróż pociągami, metrem do hotelu, szybkie przepakowanie się i ruszamy na zwiedzanie. Z racji później godziny za cel obieramy wieczorną panoramę stolicy Japonii. Po 19 docieramy na taras widokowy, pada, nie możemy wejść na dach. Musimy robić zdjęcia z 58 piętra. Po godzinie zdjęć zapada jednogłośna decyzja grupy – idziemy jeść. Wybieramy restaurację najbliżej metra, Charlie i Sarunas muszą wrócić do Narity do hotelu. Trafiło na włoską małą knajpkę. Śmiejemy się z komizmu sytuacji. Polacy, Brytyjczyk i Litwin w Tokio we włoskiej restauracji. Po wspominkach niedawnej wizyty w Fukushimie wstępnie zaczynamy myśleć o wspólnym spotkaniu w Czarnobylu. Charlie i Sarunas organizują tam wycieczki. Może jesień, pada propozycja z naszej strony, jak powiedział Charlie gdy żegnaliśmy się na jednej ze stacji metra „Do zobaczenia, w Czarnobylu albo gdzieś indziej w świecie”. Jedziemy metrem do naszego wynajętego pokoju próbując ulokować w głowie wyjazd do Czarnobyla.

Rano szybka podróż na lotnisko, kolejny lot krajowy – Hachijojima. Hachijo jest wulkaniczną wyspą należącą do półwyspu Izu. Jak dowiedzieliśmy się później od właściciela firmy wynajmującej auta żyje tam ok 6 tyś osób.

W końcu dostajemy auto, ruszamy do kolejnego celu. Opuszczony Royal Hotel. Dawniej największy hotel na wyspie, drugi w całej Japonii. Otwarty w 1963 zamknięty w 2006 roku. 12 lat trawi go rozkład, pleśń, wilgoć. Idziemy wychodzoną ścieżką na tyły hotelu, wybite okno w drzwiach wygląda bardzo zachęcająco, słychać kogoś w środku. Elegancka kobiety i starszy jegomość, przypuszczamy, że właściciel. On coś krzyczy machając rękami, ona otwiera okno i płynnym angielskim mówi, że nie możemy tu być bo jest tu niebezpiecznie. Trudno, zawracamy zwracając uwagę na kartki, które były zawieszone w każdym oknie, z japońskiego nic nie rozumiemy, znak graficzny, że hotel jest monitorowany. Wracamy do auta, mamy jeszcze dwa hotele do zobaczenia, wrócimy później, może ich nie będzie. Pozostałe dwa hotele zajęły większą cześć dnia. Wybija 16, wracamy pod Royal hotel, tym razem pusto. Dla pewności obchodzimy hotel sprawdzić czy aby nikogo nie ma od frontu, też czysto. Schodami do piwnicy, potem przez składzik, wychodzimy w głównym holu. Niepewnie rozglądamy się szukając kamer i czujek. Kilka minut sprawdzania, czekania, „jakby coś miało się stać już by się wydarzyło” mówi Natalia, zaczynamy działać. Wyciągamy statywy, aparaty. Ten kolos, jeden z największych hoteli w Japonii zachwycił nas różnorodnością. Od zgniłych pokoi, mebli znajdujących się w takim stanie rozkładu, że zaczęły się zapadać pod własnym ciężarem po pokoje, które wyglądały jak nowe. Największe wrażenie jednak robił fortepian znajdujący się na ostatnim piętrze. Piętrze gdzie królowała roślinność, fortepian pośród paproci.

Rankiem kilka ujęć z drona, kilka krótkich filmów. Na lotnisku jesteśmy dużo wcześniej w końcu zaczyna się odprawa, wracamy do Tokio. Właściwie w Tokio znów jesteśmy przejazdem bo mamy godzinę do następnego lotu, Nagasaki. Na szczęście bagaże się nie zgubiły w tym przesiadkowym locie. Na miejscu chwilę czekamy na busik z wypożyczalni samochodów, odebranie auta przebiega sprawnie. Po 30 min jesteśmy na noclegu.

Natalia uparła się aby sprawdzić jeden park rozrywki znaleziony ja gogle earth. Po krótkim spacerze docieramy do parku, a tak w rzeczywistości do świątyni buddyjskiej. Niesamowita, pełna posągów buddy. Euforia, radość pierwszy raz znaleźliśmy takie miejsce. Niezwykła satysfakcja. Po około dwóch godzinach znów jesteśmy w aucie, czas na Ikeshime. W planach mięliśmy jeszcze inną wyspę górniczą ale okazało się, że po wpisaniu jej na listę UNESCO w pobliżu jest więcej straży przybrzeżnej i trudniej się na nią dostać. Niestety rybak, który czasami tam pływał nie zgodził się żeby nas tam zawieść.

Ikeshima jest niewielką górniczą wyspą. W latach swojej świetlności wyspa liczyła ponad 8 tysięcy mieszkańców. W 2001 po zamknięciu kopalni zostało ok 300 osób. Teraz będą na wyspie przez 3 dni myślę, że została ich tam maksymalnie setka. Na wyspie nie ma sklepów, jest jeden hotel i jedna restauracja czynna od 8 do 18. W restauracji do wyboru 20 potraw. Menu nie zawiera zdjęć z racji mojej alergii na owoce może sytuacja się komplikuje. Oprócz tego na wyspie jest szpital zamknięty w 1997, biuro i cały kompleks górniczy. Perełki tortu Ikeshimy. Cała resztę stanowią domy dawnych mieszkańców.

Po trzech dniach na wyspie czas wrócić do Tokio, przed nami ostatni tydzień, bez lotów krajowych, tylko podróż samochodem. Lot Nagasaki Tokio przebiega bez problemów. Tak samo szybko dostajemy auto. Otwieramy nasz plan z koordynatami. Tak jeżdżąc po Japonii przez ostatni tydzień zrobiliśmy ponad 20 opuszczonych miejsc. Hotele, drewniane szkoły, kluby ze striptizem, instytut węży. Przejechaliśmy ponad 6 tyś. Kilometrów goniąc za naszymi marzeniami. Z turystycznych miejsc przez ten tydzień to odwiedziliśmy tylko Fuji, na 3 godziny czekając aż szczyt będzie widoczny spod chmur.

Żartowaliśmy, że nawet będąc tam tydzień dłużej nic by się nie zmieniło bo i tak znaleźlibyśmy więcej miejsc do sprawdzenia. Rano meldujemy się na lotnisku, szczęśliwi, że wracamy do domu. Nasza wariacka wyprawa zainspirowana Fukushima i awarią elektrowni atomowej przerodziła się w wyprawę po całej Japonii. Te trzy tygodnie dały tysiące zdjęć, tysiące przebytych kilometrów i wiele spełnionych naszych szaleńczych marzeń.

16. Czerniak Robert- 10 000 kilometrów na rowerach przez Australię

Współtowarzysze-  Joachim Czerniak, Ewelina Niedźwiadek, Bartosz Naglewicz

Celem wyprawy była rehabilitacja ruchowa 19 letniego Joachima Czerniaka po porażeniu w rdzeniu kręgowym wywołanego na wskutek operacji nowotworu mózgu oraz zaawansowana psychoonkologia. Start z miejscowości Darwin na południowy wschód, a po 1000 kilometrach na wschód i zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara jazda na rowerach po obrysie kontynentu. Zakończenie wyprawy 7.03.2013 w okolicach miejscowości Wudinna, a po zakończeniu nadal na rowerach do Ceduny. Z zaplanowanych 10 000 kilometrów przejechaliśmy 10341!

Z Ceduny do Perth przedostaliśmy się autostopem i czekając na odlot samolotu poznawaliśmy atrakcje Australii Zachodniej. Punktem kulminacyjnym był wjazd na Górę Kościuszki i odwiedzenie na Wyspie Kangura w Parndanie sierocińca dla zwierząt, gdyż Joachim podobnie jak mieszkające tam zwierzaki dostał od losu drugie życie.

Perypetie związane z wyprawą zostały opisane w III części książki Podróże do granic pt: „Jak próbowałem dogonić kangury”

https://tvn24bis.pl/lifestyle,87/pokaz-nam-swiat-robert-i-joachim-czerniakowie,697114.html

Podroze_do_granic

 

 

 

 

 

 

 

17.Kostyk Daria i Wojciech-Nowa Zelandia. Nie- skończona droga

Postanowiliśmy pokonać piechotą Nową Zelandię z południa na północ, wyznaczając sobie za oś wędrówki szlak Te Araroa, spinający najodleglejsze krańce obu głównych wysp tego kraju. Jednak to nie szlak ani nie marsz stał się celem. Było nim przede wszystkim doświadczenie bogactwa nowozelandzkiej przyrody, różnorodności krajobrazów i zwierząt.

 

30 32 55 84

Ponieważ piesze podróże to nasza specjalność, postanowiliśmy i tym razem zdać się na nasze stopy i przejść Nową Zelandię z południa na północ. Nie dla sportowego wyczynu, ale przede wszystkim, by poznać tamtejszą przyrodę i doświadczyć dzikiego oblicza antypodów. Główną osią naszej wędrówki stał się szlak Te Araroa, prowadzący przez obie wyspy. Była to dla nas jednak tylko ogólna rama wyprawy, bo nie chcąc się ograniczać jedynie do tego, co do zaoferowania ma szlak, postawiliśmy na spontaniczność. Spędziliśmy dziesiątki samotnych dni w górach i lasach, docierając zarówno do mało dostępnych, jak i pocztówkowych miejsc Nowej Zelandii.

Początek naszej wyprawy to Bluff- najbardziej na południe wysunięta część Wyspy Południowej. Pierwsze dwa etapy stanowi wędrówka wzdłuż wybrzeża do niewielkiej miejscowości Riverton, gdzie opuszczamy cywilizację na rzecz lasów, gór i bagien Southlandu. Tu też przekonujemy się, że Te Araroa niewiele ma wspólnego ze znanymi nam szlakami długodystansowymi. Wydeptywanie własnej ścieżki, brak punktów orientacyjnych, grzęźnięcie po kolana w bagnach i podążanie korytem rzeki. To na wiele dni stało się nasza codziennością.

Wracając do cywilizacji często robimy sobie krótkie wakacje od marszu. Dzięki temu nie tylko poznajemy dzikie i trudno dostępne oblicze Nowej Zelandii, ale i jej pocztówkowe krajobrazy. Tym sposobem docieramy do Milford Sound, gdzie spotykamy liczne gatunki ptaków i podziwiamy fiordy.

Dalszy etap naszej wędrówki to Alpy Południowe i jeziora lodowcowe. Po raz kolejny przez  wiele dni idziemy z dala od cywilizacji, z rzadka spotykając innych, samotnych wędrowców. W marszu towarzyszą nam liczne gatunki zwierząt, w szczególności ptaków. Docieramy pod górę Cooka- najwyższy szczyt Nowej Zelandii oraz do Kaikoury, słynącej z koloni fok. W końcu przeprawiamy się przez Waiau Pass- najtrudniejszy technicznie etap Te Araroa. Wędrówkę dodatkowo utrudnia śnieg, który właśnie pokrył szczyty gór. Niemniej uznajemy ten odcinek za najpiękniejszy etap na szlaku.

W końcu na drodze staje nam cyklon, który skutecznie uniemożliwia wędrówkę ostatnim odcinkiem Wyspy Południowej. Poziom rzek, które codziennie pokonujemy w bród, jest zbyt wysoki. Spędzamy długie dni w schronisku na zboczu Richmond Ranges, czekając na poprawę pogody. W końcu decydujemy się ominąć ten etap, obiecując sobie, że kiedyś tu powrócimy.

Wyspa Północna to zupełnie inny świat, który staramy się jak najlepiej poznać. O górskich zmaganiach przypomina nam pasmo Tararuas, przez które przedzieramy się w trakcie 4-dniowej wędrówki. Podążamy następnie wzdłuż Whanganui – świętej rzeki Maorysów, poznając lepiej ich kulturę. Nowozelandzkie krajobrazy szybko się zmieniają, dlatego porzucając rzekę, trafiamy w wulkaniczne krajobrazy Parku Tongariro, gdzie wędrujemy wśród oparów siarki wokół wulkanu Ngauruhoe, grającego ważną rolę w ekranizacji tolkienowskich opowieści. Idąc tym tropem decydujemy się na odwiedzenie filmowej wioski Hobbitów.

Spędzamy kilka dni w Auckland, a później ruszamy przez Northland – najbardziej na północ wysuniętą część Wyspy Północnej. Tu głównym kompanem staje się ocean. Wędrujemy przez wiele dni wzdłuż plaży, pływamy kajakiem po zatokach i rzekach, odkrywając lasy namorzynowe. Z wielką determinacją obserwujemy też delfiny. Wędrówkę kończymy w Cape Reinga, na samym krańcu wyspy, będącym świętym miejscem dla Maorysów.

Kończąc wyprawę, poza naturą wspominamy spotkanych Nowozelandczyków. W trakcie drogi zobaczyliśmy jak wygląda codzienne życie Kiwi, a nawet gabinet dentystyczny na antypodach. Przekonaliśmy się, że podróżowanie z ubitym dzikiem na miejscu pasażera to dla Nowozelandczyków nic nadzwyczajnego, a forma, jaką przyjąć może hot-dog wcale nie jest taka oczywista.

Podsumowując, pieszo pokonaliśmy 2000 kilometrów; autostopem drugie tyle. Do Polski przywieźliśmy wspomnienia najpiękniejszych widoków, jakie udało nam się kiedykolwiek oglądać, a także budzących uśmiech słów i pomocy ze strony Nowozelandczyków. Odzwyczailiśmy się od konsumpcjonistycznego stylu życia i przekonaliśmy się, że bycie nikim na górskich pustkowiach to dobra droga do stania się kimś.

W trakcie całej wyprawy mogliśmy podziwiać niezwykłe piękno kraju, który przez wielu uważany jest za ten najpiękniejszy. To nie wyczynami ani dumą podróżnika, a właśnie tym pięknem chcemy się podzielić.

18. Kielar Kamila-Pacific Crest Trail – rok roku i ognia

CEL WYPRAWY:

  1. a) planowany : samotne przejście PCT w najtrudniejszym roku w historii szlaku, zebranie materiałów do reportażu.
  1. b) osiągnięty: Poza odcinkiem 250km całość szlaku przeszłam sama, dodatkowo przeszłam na innych szlakach kolejnych 300km i zdobyłam kilkanaście dodatkowych szczytów. Materiały zebrane do reportażu to kilkaset stron notatek, ponad 200 wywiadów oraz 700GB materiału foto-wideo.

 

Trasa:

  1. Pustynia
  • Campo (granica z Meksykiem – Big Bear City (275 mil)
  • BigBear City – Agua Dulce (181 mil)
  • Agua Dulce – Kennedy Meadows (248 mil)
  1. Sierra Nevada
  • Kennedy Meadows – Toulumne Meadows (241)
  • Toulumne Meadows – Donner Pass (217 mil)
  1. Północna Kalifornia
  • Donner Pass – Castella (348mil)
  • Castella – Ashland (220mil)
  1. Oregon
  • Ashland – McKenzie Pass (263 mile)
  • McKenzie Pass – Cascade Locks (167 mil)
  1. Waszyngton
  • Cascade Locks – Snoqualmie Pass (249mil)
  • Snoqualmie Pass – Kanada (264 mile)

 

SUMARYCZNIE PO PCT ~2650 mil, ~4300 km

SUMARYCZNA ILOŚĆ PRZEWYŻSZEŃ NA PCT ~155 000m

Dodatkowo w samej Sierra Nevada ok 200km dodatkowych tras:

  • Lone Pine Trail
  • Bishop Pass
  • Sawmill Pass
  • Kersage Pass x2
  • przejście dookoła przez Vermillion Valley Resort oraz Florence Lake Trail)

W Oregonie 120 dodatkowych kilometrów:

  • głownie na samym południu stanu przez Oregon Skyline Trail
  • ale również Oldenberg Lake Trail
  • Red Lake Trail
  • Timothy Lake Trail
  • Cold Spring Trail

Na pustyni dodatkowy dystans to ok. 55 km

  • Mt. Baden Powell
  • Obejście pożaru pod Idyllwild
  • Blackhorn Flat Trail

Dodatkowe najważniejsze szczyty poza PCT – dodatkowe około 80km.

  • Mt. Whitney (najwyższy szczyt w USA poza Alaską)
  • Half Dome (Yosemite NP)
  • Mt. Thielsen (Oregon)

Kamila Kielar, z premedytacją wybierając najtrudniejszy rok w historii szlaku, na meksykańskiej granicy stanęła samotnie, planując nie tylko wędrówkę całością szlaku, ale przede wszystkim zebrać materiały do reportaży.

Rekordowe opady śniegu od 30 lat oraz jeden z najpotężniejszych sezonów pożarowych dały rzadko spotykaną mieszankę warunków – wymagającą umiejętności technicznych oraz bardzo silnej woli. Walka w górskich rzekach, szczyty pokonywane z użyciem górskiego sprzętu zimowego, burze śnieżne na pustyni, pożary w północnych stanach, które trzeba było omijać oraz skomplikowana przez to wszystko logistyka otwierają początek listy wyzwań.

Kamila szlak pokonała w 5 miesięcy, przechodząc w sumie ponad 4700km. 700GB zdjęć oraz kilkaset stron notatek z wyjazdu są podstawą do reportażu i opowieści o szlaku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

PACIFIC CREST TRAIL – ROK LODU I OGNIA

Pomiędzy Meksykiem i Kanadą, przez góry biegnące wzdłuż oceanu, wyznaczono Szlak. Na dystansie 4300km biegnie od pustyń, przez wysokie góry, wulkany po lasy deszczowe; 18 razy wspina się na Mt. Everest, biegnie przez 3 amerykańskie stany, omija miejscowości i ma przepiękne, choć zazwyczaj dość łagodne oblicze.

Z premedytacją wybierając najtrudniejszy rok w historii szlaku, na meksykańskiej granicy stanęłam samotnie, planując nie tylko wędrówkę całością szlaku, ale również zbierać materiały do reportaży. I tak powstała zarówno historia osobistej, samotnej pięciomiesięcznej wędrówki górskiej, ale też reporterska historia roku 2017, roku lodu i ognia.

A było co zbierać. Rekordowe opady śniegu od 30 lat oraz jeden z najpotężniejszych sezonów pożarowych dały rzadko spotykaną mieszankę warunków. Mieszankę trudną, wymagającą umiejętności technicznych oraz bardzo silnej woli, a czasami śmiertelną – w tym roku szlak odebrał życie kilkunastu osobom. Walka w szalejących górskich rzekach, szczyty pokonywane z użyciem górskiego sprzętu zimowego, masowe topnienie śniegu, burze śnieżne na pustyni, pożary w północnych stanach, które trzeba było omijać oraz skomplikowana przez to wszystko logistyka otwierają początek listy wyzwań.

Wyjątkowo trudne warunki obnażyły wśród wielu wędrowców braki wiedzy, najgorsze ludzkie cechy, brak etyki oraz zmusiły ogromną ilość osób do porzucenia szlaku. Jednocześnie przecież te same warunki przyciągnęły duże nazwiska górskie i sprawiły, że czasem nieznanym i przypadkowym osobom trzeba było zaufać całkowicie w kwestii własnego życia. Rok 2017 udowodnił również, że wymagające okoliczności przede wszystkim pokazują najpiękniejsze ludzkie zachowania. Reporterska ciekawość oraz dziennikarska dbałość o szczegóły sprawiają, że opowieść o PCT to całościowy dokument o szlaku i jego wędrowcach, etyce, zwierzętach oraz o ludzkiej psychice.

Sam szlak dzieli się na pięć głównych regionów: pustynię, Sierra Nevadę, północną Kalifornię, Oregon oraz Waszyngton. Każda z tych części jest zupełnie inna i w inny sposób trzeba przygotować się na wędrówkę przez nią – logistycznie oraz sprzętowo, a każdy odcinek ma swoją specyfikę. Na pustyni są fragmenty, że trzeba mieć ze sobą zapas wody na 50 kilometrów wędrówki w palącym słońcu. Tegoroczna Sierra Nevada to zimowe warunki, sprzęt wspinaczkowy i śmiertelnie (dosłownie, bo w tym roku w rzekach zginęło kilkanaście osób) niebezpieczne przekraczanie wezbranych rzek górskich. Z kolei Waszyngton to bardzo trudna pogoda na przednówku zimy, tygodnie ciągłego deszczu i śniegu oraz bardzo duże różnice przewyższeń. Waszyngton – mimo że jest bardzo wyczerpujący – był miejscem, gdzie przez 3 ostatnie tygodnie miałam najwyższą dzienną średnią na szlaku, około 45km dziennie z najdłuższym dniem: 60km oraz 4000m różnicy poziomów do góry i 3500 w dół.

Samotność była istotnym elementem całej wyprawy, która była jeszcze potęgowana chęcią zrobienia jak najlepszych zdjęć, dlatego zamiast noclegów w popularnych miejscach i przy rzekach, pod wieczór ruszałam na kolejny szczyt, żeby tam mieć lepsze warunki do fotografii. Była też ważna pod kątem wyczynowym, ponieważ przez pół roku w górach mogłam liczyć tylko na siebie (wyjątkiem jest tu 250 km w terenie, gdzie trzeba było pokonywać rzeki – na tym odcinku ze względów bezpieczeństwa szlam w 4-osobowej grupie). Poza samym PCT przeszłam około 375 kilometrów innych szlaków w okolicy oraz zdobyłam kilkanaście szczytów: m.in. Mt. Whitney, najwyższy szczyt w USA poza Alaską, Half Dome czy Thielsen.

Trasę pokonywałam z południa na północ, sumaryczne przejście ponad 4700km (PCT + szlaki dodatkowe) zajęły mi niewiele ponad 5 miesiecy (162 dni). Wyjątkiem w kierunku trasy był odcinek Ashland – Bishop Pass, który pokonywałam z północy na północ – działo się tak dlatego, że w czerwcu, w Sierra Nevadzie, na tym odcinku 250km, który pokonywałam w grupie ze względów na bezpieczeństwo w rzekach – w jednej z rzek mieliśmy wypadek. Mimo grupowego pokonywania rzeki techniką surwiwalową, nasza towarzyszka została porwana przez silny nurt. I choć na szczęście udało się ją wyciągnąć z tej sytuacji, było to dla niej tak potężne przeżycie, że razem ze swoim mężem postanowiła całkowicie zaprzestać dalszej wędrówki, a ja tym samym straciłam swój team. Dlatego ten odcinek pokonałam w drugą stronę, żeby wrócić do samotnego przekraczania rzek, jak ich poziom będzie niższy i bardziej bezpieczny.

Zarówno przy powrocie w Sierra Nevadę oraz w Waszyngotnie bardzo duże odcinki pokonywałam nocą, żeby zwiększyć dzienne dystanse. Zazwyczaj to było ok 4h dziennie po ciemku. W Waszyngtonie praktycznie nie spotykałam już też ludzi, ze względu na późną porę roku i na przychodzące jedne za drugim przedzimowe załamanie pogody.

Na kanadyjskiej granicy również stanęłam samotnie. Mam świadomość, że ta trasa, a zwłaszcza bardzo mocna końcówka przez Waszyngton, sprawiła, że jestem silniejsza niż kiedykolwiek, głównie tą siłę czuję oczywiście we własnej głowie i w wierze we własne Możliwości.

PCT to dla mnie przede wszystkim setki przygód wciąż stające przed oczami, z wiele zdobytych szczytów górskich poza oficjalnym szlakiem i z przyjaźnie scementowane mocnymi przeżyciami, kompletnie zdarte buty oraz tysiące opowieści i zdjęć, które układają się w historię roku 2017 na PCT, roku lodu i ognia.